A gdyby tak przestać się starać?

A gdyby tak przestać się starać?

"Jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził" - mawiała moja babcia, w moich dziecięcych wtedy uszach brzmiało to, jak słodka rymowanka. Nie dochodziło do mnie wtedy, jak mądrą radę ukochana Babunia chce mi przekazać. Musiało upłynąć trochę czasu, zanim dotarło do mnie wiele rzeczy.




Pod przykrywką dobrego wychowania zwykłam robić dziwne rzeczy. Pomagać koleżankom, bo o to poprosiły, nawet jak nie miałam na to czasu ani ochoty, starać się w szkole bardziej na zajęciach, które wcale mnie nie interesowały, tylko po to, żeby nauczyciel mnie polubił. Potem w dorosłym życiu nie było lepiej. Słuchałam zwierzeń współpracowników, którzy zaśmiecali moją głowę swoimi nieudanymi związkami, problemami z rodzicami i innymi pierdołami. Gdzie się nie ruszyłam, zaraz znajdowała się jakaś pijawka energetyczna, która oczyszczała swoją głowę zaśmiecając moją.

Znasz to?


Każdy to zna, tak sądzę.Człowiek, jako istota stadna potrafi robić różne rzeczy, tylko po to, żeby inni go lubili. Żyjemy w przeświadczeniu, że karma wraca i jeśli Ty wysłuchasz wynurzeń Renaty i pomożesz jej znaleźć rozwiązanie problemów, to sama możesz liczyć na jej pomoc. Tylko,że w razie czego nie pójdziesz do niej, bo Renia, jak już uporasz się z jednym jej problemem znajdzie inny większy. Co gorsze, moja potrzeba ratowania świata zaczęła się rozłazić na innych. Kiedy  ktoś z naszych znajomych dzwonił, że się przeprowadza, mówiłam do Michała idź, trzeba pomóc, my też kiedyś będziemy potrzebować pomocy. No i potrzebowaliśmy, a wtedy okazało się, że jest jakaś epidemia (choć dziś to może nie najszczęśliwsze słowo) bólu pleców (a może dupy? nie jestem pewna), w każdym razie efekt był taki, że mój mąż przywiózł sam naszą małą toyotą kanapę, którą zniósł z drugiego piętra w pojedynkę.

Stop!


Żeby w mojej głowie zapaliła się lampka kontrolna potrzeba było trochę czasu spędzonego na placu zabaw. Ale niestety nie w moim dzieciństwie. Na owy plac chadzałam z moim dzieckiem, czasem siedziałam na ławce z innymi matkami, ale częściej z moim dzieckiem w piaskownicy (moim i innymi). Pewnego dnia zobaczyłam, jak na slow motion, jak mój syn, bez słowa sprzeciwu przerywa zabawę i oddaje ukochaną koparkę Fabiankowi, czy innemu stworzeniu, tylko dlatego, że ten drze się głośniej. Tego było za dużo, guziczek przeskoczył. Wyjęłam z rączek rumianego roczniaka zabawkę mojego dziecka, po którą jechała specjalnie do kiosku na Dworcu Zachodnim i oddałam ją Zetowi. Z ławki, zwanej pieszczotliwie lożą szyderców spiorunowały mnie spojrzenia, jakbym zrobiła coś strasznego. Pomyślałam "tu jesteśmy spaleni" i wiecie co? Rozbawiło mnie to. Żadna z par oczu, które na mnie patrzyły nie należała do ludzi, na których mi zależało,a jedna, patrząca z wdzięcznością, przyczepiona do siedzącego w piachu dziecka błyszczała, jak miliony monet w znanej, choć niezbyt mądrej piosence. Poczułam ulge, poczułam, że dobrze zrobiłam.

Zmiany


Zajęło mi to trochę czasy i pomocy ekspertów, ale powoli zaczęłam odmawiać, mówić, że nie zostanę w pracy dłużej niż trzeba, że wolę jechać do domu. Renatki zaczęłam unikać, nadal nie umiałam jej powiedzieć wprost, że jej problemy są raczej banalne i nie będę się nimi zajmować, a kolejna "miłość życia" poznana na festiwalu w weekend zdecydowanie się nie odezwie, skoro nawet nie wzięła numeru telefonu. Jednym słowem (dwoma) Pieprzyć to! To moje życie, mam jedno, szkoda czasu na uszczęśliwianie innych, zwłaszcza tych, na których tak naprawdę wcale mi nie zależy.

Pieprzyć to! Alexandra Reinwarth


Dopiero teraz trafiłam na tę książkę, a szkoda, bo mój mąż może by się nie nadźwigał cudzych szaf, a ja nie zaśmiecałabym sobie umysłu cudzymi problemami pierwszego świata. Ten poradnik to skarbnica wiedzy dla każdego, kto nadal żyje, by spełniać oczekiwania innych, spycha na dalszy plan to, co jest dla niego ważne, robi to co zadowala innych, poza nim samym. Alexandra opisując przykłady z własnego życia pokazuje czytelnikowi głupoty, których wszyscy się dopuszczamy, zbrodnie, przez które sami skazujemy się na naginanie zasad w imię uszczęśliwiania innych. Pokazuje w jakich sytuacjach warto powiedzieć "pieprzcie się" a w jakich, po prostu sobie odpuścić. Dzięki autorce masz spore szanse, że poprawisz swój komfort życia i nie zostaniesz "zimną suką".

Moja opinia


Książka, jak na poradnik, jest bardzo zabawna i dosłowna. Nie ma tu miejsca na domysły, autorka dość łopatologicznie przedstawia swoje stanowisko, co zdecydowanie w tym przypadku jest uzasadnione. Dzięki przykładom koleżanki, która wiecznie rozstaje się z chłopakiem, tylko się rozstać nie może, wujka rasisty, którego ciągle zaprasza się na uroczystości rodzinne (póki nie narobił zamieszania na weselu kuzynki i je nigeryjskiego męża), robieniu porządków, zakrawających o remont generalny, przed każdą wizytą teściowej Alexandra pokazuje absurdy naszego życia, które każdy popełnia. Gdybym przeczytała tę książkę dziesięć lat temu, już dawno odpuściłabym wiele nieistotnych spraw. I tak je odpuściłam, ale zajęło mi to więcej czasu. Ale Ty nadal masz szanse skorzystać z tej wiedzy.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu OTWARTE.
Potworna kupa śmiechu!

Potworna kupa śmiechu!

Nie wiem, jak to jest być mamą dziewczynki, raczej już się nie dowiem. W moim świecie brakuje różu i brokatu, nie ma tu lalek, ślicznych futrzaczków, są kwadratowe głowy postaci z Minecraft, Pokemony, żarty o kupie, potwory, koparki, rekiny i tygrysy. Lubię ten mój świat i świetnie się w nim bawię. 




Wspominałam Wam już jakiś czas temu, że po raz drugi zasiadam w jury Influencer's Top,w związku z tym przedsięwzięciem, co jakiś czas przychodzi do nas paczka z niespodzianką do przetestowania, to trochę tak, jakby raz w tygodniu wpadał Mikołaj, kurier podaje Ci karton i nie masz pojęcia co jest w środku. W ubiegłym tygodniu w paczce znaleźliśmy potworną rozrywkę.

Kto pierwszy ten lepszy. Potworna wyszukiwanka


To Gra przeznaczona dla dzieci w wieku 3+, ale rozrywka dla całej rodziny. Producent pisze na pudełku, że psotne potworki rozbiegły się po planszy, nazywa je miminkami. Każdy stworek na planszy jest nieco inny, ale każdy z nich lubi bawić się w naśladowanie. Zabawa polega na rzucie kostkami, w zależności od wariantu - dwoma lub trzema, na podstawie wyniku wszyscy gracze szukają odpowiedniego potworka na planszy i przybierają pozę, taką jak on. Kto pierwszy ten lepszy!



A w pudełku


Znajdują się trzy duże drewniane kostki do gry, pakiet naklejek, który należy na nich umieścić. Odpowiednio są kostka z kolorami, z emocjami i elementami garderoby. Gruba dwustronna plansza, po to, żeby w zależności od wieku uczestników gry wybrać wariant łatwiejszy lub trudniejszy. W pudełku znajdziecie też 30 żetonów - punktów i instrukcję.





Warianty gry


Łatwiejszy wykorzystuje stronę planszy, gdzie potworków jest mniej, wtedy uczestnicy rzucają dwiema kostkami: kolorową i kostką emocji.Należy znaleźć na planszy potworka odpowiadającego wynikowi rzutu, np. niebieskiego smutasa, albo żółtego wesołka i przybrać pozę, w jakiej potworek przedstawiony jest na obrazku, kto pierwszy ten lepszy! zwycięzca zgarnia żeton, pięć żetonów daje zwycięstwo. 

Trudniejszy wariant, to druga strona planszy, gdzie potworków jest znacznie więcej, a do tego mają różne elementy garderoby i tu wchodzi do gry trzecia kostka. Teraz niebieski smutas może mieć skarpetkę, kapelusz albo muszkę! Zabawy jest jeszcze więcej!

Wymyśliliśmy jeszcze trzeci wariant, najłatwiejszy dla naszego dwulatka. Kolorowe żetony dostosuj do stworków na planszy i nazwij kolory. Ale pozę, w jakiej stoi stworek też musisz odtworzyć i zróbmy taką minę jak on!



Nasza opinia


Przy grze jest mnóstwo śmiechu, bo kto to widział matkę stojącą w rozkroku z wykrzywioną twarzą i podniesionymi rękoma? (Znaczy moje dzieci to akurat często widzą, ach ta moja mimika i ekspresja! Ale i tak zaśmiewali się do łez.)

Poza śmiechem gra ma ogromny walor edukacyjny w postaci rozwijania spostrzegawczości, ale też ten, na który ja zawsze zwracam uwagę - rozwój emocjonalny.W domu, w którym mieszka Aspik, gru o emocjach zawsze są w cenie, rozpoznanie po minie, co czuje postać nie jest wcale takie łatwe, nazywanie emocji, oglądanie ich nie tylko na miminku, ale też na twarzach mamy, taty i braci znacznie ułatwia odczytywanie ich w życiu.

Tempo gry i konieczność poderwania się z kanapy, żeby naśladować pozy generują też odrobinę ruchu, a to w erze bez szkoły, basenu i placów zabaw bardzo ważny temat.

Za możliwość przetestowania gry dziękujemy Zu&Berry, a więcej o plebiscycie Influencer's Top przeczytacie TUTAJ.







Ganiam dzieci po lesie, czyli nasze sposoby na zdrowie

Ganiam dzieci po lesie, czyli nasze sposoby na zdrowie


Cały świat został zdominowany przez jeden temat, gdzie się nie obejrzeć słyszymy o wirusie i widzimy jego skutki. Ciężko w tej sytuacji powiedzieć, że żyjemy zupełnie normalnie, ale staramy się, tak po prostu. Oczywiście, że ani nauczanie domowe, którego nigdy nawet nie rozważałam, ani to, że nie możemy pójść na basen czy nawet plac zabaw raczej nie przyczyniają się do zachowania tej "normalności". Nie wiem, czy jeszcze pamiętacie, ale "przed tym wszystkim" byliśmy u dietetyka. Dziś ta dieta, choć w obliczu ostatnich wydarzeń wydaje się być banałem, dla mnie jest niezłym wyzwaniem.



Dieta, o której mówimy, to nie jest plan, że Michał, czy Teodor zgubią pięć, osiem czy ileś kilogramów, wspólnie z Panią dietetyk opracowaliśmy bardzo złożony plan, który ma na celu zmianę naszych nawyków żywieniowych (i nie tylko) tak, żebyśmy wszyscy cieszyli się względnym zdrowiem i długim życiem. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, że na samym dole, u podstaw piramidy żywienia jest ruch. Potem dopiero reszta. Ale co jeszcze robimy, żeby żyć zdrowo?


1. Codziennie minimum pół godziny ruchu


Oczywiście najlepiej jest tego ruchu doświadczać na świeżym powietrzu. W tej chwili, niestety nie każdy z nas ma taką możliwość. Nam się z reguły udaje, to plus mieszkania na wsi i lasu w zasadzie za płotem. Przez te już prawie dwa tygodnie, kiedy dzieci nie chodzą do szkoły,w lesie nie zdarzyło nam się spotkać żywej duszy, mamy swoje ścieżki. Wybieramy najczęściej te, gdzie jesienią chadzaliśmy na grzyby, ale kiedy nam się znudzi, wsiadamy w auto i jedziemy przed siebie, aż zobaczymy miejsce, które nas zainteresuje, a nie ma w nim ludzi. Chłopaki chętnie bawią się na tych spacerach w coś na kształt "Ojca Wirgiliusza" czyli "róbcie wszyscy to co ja", dzięki temu na spacerze biegamy, podskakujemy, chodzimy jak pingwiny, itd. Kazik chętnie wchodzi w zabawę z braćmi, a ja wracam ze spacery zmęczona, jakbym właśnie skończyła Skalpel z Chodakowską czy inną gwiazdą fitnessu.



2. Słońce jest potrzebne


Kiedy Teodor był mały, dostawał wit. D, Zet zgodnie z ówczesnymi zaleceniami, już nie musiał. Efekt był taki, że mój maleńki synuś z astmą chorował znacznie rzadziej, niż mój nieco starszy synuś. Po wielu rozmowach z naszą ówczesną pediatrą (pozdrawiam Pani doktor Marzenko M. Ch. jestem Pani dłużniczką) ustaliliśmy pewien chytry plan działania. Pani doktor zaleciła suplementację witaminy D. całym rokiem u wszystkich członków rodziny. Bo owszem latem słońca jest więcej, ale wysmarowani blokerami, w czapkach, chustkach i kapeluszach skutecznie utrudniamy dotarcie jego promieniom do naszego organizmu.

Nie wspomnę już nawet o jesieni czy takich trudnych momentach, jak teraz, kiedy wychodzimy na dwór znacznie mniej, niż byśmy chcieli. I tak wprowadziliśmy na stałe suplementację witaminą D. Wierzcie lub nie, ale Starszaki nagle przestały chorować, to znaczy nie całkiem, bo bywało, że przyplątała się jakaś angina, czy inne ustrojstwo, ale grypa z zasadzie przestała istnieć w naszym domu. Nikt z nas nie zachorował na nią od 5 lat. Z czasem doszliśmy do stanu, kiedy przez ostatnie dwa lata antybiotyk raz dostał Teodor na zapalenie ucha.

3. Odpowiedni suplement


Od lat jesteśmy wierni preparatom OmegaMed. Po pierwsze dlatego, że w każdej ciąży to właśnie ich produktami się wspierałam i moja morfologia wyglądała, jak z podręcznika do medycyny, gdzie opisuje się wzorcowe wyniki. Po drugie dlatego, że OmegaMed dla dzieci, to nie tylko witamina D ale też kwasy DHA. A te wspierają nie tylko odporność, ale też prawidłowy rozwój moich dzieci. Korzyści z przyjmowania tych preparatów są wielowymiarowe. Po pierwsze witamina D zapobiega krzywicy, w przypadku Kazika okazało się konieczne zwiększenie zalecanej dawki (z polecenia pediatry), bo Kazik jest drobny, lekarka uznała, że spadł w siatce centylowej i należy go wspomóc, po zwiększonej suplementacji, z trzeciego centyla wzrostu w dwa miesiące zbliżył się do 25. Dziś utrzymujemy ten poziom.

Dodatkowo, witamina D wspiera odporność nie tylko w okresie zimowym, ale całym rokiem, przyczynia się do dobrego nastroju, nawet kiedy słońca za oknem brak. Kwasy DHA również wspierają odporność, według najnowszych badań, pomagają zwalczać stany zapalne i przy regularnym stosowaniu, po roku zmniejszają częstotliwość występowania infekcji o 70 proc.! Patrz punkt drugi. Ale kwasy DHA  mają jeszcze kilka innych ważnych zadań. Ten cenny kwas tłuszczowy jest niezbędny składnikiem budulcowym układu nerwowego i siatkówki oka. Bardzo ważne jest podawanie go już pierwszych dni życia. Wpływa to pozytywnie nie tylko na zdrowie i wzrok dziecka, ale też na jego rozwój intelektualny. Dodatkowo OmegaMed spełnia wszystkie restrykcyjne normy i mam pewność, że daję moim dzieciom preparat najwyższej jakości.





4. Nasza dieta


Ostatnio jeszcze bardziej zwracamy uwagę na to co jemy. Pod pewnymi względami, to, że chłopcy siedzą w domu, zamiast w placówkach, jest mi jednak na rękę. Bo trzymający w domu dietę Teodor w przedszkolu zaczynał dzień od kanapki z białego chleba, potem na obiad skutecznie ignorował zupę i surówkę, za to chętnie opychał się schabowym w panierce z ziemniakami, kończył dzień edukacji słodzonym jogurtem na podwieczorek. Nie wiem ile wypijał wody, ale raczej niewiele,bo zwykle na moje pytanie odpowiadał "zapomniałem". Dziś mam nad tym co zjada większą kontrolę, tak samo zresztą, jak nad godzinami posiłków. Efekty są widoczne już dziś. Waga zamiast wahać się trochę w dół, trochę w górę powoli, ale konsekwentnie się obniża i szczerze mówiąc, gołym okiem widać zmianę. Bielizna jest luźna, spodnie znów są spodniami, a nie leginsami, brzuszek przestał wystawać, a rączki przestały być opuchnięte.

Oczywiście,żeby nie było zbyt różowo mamy ograniczony dostęp do świeżych owoców i warzyw, bo do sklepu nie jeżdżę co drugi dzień, a raz w tygodniu, ale z pomocą przychodzą nam mrożonki. Dziś spokojnie można dostać nie tylko mrożone truskawki i brokuły, ale też bób, mango, a nawet ananasa. Takie produkty mają jeszcze jeden dodatkowy plus. Nie są "macane" przez innych klientów.





Jeśli zastanawiasz się czy Twojemu dziecku posmakuje OmegaMed i czy znajdziecie przyjazną formę, to spieszę donieść, że form jest do wyboru do koloru. Zresztą zobacz sama.

Dla najmłodszych od urodzenia 0+ wit. D w dawce 400 j.m. 30 porcji wystarcza na miesiąc stosowania. Preparat zamknięty w wygodnych kapsułkach ułatwiających dawkowanie.

Podobnie, jak dla namłodszych wygodne kapsułki, tyle, że dawka witaminy D po 6miesiącu powinna być już większa, tu mamy, zgodnie z zaleceniami 600 j.m. 



Po pierwszych urodzinach możemy podać dziecku syrop, który dodatkowo zawiera witaminę C i miód, dla jeszcze lepszej odporności, to ulubieniec Kazika. 


Saszetki z płynem to wygodna forma, szczególnie dla aktywnych dzieci, już od trzeciego roku życia dzieci mogą same wyssać zawartość, albo wycisnąć na łyżeczkę.

Żelowe pastylki do żucia są dedykowane dzieciom powyżej 3. roku żucia. Teodor pieszczotliwie okrzyknął je "pomidorem na odporność"  pastylki mają delikatny pomarańczowy smak.



Dzieci powyżej piątego roku życia chętnie sięgną po kapsułki do żucia, wewnątrz których zamknięty jest syrop.

Drugim okiem: Uśmiechnij się mordo!

Drugim okiem: Uśmiechnij się mordo!

Jak swojego czasu Boguś Linda mówił, że Polacy mają mordy i zawsze chodzą tacy poważni to myślałem sobie, że to dobrze, bo nie chodzimy z fałszywym uśmiechem na twarzy ukrywając co myślimy naprawdę, tylko mamy neutralny wyraz twarzy, z którego bez problemu możemy szczerze przejść do smutku, bądź radości w zależności od sytuacji. Dalej uważam, że to podejście, jak najbardziej logiczne, ale ostatnio też pomyślałem sobie coś jeszcze...


pixabay

Nie za bardzo zwracam uwagę na ludzi, przeważnie poza domem jestem albo w pracy, albo w drodze do niej i raczej z książką lub telefonem niż patrząc na ludzi. Zakupy zwykle ogarnia Marta, bo jest też naszym kuchmistrzem, więc jakoś tak wychodzi, że nie za często mam okazję obserwować ludzi. W środę byłem oddać krew, a skoro już się ruszyłem, to pojechałem też na zakupy. Była to bardzo miła odmiana paru dniach pracy zdalnej z salonu. Uderzyło mnie parę zmian. Po pierwsze cisza. Gdzieś zniknęli Ci wszyscy ludzie trajkoczący do telefonów, albo upominający dzieci czy sprzeczający się z małżonkami. Cudowne uczucie. Zauważyłem, że praktycznie wszyscy byli na zakupach sami, co w sumie jest bardzo odpowiedzialne i przez to nie mają do kogo gęby otworzyć i wtedy przybierają ten nasz "neutralny" wyraz twarzy, który jednak dość mocno przypomina mordę lub nawet gębę.

Przy kasie miałem mały problem z kartą i część zakupów zostawiłem "w depozycie" (trzy rzeczy), resztę zaniosłem do samochodu i wróciłem do sklepu. Do kasy już ustawił się starszy Pan z całą furą zakupów, więc zapytałem czy mnie przepuści, Pan się zgodził, kasjerka szybko niczym wąż upomniała mnie żebym mimo to nie podchodził, bo jeszcze się kasuje poprzednia osoba. Rozumiejąc sytuację uśmiechnąłem się i mówię, że nie ma problemu. Ona się uśmiechnęła. Jak się tak uśmiechaliśmy to zwolniło się miejsce, więc podziękowałem starszemu Panu, który mnie przepuścił i podszedłem, On też się uśmiechnął i zrobiło się tak jakoś milej. Zrobiło mi to dzień.

Warto się czasem uśmiechnąć, oby nie za często oczywiście, bo jeszcze nam tak zostanie, jak tym durnym Amerykanom, ale jednak warto. Nawet do kogoś kogo nie lubicie warto się czasem szczerze uśmiechnąć, wystarczy pomyśleć co mu moglibyście zrobić i już szczery uśmiech gotowy. Do kogoś miłego, tym bardziej można to taki "Like" na żywo, a przy obecnej izolacji i braku rozmów to nawet introwertyk może zostać lwem salonowych uśmiechów.

Wiadomo, że epidemia, że za parę lat każdy będzie lepiej wiedział, co należało zrobić i co nasz rząd spieprzył, Jest trudno, będzie jeszcze trudniej, ale mimo to warto się czasem uśmiechnąć. Jak sytuacja jest taka, że można się śmiać albo płakać to ja wybieram to pierwsze. Pamiętajcie, że to my mieliśmy niedźwiedzia w Armii, a nawet dwa (Wojtka i Baśkę), to my z dywizjonu lotniczego zrobiliśmy Cyrk Skalskiego i to Nam Bareja udowadniał, w jak śmiesznym ustroju żyjemy. Przetrwamy to tak samo, jak zabory i dwie wojny światowe, bo w tym akurat jesteśmy najlepsi. A co będzie dalej to już temat na kolejny odcinek...

:-)
Nuuudaaaa #zostańwdomu czy warto walczyć z nudą?

Nuuudaaaa #zostańwdomu czy warto walczyć z nudą?

Jesteśmy mistrzami w demonizowaniu nudy. Mówimy, zwłaszcza dzieciom, "mi tam się nie nudzi", albo "jak Ci się nudzi to rozbierz się i ubrań popilnuj". A gdyby tak na "mamooo, nudzi mi się..." odpowiedzieć "Super! Ponudzimy się razem?!" Nuda jest uczuciem, emocją wykształconą przez człowieka w wyniku ewolucji, nie jest wymysłem naszych czasów. Jest nam po coś potrzebna.




Kiedy dzieci siedzą w domu, nie tylko teraz, ale np. w wakacje w końcu pojawia się temat nudy. Znam rodzicom, którzy wtedy rzucają wszystko i stają się animatorami zabaw. Skaczą na skakance, opowiadają o zabawach ze swojego dzieciństwa, wymyślają aktywności dla dzieci, za dzieci. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że jestem znacznie mniej kreatywna niż moi chłopcy. Kiedy mówię im, żeby się ponudzili i niczym nie przejmowali, okazuje się, że w przeciągu kilku minut wymyślają zabawy, na które w życiu bym sama nie wpadła.

Znani nudziarze


Ludzie, którzy docenili nudę, zapisali się w dziejach, jako najbardziej twórczy. Leonardo daVinci miał takie hobby, że godzinami potrafił patrzeć na wiry wodne. Było to tak nudne, że jego uwolniony mózg wskakiwał na niedostępne normalnie tory. Szukając jakiejkolwiek aktywności tworzył nowe połączenia nerwowe i wprowadzał w życie najbardziej niewiarygodne wizje. Nudę doceniał też Steve Jobs, który przyznawał, że ten stan rzeczy jest początkowo irytujący, jeśli jeśli  przeczekasz początkową fazę, można osiągnąć niezwykły stan postrzegania. John Lenon lubił leżeć w łóżku i patrzeć w sufit, to pozwalało mu przenieść umysł w stan bardziej odkrywczy.

Badania naukowców


Wielu mądrych uczonych na przestrzeni dziejów udowodniło, że nuda pobudza naszą kreatywność. Nie jest to pusty frazes. Kiedyś trafiłam na opis takiego eksperymentu, gdzie naukowcy kazali przepisywać badanym książkę telefoniczną. Po 20 minutach zapytano ich, co można zrobić z jednorazowego kubka, każdy potrafił podać kilka zastosowań, jednak dość banalnych, wiecie doniczka, pojemnik na spinki. Ale kiedy kazano im tę książkę czytać na głos przez 20 minut, to zaczęła się jazda. Ludzie chcieli robić biżuterię, żyrandole, staniki... Czytanie tej książki jest tak nudne, że mózg przełącza się na zupełnie inny tryb funkcjonowania, dostajemy dostęp do pokładów kreatywności, do których w normalnym trybie nie mamy dostępu.

Nuda, to odpoczynek


O tym,że Azjaci są zestresowani bardziej niż Europejczycy, nie muszę Wam mówić. Tamta kultura wymaga od nich perfekcji. Ponoć na szczycie tej piramidy są mieszkańcy Korei Południowej. Żeby nauczyć się odpoczywać, odcinać od stresu, raz do roku spotykają się w parkach, żeby na 90 minut gapić się w pustkę. Każdy, kto nie wytrzyma, zacznie gadać, wiercić się, zerkać na telefon zostaje wykluczony. Ci, którzy wytrzymują wychodzą wypoczęci i naładowani pomysłami. Co ciekawe, kiedy człowiek się nudzi, przestaje być tu i teraz, jego umysł zaczyna tańczyć, biegać po łąkach przyszłości i wyobrażeń. Zrodzone w nudzie marzenia częściej niż inne pragniemy realizować i co ciekawe, robimy to, wierzymy, że się uda.

Dziś jest trudniej


Żyjemy w czasach, kiedy w pociągu czy lekarskiej przychodni zamiast gapić się bezczynnie na ścianę sięgamy po smartfon. W tym małym okienku mamy cały świat. Możemy sprawdzić wiadomości, przescrollować Facebooka, Instagram, sprawdzić horoskop i czy ten sklep za rogiem będzie czynny o 18. Często klikamy w ekran zupełnie bez celu. A można by tak spróbować się ponudzić. Na początek spróbuj pół godziny bez bodźców, potem 35 min... Dojdz do 90 choć raz w miesiącu. Dzieciom też pozwól na nudę. Dziś siedzisz w domu, patrzysz, na leżącego na kanapie nastolatka, który patrzy w sufit, słuchasz kilkulatka skarżącego się na nudę. Zamiast pytać "czego się słaniasz po kątach?" Usiądź połóż się obok i razem patrzcie w pustkę. Z nudy rodzą się najlepsze pomysły.
To się dzieje wokół nas. Depresja nastolatków

To się dzieje wokół nas. Depresja nastolatków

Depresja dzieci i młodzieży jest zjawiskiem przerażająco powszechnym. Niezależnie od tego, jak bardzo daleki nam się wydaje, uważam, że każdy z nas powinien posiadać w tym temacie podstawową wiedzą  Dlatego, że ta młodzieńcza depresja nie tylko świetnie potrafi chować się przed światem pod zasłoną hormonów, ale też ma obrzydliwą wręcz skłonność do pławienia się w odużaczach. Ma jaszcze jedną obrzydliwą cechę - łatwo zabija. 



Kiedyś już z Magdą pisałam tekst o tym, jak depresja może zabić Twoje dziecko. Klikajcie, to jest świetny tekst napisany z psychologiem, jeden z najlepiej klikających się w historii bloga. Nie bez powodu depresji nastolatków często szukamy w Google. To nie jest kwestia chorej fascynacji. To jest realny problem. Dziś, w obliczu koronawirusa, spędzamy więcej czasu z naszymi dziećmi. Przyjrzyjmy się im. Ludziom, którzy żyją obok nas.

Orkan. Depresja


Kiedy zobaczyłam tę książkę w nowościach wydawniczych wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Przeczytałam. Choć odwlekałam ten moment, bo wiedziałam, że nie będzie to lektura łatwa, siadłam i przeczytałam jednym tchem.

Książka przedstawia fikcję literacką. Borys Orkan ma 16 lat, chodzi do liceum, mieszka z mamą na Powiślu, ma zgraną paczkę, zakochaną w nim po uszy dziewczynę. Borys ma też depresję. Tylko nikt o tym nie wie. Nastolatek ciągle myśli o Adasiu, chłopaku z jego kamienicy, który niedawno popełnił samobójstwo. Ta historia jest fikcją. Jednak zbyt wiele podobnych wydarzyło się naprawdę, abyśmy mogli przejść obok niej obojętnie.

Czy warto


Recenzje tej książki mogłabym napisać dwie. I tak naprawdę długo zwlekałam, zanim ustaliłam sama ze sobą co napisać. Bo temat, Borys i warstwa literacka to są różne historie. W tej recenzji nie będzie miejsca na "zdradzanie fabuły" i "więcej Wam nie powiem". To jest zupełnie inna książka. Na pytanie, czy warto odpowiadam. Tak. Jeśli masz w okolicy jakieś dziecko lub nastolatka powinieneś przeczytać tę książkę.

Warstwa literacka


Nie porwała mnie. Poza tym, że ta książka szybko się czyta, jej język bywa dla mnie momentami mocno irytujący. Po czternastym przeczytaniu zdania, że "Dorota Orkan była na ostatnich nogach" miałam ochotę krzyczeć. Kto tak mówi? Nie można napisać choć raz, że była zmęczona, padała na pysk? Zakończenie rozczarowało mnie. Bardzo. Gdybym czytała tę książkę dla duchowej podniety, powiedziałabym, że fabuła została średnio przemyślana, w jednym momencie wątki mi się pomieszały. A zakończenie było zbyt hollywoodzkie, choć w żadnym razie nie mówimy tu o happy end. Ale ta książka to coś więcej niż słowa.

Ważny temat


Borys Orkan jest jednak chłopakiem, w którego istnienie wierzę. Momentami trudno mi uwierzyć, że ta historia została całkowicie zmyślona. Wydawca pisze, że choć jest to fikcja literacka, to zbyt wiele podobnych historii wydarzyło się naprawdę. I wierzę, że ciągle się dzieją. Ból, którego doświadcza Borys wylewa się z kartek tej książki. Cierpiałam razem z nim. Czułam nie tylko jego depresję, ale też tą, którą ewidentnie przechodziła jego matka - Dorota. Trudno mi było pomyśleć "Borys, ogarnij się!".Współczułam mu. Wiedziałam co czuje. Rozumiałam to, że wkurzają go wszyscy, że czuje się nierozumiany, nie akceptowany, rozżalony, pomijany, ignorowany.

Borys krzyczał o pomoc. A jednak jej nie dostawał. Wystarczyło powiedzieć "nic się nie dzieje, jestem zmęczony", albo zacząć obrażać innych, żeby uśpić ich czujność. Nie może spać, ale ciągle śpi, choć ten sen nie daje odpoczynku. Ignoruje umówione spotkania, ale rozwiesza pranie. Czasem się nie umyje, albo kogoś wyśmieje - zwykły nastolatek. Ale kiedy pewnego dnia nie wytrzymuje i rozwala głową szklane drzwi od szafy, ląduje w psychiatryku, z którego za wszelką cenę próbuje się wydostać. W końcu mu się uda, ale nowy kolega z oddziału ma na niego destrukcyjny wpływ, choć Borys jest nim zafascynowany. Jeszcze Adaś. I Adasia matka. On wyskoczył z okna, a ona nadal maluje paznokcie u stóp. Co za paskudne babsko! Okno Adasia staje się dla Borysa i Miszy miejscem kultu. Kiedy Misza znika z jego życia, Borys nakręca się jeszcze bardziej. Śmierć staje się celem. Byle przejść do większości.

Oblicza


Depresja ma wiele twarzy. Tak jak kiedyś mówiło się, że autystyczne dziecko buja się twarzą do ściany, dziś wiemy, że oblicza są różne. Z depresją jest podobnie. Nie tylko ten, kto nie wstaje z łóżka na nią cierpi. Czasem schowani za uśmiechem, doskonałymi stopniami, złośliwością ludzie cierpią. Rozrywa ich wewnętrzny ból. Tak silny, że nie potrafią go opisać. Przyglądanie się naszym bliskim, słuchanie tego, co mówią, może uratować ich życie. Nie twierdzę, że każdy chory targnie się na życie. Ale depresja to ciężka choroba. Zbyt ciężka, żeby przejść przez nią samemu.
#zostańwdomu Nauka czytania w domu

#zostańwdomu Nauka czytania w domu

Nauka czytania globalnego jest dla dziecka zabawą, dzięki której uczy się niejako przy okazji. Skuteczność tej metody potwierdzili naukowcy i... Zygmunt. W czasie, kiedy rozpoczynaliśmy terapię psychologiczną w LOGOS miał niespełna cztery lata. Terapeutka zaproponowała wtedy włączenie nauki czytania właśnie tą metodą. 




Po każdych zajęciach Zet dostawał niewielką książeczkę, w której były ciągi prostych słów, kilka zdań typu "To mama, a to dom". Siadaliśmy z tym na 10-15 minut dziennie i czytaliśmy. Zygmunt tak doskonale wszedł w tę metodę, że po kilku miesiącach czytał już dość swobodnie fragmenty dowolnego tekstu. W zerówce czytał płynnie każdy tekst, który widział po raz pierwszy.

Szukałam...


Chciałam podobny zestaw kupić dla Teodora, jednak jak się okazuje sprawa nie jest taka prosta. Ale o tym innym razem. Znalazłam fajną grę karcianą w ofercie Naszej Księgarni i postanowiłam spróbować.

Sylaby. Nauka czytania


Gra składa si e z dwóch talii kart. Jedna z nich zawiera sylaby, druga spółgłoski. W instrukcji znajdziecie propozycje dwóch zabaw na różnych poziomach zaawansowania. W czasie rozgrywki dzieci uczą się układać proste słowa złożone z dwóch sylab. Poznają pojęcia rzeczownik, sylaba, liczba pojedyncza, mnoga. Ale co ważniejsze oswajają się z literami i uczą się łączyć sylaby.

Gra jest przeznaczona dla dzieci, które już uczą się czytać, znają litery, potrzebują tylko dopieszczać swoje umiejętności. Rozgrywka uczy myślenia analitycznego i przynajmniej w przypadku sześciolatka wymaga skupienia, spokoju i odrobiny wsparcia. Ale Teodor szybko się wkręcił i leciał jak burza. Myślę, że jeszcze nie raz do tej gry wrócimy, bo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Grę można zamówić wysyłkowo.







To są ciekawe czasy

To są ciekawe czasy

"Obyś żył w ciekawych czasach" mówi stare, o ironio, chińskie przysłowie. Nie jest to dobre życzenie, raczej paskudne przekleństwo. A nam w ciekawych czasach przyszło żyć. Zakładam (dobra, sprawdziłam w statystykach), że w większości jesteście mniej więcej w moim wieku. Wielu z Was, podobnie jak ja, jak przez mglę pamięta puste pułki w sklepach, ekscytację unoszącą się w powietrzu, kiedy mama malowała usta idąc na pierwsze Wolne Wybory.




Pamiętamy księżną Dianę. W czasie, gdy runęły wieże na Manhatanie byliśmy w liceum (akurat ten dzień bardzo dobrze pamiętam). Na studiach oglądaliśmy pogrążony w żałobie świat, który płakał po Janie Pawle II. Wybierając się po pierwsze ciuszki dla "dzidziusia" w 2010 roku, usłyszałam, że spadł prezydencki Tupolew. Na naszych oczach wybrano pierwszego czarnoskórego prezydenta USA, zniesiono wizy do Stanów. Ba, pamiętamy nawet, jak Kim Kardashian była asystentkę Paris Hilton, a Frytka frywolną celebrytką. Mogę tak cały dzień, ale chcę dziś rozmawiać z Wami o czymś innym.

To co dzieje się teraz, też zapiszemy na karcie wydarzeń, o których warto pamiętać. Koronawirus zawładnął naszym życiem, naszą rzeczywistością, znaleźliśmy się w zupełnie nowej rzeczywistości. Rodzice już w zeszłym roku mieli przedsmak nadprogramowych "ferii", kiedy kraj został sparaliżowany przez Ogólnopolski Strajk Nauczycieli (który notabene popierałam, a przeczytacie o tym TUTAJ). Jednak wtedy my, jak i wielu rodziców zabraliśmy dzieci do dziadków, chodziliśmy do kina, muzeum, biblioteki, wybraliśmy się nawet na parę dni do Wrocławia.

Dziś jest inaczej


Sytuacja jest poważna. Szkoły są zamknięta, póki co na dwa tygodnie, ale wszystko wskazuje na to, że ten stan rzeczy się przeciągnie, moim zdaniem placówki nie zostaną otwarte przed Świętami Wielkanocnymi. Wiem, pomyślicie "a dla Ciebie co za różnica i tak siedzisz w domu". Ale pozwólcie, że nim poślecie we mnie wirtualne kamienie, powiem, że strasznie wszystkim pracującym na etacie rodzicom współczuję i rozumiem Wasz problem. Przez większość mojego dorosłego życia pracowałam w redakcjach, pół biedy, jeśli na etacie, wtedy wzięłabym przysługujące mi wolne i choć miałabym mniej kasy, może została poproszona o wsparcie kolegów z domu, ogarnęłabym. Gorzej tam, gdzie nie miałam etatu, tylko umowę o dzieło, albo nie zarobiłabym wcale, albo musiała pracować. Pewnie po wszystkim szukałabym nowej pracy. Rozumiem Was i Wasze dylematy, serio. Ale zostałabym z dzieciakami w domu. Bez wahania. Tak trzeba.


Nie tylko "me, myself and I"


Świat wymaga od nas zdrowego egoizmu, asertywności, a wtedy przychodzi wirus w koronie i mówi "ja Wam pokażę". I pokazuje. Nie będę rozwodzić się tu nad teoriami spiskowymi, nad kwestiami politycznymi, itp. Dziś poproszę Was ładnie o to, o co już od dawna proszą politycy, lekarze, gwiazdy i rozsądni ludzie. #zostańwdomu. Wiem, wiem, chleb się skończył, sama trzy dni polowałam na mąkę, bo akurat "wyszła", musisz odebrać paczkę, kupić farbę do włosów... Cholera jasna, masz co jeść? To siedź na dupie, proszę Cię, pomyśl o innych.


A choruj, jak lubisz!


Jak słyszę od ludzi, których znam i wydawała mi się, że są poważni, że przecież są zdrowi, w sile wieku, a dzieci nie bierze, więc spoko można skoczyć do galerii dokupić t-shirtów, wyjechać na parę dni w Polskę, bo taniej i nie ma problemu z rezerwacją, to wybaczcie, ale mi wszystko opada. Tylko problem polega na tym, że nawet jeśli nie boisz się o siebie, to musisz założyć, że jesteś potencjalnym nosicielem wirusa. A Twój listonosz może mieć dziecko po chemioterapii, ekspedientka w sklepie może być po przeszczepie nerki. Pomyśl o nich. Pomyśl, czy chciałbyś, żeby odwiedziło Cię potencjalne zagrożenie, gdyby to Twoje dziecko miało obniżoną odporność. Tu mam bardzo radykalny pogląd, jak ze szczepionkami, jak chcesz narażać siebie, skacz śmiało na bungee bez liny, ale sprawdź czy na dole nikogo nie ma. Chyba nie chcesz być mordercą?

Zapasy


Nie będę robić listy must have, nie będę obśmiewać fanów zakupów hurtowych, ani żalić się na to, że nie mam wielu normalnie używanych produktów spożywczych. Nie będę opowiadać o tym, jak to ciężko utrzymać dietę Michała i Teodora, bo nie da się wielu rzeczy kupić. Problemy pierwszego świata dziś zostawiam za sobą. Nie zajmują mnie. Cieszę się, że moi bliscy są zdrowi. Ale staram się myśleć też o innych. Już nie wspomnę o tym, że nie mamy pewności, czy żadne z nas tego cholerstwa nie złapie. Zamiast jeździć na zakupy co drugi dzień, zrobiłam większe, na następne wybiorę się za tydzień. Musiałam sobie kilka rzeczy poukładać w głowie, trochę  zweryfikować swoje plany, ale staram się siedzieć na dupie.

Co tu robić?


Posiedźcie i Wy. Każdemu kiedyś kończą się pomysły. Jesteśmy rozpieszczeni, przyzwyczajeni do rekreacyjnych zakupów w galerii, wyjścia do kina, spotkania z przyjaciółmi, posłania dzieci do sąsiadów, albo przyjęcia do siebie ich potomstwa, żeby coś się zmieniło, żeby nie było nudno. Teraz nie można tego robić, nam wszystkim wyczerpią się pomysły na rozrywki. Szukajcie ich u innych rodziców, szukajcie pod hashtagami #zostańwdomu i #zostańkurwawdomu ludzie już są aktywni, podrzucają pomysły, pokazują co robią z dziećmi. Jeśli macie możliwość wyjść na spacer z dala od skupisk ludzkich - wietrzcie się. Gotujcie, sprzątajcie, czytajcie, grajcie, róbcie dekoracje. Poświęćcie ten czas na bycie razem, rozmowy, oglądanie bajek razem. Razem to przetrwamy. Tylko poczujmy odpowiedzialność, nie tylko za siebie.




Gdzie zjeść w Płocku: Płocka Wieża Ciśnień

Gdzie zjeść w Płocku: Płocka Wieża Ciśnień

Termin jest taki raczej nie sprzyjający wojażom, bo wiadomo #zostańkurwawdomu. Ale kiedyś to minie, słowo. A kiedy skończy się ten trudny czas, będzie piękna wiosna i wyjdziemy z domów i będziemy szukać miejsc, w których warto zjeść.  Dlatego nienachalnie rozpoczynam cykl, który wyszedł nam naturalnie, gdzie warto zjeść.




Tuż przed walentynkami zaplanowaliśmy z Michałem wyjście tylko we dwoje. Moi rodzice zgodzili się zostać z chłopcami, więc naturalnym kierunkiem wyjścia był dla nas Płock. Szukaliśmy fajnej knajpy kilka dni, dwie nam odpadły, bo chcieliśmy stolik na sobotę, a oni robią wesela, więc rezerwacja na ten dzień nie wchodziła w grę. Ale znaleźliśmy Wieżę Ciśnień.

Lokalizacja


Płock znam nieźle, tam chodziłam do liceum, tam urodził się Zygmunt. Lubię to miasto, mam do niego sentyment, Broniewski to mój ulubiony polski poeta, pisał o Wzgórzu Tumskim, bo tam mieszkał, a ja wiem, czemu jeszcze, bo to miejsce jest magiczne. Kto był w Płocku nad Wisłą, ten wie, że to miejsce jest absolutnie magiczne. Dlatego, kiedy odkryliśmy, że w Wieży jest restauracja, uznaliśmy, że musimy tam pójść.




Lokal


Ten dziewiętnastowieczny budynek czarował mnie od dawna. Najdalej na wschód wysunięta budowla płockiego Starego Miasta była miejscem, pod którym siedziało się w cieniu upalnych dni, kiedy do szkoły było pod górę i pod wiatr, ale też wieżę właśnie widziałam, kiedy ze świeżo urodzonym Zygmuntem wyglądałam przez szpitalne okno. No mam sentyment do tego miejsca, nie da się ukryć.

Restauracja zajmuje całą wieżę, jednak rezerwując stolik, najlepiej stawiać na górne piętra, bo wtedy dostajemy gwarancję pięknych widoków. Niech Was nie przeraża to, że trzeba się wdrapać, jeśli czegoś zapragniecie będąc już przy stole, na piętrach są telefony, dzięki którym o swoich potrzebach będziecie mogli zawiadomić obsługę.


Jedzenie


Wieża Ciśnień oferuje kuchnię typowo amerykańską. Dojrzewające 21 lub 42 dni steki, burgery, kilka zup, kanapki, karta jest krótka, ale bardzo treściwa, zdecydowanie kierowana do mięsożerców. Dla nas idealna. Choć nie udało im się uniknąć wpadki, bo zamówiony przez Michała krwisty stek był świetnie przyprawiony, ale ucięty ze skosa z jednej strony był mocno wysmażony, z drugiej surowy. Średnia arytmetyczna się zgadzała. Mój burger był dokładnie taki, jak go zamówiłam. Jedno i drugie danie podano w towarzystwie poprawnych domowych frytek/pieczonych kartofelków i całkiem ciekawej sałatki/salsy. Składała się ona z natki pietruszki, pomidorów, czerwonej cebuli i pęczaku. Te proste składniki są znakomicie przyprawione i z wołowiną stanowi cudowną całość. Zjedliśmy też całkiem poprawne krążki cebulowe i bulion z pierożkami z wołowiną. Owy rosołek był absolutnie wybitny.







Co warto wiedzieć


Po pierwsze, jeśli nie dostaniecie stolika na samej górze koniecznie wybierzcie się tam po posiłku. Panorama Płocka z tej perspektywy zapiera dech w piersi. Petrochemiczne kominy stojące w kontrze do widoku na najpiękniejszą, moim zdaniem, część Wisły. Do tego bloki z wielkiej płyty, szpital... Myślałam, że to moja słabość do tego miasta, ale Michał też się zachwycił. Schodząc na dół zwyczajowo bierzemy ze sobą naczynia ze stołu. Nie ma ku temu żadnego zapisu na ścianie, ale klienci chętnie sprzątają po sobie, żeby kelnerki nie musiały biegać góra-dół. Bo wieża ma wysokość pięciu pięter.


Czy warto?


Bardzo warto odwiedzić to miejsce. Jedzenie jest smaczne i świeże, obsługa przesympatyczna, a widoki warte wspinania się  po schodach. Warto zamawiając stek wspomnieć, żeby obsługa zwróciła uwagę na grubość mięsa.,Koszt posiłku dla dwóch osób: dwie przystawki, dwa dania główne i dwa napoje wyniósł 86 zł.

Wieża posiada też bogatą ofertę whiskey i deserów. My obyliśmy się bez alkoholu, a na deser wybraliśmy się gdzie indziej, ale o tym następnym razem.







Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger