Wasze dzieci będą prosić o szpinak!

Wasze dzieci będą prosić o szpinak!

Nie będę Wam ściemniać, kocham wiosnę, ale alergia, co roku dokucza mi bardziej. To chyba starość, nie? W każdym razie, dla tych, którzy mają szczęście nie wiedzieć o czym mówię spieszę z informacją, że alergia wziewna, to jest dramat. Mimo powtarzania testów, dalej nie wiem, co mnie tak uczula, ale od tygodnia jestem w stanie przedagonalnym. Ale litości nie ma, trzeba czymś dzieci karmić, żeby czuć, że w tym domu się gotuje i nadmiernie się nie przemęczać, znów sięgam po pewniaki. 



- Mamo, zrobisz makaron ze szpinakiem? - nie zapytało nigdy, żadne dziecko na świecie? Żadne, poza moimi. Serio, moje lubią, polubił to danie także mąż, który jak wiele dzieci znał to warzywo tylko jako szarą bezkształtną breję. A przecież szpinak można przyrządzić tak, żeby domownicy prosili o dokładkę! Zdradzę Wam mój sekret.

Czego potrzeba?


Uprzedzę Wasze pytania, post nie jest sponsorowany, ja serio robię większość zakupów w Lidlu. Dziś zajmiemy się daniem w wersji podstawowej, ale podpowiem Wam też, jak można je wzbogacić, co dodać, żeby szybko przerobić ten prosty posiłek na coś, czym zaskoczycie gości.

Podstawowe składniki:

Rozdrobniony szpinak mrożony (można też spokojnie użyć świeżego, albo całych liści, ale pamiętajcie, że gotuję dla moich dość wybrednych krytyków kulinarnych)
500 g makaronu z pszenicy twardej, kształt, jaki lubicie, ale świderki czy kokardki fajnie "chwytają" sos (oczywiście jeśli lubicie nadaje się też makaron razowy, ja lubię, ale mnie nikt nie pyta ;) )
mała śmietana 18 proc. można spokojnie obyć się bez, ale ja lubię, nie dodaję jej za to do wersji rozszerzonej, ale o tym za chwilę
1 cebula
3 ząbki czosnku (tak Daria, można więcej :D ale mniej nie dawajcie, zaraz Wam napiszę dlaczego)
sól
pieprz
olej

Do roboty!


Zaczynamy od wstawienia dużego garnka z wodą, niech się zagotuje, bo sos robi się ekspresem. Cebulę siekamy w drobną kostkę, na patelni rozgrzewamy dwie łyżki oleju słonecznikowego i szklimy na nim cebulę, wkładamy zamrożony szpinak, w zależności od tego jaki produkt macie, czasem trzeba podlać go wodą, ten którego ja używam, wymaga wody, bo w paczce jest jej niewiele (to akurat dobrze, bo nie chcesz kupować wody w cenie szpinaku). Wsypujemy łyżeczkę soli i pół łyżeczki pieprzu i przykrywamy, w tym czasie siekamy czosnek. Szpinak mieszamy i jak tylko rozmarznie dodajemy czosnek i gotujemy razem dosłownie 1-2 minuty. Inaczej szpinak z zielonego stanie się bury i nikt go nie będzie chciał jeść. Dokładamy śmietanę mieszamy i wyłączamy. Próbujemy. Nie bój się soli, pieprzu i czosnku, szpinak bardzo lubi te przyprawi i potrzebuje ich dużo, żeby poczuć się szczęśliwi i uszczęśliwić innych ;) Gotujemy makaron zgodnie z przepisem na opakowaniu, mieszamy ze szpinakiem i koniec, gotowe. To tyle jeśli chodzi o wersję podstawową. Ale ja w kuchni, nawet ze spuchniętymi oczami jestem, jak Jamie Oliver - kocham przekręty ;)



Wersja rozbudowana:

Opcja pierwsza - boczek, gdyby nie Zet, który nadal utrzymuje, że jest wegetarianinem, od niego bym zaczęła, wtedy wysmażamy go na suchej patelni i na wytopionym tłuszczu wykonujemy kolejne kroki. W tej chwili boczek wysmażam na oddzielnej patelni i mięsożercom dodaję już na talerzu.
Opcja druga - zignoruj śmietaną, dodaj ser typu feta, albo bałkański, nie zaprzątaj sobie głowy krojeniem, pokrusz go na patelnię, uwielbiam też dodawać go dopiero na talerzu. Lubię ten kontrast zimnego z gorącym.
Opcja trzecia - oliwki i suszone pomidory, mówię Wam torpeda!
Opcja czwarta - ziarna słonecznika, chrupiący element robi robotę.
Opcja piąta - jeśli jakimś cudem makaron zostaje na następny dzień, można podgrzać go na patelni i dodać jajko, dzieciaki uwielbiają.
Opcja szósta - czekam na Wasze propozycje.

U nas najczęściej łączymy bazę z boczkiem i słonecznikiem, ale pozwalamy sobie i na pozostałe wariacje, bo w kuchni ogranicza nas tylko fantazja!



A zadowolony fan makaronu ze szpinakiem wygląda tak :)


Książeczki wprawiamy w ruch

Książeczki wprawiamy w ruch

Każdy, kto nas zna, wie, że mamy małą obsesję na punkcie książek, nie umiemy się z nimi rozstawać, nie umiemy przestać kupować nowych, a te "dostane" o nasz największy skarb. Kiedy Zet zaczął czytać po kryjomu pod kołdrą, popłakałam się ze szczęścia, zaraziliśmy go, udało się. Pamiętam, jak Zet miał może tydzień i Żywiciel usypiał go czytając mu Pratcheta. 




Takie czytanie dziecku i potem razem z dzieckiem jest bardzo ważne, to uczy Waszą hubę, że książka w ręku to normalny stan. Oboje z Michałem kochamy książki i cieszymy się, że udało nam się tą miłością zarazić dzieci. Doskonale pamiętam pierwsze czytanki przerabiane z Zetem i z Tedem, wiem też, że to co czytamy teraz z Kazikiem również zapadnie nam w pamięć.

Pierwsze słowa


O istnieniu tej serii dowiedzieliśmy się przy okazji wizyty chrzestnej Kazika, która przywiozła mu w prezencie jedną z książeczek. Ta od razu zauroczyła Kazika. Kiedy na blogu Świat Karinki pojawiła się recenzja całej serii, zamówiłam wszystkie książeczki. Oczywiście wiedziałam, że nasza najmłodsza latorośl będzie nimi kupiona, ale że zauroczą one i starszaki, to mnie zaskoczyło. Chłopaki chętnie siadają z młodszym bratem i cierpliwie tłumaczą mu co przedstawiają obrazki. Młody słucha ich z zaangażowaniem, a kiedy braci nie ma pod ręką przynosi książeczki nam i zaczyna szczekać, albo robić "i-o, i-o!"

Ta ulubiona


Kazik najbardziej upodobał sobie książeczkę "Moje ciało", do tego stopnia, że jest jedyną, która się zniszczyła. Nie cała, na jednej ze stron są "akuku dzieci" chowają się za krzaczkiem, chłopiec się schował, a kartonik do przesuwania się zaciął, więc Kazik pomógł mu się wydostać ;) ale to tylko jedna strona, reszta mimo intensywnego używania od dobrego miesiąca trzyma się świetnie.





Czy warto?


Oczywiście, że warto. Książki to zawsze świetna inwestycja, a jeśli coś angażuje troje dzieci w różnym wieku, to wierzcie mi, że jest to absolutny ewenement! dlatego książeczki "Pierwsze słowa" od wydawnictwa Egmont polecam z czystym sumieniem. Jedna książeczka to koszt rzędu 17 zł. Warto zainwestować.















A po książki idę tak!



Jestem ważna

Jestem ważna

Moja mama w wieku 29 lat zachorowała. Miała raka szyjki macicy i... dużo szczęścia. Nowotwór wykryto wystarczająco wcześnie, żeby operacja się powiodła. W listopadzie moja mama skończy 60 lat, a tamte wydarzenia pozostały tylko strasznym wspomnieniem. Ta sytuacja mogła mieć tragiczny finał udało się jednak go uniknąć, bo moja rodzicielka bada się regularnie. Mnie też tego nauczyła.




Kiedy miesiąc temu odezwała się do mnie Klaudia, autorka bloga Ja Zwykła Matkaa z pytaniem czy chciałabym zostać ambasadorką akcji "Jestem, badam się" nie zastanawiałam się nawet sekundy. Przecież badam się regularnie, wiem, jakie to ważne, wyniosłam to z domu.

Po co ta akcja?


To pytanie zadałam Klaudii, która już po raz kolejny zaprosiła do niejniej w fajnych kobiet. Odpowiedź, którą od niej dostałam jest tak prosta, oczywista i mądra, pod każdym względem, że przeklejam ją bez redagowania.
Często w zgiełku życia rodzinnego, zawodowego zapominamy o kontroli zdrowia, o tym jak ważna jest profilaktyka. Mamy tendencję do myślenia o innych, a o sobie nie pamiętamy. Wysyłamy wszystkich na badania, dzieci, męża, znajomych a siebie na samym końcu.  Akcja ma bardzo prosty przekaz, i w tym tkwi jej siła. My kobiety najlepiej utożsamiamy się z osobami z najbliższego otoczenia. Widząc na zdjęciu lub plakacie modelkę czy aktorkę, przekaz ten nie jest tak silny. Jeśli zobaczymy koleżankę, sąsiadkę, nauczycielkę lub swoją fryzjerkę, przekaz akcji staje się bardziej wiarygodny - stąd pomysł na taki przebieg tego wydarzenia. Ta akcja jest od kobiet dla kobiet.






Kto jeszcze?


Dziś cały Instagram zrobi się czerwony, przynajmniej mam taką nadzieję, bo tą fryzjerkę, nauczycielką, sąsiadką może być każda z nas. Bo rzeczywiście z marketingowego punktu widzenia, bardziej ufamy "zwykłym" ludziom, niż gwiazdom. Zdjęcie z akcji znajdziecie u wielu fajnych dziewczyn, kilka z nich zapytałam, dlaczego się zgodziły. Co odpowiedziały? Zobaczycie poniżej.

Kasia z bloga Madka roku


Jeśli nie znacie tej dziewczyny, musicie koniecznie nadrobić. Kaśka ma troje dzieci i nieprawdopodobnie lekkie pióro. Choć blogerką jest krótko, już doczekała się sporej i wiernej rzeszy odbiorców. Wchodząc do niej na stronę uzależnicie się od jej sposobu patrzenia na świat, jej dialogi z dziećmi przypominają mi te z naszego domu. Kasia przystąpiła do akcji, bo jak sama mówi, przez kilka lat angażowała się (i nadal angażuje) w różne akcje charytatywne.
- Widziałam wiele chorych osób. Ludzi, którzy cierpią z powodu chorób, które byłyby znacznie łatwiejsze do wyleczenia, gdyby wykryto je wcześniej. Ale nie da się tego zrobić, jeśli nie badamy się regularnie. Dlatego ja jestem, badam się.





Ania z Nieidealna Anna


Ania każdego dnia pokazuje swoim czytelniczkom, że wcale nie trzeba być idealnym, żeby być szczęśliwym. Już pod koniec marca rusza przedsprzedaz jej książki "Nieidealnik. Sztuka szczęśliwego życia". Ale niech nie zwiedzie Was tytuł. Książka porusza ważne tematy, o których wielu boi się mówić. Jakich? Dowiecie się u niej na stronie. A co powiedziała mi?
- To śmierć mamy postawiła mnie do pionu. Kiedy bliska Ci osoba odchodzi praktycznie z dnia na dzień, postanawiasz, że nie popełnisz jej błędów. Dlatego zawsze w urodziny robię cytologię, Nowy Rok witam zestawem szczegółowych badań włącznie z USG piersi i jajników. Poza tym mam dwie córki, kto jeśli nie ja pokaże im, że badania są ważne? Powinny stać się dla nas normalnym, nawykowym działaniem, jak mycie zębów, czy robienie makijażu.





Post udostępniony przez Anna Chomiak (@nieidealnaanna)

Ola z Mama na wypasie


Zdziwię się, jeśli nie znacie Oli. Nie będę Wam streszczać jej działalności, napiszę tylko, że jak ja ma dziennikarskie zacięcie, wkurzają ją podobne rzeczy i podejmuje podobne do moich - nie zawsze łatwe tematy. Czytanie jej bloga to czysta przyjemność, podobnie, jak patrzenie na jej rodzinę.
- Dlaczego zgodziłam się na udział w akcji? Bo uważam, że profilaktyka jest najważniejsza. Trzeba wziąć sprawy w swoje ręce i raz w roku dokładnie się przebadać. Im wcześniej wykryjemy nieprawidłowości, tym lepsze rokowania, więc lepiej wiedzieć. Moi dziadkowie stronili od lekarzy i to niestety się na nich zemściło. Między innymi dlatego raz w roku robię kompleksowe badania. W czasie takiego rutynowego "przeglądu" wykryto u mnie Hashimoto i insulinoodporność. Tą akcją chciałabym zmienić myślenie kobiet, które mają wiele na głowie, muszą zadbać o siebie. Bo zdrowa mama, zdrowa żona to najlepsze, co możemy dać naszym bliskim.






Nie mając dzieci, miałam zupełnie inne podejście do wychowania. Gdy pojawił się Janek, miałam w głowie pewien zarys, jak chcę go wychować. Ależ się myliłam! Rzeczywistość szybko zweryfikowała moje postanowienia. Wychowanie dziecka to nieustanna nauka, każda sytuacja weryfikuje nasze podejście do rodzicielstwa. Nie biję, staram się nie krzyczeć. Dużo rozmawiam i tłumaczę. A Janek nie zawsze słucha. Czasem mam wrażenie, że mówię tylko do siebie,bo mój syn ma głęboko w d... co mam mu do powiedzenia. Oczywiście, że nie ma jednej słusznej recepty na wychowanie :) Można pokazywać różne modele wychowania, ale tak naprawdę dzieci same zweryfikują :) Fot. @lukaszpeksykpl ..... #mama #instamama #love #dziecko #polishgirl #instamatki #baby #jestembojestes #family #instadziecko #mojewszystko #rodzina #mom #poland #kocham #babygirl #momlife #matkapolka #happy #syn #instababy #mommy #polska #photooftheday #babyboy #mother
Post udostępniony przez Aleksandra Załęska (@mamanawypasie)


Gosia z bloga Antyterrorystka


Przyznaję się bez bicia, że na Gosię trafiłam dopiero pisząc ten tekst.  Ale jej stronę już dodałam do ulubionych, gadając z nią na Instagramie i zerkając jednym okiem na jej blog, uznałam, że będzie nam po drodze ;) Początkowo miałam ją "pociąć", bo się rozpisała, ale nie mogłam. Tak pięknie mi napisała <3
- Chcę wiedzieć, czy mój organizm nie potrzebuje naprawy. Wiadomo nie od dziś, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Lepiej zrobić cytologię, pobrać krew, czy udać się na przegląd zębów, niż później płakać, że się coś zaniedbało. Nie chciałabym się obudzić pewnego pięknego dnia i dowiedzieć się, że nie ma dla mnie ratunku. Jak mawia mój ginekolog warto sobie zrobić prezent urodzinowy i przyjść na badanie. W pełni się z nim zgadzam i co roku melduję się w gabinecie. Mam dla kogo żyć, mam też wiele marzeń i planów, nie chciałabym zostawić ludzi, których kocham i umierać z poczuciem, że nie zrobiłam wszystkiego, na co miałam ochotę. Życie jest zbyt piękne, żeby zaprzepaścić je, tylko dlatego, że boję się badania, nie mam kasy itp.  Jeżeli się chce, można wszystko. Ja chcę żyć pełnią życia, dlatego właśnie regularnie się badam. Moja córka jest jeszcze mała, ale już teraz chcę dawać jej przykład, że warto dbać o swoje zdrowie. Mam nadzieję, że w przyszłości to zaprocentuje i Młoda będzie mnie w tej kwestii naśladować ;)





Marta z bloga Matka Żywicielka


Jestem ważna, badam się. Tak napisałam na swojej kartce. Bo chyba nie jest ważne, czym się zajmuję, czy jestem fryzjerką, dziennikarką, premierem czy osobą bezrobotną. Znaczenie ma to, że mam dla kogo żyć, ja mam troje dzieci, fajnego męża, rodziców, przyjaciół. Może Ty też masz dzieci, a może masz psa lub rybki, nie ważne. Jestem przekonana, że, gdyby Cię zabrakło, wiele osób by płakało. Czemu więc im to robić? Czemu nie uczyć się na błędach innych, jak Kasia, Ania czy Ola? Czemu nie dać sobie czasu na spełnianie marzeń, jak Gosia? Jeśli nie dla siebie, badaj się dla swoich bliskich.
Pod koniec tygodnia odbiorę wynik cytologii, robię ją zawsze wiosną, żeby zacząć nowe ze świeżą głową. Zimą robię USG piersi i narządów rodnych. Morfologia, to mój prezent na urodziny. Wiele dziewczyn bada się kompleksowo z okazji urodzin czy dnia kobiet. A kiedy Ty robiłaś badania? Może warto umówić się na nie z przyjaciółką, albo siostrą?
Moja mama zawsze powtarza, że kiedyś marzyła, żeby dożyć naszej, mojej i mojego brata, dorosłości, potem chciała doczekać wnuków, dziś mówi, że czeka na ich wesela. Najważniejsze to mieć cel. Dziś niech Twoim celem będzie zdrowie. Zbadaj się. Śledź nas na Instagramie pod hashtagami #jestembadamsie i #przebadajsienawiosne inspiruj się, poznawaj fajnych ludzi i ślij konieczność badań w świat. Siła jest kobietą! Pokażmy to!


Wycieczka z blondynką, czyli moje największe wpadki za kierownicą

Wycieczka z blondynką, czyli moje największe wpadki za kierownicą

Kiedy miałam 20 lat wyprowadziłam się z domu, znalazłam pracę, mieszkanie i zapisałam się nna kurs prawa jazdy, bo choć w moim rodzinnym domu samochodu nie było, uważałam, że te trzy rzeczy są wyznacznikiem dorosłości. Czemu? Sama nie wiem, tych 14 lat temu PKS miał się całkiem dobrze i można nim było dojechać wygodnie do każdego miejsca w Polsce. Do tego były prywatne linie, pociągi i pojawiały się już tanie loty.


jiill111/pixabay

Poszłam na kurs, skończyłam go, podeszłam dwa czy trzy razy do egzaminu, który oblałam i stwierdziłam, że w sumie mogę żyć bez prawka. Temat umarł. Z Żywicielem, który wtedy jeszcze nim nie był mieszkaliśmy w centrum Warszawy i żadne z nas nie paliło się do posiadania auta. Nawet kiedy zamieszkaliśmy już z maleńkim Pierworodnym na tzw. Zielonej Białołęce, czyli dokładnie pośrodku niczego (w 2010 r naszym "sklepem osiedlowym" był oddalony o 1,5 km Real, do którego trzeba było przedostać się przez Trasą Toruńską) nadal auto nie było nam niezbędne. Nawet dywan do salonu przytaszczylismy wspierając się wózkiem dzieciecym. Do lekarza szło się z wózkiem jakieś 40 minut, albo jechało taksówką za 10 zł, na Dworzec Zachodni taksówka kosztowała 50 zł, dawaliśmy radę.

Niebieska limuzyna


Kiedy Ted miał pięć miesięcy Michał zdał egzamin na prawo jazdy i tak został pierwszym kierowcą w naszym domu. Od razu kupiliśmy pierwsze auto, lekko nastoletnie kombi w pięknym niebieskim kolorze. Kiedy Toyka stanęła na miejscu parkingowym mój mąż ogłosił, że czas na mnie. Egzamin zdawałam 13 grudnia i ku własnemu zdziwieniu zdałam. Zdziwieniu, a może przerażeniu, bo nagle zaczęłam się bać jeździć. Teraz myślę, że miałam najprawdziwsze stany lękowe. Nie mogłam spać, jeść, dzień przed planowaną podróżą chodziłam zdenerwowana, dziesiątki razy przerabiałam w głowie trasę, choćby najkrótszą, którą musiałam przejechać. W każdą sobotę o 6:30 wsiadałam do auta i jeździłam po okolicy zanim otworzyli sklepy, tak, żebym mogła spokojnie zaparkować pod jednym z nich.

Pierwsze starcie


Pierwszą obcierę zaliczyłam po jakiś sześciu miesiącach jeżdżenia. Zawiozłam chłopców rano do przedszkola, tuż przed ósmą, na przeciw przedszkola szkoła, a dookoła cyrk, ja się spieszyłam, bo byłam umówiona, wyjeżdżam z bramy, wszystko zatkane, więc przytulam się do zaparkowanych wzdłuż drogi i pojazdów i... przytuliłam się za mocno. Tego dźwięku nie zapomnę do końca życia. Myślałam, że nie mam pół samochodu. Wysiadłam patrzę rysa, na całych tylnych drzwiach, samochód, z którym się pocałowałam, obtarty zderzak. Odjechałam kawałek, zaparkowałam, wracam. Kobieta wsiada do mojego przeciwnika, biegnę do niej przez ulicę i krzyczę "Proszę pani, proszę pani! Wjechałam w panią!" Kobieta roześmiała się perliście mimo mocno pobladłego lica. Dzień wcześniej odebrała samochód od lakiernika, z powodu identycznej "usterki", tyle, że wtedy sprawca jej nie gonił.

Ale nie ostatnie


Nie było tego wcale dużo, ale wszystkie były strasznie głupie. Latem kosiłam trawę, jadąc kosiarką nagle poczułam opór, myślę sobie "górka". To nie była górka. Samochód Michała stał zaparkowany pod leciutkim skosem. Tak, jak kosiarka swobodnie weszła między krawężnik a samochód z jednej strony, tak z drugiej już wyjść nie chciała. Szkoda, że zorientowałam się dopiero na wysokości drugich drzwi. Sznyta, przez całą długość auta. Ale żeby nie było mojej "Graży", jak pieszczotliwie Michał nazywa vana, też nie oszczędzam. Raz wiatr zamknął mi na niej bramę. Spoko, dało się spolerować. Po dosłownie dwóch tygodniach szczęścia miałam trochę mniej. Wjeżdżałam na podwórko z innej niż zwykle strony, przestawiłam słupek od bramy <facepalm> drzwi lekko wgniecione. W ostatnia niedzielę wybraliśmy się do lasu, podjechaliśmy samochodem, prowadziłam i wyobraźcie sobie, że jak parkowałam nagle na drodze wyrosło mi drzewo. Drzewo w lesie, kto by się spodziewał?!  Wyrosło w tylnej szybie, podstępnie chowając się za zagłówkiem fotelika Zeta. Aż mi łeb odskoczył, ale tym razem o dziwo Graża wzięła to na klatę, a dokładnie na zderzak, bez szwanku, jakimś cudem śladu brak.

Lubię zwiedzać


Nie wiem, jakim sposobem dostałam 4 na maturze z geografii i studiowałam z powodzeniem turystykę. Szczyt moich zdolności, jeśli chodzi o orientację w przestrzeni to określenie w jakim wojwództwie się znajduję. Szczęśliwie istnieje nawigacja w telefonie. Zwykle korzystam  niej z powodzeniem, ale bywało i inaczej.  Zdarzało mi się wracać z pracy zwiedzając zakamarki Warszawy, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Warszawa to piękne miasto.

Pod koniec lutego mój brat chrzcił córkę, zostałam jej mamą chrzestną. Nieszczęśliwie złożyło się tak, że planowana z dnia na dzień uroczystość zbiegła się z pracującym weekendem Żywiciela, nie mógł więc ze mną pojechać. Wybrałam się sama z Kazikiem, ponad trzy godziny w jedną stronę. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że dzień wcześniej miałam 40 stopni gorączki, a w dniu zero byłam wymęczona przebytą właśnie jelitówką. W drodze na Podlasie towarzyszyli mi rodzice, ale wracałam już tylko z młodym i to w środku nocy. Pierwszy raz pogubiłam się na... stacji benzynowej. Nauczka na przyszłość nie tankuj przy rondzie. Wjechałam na stację, zatankowałam, w kasie zapytałam o wyjazd na Warszawę i pani pokierowała mnie źle. Musiałam zawracać, straciłam niewiele, może pięć minut. Ale najlepsze zwiedzanie czekało mnie bliżej domu. Jadę sobie radośnie DK7 wiem doskonale, jak dojechać do domu, mam do celu jeszcze piętnaście minut, ale nawigacja mówi, że po ponad trzech godzinach w samochodzie mogę zaoszczędzić dwie minuty! Więc jadę. Skręć za 100 metrów, skręcam, stacja benzynowa, myślę sobie "cholera, nie tu" wyjeżdżam z powrotem na ekspresówkę i odkrywam, że tuż przy stacji była droga, no ale ciemno, to nie zauważyłam, trudno, pojadę dalej i zawrócę, ale nawigacja pokazała, że nie muszę zawracać, skręce dalej. To skręciłam. Zamiast 15 minut 25. Dojechałam.

Nauczka na przyszłość? Chyba nie


W sobotę wybrałam się do znajomej. Wracam tą samą drogą co ze chrzcin. Myślę sobie: "O dobra, to pojadę tak, jak wtedy mi się nie udało". Znów przejechałam stację. Spoko, skręcę na światłach. Szkoda, że nie pamiętałam, że mam skręcić na drugich, a nie pierwszych... Kiedy nagle znajdujesz się o 20:10 w zupełnych ciemnościach w środku lasu, na szutrowej drodze, na której gęsto leżą połamane gałęzie, adrenalina skaczepod sufit. Zatrzymałam się, wzięłam głęboki oddech, zaryglowałam drzwi od środka i modliłam się, żeby za rogiem była cywilizacja. W końcu dojechałam.

Nie martw się


Jeśli powyższe historie (a to zaledwie ułamek moich wyczynów) nie są Ci obce, nie martw się, wszystko jest w normie. Generalnie uchodzę za dobrego kierowcę, mieszczę się Grażyną, tam, gdzie niektóre minicoopery nie dają rady zaparkować. Jeżdżę dynamicznie, na trasie szybko. A tych kilka rys? One są jak zmarszczki mimiczne od uśmiechu. Graża wygląda z nimi dostojnie, a bruzdy zdradzają wesołe i pełne pasji życie. A Wy, jakie macie motoryzacyjne przygody?
OKIEM ŻYWICIELA: Powrót do przyszłości 33 i 1/3

OKIEM ŻYWICIELA: Powrót do przyszłości 33 i 1/3

Po raz kolejny próbuję zrozumieć różnice pomiędzy czasami kiedy ja dorastałem, a tymi w których dorastają i będą dorastać moje dzieci. Opisywałem to już na kilka sposobów tym razem weźmiemy się za kasę.


Angel-Kun/pixabay

W 2003 roku w TOP 15 największych marek na pierwszym miejscu były po kolei: Coca Cola, Microsoft, IBM, General Electric, Intel, Disney, Nokia, McDonald's, Marlboro, Toyota, Mercedes Benz, Hewlett Packard, Citi Bank, American Express, Gillette . Prawie wszystkie marki zajmowały się produkcją czegoś "niezbędnego" dla mieszkańców Ziemi ( a raczej Amerykanów). Wiadomo w XXI wieku musisz być ogolony, jeść, pić, jeździć samochodem do pracy, w której korzystasz z komputera i zarabiać kasę, która trzymasz w banku i wydajesz za pomocą karty kredytowej. Yuppie z lat 80tych byłby w siódmym niebie. Taki świat wciąż sprzedawano Nam jako spełnienie marzeń w filmie "Wall Street" z 1987 chociaż już w "American Psycho" z 2000 widać było, że pomysł trochę się sypie.

Jak jest teraz?


2018 - to samo TOP 15:
1. Apple ( jest wart 4x więcej niż Toyota)
2.Google
3.Amazon
4.Microsoft
5.Coca Cola
6. Samsung
7. Toyota
8.Mercedes Benz
9.Facebook
10. McDonald's
11.Intel
12.IBM
13.BMW
14.Disney
15.Cisco

Z tego zestawienia wynika, że niezbędny do życia jest Nam internet i sprzęt na którym z niego korzystamy. 9 z 15 marek z tego zestawienia ma bezpośredni związek z internetem (w 2003 roku są to 4 firmy) i to tylko w ciągu 15 lat. Kto wypadł z zestawienia? Papierosy, chociaż ciekawe jakie inne używki jest zastąpiły? Golarki - wiadomo hipsterzy i usługi finansowe chociaż te chyba po prostu uległy rozproszeniu i nie afiszują się tak bardzo w końcu pieniądze lubią ciszę podobno.

W wiadomościach coraz częściej przewijają się newsy o sztucznych inteligencjach, komputerowo generowanych prezenterach telewizyjnych i robotach fikających salta, że o autonomicznych samochodach, które już jeżdżą po drogach Azji nie wspomnę. Wirtualna rzeczywistość? Proszę bardzo.

Co czeka nas za kolejne 15 lat?


Ja bardzo chciałbym zobaczyć co będzie następne, co będzie codziennością mojej rodziny za 15-20 lat? Czy będzie teleportacja? Albo chociaż te cholerne latające deskorolki z "Powrotu do przyszłości"? Mam nadzieje. Czy będę w stanie zrozumieć na czym polega praca moich dzieci? Czy będzie w ogóle coś takiego jak praca? C.J.Clarke w latach 60tych pisał o przyszłości w której umiemy wytwarzać praktycznie nieograniczone ilości energii przez co każdy człowiek ma zapewnione jedzenie, ciepło i dach nad głową. Przez co ludzie popadają w marazm,bo nie muszą walczyć o byt,a to nas napędza najbardziej.

Impulsem do tego całego bełkotu był ten film:
https://vader.joemonster.org/upload/rfu/1747951a4c57bcd21.mp4?fbclid=IwAR1E2mIWGZ68mLGm4f8vbRcfHJ4BrKTYdcKpEvJP9gwiOivTCO39SOj-EoU



Jak nauczyciele mogą sparaliżować kraj

Jak nauczyciele mogą sparaliżować kraj

Wczoraj Zygmunt przyszedł ze szkoły i ogłosił, że będzie miał w kwietniu dwa tygodnie ferii "strajkowych". Pewnie powinnam się wściec, tupać i krzyczeć, zwłaszcza w obliczu niedawnych dwóch tygodni spędzonych z trójką dzieci w domu z powodu choroby. Tymczasem odpowiedziałam: "Mam nadzieję, że nie wymiękną."

Alexas_Fotos/pixabay

Już przy okazji tekstu o tym, jak wygląda relacja nauczyciel wychowania przedszkolnego - rodzice, wspominałam, że mam trochę nauczycieli wśród znajomych. Ale nie tylko o nich chodzi. Chodzi o ludzi, którzy współuczestniczą w wychowaniu moich dzieci. Fajnie, jakby im się chciało, jakby mieli motywację, żeby starać się w pracy. Dlatego mam nadzieję, że się nie wycofają i pójdą po swoje, bo oni drogi Czytelniku są w stanie zablokować kraj.

Tyle wolnego!


Naturalnie, każdy z nas słyszał, że taki nauczyciel to ma dobrze, bo przecież ma wolne wszystkie weekendy, święta, ferie, dwa miesiące wakacji, a i dzień pracy ma przecież zwykle krótszy niż pracownicy w innym zawodzie. Tylko pomyśl sobie o tym w ten sposób, że dzień pracy nauczyciela nie kończy się z ostatnim dzwonkiem. Uczniowie wychodzą do domu, nauczyciel taszczy zeszyty i testy do sprawdzenia do domu, tam siada na kilka godzin do biurka, żeby to ogarnąć. Potem trzeba przygotować się na następny dzień w pracy. Niby rutyna, bo w kółko uczy tego samego, ale, czasy się zmieniają, uczniowie się zmieniają, mają różne oczekiwania. A Ty, jako rodzic oczekujesz przecież, że podejście do Twojego dziecka będzie indywidualne. Do tego uczniowie słabsi, którym trzeba pomóc, uczniowie lepsi, których trzeba przygotować na konkursy i olimpiady... A i z tej pracy nie wychodzi się, jak z pracy w sklepie. Problemy wychodzą z nauczycielem, bo nauczyciel spędza z Twoim dzieckiem mnóstwo czasu, zna wiele jego zmartwieńi niezależnie od tego, co Tobie się wydaje - chce dziecku pomóc, a z tego nie wychodzi się zamknąwszy drzwi. No i przez te 10 z 12 miesięcy roku nauczyciel ma ogromną odpowiedzialność. Te dwa miesiące wolnego należą mu się jak psu buda.

Ile to jest warte


Nie wiem, jak dla Ciebie, ale dla mnie, ktoś, kto przejmuje częściowo odpowiedzialność za mój najcenniejszy skarb zasługuje na to, żeby był zadowolony ze swojej pracy i ze swojej wypłaty. Nauczyciele (w szkołach publicznych) to pracownicy tzw. budżetówki, więc ich wynagrodzenia są jawne. Nie będę wchodziła tu wchodziła w szczegóły, bo jak będziecie chcieli je poznać, to wystarczy wpisać w google "ile zarabia nauczyciel" i kliknąć pierwszy z brzegu link. Znajdziecie tam widełki od 1877 zł do 3317 zł. BRUTTO. Żeby nauczyciel mógł zarobić tę najwyższą kwotę musi mieć 10 lat doświadczenia, tytuł magistra, wykształcenie pedagogiczne i zdobyć tytuł nauczyciela dyplomowanego. 10 lat orki na ugorze, żeby na Twoje konto wpłynęło 2377,63 zł. No nic tylko bić się o taką robotę. Zwłaszcza, że w bonusie masz szefa dyrektora, szefa w kuratorium, szefów rodziców i małych szefów...

Czego oni chcą?


Chcą zarabiać więcej. Dodatkowy tysiąc, prawie zrównałby ich pensje ze średnią krajową. Prawie. Strajk nie jest jeszcze przesądzony, bo przed nami jeszcze zarządzone przez Związek Nauczycielstwa Polskiego referendum. Wszyscy głośno mówią, że nauczycielom nie wolno, że ucierpią dzieci, bo ciało pedagogiczne straszy, że do pracy nie przyjdzie w okresie egzaminów gimnazjalnych i ósmoklasistów. Mówi się, że dzieciom zostanie zamknięta droga, że to one ucierpią. I wiecie co? I Gucio! Jak zastrajkują to wszyscy i w podstawówkach i gimnazjach i szkołach średnich, więc ewentualny strajk pewne rzeczy przesunie w czasie. Ale one się odbędą. Więc w czym tak naprawdę rzecz?

Ten strajk zatrzyma wszystko


Co zrobisz jeśli wstaniesz rano i okaże się, że nie możesz posłać dziecka do szkoły, że nie masz go z kim zostawić? Ja w tej sytuacji wzięłabym urlop na żądanie. I ludzie to zrobią! Zrobi tak pani z piekarni i lekarz, telefon do swojego pracodawcy wykona pani z poczty i motorniczy z tramwaju. Kraj stanie. Kiedy zastrajkują nauczyciele, rodzice nie pójdą do pracy, przynajmniej rodzice młodszych dzieci, bo mówimy o przedszkolach i szkołach. Wszystko stanie. W mojej ocenie ten strajk, jeśli do niego dojdzie potrwa maksymalnie trzy dni. Nie ma szans, żeby ten kraj wytrzymał dłużej.

Wspieram i popieram


Nauczyciele, głosujcie w referendum za strajkiem. Walczcie o swoje, odpowiadacie za bezpieczeństwo i edukację naszych dzieci, chcemy, żebyście byli zadowoleni. Oddajemy w Wasze ręce najcenniejsze co mamy. Szlifujecie nasze diamenty, uczestniczycie w ich wychowaniu, dzielicie się wiedzą. Należy Wam się ta podwyżka.

#popieramstrajknauczycieli

Idealny obiad na weekend? Pizza!

Idealny obiad na weekend? Pizza!

Dziś nietypowo, jak na mnie zapraszam Was na post spożywczy ;) Jak już pewnie wiecie, niewiele jest rzeczy, które w naszym domu jedz wszyscy, toteż te, które mieszczą się w tej kategorii są na wagę złota, a ich produkcję opanowaliśmy do perfekcji. Zwłaszcza, że tak da się przemycić to, co zwykle dzieciom wydaje się niejadalne.




Najczęściej w naszym domu to ja staję do kuchennych bojów, ale w ostatnią sobotę wyręczył mnie mąż, który, co tu dużo mówić, w robieniu pizzy jest lepszy niż ja. Przynajmniej taką wersję ustaliłam i jej będę się trzymać, bo sami powiedzcie, czy istnieje większa przyjemność niż świeżutka pizza podana przez kogoś innego?

Ciasto nie tylko na pizzę


Szczerze mówiąc podstawowy przepis to baza do lahmacun, czyli tureckiej pizzy, zaczerpnięta z Kwestii Smaku. My na tym cieście robiliśmy już pizzę turecką, włoską, zwijaliśmy je w bułeczki i piekliśmy coś na kształt grissini. Wychodzi wszystko i wychodzi pysznie! Oto przepis na naszą wariację. Z podanych składników wyjdą Wam 3 duże blachy pizzy, czyli w sam raz na imprezę, albo... na obiad dla pięcioosobowej rodziny :)

70 dag mąki pszennej, mieszanki pszennej z żytnią, można też dodać razowej, próbowaliśmy każdej opcji, zawsze wychodzi pysznie
opakowanie (7 g) suszonych drożdży lub 40 g świeżych
1/2 litra ciepłej, ale nie gorącej wody
4 łyżki oliwy (olej słonecznikowy czy rzepakowy też daje radę)
2 łyżeczki soli
duża szczypta ziół prowansalskich

Jeśli masz świeże drożdże, czyli takie w kostce, pokrusz je i zalej szklanką ciepłej wody, dodaj szczyptę cukru i dwie łyżki mąki wymieszaj i zostaw na 15 minut do wyrośnięcia, jeśli używasz drożdży suszonych, masz jeden krok mniej.

Do miski przesiej mąkę, dodaj drożdże, oliwę, wodę, sól i zioła. Teraz będziemy brudzić łapki, bo ciasto trzeba wyrobić, ma być gładkie i elastyczne. Jeśli klei się do ręki, podsypujemy mąką. Wyrobione ciasto nakrywamy ściereczką, odstawiamy w ciepłe miejsce i zabieramy się za sos.


Sos


Z tym sosem jest tak, że on jest złotym lekiem na wszystkich niejadków, bo wrzucić do niego można wszystko. Podam Wam przepis na sos bazowy, ale powiem szczerzę, że na luzaku można tu wrzucić marchewkę, selera, pietruszkę, fasolę, bób, cukinię, bakłażana, czy co tam tylko chcecie. Wystarczy ostry blender ;) Ale miała być baza:

1 cebula
2 ząbki czosnku
butelka passaty z Biedronki
zioła prowansalskie
sól
pieprz
szczypta cukru
łyżka oleju

W rondelku rozgrzej olej, dodaj drobno posiekaną cebulę, zeszklij, dodaj poszatkowanyposzatko, porządnie wymieszaj i wlej passatę. Kiedy sos się zagotuje dodaj szczyprę cukru, posól, popieprz do smaku i dodaj zioła. Spróbuj, tylko nie zjedz wszystkiego, bo pyszne i odstaw do wystygnięcia. Jeśli chcesz dodać warzywa, to marchewkę czy selera śmiało możesz wrzucić do sosu i gotować, aż zmiękną,wtedy wkracza blender. Jeśli chcesz dodać bób czy fasolę, musisz ugotować je wcześniej oddzielnie i obrać z łupinek, wtedy do sosu trzeba dodać troszkę wody, żeby go rozrzedzić.

Ciasto i kawka


Zajrzyj do ciasta, zapewne zaczęło wyrastać, wyrób je jeszcze raz krótko i zostaw jeszcze na pół godziny w spokoju. W tym czasie napij się spokojnie kawy i zajrzyj na Instagram, masz chwilę odpoczynku ;)

Ciasto wyrosło, sos ostygł więc do dzieła. Na wysypaną mąką stolnicę lub, jak w naszym przypadku stół wykładamy porcję ciasta, należy je rozwałkować i rozłożyć na blaszce. Pizzę posmaruj wystudzonym sosem i dodaj ulubione dodatki, włóż do piekarnika rozgrzanego do 180 st C. i piecz 20 -25 minut do zrumienienia brzegów.








Jakie dodatki? 


A to już kwestia gustu, u nas zawsze wjeżdża jedna blacha margharita lub cztery sery na pół z pizzą z sosem, żłótym serem i boczkiem lub salami. Wiadomo, Zet mięsa nie tknie, Ted lubi mięso. My jemy to, na co akurat mamy ochotę. Szynka, ser pleśniowy, oliwki, suszone pomidory, rukola, czy co tam akurat jest w lodówce.

Jednego możecie być pewni, ta pizza to znika w mgnieniu oka. Wszyscy będą najedzeni i szczęśliwi ;)


Sprzątnij to i bądź zwycięzcą!

Sprzątnij to i bądź zwycięzcą!

Pamiętacie, jak Żywiciel jakiś czas temu pytał Was, jak nauczyć dzieci porządku? Ostatnio postanowiliśmy zacząć od czystego płótna i spędziliśmy cały dzień na przebieraniu rzeczy Zeta, tak, żeby pozbyć się tego co popsute, zbędne czy mocno niekompletne. W każdym razie w ramach nauki naszych dzieci porządku zrobiliśmy coś jeszcze. Zagraliśmy z nimi w grę.





Dziwne? Niekoniecznie! Jeśli jednak nadal nie wiecie o co chodzi to z pewnością nie znacie gry Szuflandia. To rozwiązanie wpadło nam w ręce w czasie niedawnych targów Kids Time w Kielcach, na których mieliśmy przyjemność gościć w lutym.

Co w pudełku


Opakowanie zawiera bardzo przyjemną dla oka planszę wykonaną z grubej tektury, cztery tekturowe pionki z plastikowymi podkładkami, cztery parawany, dywaniki, szufladki do samodzielnego złożenia, kwadratowe żetony z przedmiotami, kostkę i instrukcję. Są jeszcze żetony ratunkowe, które mogą się przydać, kiedy wpadniesz w tarapaty.



O co tu chodzi?


Naturalnie o zaprowadzenie porządku na planszy. Szczerze mówiąc, kiedy przeczytałam instrukcję gry miałam pewne obawy, że chłopcy mogą jej nie ogarnąć, zwłaszcza Teodor, ale spotkała mnie miła niespodzianka. Każdy z gracy dostaje pionek, szufladkę i parawan w tym samym kolorze. Kwadraciki z przedmiotami rozrzucamy po planszy i ruszamy!

Po planszy gracze poruszają się w dowolnym kierunku, z tym, że zanim rzucisz kostką musisz powiedzieć gdzie idziesz. Chodzi o to, żeby w swojej szufladce zebrać jak najwięcej przedmiotów. Można sobie trochę grę ułatwić, rozkładając dywaniki, można też przeszkadzać innym - rozstawiając parawany. Rozgrywka kończy się, kiedy jeden z graczy zgarnie kwadracik z literką "M", wygrywa ten, kto "posprzątał" najwięcej.


Jakość


Jawa, czyli producent gry, to polska firma z tradycjami, w jej ofercie znajdziecie mnóstwo gier dla całej rodziny, również, jeśli zechcecie zagrać za znajomymi, kiedy dzieci śpią, Jawa będzie miała dla Was coś w ofercie ;)

Plansza, jak już wspomniałam, jest doskonale wykonana, wręcz pancerna. Mam pewną wątpliwość, jeśli chodzi o szufladki, bo pomyślane są do złożenia bez kleju, jednak nasze się nie trzymały i dlatego na niektórych zdjęciach można dopatrzeć się klamerek do bielizny, bo po prostu je skleiliśmy. Nie jest to wielka niedogodność, ale jednak nie do końca nam to wyszło, tak, jak producent założył. Pionki wolimy plastikowe, ale to nasze osobiste "widzimisie" można sobie przecież grać czym się chce.

Dla kogo


Śmiało zaryzykowałabym stwierdzenie, że gra jest mocno uniwersalna. Spodoba się zarówno pięcio-, jak i dwunastolatkowi. W każdym razie my bawiliśmy się doskonale. Dzieci kazały grę ułożyć wysoko na stosie, żeby był do niej łatwy dostęp, a to chyba najlepsza recenzja.

Czy nauczyła ich porządku? Chyba nie. Ale z pewnością zajęła na prawie dwie godziny, bo panowie ukradkiem podrzucali swoje "fanty" na planszę, żeby przedłużyć rozgrywkę. Najbardziej bawiło ich wymyślanie, gdzie w ich pokoju mogłyby się znaleźć filiżanka czy pluszak, które właśnie zabrali z planszy, a zbliżając się do żetonu "M" z uśmiechem zawracali.

Grę "Szuflandia" serdecznie polecamy, przy tym wietrze, zdecydowanie przyjemniej posiedzieć przy stole i pograć, niż spacerować. Tę grę śmiało możecie też podarować zaprzyjaźnionemu dziecku na urodziny, czy zbliżającego się "Zajączka".Jestem pewna, że będzie to strzał w dziesiątkę!

Grę "Szuflandia" możecie kupić, np. TUTAJ








Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger