"Sławciu, jak to ty tak sam z tymi dziećmi?" Ojciec, to nie jest rodzic drugiej kategorii!

"Sławciu, jak to ty tak sam z tymi dziećmi?" Ojciec, to nie jest rodzic drugiej kategorii!

Sytuacja zastana w sklepie typu dyskont. Mężczyzna, jak zakładam ojciec z dwójką dzieci w sklepie. Jedno na oko roczne, siedzi w wózku zakupowym i wciąga bułę, drugie, myślę, że czteroletnie biega wokół starego, jak mały meserszmit. Przynosi różne rzeczy do koszyka, jedne z listy, którą ojciec cierpliwie czyta, inne zupełnie od czapy, głównie słodycze. I wtedy wkracza ona - matrona.

unsplash


Choć pewnie powinnam napisać wielką literą Matrona. Lat jakoś po 60. "Panie Sławku, a gdzie Gosia?!" - pyta wyraźnie zaskoczona, że on - młody samiec sam wybrał się z potomstwem na zakupy. "Okna myje." No a jakże,  myślę sobie, chyba tylko ja jeszcze nie umyłam. I wtedy zaczyna się show.

Jaki pan dzielny!

Matrona wychwala Sławka pod niebiosa, jaki on zaradny i dzielny, bo sam z tymi dziećmi, kiedy ta żona w domu siedzi. No może biednemu Sławciowi pomóc, bo jak on te dzieci ogarnie i te kartofle do siatki zapakuje Sam, samiuteńki, bez kobiety u boku, no nie da rady.

Sławek, któremu już lekko zaczęłam współczuć natarczywej baby, cierpliwie pakuje warzywa, wiem, bo stoję obok i ładuję swoje siaty, podczas gdy gdzieś na drugim końcu sklepu mój osobisty mąż pakuje inne gadżety do wózka, wokół niego też biegają dzieci. Rozbawia mnie myśl, że jemu nikt nie współczuje, bo przecież nikt nas tu nie zna.

Ostrzeliwany pytaniami mężczyzna w końcu odpowiada swojej rozmówczyni "Normalnie, to moje dzieci". Jak ja w tym momencie tego Sławka szanuję!

Ojciec nie jest rodzicem drugiej kategorii

Nie raz widuję podobne sceny, mój osobisty Luby nie raz zbierał ochy i achy na placu zabaw, kiedy wychodził z chłopakami. Często był jedynym ojcem, który w tym czasie tam przewał, bo pracując na zmiany zdarzało mu się wybierać tam z dziećmi, kiedy inni ojcowie byli w pracy.

Zastanawiam się, co trzeba mieć w głowie, żeby tak tego chłopa potraktować. Ojciec to też rodzic, taki sam, jak matka. W normalnych warunkach nie zrobi dziecku krzywdy, da jeść, pobuja na huśtawce, podsadzi na zjeżdżalnię. Wiecie, jak matka, tylko pewnie szybciej pozwoli jechać na rowerze, wyżej się wspiąć, a podrzucać, na pewno będzie wyżej. 

Kiedy byłam dzieckiem, mój tata często wyjeżdżał, ale kiedy wracał do domu, cały był nasz. Nic nie było tak ważne, jak czas spędzony z dziećmi. Tata gotował obiady, robił pranie, jeszcze w pralce typu Frania, czesał mi długie włosy, zaklejał podrapane kolana, dmuchał na uderzone paluszki i inne takie. 

Przestańcie robić show

Wyobrażacie sobie, że ktoś podchodzi do matki i mówi, wow, jesteś taka dzielna, przyszłaś z dzieckiem do sklepu, albo jej, i ty tak sama z dwójką dzieci na placu zabaw? Ale z ciebie gościówa! I obiad im ugotowałaś? No szacun! - Nie widzę tego, do kobiety nikt tak nie mówi, ale do faceta tak. Czemu im tak lubimy umniejszać?

Powiecie, że jest jakiś podział ról takich przypisanych z góry? Więc czemu, jak jadę sama wymienić opony w aucie, albo na przegląd, czy jak dziś, postanowię skopać sobie grządkę na kwiatki, ludzie nie zatrzymują się, żeby mi bić brawo? Pewnie wiedzą, że silna i niezależna kobieta sama zajmuje się takimi pierdołami, ale silny i niezależny facet sam z dziećmi to już nie?

Porzucam ich regularnie

Oczywiście piszę to z przekąsem, ale mój własny mąż do lekarza z dziećmi chodzi, kiedy tylko może, jak mają zaplanowane szczepienie, to wręcz bierze wolne, bo wie, że mnie to obciąża psychicznie. Zabiera ich sam na zakupy, nawet, jak trzeba im kupić buty albo ubrania. Chodzą na spacery beze mnie. Ba, nawet jak wyjeżdżam na kilka dni, to nie gotuję na zapas, bo Michał sam to ogarnie.

Nigdy nie zgubił żadnego dziecka, nie zdarzyło się, żeby któryś z chłopaków się uszkodził, albo zadzwonił do mnie z prośbą o pilny powrót, bo jest głodny. Ba, pod moją nieobecność ogarnął naukę wiązania butów i jazdy na rowerze. 

Dajcie tym chłopom szansę, oni naprawdę sobie poradą, nie są jacyś ułomni. Zadając pytanie "ale jak to, ty sam?" Dajecie im poczuć, że coś z nimi nie tak, a przecież tak nie jest!

Nie byłam na pierwszych występach moich dzieci. ,,Koronarok" odebrał nam wiele. Ale też sporo dał

Nie byłam na pierwszych występach moich dzieci. ,,Koronarok" odebrał nam wiele. Ale też sporo dał

Do tej pory nie ominęłam żadnego występu moich dzieci. Miałam to szczęście, że zawsze mogłam na nich być. Jasełka, dzień babci i dziadka, dzień mamy, ślubowania szkolne i przedszkolne. Piekłam ciasteczka na urodziny, razem z owocami taszczyłam je z samego rana do przedszkola... I nagle przyszedł on. koronawirus. Dokładnie rok temu przyszedł i zabrał mi to, co dla każdej matki jest ważne.


Pixabay


Pokolenie, które nie zna świata bez maseczek

Kazik urodził się w grudniu 2017 roku. Tegoroczny śnieg będzie pewnie pierwszym w jego pamięci. poprzedniej zimy miał dwa lata i jego wspomnienia z tego okresu raczej nie będą wyraźne. Jakiś czas temu uświadomiłam sobie, że pewnego dnia, zdejmiemy maski, pójdziemy do kina, albo na obiad do knajpy.

Kazik nie będzie wiedział jak się zachować. Ostatnim razem jak był w kinie miał może rok. Opowiadanie mu dziś o tym brzmi, jak totalne si-fi. Dobrze, że mieszkamy na wsi, gdzie jest mało ludzi i spokojnie da się zobaczyć kogoś idącego w oddali bez maseczki. Przecież istnieją dzieci, które urodziły się już w erze wszechobecnych maseczek.

Przedszkole bez mamy

Wiecie, jakie to było smutne, jak dzieci śpiewały dla dziadków, a oni  nie mogli tego zobaczyć? Pokazałam im dopiero tydzień później wideo z zamkniętej grupy na Facebook. Nie byłam na ślubowaniu Kazika w przedszkolu i Teodora w szkole. Kiedy mieli urodziny zamiast tych ciasteczek, które zawsze przypalam, ale są tak zdrowe, że aż mdli musiałam zanieść cukierki.

I to dwa dni wcześniej, żeby odleżały kwarantannę. Oczywiście z tego samego powodu nie było owoców, zanim minęłoby 48h, mogłyby zgnić. Takie wspomnienia będę mieć z roku, kiedy moje dzieci zaczęły kolejno przedszkole, pierwszą klasę i czwartą klasę. Żadnych przedstawień, wchodzenia do szkoły po dziecko. 

Czy jeszcze będzie przepięknie?

Jak mantrę od roku powtarzamy ,,Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie..." Tylko co znaczy normalnie? Wg czyjej normy będziemy liczyć? Ostatni rok zabrał mi bardzo dużo. Zabrał mi to, czego już nigdy nie odzyskam, bo już nie będzie tych pierwszych występów, ślubowań...

Ale byłabym hipokrytką, gdybym napisała, że nie dał mi nic w zamian. Ostatni rok, to był wyjątkowy czas. Czas, który w 100 procentach skupiliśmy się na rodzinie. Pracując z domu spędziliśmy razem maksimum czasu, graliśmy w planszówki, oglądaliśmy bajki i robiliśmy mnóstwo rzeczy, na które nigdy wcześniej nie mieliśmy czasu. Życzę wam zdrowia. A reszta? Pies to trącał, mamy siebie.

#Podróżujemy Andel's Cracow Vienna House

#Podróżujemy Andel's Cracow Vienna House

Kiedy studiowałam turystykę, miałam takie marzenie, że pewnego dnia swoją wiedzę wykorzystam do recenzowania hoteli. I choć moja droga zawodowa potoczyła się w zupełnie innym kierunku, to i tak nie przepuszczę żadnej okazji, żeby pojeździć, popatrzeć, porównać i ocenić. Kiedy jeździmy z dzieciakami, najczęściej wybieramy domki, ewentualnie mieszkania, bo z nimi zdecydowanie przydaje się dostęp do kuchni. Ale sama, albo z koleżanką, chętnie lenię się z odpowiednią liczbą gwiazdek nad głową. 





Informacja o częściowym otwarciu hoteli na okres próbny była dla mnie jasnym komunikatem, że trzeba szybko gdzieś wyjechać, bo w kościach czuję, że odkładanie terminu wyjazdu może się wiązać z jego odwołaniem, a na to nie mogłam sobie pozwolić. Ustaliłyśmy więc z Anetą <www.światkarinki.pl> termin i ruszyłyśmy przed siebie. Aneta nigdy nie była w Krakowie, ja sama byłam może ze trzy razy, więc wybrałyśmy tamten kierunek. O podróży i zwiedzaniu miasta w czasie lockdownu (którego nie ma, ale jest) Napiszę innym razem. Dziś chciałbym się skupić na hotelu, który wybrałyśmy Vienna House Andel's Cracow.


Dlaczego akurat ten hotel

W związku z, nazwijmy to, dynamicznie zmieniającą się pogodą nie chciałam jechać do Krakowa samochodem i choć Hotel oferuje przestronny podziemny parking postawiłyśmy na pociąg. Co za tym idzie nasz nocleg musiał być zlokalizowany blisko dworca, no a bliżej się nie da. Wychodząc z dworca kolejowego (autobusowy jest w tym samym miejscu) Kraków Główny, dosłownie wpada się prosto na Vienna House. A stąd już zaledwie kilka kroków do Rynku Głównego, Sukiennic czy Wawelu, Kazimierz też spokojnie w zasięgu nóg. Poza tym umówmy się, od ostatniego wyjazdu we dwie minęło już półtora roku, więc uczczenie tego czterema gwiazdkami wydawało nam się być jak najbardziej na miejscu. 







Na wejściu

To co uderza już od progu w hotelach z portfela Vienna House to zieleń. Tego się nie da przeoczyć, w hotelu jest mnóstwo kwiatów, nie tylko w hallu, ale też w restauracjach. Kiedyś już pokazywałam Wam mój zachwyt, kiedy weszłam do Vienna House na Mokotowie, w Krakowie jest podobnie. poza zdjęciami zdobiącymi ściany dominuje tam piękne graffiti i kwiaty doniczkowe w różnych rozmiarach. Jeden z nich można zabrać ze sobą do pokoju, żeby mieć przyjaciela na pobyt. To co przykuło moją uwagę, to piękne lampy sufitowe, nowoczesne, a jednocześnie, zwłaszcza ta na schodach przywodzące na myśl, strukturę rzeźby Smoka Wawelskiego - nie wiem, czy to zamierzone nawiązanie, ale bardzo skuteczne.


Pokój

Co Wam będę mówić, było na bogato, same nie spodziewałyśmy się, że rezerwujemy aż tak wielką przestrzeń. Nie wyjawię tajemnicy państwowej, jak powiem, że ja i moja krzywa przegroda nosowa lubimy sobie pochrapać, co przeraża Anetę, więc oddzielne sypialnie zawsze są wygodne, tu miałyśmy pokoje połączone wspólnym salonikiem, co było mega komfortowe. 

Same pokoje są bardzo przestronne, znajdziecie w nich dużo luster i marynistyczne elementy dekoracji, które kojarzą się ze słoneczną Kalifornią, ale nie tylko we wiosłach na ścianach znajdziecie tu słońce, pojawia się też ono na talerzach, ale o tym za chwilę. Czuć, że wnętrza niedawno zostały odświeżone. łózka są wygodne, a pościel puchata, tak, że można poczuć, że jesteśmy w miejscu, które troszczy się o swoich gości. Łazienki zadowolą każdego nawet najbardziej wymagającego gościa, bo choć oszczędne w designie gwarantują przyjemność zarówno tym, którzy lubią poleżeć w wannie, jak i fanom szybkiego prysznica. Jedni i drudzy docenią podgrzewaną podłogę czy lustro na ramieniu, które zdecydowanie ułatwia nakładanie makijażu. Kosmetyki, które czekają na gości w łazience są bardzo dobrej jakości i muszę powiedzieć, że gdyby balsam można było kupić na miejscu, na pewno bym to zrobiła, bo moja skóra bardzo go polubiła. 

Poza dwiema sypialniami, jak już wspomniałam, miałyśmy do swojej dyspozycji wygodny salonik z kanapą dwoma fotelami, biurkiem i ekspresem do kawy. Krótko mówiąc wszystkim, czego nam było trzeba. W pokojach prawie całkowicie zrezygnowano z oświetlenia sufitowego, co znacznie ułatwia stworzenie przyjemnego klimatu we wnętrzach. A skoro już pojechały dwie blogerki, to trzeba sobie jasno powiedzieć, że szybkie WiFi też było fajne. Jakbym się miała czepiać, to szafy są ogromne, ale zupełnie nie posiadają półek. Wszystko musi wisieć, albo leżeć bardzo wysoko. Ale znajdziecie w nich za to deskę do prasowania i całą resztę hotelowego must have, no i przyjemne zaskoczenie - czajniki bez kamienia, co w hotelach zdarza się rzadko.








Jedzenie

Jak wiecie, albo nie, obecnie hotelowe restauracje nie mogą zapraszać do siebie gości, nawet tych nocujących w obiekcie. Co moim zdaniem jest bardzo smutne, bo uwielbiam jeść, ucztować, próbować nowych smaków, ale też zerkać na talerze innych ;) wtedy wiem, co w danej restauracji cieszy się największym powodzeniem. Poza tym w Andel's Cracow jest restauracja Mavericks, która jest młodszą siostrą słynnej berlińskiej knajpki hotelowej o tej samej nazwie. I tu, podobnie jak w Berlinie zjemy dania, których filozofią jest kalifornijski luz, jednak umówmy się, że jedzenie na mieście, czy w hotelu, to nie tylko napełnianie brzucha, to rytuał i krakowski Mavericks doskonale wpisuje się w ten klimat. Znajdziecie tu dania będące wariacją na temat kuchni kalifornijskiej z azjatyckimi, meksykańskimi i europejskimi wpływami. Ale najważniejszą zasadą jest tu #GoodFoodGoodVibes, bo w Mavericksie się biesiaduje, delektuje, rozmawia i tak też jest urządzone jej wnętrze, żeby każdy mógł odezwać się do sąsiada, dla tych którzy szukają prywatności restauracja rezerwuje kącik zwany pieszczotliwie Małpim Gajem, tam, na wygodnych kanapach, schowamy się za ścianą kwiatów i będziemy się delektować tym, co chef nam zaserwuje. 

Ale to kiedyś, dziś dania z Mavericksa można zjeść w pokoju. Szczerze mówiąc rozpieszczona szwedzkimi stołami zastanawiałam się, jak będzie wyglądało serwowane śniadanie. Okazało się, że przy meldowaniu się do pokoju otrzymujemy informację, jak wygląda podstawowy zestaw śniadaniowy oraz wybieramy, co poza nim chcielibyśmy jeszcze zjeść. Wybór jest ogromny, a porcje w zasadzie nie do przejedzenia. W czasie pobytu pisała do mnie koleżanka, która mieszka na stałe w Holandii i z okazji Walentynek wybrali się z mężem do hotelu w Amsterdamie, od niej wiem, że nie wszędzie dostaniecie takie śniadaniowe bogactwo do pokoju, oni dostali po bułeczce z odrobią dodatków, a my, zobaczcie na zdjęciach niżej. Kolacje również serwowane przez kelnera do pokoju. Pierwszego wieczora dostałyśmy do próbowania wszystkie dania, jakie aktualnie są w karcie. Byłam w wielkim szoku, jeśli chodzi o wielkość porcji w stosunku do ceny. Ogromny talerz sałatki z grillowanym kurczakiem, krewetki tygrysie czy burger z frytkami, wszystkie wyglądające jak dzieła sztuki i większość z nich kosztuje do 40 zł. Przypominam, że mówimy o czterogwiazdkowym hotelu w centrum Krakowa. Więc uważam te ceny za całkiem okazyjne. Na mój gust, kucharz mógłby odważniej je przyprawiać, ale może to ja lubię zbyt słone jedzenie?











Co warto wiedzieć

Jeśli myślicie o wyjeździe do hotelu, to zdecydowanie zachęcam Was do zapoznania się z aktualną promocją Vienna House w Krakowie, bo w tej chwili mają świetną promocję pod hasłem ,,Powrót do podróżowania"(na stronie, jako Keep On Dreaming), gdzie dokonując rezerwacji do 20 marca na pobyt do końca kwietnia dostaniecie aż 30 procent rabatu. Jeśli obawiacie się, że hotele znów zostaną zamknięte, to zupełnie niepotrzebnie, bo anulowanie rezerwacji jest możliwe nawet na chwilę przed rozpoczęciem wizyty SZCZEGÓLY TUTAJ.


Zaznaczam, że Hotel, choć zaprosił nas w swoje gościnne progi, nie ingerował w treść tego tekstu.










Zapraszam Was również na 3 i pół minutowy film z Krakowa :D


#oswajamAutyzm 4 mity o spektrum autyzmu

#oswajamAutyzm 4 mity o spektrum autyzmu

Spektrum — wachlarz, zakres, wielorakość, np. emocji czy postaw psychologicznych. (za Słownikiem Języka Polskiego). Czasem łudzę się, że mam to już za sobą. Że już wszystko powiedziałam i wszyscy wiedzą, jednak wcale tak nie jest. Każdego dnia natrafiam na historie, które sprawiają, że mam ochotę kopać i gryźć, że chcę kupić sobie megafon i jeździć po Polsce z wykładami.


pixabay


Nigdy nie ukrywałam faktu, że ten blog powstał, kiedy zdiagnozowaliśmy syna w kierunku zespołu Aspergera. Początkowo był to mój pamiętnik, dziś dzieją się tu rzeczy równe. Ale ten temat wraca niczym bumerang. Ostatnio znowu często ląduje końcami w dół jak smutna buźka. Chcę dziś złamać kilka stereotypów — krzywdzących, z którymi mierzą się osoby ze spektrum autyzmu.


1. Autyzm to choroba

A gówno prawda! Nie wiem, ile razy to napisałam, ale mój słownik sam podrzuca mi frazę ,,spektrum autyzmu, to odrębny sposób postrzegania świata, nie gorszy, nie lepszy, inny". Jak słyszę, a zdarza się to wcale nie rzadko, również od pedagogów, osób pozornie przygotowanych i świadomych, że rozumieją, że mój syn jest chory, to się gotuję. WHO, czyli Światowa Organizacja Zdrowia jasno mówi, że zaburzenia ze spektrum autyzmu NIE SĄ jednostką chorobową.


2. Dzieci z autyzmem są agresywne

Zdarza się, tak jak Twoja ciocia jest bardziej nerwowa, niż jej mąż. Ale czy to znaczy, że wszystkie ciocie na świecie są nerwowe? NIE. Ostatnio znajoma opowiadała mi, jak próbowała kupić psa z hodowli. Kiedy mówiła, że chce pieska właśnie tej konkretnej rasy, bo mają opinię łatwo poddających się tresurze, jako psy-terapeuci dzieci ze spektrum autyzmu. Wiecie, ile hodowli się ucieszyło, że pies spełni funkcję większą rolę, niż bycie maskotką kanapową? Żadna! Mimo że syn mojej znajomej agresywny nie jest, ale nikt nie zadał sobie trudu, żeby poznać dziecko, czy choćby przeczytać opinię psychologiczną dziecka.


3. Autystyczne dzieci nie mają kontaktu ze światem zewnętrznym

Przyznaję się i biję w piersi, póki to nie dotyczyło mnie bezpośrednio, w głowie miałam dwa obrazy pierwszy, to właśnie to kiwanie, drugi — aspik geniusz. Nic pośrodku. A spektrum autyzmu, to szeroki wachlarz. Od Zeta, który, mimo że ma wielokrotnie zdiagnozowany zespół Aspergera, przez córkę moich znajomych, która nie patrzy w oczy, tylko obcym i inną, która na początku naszej znajomości wydawała się bez kontaktu, a w kilka lat zrobiła taki postęp, że jadąc z nią autobusem, możesz prowadzić miłą pogawędkę i jeśli nie wiesz, czego szukać, nie zorientujesz się, że ma specyficzną melodykę głosu, po mojego przybranego syna, który wydaje się na pierwszy rzut oka być po prostu małym rozrabiaką lubiącym bawić się światłem. Ale owszem, są też przypadki trudniejsze. Ale nie wszystkie.


4. Nie odczuwają emocji

Jak zaczęłam, tak skończę — a gówno prawda! Jakbym miała sama napisać definicję spektrum autyzmu, zaczęłabym od tego, że autyści wszystko czują mocniej. Tyle że nie zawsze adekwatnie. Miewają też problem z rozpoznaniem emocji u innych. Miewają, nie znaczy, że zawsze mają.


Takie bajanie mogę snuć cały dzień, mogę opowiadać o tych krzywdzących stereotypach, o tym, jak niewiele trzeba zmienić w sobie, żeby zmieć cały czyjś świat. Jak poznać, że ktoś, kogo znasz, ma spektrum, o którym sam nie może wiedzieć, bo nas dzieci lat 80tych się nie diagnozowało. Nie wspominając o dzieciach wcześniejszych dekad. Nie zrobię tego dziś, zostawię sobie na potem, bo widzę, że niezależnie od tego ile powiem na ten temat, zawsze warto się powtórzyć, zawsze warto wrócić do tematu. Za każdym razem z innej strony, ale za każdym razem w tym samym celu. Dla lepszego jutra naszych dzieci.

Ekspresowe śniadanie dla rodziny. Naleśnik z piekarnika

Ekspresowe śniadanie dla rodziny. Naleśnik z piekarnika

Miewam w życiu fazy, kiedy włącza mi się szykowanie jedzenia na zapas. To są te chwile, kiedy chcę spać dłużej, spędzać więcej czasu z bliskimi, ale nadal jeść fajne rzeczy. W gotowaniu nie umiem odpuszczać, rzadko sięgam po gotówce i jeśli już, to raczej po ciekawostki. Coś nowego co przyciągnie moją uwagę na sklepowej polce. Biorę w celach badawczych, żeby wiedzieć, czy samemu warto to zrobić. 




Że śniadaniami mam trudną relację. Bardzo cisnę dzieci, żeby je jadły, choć sama do południa spokojnie mogę żyć na kawie. Ale mam sprytny patent, ściągnięty z programu kulinarnego na Netflix, żeby rano zaserwować młodzieży naleśniki, bez stania przy patelni. Piekę je!  

Ciasto z przepisu wystarczy spokojnie na dwie blachy naleśników, a każda nakarmi 10-12 pustych brzuchów. Mieszam wieczorem, połowę mrożę, a połowę zostawiam w lodówce, żeby upiec następnego dnia rano. Więc jeśli chcesz zrobić mniej na próbę możesz od razu składniki podzielić na pół.


1 kg mąki
180 g cukru
łyżeczka soli
2 łyżeczki proszku do pieczenia
680 ml mleka
8 łyżek oleju
8 jajek

Wymieszać trzepaczką na jednolitą masę. Połowa masy do zamrożenia, połowa na foremkę wyłożoną papierem do peczenia, na po 6 łyżek masła orzechowego i sześć łyżek dżemu. Zrób artystyczne esy floresy. Piecz 35 minut w 180 stopniach. U nas, w ramach rozpusty smarujemy nutellą, albo jemy z jogurtem i owocami.





Depresja. Sześć rzeczy, które dała mi terapia

Depresja. Sześć rzeczy, które dała mi terapia

 Wiele razy pisałam już o depresji w 9 na 10 przypadków robię to całkowicie poważnie. Dziś chciałabym to zrobić trochę inaczej. Bo chyba nigdy nie powiedziałam tego wprost, ale przerobiłam trochę ten temat. Z okazji Światowego Dnia Walki z Depresją chciałbym Wam opowiedzieć kawałek mojej historii z terapią w tle i na własnym przykładzie powiedzieć, dlaczego warto się na terapię wybrać. A o korzyściach z tego przedsięwzięcia opowiem już z lekkim przymrużeniem oka.


pixabay


Ale od początku. Jak doprowadziliśmy już diagnozę Zeta do końca, wiedzieliśmy kiedy i z jakimi specjalistami ma zajęcia, załatwiliśmy wszystkie niezbędne orzeczenia i całą resztę, dopadła mnie rzeczywistość. Tak, jakby na głowę spadła mi cegła i uwolniła absolutnie wszystkie lęki i obawy. Poczucie, że zrobiliśmy już wszystko, co na daną chwilę dało się zrobić, żeby pomóc dziecku, zamiast się cieszyć, poczułam pustkę. Taką rozrywającą próżnię, która, gdybym miała jakikolwiek wybór, nie dałaby mi wstać z łóżka. Na szczęście były dzieci i cała reszta, więc wstawałam. Któregoś dnia wstałam i za namową Michała i koleżanki poszłam na terapię. 


Czego się na niej dowiedziałam?

W sumie to niczego. Pierwszych kilka spotkań miałam poczucie marnowanego czasu, wypełniałam jakieś tabelki odpowiadałam ogólnikami na nic nie znaczące pytania. Tak bez emocji. A któregoś dnia przy kolejnym pytaniu zaczęłam tam wyć. Płaczem nie do opanowania, silniejszym od mojego poczucia zażenowania, że oto rozkleiłam się przy obcej babie. Siedziałam w tym fotelu z Ikei i płakałam chyba z godzinę, w sumie nie wiem czemu, nawet nie jestem w stanie sobie przypomnieć czego to pytanie dotyczyło, ale płakałam sobie, a z każdą łzą wypływały ze mnie kawałki mojej potłuczonej duszy. Terapeutka nic nie mówiła, podawała tylko kolejne chusteczki, a ja ochoczo je brałam. Lżejsza o wiadro bólu i pieczołowicie zrobiony makijaż, wstałam i wyszłam czując, że właśnie nastąpił przełom, że coś ,,pyknęło". Chodziłam tam jeszcze jakiś czas, ale zdecydowanie, to tamta sesja zmieniła moje życie, ta jedna, konkretna, nieomal w całości przepłakana. To było pięć lat temu. Nadal miewam spadki nastroju, jedne mniejsze, drugie większe, zwykle przypadają jakoś w lutym, ale zdecydowanie łatwiej mi z tych dołów wychodzić. 

Co dała mi terapia?

1. Uniknęłam psychiatryka i leków. 

Trafiłam ze swoim bólem do specjalisty na tyle wcześnie, że nie trzeba było mnie izolować, ani nawet szprycować kolorowymi tabletkami. Zdecydowanie łatwej mówić ludziom, że biorę na poprawę nastroju witaminę D, niż prozac.

2. Nauczyłam się mieć wyjebane

Nie boję się tego słowa, bo ono dokładnie oddaje moje zwycięstwo. Wiecie, ja kiedyś potrafiłam się przejąć tym, że ktoś się zaśmiał w mojej obecności, a ja nie wiedziałam z czego - więc na pewno ze mnie. Teraz nawet jak wiem, że głupi uśmieszek jest ze mnie to wyznaje filozofię ,,mniej wyjebane, a będzie Ci dane" mam tu na myśli święty spokój.

3. Tak pięknie odmawiam

Kiedyś, jak ktoś mnie o coś prosił, to po prostu to robiłam, nawet jak bardzo nie było mi to na rękę i krzyżowało plany. ,,Nie" nie istniało w moim słowniku. Dziś używam tego słowa z wielką przyjemnością i wiecie co? Nie czuję potrzeby tłumaczenia obcym ludziom, czemu odmawiam. Jakiż to daje komfort psychiczny.

4. Mówię jasno, co mi nie pasuje

To chyba najtrudniejsze, zwłaszcza wobec bliskich. Ale jak cudownie jest i lekko, kiedy nie kiszę w sobie tego, co mnie gryzie. Takie podejście pomaga w zachowaniu higieny psychicznej, bo po co coś w sobie dusić? Takie niedopowiedzenia rosną w nas jak placek drożdżowy pod pierzyną i zatruwają naszą duszę. A przecież nie muszą!

5. Przestałam kontrolować świat

To była moja zmora, obwiniałam się za wszystko, nawet jeśli to nie ja zawaliłam, samochód nie odpalił - samobiczowanie, dziecko wywaliło buraczki na dywan u sąsiadów - samobiczowanie, autobus się spóźnił - bicie w piersi, itd.... Teraz zupełne tego nie mam. Nie mam poczucia, że dałam ciała, bo pociąg miał godzinę opóźnienia, normalnie - wsiadam w inny, coś mi nie wyszło, spoko - los tak chciał, jak nie drzwiami, to oknem, dam radę. 

6. Wyprzedzanie spadków

Nauczyłam się wyczuwać swój zbliżający się spadek formy, zanim trafi mnie szlag i sięgnę dna. Kiedy czuję, że zbliża się drama zaczynam robić rzeczy, które sprawiają mi przyjemność i dają siłę


I uwaga, jeśli coś Cię męczy, Ty też możesz iść i szukać pomocy, jeśli na pierwszym spotkaniu, masz ochotę rzucić się na terapeutę, bo płaczesz, jest dobry, jeśli nie wzbudza Twoich emocji, daj mu czas, jeśli wkurza Cię jego sposób bycia, to poszukaj innego, tego kwiatu, to pół światu. Trafisz w końcu a właściwego, a po pomoc w poukładaniu życia zawsze warto iść. Terapeuta jest obiektywny, nie da Ci recepty na lepsze życie, ale pokaże, gdzie jest problem, pomoże znaleźć wyjście z niego i poprawi Twój komfort życia. Tak po prostu. A nieco poważniej o depresji pisałam tutaj:

Depresja u dorosłych 

To może zabić Twoje dziecko - depresja u dzieci.

Z pamiętnika nie całkiem młodej matki. Panika przed nowym

Z pamiętnika nie całkiem młodej matki. Panika przed nowym

 Zawsze wydawało mi się, że nie jestem typem wielkiego panikarza. Z sytuacji ,,pozadzieciowych" najbardziej w życiu denerwowałam się przed egzaminem na prawo jazdy. Więcej takich nie umiem przywołać. Wiecie, ślub, matura, porody, raczej brałam na miękko. Ale od dwóch dni nie mogę sobie znaleźć miejsca.

pixabay.com


Samej mi się trochę chce śmiać z siebie, ale z drugiej strony wiem, skąd moje rozdygotanie. Może wiecie, a może nie, ja całe życie pracuję. W pierwszej klasie liceum roznosiłam ulotki ze świeżo otwartego Auchan. To było 21 lat temu.... Trudno w to uwierzyć, ale od tamtej pory w zasadzie ciągle coś robiłam zarobkowo. Sprzedawałam okulary przeciwsłoneczne, pisałam wypracowania za kasę, od razu po skończonym liceum poszłąm na staż, jako pracownik biurowy, kolejne prace były raczej związane z mediami. O tych rozmaitych zawodach piałam TUTAJ.


Pierwszy raz tak długo NIC

W 2017 roku pracowałam na półtora etatu, mieliśmy kupić dom, musieliśmy się przyłożyć, w ciągu dnia pracowałam w tygodniku telewizyjnym, a 10 nocy w miesiącu pisałam do portalu newsowego. To był szalony czas, bywało, że wstawałam np. w poniedziałek o 6 rano, odwoziłam dzieci do szkoły, jechałam do pracy, zgarniałam dzieci, dawałam obiad, spędzałam z nimi czas, kąpałam, kładłam się z nimi o 20, wstawałam o 21:55 i pracowałam do 6 rano, żeby we wtorek pojechać do pracy i odbyć cały dzienny rytuał i dopiero o 20 we wtorek mogłam się położyć normalnie spać. Wtedy wydawało mi się to zupełnie normalne. Ale dziś jak uświadomię sobie, że przez większość 2017 roku byłam w ciąży, to muszę przyznać, że podziwiam, że dałam radę. Ostatni raz w tygodniku byłam 30 listopada, 6 grudnia miała ostatni nocny dyżur, a w Wigilię urodził się Kazik. Od tamtej pory nie pracuję zawodowo. To znaczy zdarza się, że czasem napiszę coś na zlecenie, piszę bloga, itd. Ale regularnej pracy nie mam od 40 miesięcy. Zaczęłam się dusić.


I zaczęłam szukać

Po kilku miesiącach rozsyłania CV powoli zaczęłam tracić wiarę i wymyśliłam, że będę pracować jeszcze ciężej tutaj, na blogu, że mimo pandemicznego zamknięcia wystartujemy w końcu z wiecznie przekładanym projektem na.weekend i wtedy zadzwonił telefon. ,,Chciałabyś dla nas pracować?" Jedno z tych pytań, o usłyszeniu których marzyłam od miesięcy a jednocześnie wiedziałam, że mnie przerazi. I tak też się stało. Za dwa tygodnie zaczynam pracę. Póki co zdalnie, ale to akurat dobrze, będziemy mieć więcej czasu na ogarnięcie rzeczywistości. Moment też idealny, bo w związku z remontem kuchni TUTAJ i TUTAJ wystrzelaliśmy się z kasy. Ale stresa mam niemałego. 


Nie mogę spać, ale mogę jeść

Mój organizm przedziwnie reaguje na sytuacje stresowe. Ciągle chodzę głodna, ciężko mi się wziąć za jakąś pracę w domu, a jednocześnie czasu mam jakby więcej, bo dziś wstałam o 5:03, nie mogę spać. Budziłam się tyle razy, że dalsze leżenie mijało się z celem. Dodatkowym stresorem jest jutrzejszy wyjazd. Wiecie, niby nic szczególnego, z Anetą już wyjeżdżałam, wiem, co musimy zrobić na miejscu, nie zabraknie nam też czasu na rozrywki, wszystko zaplanowane. Ale i tak mam w sobie jakiś dziwny niepokój i nie mogę się zmusić do tego, co już dawno powinnam mieć zrobione. Jutro o 9 wsiadamy do pociągu, a ja nawet nie zajrzałam do szafy. A po trzech latach w domu umówmy się, że wybranie ciuchów, które nadają się do ludzi, to jest wyzwaniem. Poproszę o motywacyjnego kopa, żebym nic nie skopała ;)

Jak przygotowuję się do wyjazdu. Zobacz mój nowy projekt!

Jak przygotowuję się do wyjazdu. Zobacz mój nowy projekt!

Wiele razy przymierzałam się do tego, żeby zamiast bloga parentingowego i pracy na etacie, postawić wszystko na jedną kartę i założyć własny portal turystyczny. Taki, jakiego zawsze szukałam i nigdy nie znalazłam. Miało to być miejsce, w którym każdy rodzic znajdzie coś dla siebie. Chciałam odwiedzać fajne miejsca i wydawać swoją opinię o nich. Czy nadają się na pobyt z dzieckiem autystycznym, czy w okolicy jest wystarczająco spokojnie, żeby pojeździć z dzieckiem na rowerze, czy da się dojść na plażę nie potykając się co i rusz o świecące automaty, żeby nie musieć 39 razy po drodze odmawiać dania złotóweczki na piłeczkę, itd. 




Ale nie tylko z dziećmi chcemy podróżować, tak każdy ojciec miał znaleźć swoją samotnię, gdzie może z kolegami pojechać na ryby, nawet jeśli w życiu nie trzymał wędki w rękach, albo spędzić weekend w stylu Beara Grylsa. A każda mama tego świata będzie mogła znaleźć miejsce, gdzie niezależnie od budżetu jakim dysponuje będzie mogła wyskoczyć choć na dwa dni z przyjaciółką, napić się w ciszy wina i pooglądać komedie romantyczne, czy dać się wymasować. Chodziło o stworzenie miejsca, gdzie każdy znajdzie dla siebie dokładnie to, czego szuka. Portalu nie ma, ale powoli rodzi się coś innego...

Partnerka w zbrodni


Miewam fajne pomysły, nie przeczę. Zdarza mi się błysnąć, ale prawda jest taka, że potrzebuję bata nad głową. Kogoś odpowiedzialnego za terminy, za to, żeby mnie kopnął, kiedy zaczynam się wycofywać. Mam takie momenty, kiedy nagle przestaje mi się chcieć i to jest moja największa zbrodnia. Łatwiej mi się zmusić w takich chwilach do działania, kiedy muszę się przed kimś spowiadać. Dlatego do pomysłu, w wersji light, namówiłam Anetę (www.swiatkarinki.pl), która jest najbardziej skrupulatną i zorganizowaną osobą z jaką miałam do czynienia. Aneta ma zapisany każdy centymetr w kalendarzu i to przez cały rok. Ja mam najwyżej ze trzy dni w styczniu i cztery w czerwcu, jak mi się przypomni, że mam kalendarz. Reszta na żywioł. Ale spoko mam inne zalety, doszłam do wniosku, że razem tworzymy całkiem zacny duet, co znacząco podnosi nasze szanse na sukces. 

Postawiłyśmy na IG


Niezależnie od tego, jakbym nie była fanką długich form wypowiedzi i jak bardzo nie była związana emocjonalnie z Żywicielką, to nie da się ukryć, że Instagram jest szybszy w reakcji, a co za tym idzie sprawniejszy w budowaniu relacji z odbiorcą. Wrzucam zdjęcie i jestem tam, odbiorca widzi, lajkuje, komentuje, ja dostaje powiadomienie, więc od razu mogę odpowiedzieć, jeśli zadał pytanie, zajrzę też do niego, bo najpewniej nie przyszedł na IG zobaczyć co u mnie, tylko spotkaliśmy się przy publikowaniu treści i tak tworzymy relacje, dlatego nasz projekt @na.weekend osadziłyśmy właśnie na tej platformie. Akcja, reakcja, relacja. A to właśnie na relacjach chcę opierać swoją bytność w sieci.

Czym jest na.weekend


Naszym wspólnym miejscem w sieci. Moim, Anety i naszych odbiorców. Chcemy tam pokazywać najfajniejsze miejsca w Polsce, które niezależnie od tego czy chcesz wyjechać na trzy godziny, czy na tydzień, sama, z przyjaciółką, partnerem czy z rodziną, warto odwiedzić. Póki co raczkujemy, w tym tygodniu w końcu ruszamy na pierwszy oficjalny wyjazd pod nowym szyldem, ale już dziś odwiedzając tamto konto zobaczycie kilka fajnych miejsc, które odwiedziłyśmy wcześniej i które z czystym sumieniem możemy polecić. Na ten tydzień zaplanowałam tu na blogu coś, czego wcześniej nie robiłam. Zrobię sobie z niego pamiętnik. Pokażę Wam, jak przygotowujemy się do takiego wyjazdu w czasach zarazy. 

Nocleg dograłyśmy już wcześniej, zdecydowałyśmy, że pojedziemy pociągiem, więc wybrałyśmy coś w sercu miasta. Bilety kupiłam dzisiaj, czeka mnie jeszcze przegląd garderoby i pakowanie lamp do zdjęć oraz najgorsze - zwalnianie pamięci w telefonie. Ale keep calm jeszcze półtora dnia do wyjazdu - zdążę ;) To co wpadacie do nas? KLIK KLIK



5 bezkosztowych prezentów dla partnera, nie tylko na walentynki

5 bezkosztowych prezentów dla partnera, nie tylko na walentynki

Żeby nie było, że popadam w jakąś potworną, żarciową monotonię, choć umówmy się, akurat tym tematem w życiu zajmuję się ostatnio najczęściej, to chciałabym dziś powiedzieć coś z zupełnie innej beczki. Choć nadal planuję pozostać w klimacie okołowalentynkowym. Dziś z drugiej mojej ulubionej beczki, tej psychologicznej. Choć niezbyt poważnej.

Pixabay



Jak wiecie, zwykłam mówić o poważnych sprawach z lekkim przymrużeniem oka, bo tak łatwiej mi się mierzyć ze światem. Opowiem Wam o zdaniach, które powinny paść w każdym z domów, gdzie króluje home office, nie tyko z okazji święta zakochanych.

1. Ty jedź do sklepu


Po tygodniach w dresach za kuchennym stołem, założenie jeansów, uczesanie włosów i wycieczka do dyskontu mogą się okazać wydarzeniem tygodnia. Poza tym wszyscy chcemy, żeby kiedyś, jak będzie można wrócić do normalnego życia, nasz partner nosił ten sam rozmiar, prawda? A jak inaczej sprawdzić, czy ciuchy nadal pasują? Zresztą spacer w pojedynkę, czy długa kąpiel też ucieszą partnera, byle w ciszy i samotności. Chociaż jeśli będziecie czekać aż wanna będzie zbyt ciasna, to może być słabo. Lepiej niech gdzieś idzie.

2. Proszę, tu masz słuchawki


Wszyscy lubimy ciszę, te momenty, kiedy nikt się nie drze ,,mamo, a on mi...", ,,tato, powiedz mu coś!". Ciężko  nie jednak, kiedy dzieci też są na zdalnym nauczaniu. Wtedy duże, porządnie wyciszające słuchawki mogą się okazać na wagę złota. A jeśli nie słuchawki to niech jedno z Was zabierze dzieci, choćby na pół godzina na spacer, a drugie, choćby miało myś w tym czasie myć podłogi niech pobędzie samo.

3. Proszę, czas na przerwę


Kiedy między zebraniami macie chwilę ciszy na łączach, idealnie, jeśli wypada w czasie lekcji potomstwa, wstań zrób kawę czy herbatę, albo koktajl owocowy i podaj drugiej połówce, usiądź obok i zapytaj, jak mija dzień. Obejrzyjcie jakąś galerię na Joe Monsterze, może dwie strony Kwejka, pośmiejcie się razem, rozładujcie trochę napięcie. Miejcie codziennie kilka chwil dla siebie, żeby było co wspominać.

4. Zostaw, ja powieszę!


To oczywiście dotyczy każdej z prac domowych, ale u nas, tak jak w wielu znanych nam domach szybko, jeszcze w marcu zeszłego roku wyklarowała się sytuacja, kto się zajmuje jakim obowiązkiem domowym. Zaskocz partnera, zabierz mu z rąk to, co mogło mu po tych jedenastu miesiącach już obrzydnąć. Czasem zaproponuj zamianę. Taki powiew świeżości w całej monotonii, w jakiej przyszło nam żyć, może zdziałać cuda. 

5. Dziś nie ma dzieci


Jestem pewna, że znajdziecie równie wymęczonych co wy rodziców w najbliższym otoczeniu, z którymi da się dogadać, że wezmą na noc Wasze dzieci, w zamian Wy weźmiecie ich pociechy do siebie za kilka dni. Oczywiście marne szanse, żeby to się udało w same walentynki, ale w sumie co za różnica kiedy. O tym co robić z większym niż zwykle stadkiem, jeszcze napiszę, dziś polecam zachowanie całego działania w tajemnicy przed małżonkiem do samego końca. Po odwiezieniu dzieci polecam wstąpić po wino i kebaba. Urządźcie sobie piknik na podłodze, czy cokolwiek macie ochotę. Po inspirację, jakie wino wybra i jakie jeszcze pomysły na romantyczny wieczór we dwoje można wykorzystać znajdziecie, np. u Oli z Wonikompas <KLIK>
Szybki przepis na faworki

Szybki przepis na faworki

 Dobra dziś bez zbędnych filozofii, na szybko, bo jeśli w Tłusty Czwartek napychacie brzuszki pączkami, to na ostatki polecam faworki, które robi się szybko, łatwo i przyjemnie, zawsze się udają, a ciasto jest mega elastyczne i z łatwością rozwałkujecie je tak cienko, jak tylko będziecie chcieli. A produkt końcowy jest chrupiący i zachwyca.




Składniki

400 g mąki pszennej

łyżeczka proszku do pieczenia

małe opakowanie śmietany 18 proc. (150 g)

4 żółtka

1 jajko

łyżka spirytusu lub octu, ewentualnie trzy łyżki wódki

szczypta soli


Do dzieła

Mąkę przesiewam do miski, łączę z pozostałymi składnikami i zagniatam ciasto. Ciasto lubi jak będziesz je bić i prześladować, rzuć nim parę razy o stolnicę, zagnieć porządnie, porozciągaj. A na koniec daj mu odpocząć pół godziny po rundzie walki. Potem odrywasz małe kawałki ciasta, wałkujesz i tniesz na paski 2,5 x 10 cm. Na środku paska robisz nacięcie i przeplatasz jeden koniec. Rozwałkuj całość i przepleć wszystkie faworki. Pora na grzanie tłuszczu, we frytkownicy nagrzej do 175-180 stopniu, w garnku - jak da los. Podpowiem Wam, że babcia smażyłą faworki na smalcu i były najlepsze na świecie, więc jeśli macie kilogram smalcu, nie odmawiajcie sobie, ale raczej bez skwarek i cebuli. Faworki wkładamy dosłownie po kilka do tłuszczu i liczymy do trzech, po czym przekręcamy na drugą stronę i znowu do trzech. Odławiamy łyżką cedzakową i układamy na talerzu wyłożonym papierowym ręcznikiem. Po przestudzeniu posypujemy cukrem pudrem. I gotowe.






Mięsne robaczki*, czyli ulubiony obiad moich dzieci

Mięsne robaczki*, czyli ulubiony obiad moich dzieci

 To danie pamiętam jeszcze z przedszkola, ba pamięta je moja mama, która chodziła do tej samej placówki i jeśli zapytacie którąś z nas, to jest to obok ogórkowej z płatkami ryżowymi najlepszy obiad tamtych czasów. Często zresztą były podawane w komplecie, co bardzo umilało czwartki ;)




Dziś sama często podają owe robaczki*, choć akurat tą nazwę zawdzięczają Teodorowi, który zakochał się w tym daniu. Jest to jedno z nielicznych dań mięsnych, do których nie trzeba namawiać Kazika, a do tego doskonały sposób na przemycenie warzyw w diecie sceptycznych młodzieńców. Nie przedłużając, pozwólcie, że zdradzą wam przepis. 


Składniki

50 dag mielonej chudej wołowiny

1 duża marchewka

1 mała cukinia

10 cm białej części pora

średniej wielkości cebula

słodka wędzona papryka

suszony lubczyk 

200 ml bulionu wołowego

czarny świeżo mielony pieprz

opcjonalnie sos sojowy


Przygotowanie

Warzywa możesz drobno posiekać lub zetrzeć na tarce, choć ja zdecydowanie jestem leniwa w tej kwestii i wrzucam wszystkie do malaksera. Szybciej go umyć, niż to siekać, a im drobniej, tym dla sceptyków lepiej. Na patelni rozgrzewamy odrobinę oleju i podsmażamy warzywa, ok 5 minut, dodajemy półtorej łyżeczki papryki i podobną ilość lubczyku, odgarniamy na bok i dodajemy mięso, smażymy, aż zmieni kolor i podlewamy bulionem, dusimy razem na maleńkim ogniu do nieomal całkowitego odparowania płynu, próbujemy, jeśli trzeba dodajemy sosu sojowego i doprawiamy pieprzem. 

Najlepiej smakuje z tłuczonymi ziemniakami i surówką z marchwi i pora z odrobiną majonezu.







* Przez wolne gotowanie mięso zachowuje kształt, którego nabiera w maszynce do mielenia i niezmiennie uważam, że to urocze określenie.
Deser na walentynki. Mus czekoladowy z truskawkami

Deser na walentynki. Mus czekoladowy z truskawkami

Walentynki za zakrętem, więc zgodnie z wcześniejszą deklaracją przez najbliższe dni będę Was zasypywać przepisami, tak żebyście mogli zrobić pełną afrodyzjaków kolację na niedzielę. To co, dzisiaj deserek? TUTAJ <KLIK> macie przepisy na przystawki i dania główne, którymi zaskoczycie swoją połówkę. 





Na deserek proponuję połączenie dwóch afrodyzjaków: czekolady i truskawek. A że prezentuje się, jak powyżej, to sami rozumiecie, że grzech nie spróbować tej cudownej chmurki. Przygotujecie ją w kilka chwil i spokojnie pozwolicie jej czekać na ,,szczęśliwy finał :D" w lodówce. Przedstawiam idealny mus czekoladowy z truskawkami i bitą śmietaną.

Składniki


100 g czekolady 70% kakao
300 ml śmietanki kremówki
1 1/2 szklanki mrożonych truskawek
2 łyżeczki cukru

Przygotowanie


Czekoladę pokruszyć do szklanej lub metalowej miseczki, w rondelku zagotować wodę, nad nią w kąpieli wodnej, rozpuścić czekoladę, miska nie powinna dotykać wody. Odstawić czekoladę do przestudzenia, w tym czasie ubić śmietankę na sztywną pianę. Odłożyć kilka łyżek śmietany do dekoracji. Do śmietany partiami dodajemy rozpuszczoną, przestudzoną czekoladę i delikatnie mieszając połączyć obydwa składniki. Mus przełożyć do szklaneczek i schłodzić w lodówce. 
Mrożone truskawki przełożyć do rondeka, doprowadzić do wrzenia i lekko odparować, dodać dwie łyżeczki cukru, zmiksować i odstawić do ostygnięcia. Tuż przed podaniem na mus czekoladowy nałożyć porcję truskawek i odrobinę śmietany. Udekorować świeżymi ziołami, świetnie sprawdzą się mięta czy melisa. Sama wybrałam rozmaryn, który moim zdaniem dodaje deserowi pazura. 





Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger