Wszyscy kłamią. Ale niektórzy lepiej

Wszyscy kłamią. Ale niektórzy lepiej

Wszyscy kłamią. To oczywiste. Przecież jeśli przyjaciółka stanie przed Tobą w swojej sukni ślubnej i zapyta, jak wygląda piętnaście minut przed uroczystością, nie powiesz jej, że wybrała kreację co najmniej o rozmiar za małą. Kłamiemy, bo kłamstwo jest wygodne, czasem grzecznie. Nie jest to powód do dumy, ale często pomaga uniknąć kłopotów. A gdyby tak kłamać cały czas?


jackmac34/pixabay

Są i tacy. Kłamcy patologiczni, mitomani, czy też chorzy na zespół Delbrüka, nieważne jak nazwiemy to zaburzenie, co do jego istnienia naukowcy nie mają wątpliwości. Mitomani żywią się kłamstwem, często są tak zapętleni w swoich opowieściach, że sami zaczynają wierzyć w ich prawdziwość. Nie ma w zasadzie możliwości, aby ze stworzonej przez siebie spirali wydostali się bez pomocy specjalisty.

Czym jest kłamstwo


Kłamców patologicznych nazywa się też czasem nałogowymi i tu, jak w przypadku każdego uzależnienia wszystko zaczyna się od pierwszego razu, potem idzie już z górki. To pierwsze zwykle wyciąga kłamcę z kłopotów, pomaga w trudnej sytuacji, sprawia, że otoczenie zamiast się wściekać zaczyna kłamcy współczuć lub go podziwiać. Zgodnie z definicją kłamstwo to zamierzone mówienie nie prawdy, dla nałogowca, to sposób na zjednanie sobie świata.

Kiedy go używają


Zawsze. Czasem mówią, że spóźnili się do pracy, bo pomagali staruszce, która zasłabła na przystanku, podczas gdy zwyczajnie zaspali, innym razem opowiadają o przepysznym sushi, które zjedli wczoraj na kolacji z przypadkowo poznanym milionerem, choć na prawdę jedli w samotności kanapki z serem. Wszystko po to, żeby wybrnąć z kłopotliwej sytuacji lub zwrócić na siebie uwagę. Ich opowieści prawie zawsze są barwne, wielowątkowe i pełne szczegółów, o których Ty byś zapomniał. Złapany na kłamstwie mitoman idzie w zaparte, podaje jeszcze więcej szczegółów i zarzeka się, że mówi prawdę. Często bywa agresywny, zwala winę na całe zło tego świata na innych. Siebie w opowieściach czyni bohaterem, podkreśla, że zawsze był wobec Ciebie w porządku, że chciał dobrze, że nigdy nikomu nie zrobił nic złego, a Ty? Ty się czepiasz, od początku robisz co w jego mocy, żeby zniszczyć jego życie.

Kilka zdań, które go zdradzają


Mitomani częściej niż inni zarzekają się, że mówią prawdę. Ich ulubione zwroty to "Prawdę mówiąc", "Przysięgam", "Szczerze mówiąc", "uwierz mi". Te zdania mają na celu uspokojenie rozmówcy i zapewnienie go o szczerości kłamcy. Bo przecież chodzi mu o to, żebyś mu wierzył. Patologiczni kłamcy są też wielkimi szczególarzami, w ich opowieści nie usłyszysz, że listonosz zjawił się jakoś przed południem, dowiesz się, że doręczyciel stanął w ich drzwiach o 11:52. Te szczegóły mają nie tylko zwiększyć wiarygodność opowieści, ale też odwrócić uwagę rozmówcy, od kłamstwa. Im więcej wątków, tym trudniej się skupić. Jak już wspomniałam wyżej "ja NIGDY nie zrobiłam NIKOMU NIC złego" "Ty ZAWSZE robisz mi pod górę" te "ostateczne", zero-jedynkowe określenia należą do ich ulubionych. W wypowiedziach mitomana mało jest jego samego "ja, moje, mój" raczej ich nie usłyszysz, zwykle to są"oni" ewentualnie "zadziało się". Kiedy zaczniesz dopytywać, kłamca natychmiast zapewni Cię o swojej niewinności, braku złych intencji. W jego historiach zawsze jest ofiarą lub bohaterem. Ty natomiast, niekoniecznie.

Ciekawostki


Wg badań, nałogowi kłamcy to najczęściej kobiety, często osoby z trudnym dzieciństwem, wychowujące się w niedostatku, z trudnymi doświadczeniami seksualnymi. Najczęściej bardzo inteligentne i posługujące się bogatym, barwnym słownictwem. Co ciekawe mitomania w zasadzie nie zdarza się u osób z epilepsją i niepełnosprawnych umysłowo. Zdaniem hiszpańskich naukowców, którzy wprowadzili do psychologii badania temperatury ciała istnieje "syndrom Pinokia", skóra na nosie i wokół niego robi się cieplejsza, kiedy mijamy się z prawdą. Na mitomanię nie ma lekarstwa, niezbędna jest terapia pod okiem doświadczonego specjalisty, który pomoże wyjść ze spirali kłamstw. Jednak kłamca sam musi chcieć szukać pomocy, bo próba nakłonienia go przez otoczenie do leczenia skończy się raczej agresywną reakcją.
Trochę mnie nie było. Co się stało?!

Trochę mnie nie było. Co się stało?!

Zmęczona już byłam. Codziennością. Wstawaniem, kawą, robieniem śniadania, wstawianiem prania, zaglądaniem tutaj, gotowaniem. Monotonią. Kiedy planowaliśmy wyjazd, komputer był wysoko na liście rzeczy do spakowania. Przecież karawana musi jechać dalej, trzeba dbać o rozwój bloga. O kontakt ze światem i nie ma się co oszukiwać, o pracę. 


MONIKA GIERWSZEWSKA/fotografia zaczarowane kadry

Kiedy weszliśmy do naszego domku na gdańskich Stogach ogarnął mnie jednak spokój i "nicniemusizm". Postanowiłam zaryzykować i nie pisać. Zobaczyć, co się stanie, kiedy zniknę. I może Was zaskoczę, ale nie stało się zupełnie nic. Za to ja odpoczęłam.

Co się działo


Nie będę Wam opisywać minuta po minucie, co robiliśmy nad morzem, bo nie ma to aż tak wielkiego znaczenia. Były to nasze pierwsze wakacje z wyjazdem odkąd kupiliśmy dom, czyli po dwóch latach przerwy, jeśli nie licząc krótkich wypadów. Tych osiem dni, było tylko naszych. Należało się nam. Przez 6 godzin dziennie, zgodnie z zawartą wewnątrz stada umową nie tykaliśmy telefonów. Zrobiliśmy niewiele zdjęć. Przeczytałam może z 15 stron książki, nie zrobiłam żadnego prania, ugotowałam dwa razy obiad i byczyłam się. Bawiliśmy się na plaży myśląc dokładnie o niczym, siedzieliśmy do późna, byliśmy w ZOO i w sumie, niewiele poza tym.

Czas z ludźmi


Na wyjeździe byliśmy stadem rozszerzonym o babcię i dziadka (a przez kilka godzin również o drugą babcię), spotkaliśmy się z naszym kolegą z dawnych lat, zobaczyłam się z moją instafriend, jedną, bo do drugiej nie dojechaliśmy, czego bardzo żałuję, ale ten czas spokojny, trochę offline był nam potrzebny. Rozbudził apetyt na więcej. Chłopcy gdziekolwiek się nie ruszyli zjednywali sobie nowych przyjaciół, co było w sumie zaskakujące, bo na co dzień w domu rzadko szukają towarzystwa innych dzieci. Odhaczyli swoje pierwsze wakacje na kempingu i bardzo im się podobało.

Co dalej


Nie wiem. Wróciliśmy, zrobiłam dwa obiady i pięć prań. Jeszcze ze dwa przede mną. Czas ogarnąć szkolne zakupy, prezent na rocznicę ślubu rodziców, za chwilę znów wyjeżdżamy, na krócej, ale jednak. Powinnam siąść do planów, co się będzie działo tu, na blogu, powinnam pomyśleć o wielu rzeczach, wrócić do terminów, dokończyć zawieszone projekty... Tyle powinnam. A tak bardzo jeszcze nie chcę, więc jeszcze trochę sobie pozwolę. Mam nadzieję, że też mi pozwolicie. Zepnę wszystko, zaplanuję, przemyślę. Ale jeszcze nie dziś. Dobrej środy.

To przepiękne zdjęcie naszego stada zrobiła właśnie moje instafriend, Monika TUTAJ znajdziecie więcej jej prac <3
Okiem Żywiciela: Czemu jeździmy na zadupia?

Okiem Żywiciela: Czemu jeździmy na zadupia?

Jako dzieciak jeździłem nad morze do domków wszelakich. Domki, szczypawki, pająki na które moja Mama miała potężną alergię, po całym dniu spędzonym na zewnątrz do tych małych drewnianych domków wracała jak za karę. Powrót zawsze zaczynał rytuał oglądania ścian, parapetów, zaglądanie do kubków i szukanie potworów. Wieczorami czytała mi na głos "Pamiętniki Kornela Makuszyńskiego". Pamiętam jak chciałem iść do kina na "Rambo" podczas wczasów nad morzem. Miałem 8, może 9 lat i uprosiłem Mamę żebyśmy wybrali się do kina chociaż film był teoretycznie dla dzieci od 13 roku życia. Napaliłem się na ten film jak  małolatek na "Rambo" na początku lat 90tych. Nie ma mocniejszego porównania. Niestety moje młodociane marzenia zostały zdruzgotane przez awarię prądu. W połowie wioski nie było prądu więc zamiast Rambo był Kornel Makuszyński, ciekawe jak wyglądałby z pasami na amunicję?




Zamiast Rambo obejrzałem "Wielką przygodę psa Benji'ego", bo to był ostatni dzień puszczania Rambo w kinach...

Dzisiaj znowu siedzę w drewnianym domku. Sytuacja jest o tyle inna, że teraz mamy swój dom, który jest wielokrotnie większy od tego drewnianego, mamy spory kawałek terenu, własną plażę, basen, duży domek dla dzieci i równie dobrze moglibyśmy odpoczywać u siebie. Odpadałoby pakowanie, trasa i całkiem sporo pieniędzy zostałoby w kieszeni.

Obok nas stoją kampery z Czech, Włoch, Niemiec. Rozumiecie to? Włosi przyjechali nad nasze polskie morze mając swoje cieplejsze Śródziemne tuż pod bokiem. W dodatku nie przylecieli ale tłukli się tu kilkadziesiąt godzin samochodem, który nie daje frajdy z jazdy.

Co jest takiego magicznego w tych małych drewnianych domkach, że tak chętnie do nich jeździmy?

Może chodzi po prostu o wspomnienia z dzieciństwa? A może o to, że życie w takim domku trochę zwalnia i zamiast zmagać się z wielkimi problemami tego świata zastanawiamy się, jak wysuszyć te cholerne ręczniki? Macie jeszcze jakieś pomysły?

Tak czy inaczej jestem pewien, że to nie jest nasza ostatnia wizyta w takim domku i nie ważne, gdzie on będzie stał czy w górach czy nad morzem w Polsce albo za coraz bardziej iluzorycznymi granicami. Jest też szansa, że dzieci się pozabijają i wtedy wystarczy Nam trochę mniejszy więc w sumie same plusy ;) Do zobaczenia na szlaku.
Kiedy padną niezręczne pytania

Kiedy padną niezręczne pytania

Nie ważne, czy masz jedno dziecko czy pięcioro, w końcu usłyszysz pytania, które mrożą krew w żyłach każdego rodzica. "- Mamo, jaki odczyn ma mocz?" "Dlaczego sowy widzą w nocy?" "Skąd się biorą dzieci?". Oczywiście możesz udawać, że wcale nie słyszałaś pytania, albo powiedzieć, że nie masz teraz czasu. Ale czy chcesz?




Moim zdaniem dzieciom trzeba odpowiadać na wszystkie, nawet niewygodne pytania. Czasem i my się rumienimy, jak Michał kiedyś w kolejce w Lidlu. Zet, może czteroletni w sobotni poranek, przy megaśnej kolejce, wskazał przy kasie na prezerwatywy i zapytał: "Tato, co to?" Ludzie stawali na palcach, żeby zobaczyć porażkę "Starego", ale zawiedli się. Żywiciel, choć lekko się zarumienił, odparł spokojnym głosem: "Środki antykoncepcyjne". Zet nie drążył tematu. Tyle mu wystarczyło. Dziś zadaje trudniejsze pytania. Trzeba się czasem wspomóc.

O maluchu w brzuchy, czyli skąd się biorą dzieci


To jest moim zdaniem pozycja obowiązkowa. Pięknie zilustrowana książeczka odpowiada na wiele około rozrodczych. Nie tylko skąd się biorą dzieci, ale też czy poród boli, co to jest seks, a nawet dlaczego kiedyś mówiło się, że to bociany przynoszą dzieci. Kiedy otworzyłam ją po raz pierwszy byłam zdziwiona, że jest na grubych stronach, jak dla maluszków, a przecież to temat dla nieco starszych dzieciaków. Jednak patrząc po tym,jak Zet przeglądają kilka razy dziennie dochodzę do wniosku, że te grube strony mają sens. Zdecydowanie dłużej wytrzyma edukację moich dzieci. Bardzo przystępny tekst pomoże Wam wybrnąć z, być może, kłopotliwych sytuacji.










Cały świat jest cudem


Stawiałam, że to ta książka okaże się hitem zamówienia z Naszej Księgarni i faktycznie się tak stało. Zet zasypia czytając ją, czyta ją przy obiedzie i prawie nie wypuszcza jej z rąk. Szczerze mówiąc ten fakt trochę mnie zaskakuje, bo książka wcale nie jest skierowana do jego grupy wiekowej. Owszem pokazuje naukę z różnych dziedzin w pasjonujący sposób, sprowadzając ją często do rzeczy codziennych. Ma fajne, często zabawne ilustracje, ale nie jest to zabawna historyjka. Nie brak w niej naukowego słownictwa, wręcz encyklopedycznych określeń. Zdecydowanie ktoś założył, że czytelnik zna podstawowe pojęcia i nie wymaga dodatkowych tłumaczeń. Zet daje radę, ale wcale nie jestem przekonana, czy wszystko rozumie. Jednak czyta i sprawia wrażenie mocno zainteresowanego. Zdecydowanie jest to pozycja dla miłośników nauki.







Eri czarodziejka


To jedyna beletrystyka, jaką nabyliśmy w tym miesiącu. Chłopców oczarowała okładka ze smokiem. Mnie zaintrygował opis książki, którego nie będę Wam przeklejać, zobaczycie go klikając w tytuł powyżej, to co się będę powtarzać? Książka faktycznie jest magiczna, pełna niesamowitych przygód i stworzeń, o których istnieniu nie mieliście pojęcia. Chłopców bardzo wciągnęły przygody Eri - Zet poprosił mnie o zamówienie innych z serii. Podążaliśmy z Eri po lesie i z wypiekami na twarzy czekaliśmy, jak potoczą się jej losy. Ale tylko za dnia, obecność czarodziejskich okoliczności, mar, czarownic i tym podobnych skutecznie zniechęcała dzieci do słuchania tej historii przed snem. Myślę, że 12 latek spokojnie przeczyta książkę również wieczorem, ba widziałam, że Zeta kusiła. Ale zdecydowanie, dla sześciolatka może się okazać zbyt magiczna.



Moje pierwsze jagodzianki i inne zachwyty spożywcze lipca

Moje pierwsze jagodzianki i inne zachwyty spożywcze lipca

Tak jak zwykle lubię stać przy garach,tak w lipcu starałam się tego unikać, efektem tego jest wyczyszczona nawet z lodu zamrażarka. Nie chciało mi się, byłam leniwa, skupiałam się głównie na nic nie robieniu, bo robienie jakoś mnie przerosło.





No ale prawda jest taka, że nawet w tym lenistwie nie mogłam przejść obojętnie np. obok świeżych jagód. Następne dopiero za rok. Zrobiłam też trochę ogórków, no bo wiadomo w zimę chętnie się sięga po słoiczki, ale szczerze mówiąc mój zapał do działania był taki, że nawet nie zrobiłam im zdjęć, więc na przepis na te najlepsze będziecie musieli poczekać do następnego roku, kiedy to już planuję być zorganizowana i poważna. Coś tam jednak jedliśmy i mam dla Was trzy lipcowe przepisy.

Zachwycające jagodzianki


Zaczęło się od litra jagód, które wręczyła mi sąsiadka. Popatrzyłam na ten słoik i pomyślałam, co ja biedna z tym pocznę? Już miałam zapłakać, ale przypomniało mi się że przecież lubię jagodzianki. Wynalazłam sobie przepis i okazało się, że był strzałem w dziesiątkę. Zachwycali się nie tylko domownicy, ale i goście, dla niektórych nie starczyło, a miałam zamrozić nadmiar :)

CIASTO


100 g świeżych drożdży
500 ml ciepłego mleka
1 kg mąki pszennej (wyszło mi trochę więcej)
2 jajka
200 g cukru
200 g masła

JAGODY


1 l jagód
2 łyżki mąki ziemniaczanej
2 łyżki cukru

KRUSZONKA


100 g masła
100 g mąki
100 g cukru

Drożdże pokruszyłam do garnka z ciepłym mlekiem i dodałam dwie łyżki cukru i trzy łyżki mąki, wymieszałam i zostawiłam na pół godziny do wyrośnięcia. Po tym czasie dodałam mąkę, roztopione i przestudzone masło, cukier i jajka. Całość dość długo i cierpliwie zagniatałam. Ciasto ma być gładkie, sprężyste i łatwo odchodzić od ręki. Nakryłam ściereczką i zostawiłam do wyrośnięcia na godzinę.

Przygotowałam jagody. opłukałam je i porządnie odsączyłam na sitku, wymieszałam z cukrem i mąką ziemniaczaną.

Zagniotłam kruszonkę z miękkiego masła, cukru i mąki, zawinęłam w folię i włożyłam do zamrażarki.

Z ciasta formowałam rękoma placuszki, na każdy nakładałam łyżkę jagód i dokładnie zaklejałam. Układałam na blasze do pieczenia wyłożonej papierem łączeniem do dołu, bułeczkom zostawiałam po 2-3 cm luzu na rośnięcie w piecu. Gotowe bułeczki posmarowałam zmąconym jajkiem i obsypałam kruszonką. Piekłam około 20 minut w 180 stopniach. Znikały szybciej niż stygły.








Młoda kapusta

Kiedyś nie lubiłam tego dania, dziś nie wyobrażam sobie bez niego lipca.Jest banalnie proste, robi się szybko i ma stosunkowo niewiele kalorii. Smakuje i pachnie latem.

główka młodej kapusty
kilka plasterków boczku wędzonego (opcjonalnie)
3 marchewki
1 cebula
pęczek koperku
łyżka oleju
sól
pieprz
majeranek
2 listki laurowe
3 kuleczki ziela angielskiego

Boczek pokroiłam w kostkę, wrzuciłam go go garnka i podlałam odrobiną oleju. Dodałam posiekaną cebulę i podsmażyłam całość do jej zeszklenia. Dodałam posiekaną kapustę i podlałam odrobiną wody. Ile jej dać, trzeba monitorować, bo czasem kapusta puszcza dużo płynu, innym razem nie daje go prawie wcale. W garnku tak 3/4 poziomu kapusty powinno być zanurzone w płynie. Marchewki obieram i kroję w kostkę dodaję do kapusty, dorzucam ziele i listki laurowe. Kiedy całość się zagotuje przyprawiam do smaku i gotuję razem do miękkości marchewki. Na koniec dodaję majeranek i posiekany koper. Kapustę serwuję z ziemniakami z wody

* Żeby zaoszczędzić sobie pracy Zetowi gotuję to samo tylko w mniejszym garnku i bez boczku, dodaję za to ziemniaki do środka. Potem całość miksuję i tadam! Mamy krem z młodej kapusty



Sałatka na duży głód

U nas nawet w upały z jedzeniem jest taki problem,że nikt tu nie zje np.makaronu z owocami. Dlatego ratują nas sałatki, tą robię przez cały rok,  ale najsmaczniejsza jest właśnie teraz.

1,5 szklanki gotowanej ciecierzycy (może być ze słoika)
pomidor malinowy
2 ogórki gruntowe lub pół szklarniowego
1/2 czerwonej cebuli
pół opakowania sera typu feta
Pół papryki
Kilka oliwek
Ząbek czosnku
sól
pieprz
pęczek natki pietruszki
Dobrej jakości olej (u mnie konopny)

Co tu dużo mówić składniki pokroiłam wrzuciłam razem do miski, czosnek przecisnęłam przez praskę, doprawiłam do smaku i zalałam olejem, powoiedzmy 3-4 łyżkami. Oczywiście jeśli nie mam konopnego daję oliwę, ale ten nadaje fajny orzechowy posmak. To już kolejny produkt, który polecam Wam od DobreKonopie.pl, bardzo się polubiliśmy z tym sklepem.




Sposób na niejadka: papki czy BLW?

Sposób na niejadka: papki czy BLW?

Za każdym razem, kiedy w rodzinie pojawia się dziecko zaczyna się temat zupek i kupek. Z moich obserwacji wynika, że przynajmniej do dziewiątego roku życia dziecka, jego jedzenie pozostaje jedną z głównych atrakcji dla wszystkich babć, cioć i całej reszty rodziny. Kiedy siadamy do stołu nastaje chwila ciszy. Czekam na wyrok.





Nasze dzieci jedzą delikatnie mówiąc średnio dobrze. Każdy z nich ma swoje fanaberie i niechęci oraz rzeczy, bez których chodzi głodny. Gdzie popełniliśmy błąd? Tego nie wie nikt, bo przecież w domu je się dużo warzyw, pilnuję tego, żebyśmy nie żyli samymi ziemniakami i mięsem, a jednak posiłki są trudną częścią mojego dnia. Spokojnie mogę powiedzieć, że próbowaliśmy wszystkich metod rozszerzania diety.

Akt pierwszy kaszki i papki


Kiedy Zet był mały byliśmy przerażeni, że coś zrobimy źle. Rozszerzanie jego diety wyglądało dokładnie tak, jak napisali w książkach, które wpadły nam w ręce. W kuchni, w honorowym miejscu wisiała rozpiska, kiedy podajemy dziecku brokuł, kiedy seler, a kiedy winogrona. Nie było takiej możliwości, żeby podać buraka dzień przed skończeniem przez niego ósmego miesiąca, jeśli kalendarz zalecał inaczej. Delikatnie mówiąc byłam szurnięta na tym punkcie. Przeczytałam niezliczoną ilość artykułów o tym, jak to dziecko się zachłysnęło, bałam się. Bałam i miksowałam. Nim Zet skończył rok spaliłam chyba ze trzy blendery. Chodziły na około. Gotowałam, miksowałam, a on pluł dalej niż widział... Jadł tylko kaszki na mleku modyfikowanym i jabłuszka ze słoiczka gerbera. To była gehenna. Wtedy jeszcze nie wiedziałam z czego to wynika, dlaczego moje dziecko wymiotuje na widok chleba. Dlaczego nie je mięsa. Wszyscy mówili, że wyrośnie. Nie wyrósł. Pewne rzeczy udało nam się wyćwiczyć, ale jedzenie nadal nie jest jego ulubioną czynnością.




Wyświetl ten post na Instagramie.

Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy pomyślałam, że już nigdy nie będę sama. To on uczynił ze mnie matkę. Tego dnia, kiedy pojawił się w naszym życiu przyszła z nim siła, o którą się nie podejrzewałam, chęć do wstawania rano, do walczenia o wszystko, czego mu trzeba. ___________________ Zwykle, kiedy otwiera oczy uśmiecha się, bo on lubi swoje życie. A ja lubię nasze życie z nim. Wrażliwy, diablo inteligentny, cwany, mądry, piękny - wewnętrznie i zewnętrznie, człowiek, który zasługuje na piękne życie. Mój syn. Pierworodny. Wymodlony. Lepszy niż kiedykolwiek mogłam marzyć. _______________________ Zygmunt dziś kończy osiem lat. Osiem lat z nim, to najpiękniejsza przygoda, jaką przyszło mi przeżyć. Kiedyś zmieni cały świat, bo pomysłów na wynalazki, które pomogą ludzkości ma bez liku, potrzebuje tylko warsztatu. Dziś jest całym naszym światem i to takim, którego za nic nie chcę zmieniać. ________________________________ Synku, życzę Ci najlepszego życia. Pełnego miłości, dobrych ludzi, oddanych przyjaciół, nieograniczonej wyobraźni, wiary i siły do walki o marzenia. Tego, żebyś zawsze był sobą. Tego, żebyś umiał w swojej niewinności znajdować własną drogę, taką, która będzie dawała Ci szczęście i satysfakcję. Kocham Cię.Mama _____________________ #codzienniejednozdjecie 250/365 #project365days #urodziny #8lat #pierworodny #swieto #swieczka #tort #syn #synusmamusi #love #son #birthday #najlepszy #instaboy #instagood #matkazywicielka
Post udostępniony przez Marta Lewandowska (@matka_zywicielka)


Akt drugi zachłysnęłam się BLW


Kiedy byłam w ciąży z Teodorem odkryłam istnienie metody BLW. Stwierdziłam, że tym razem musimy spróbować inaczej. Głęboko zakorzenione miałam jednak to, że dziecko półroczne powinno jeść inne rzeczy niż cyc. Teodor jednak nie miał takiego poglądu, on uważał, że na wszystko przyjdzie czas. Na początku nawet zmiękłam i dałam mu kaszkę, taką, jaką jadał Zet. Ale Ted dziecko niezwykle rozsądne spojrzał na mnie jak na wariatkę i odepchnął stanowczo miskę. Nasza ówczesna pediatra - mama trójki dzieci wysłuchała mnie i powiedziała: "Spójrz na niego, czy on wygląda na zagłodzonego? Daj mu czas!" No i dałam. Zapraszaliśmy go do naszeo stołu podsuwaliśmy marchewki na parze i inne cuda, a on ciągle kręcił głową. Kręcił tak tą głową do dziewiątego miesiąca. Nie chciał jeść, nie akceptował nawet wody z butelki. Wyniki badań miał dobre. Czekaliśmy.

Pojechałam z nim do mojej mamy, która zrobiła akurat naleśniki z mąki pszennej, z twarogiem, śmietaną i rodzinkami. Trzymałam Teda na rękach i jadłam naleśnika, zajęta rozmową poczułam, jak mój naleśnik się porusza! Mój syn wystawił się pierwszym posiłkiem na wszystkie dostępne w okolicy alergeny. Zjadł całego naleśnika. Od tej pory zaczął jeść. Wszystko co było pod ręką. Do jego ulubionych dań należały surowe ogórki i fasolka szparagowa. Jadł pięknie, zupy kalafiorowej nigdy nie było za dużo, schabowego wciągał, makaron z każdym sosem... Aż poszedł do przedszkola i  stał się dramat. Ale powoli wracamy na właściwe tory. Zaczyna jeść rzodkiewkę, pomidora, powoli, ale jest lepiej i tutaj. Plus jest taki, że Ted wielkiego syfu przy jedzeniu nie robił nigdy. Od początku radził sobie fajnie i rękoma i sztućcami.



Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Marta Lewandowska (@matka_zywicielka)



Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Marta Lewandowska (@matka_zywicielka)



Akt trzeci z głodu nie umrze


Ponieważ Kazik słyszał, jak rozmawialiśmy o metodach rozszerzania diety, postanowił  żyć po swojemu... Buzię zaczął otwierać na widok mojego widelca, jak skończył 4 miesiące. Dawaliśmy mu "polizać". To próbowanie trwało prawie do pierwszych urodzin. Znów, cycek wystarczał, badania były dobre, a my tym razem się wyluzowaliśmy. W dniu swoich pierwszych urodzin - w Wigilię Świąt Bożego Narodzenia Kazik postanowił rozszerzyć dietę na dobre. Rzucił się do stołu i pożarł (bo inaczej tego nazwać nie można) kawał karpia, ledwie nadążyliśmy ości wyjmować i przegryzł go sałatką jarzynową. Od tej pory z mniejszym, lub większym zaangażowaniem zasiada do posiłku. Często słyszymy "miami", czasem chce, żeby go karmić, ale najczęściej je sam, również zupy i to nie tylko te zmiksowane. Na pomidorówkę czy rosół ma taką technikę, że wyjada łyżką makaron, po czym bierze miseczkę do rąk i wypija płyn. Robi bałagan. Wcale nie mały. Uwielbia kaszę jaglaną z owocami, borówki (prosto z krzaczka sąsiadów) zjada kilogramami, surową marchewkę z porem może jeść do każdego posiłku, jak widzi, że robię sobie kanapkę z warzywami, przybiega pojeść. Póki co je najlepiej z naszych dzieci. Czy to się nie zmieni? Nie wiem, Ted też jadł fajnie. Cieszę się chwilą.








Akt czwarty, odpuść!


Co jakiś czas pojawia się w naszych kręgach pytanie o rozszerzanie diety dziecka. Co Wam mogę powiedzieć. Zaufajcie swoim dzieciom. Jeśli dziecko skończyło 6 miesięcy i nadal nie chce jeść, a jest zdrowe, to dajcie mu czas, nie oczekujcie, że półroczny maluch zje wielką michę zupy i popchnie schabowym. Małe dzieci mają małe żołądki, te dwa kęsy marchewki czy pół pulpeta może faktycznie już wystarczy? Może nie ma co wprowadzać nerwowej atmosfery i stresować dziecka? Jedno dziecko zacznie jeść od razu, drugie nie będzie chciało tknąć stałych pokarmów jeszcze jakiś czas. Nie popełniajcie naszego błędu przy debiucie, nie futrujcie tego dziecka cukrem. Nie każcie mu jeść na okrągło, niech zgłodnieje, niech ma przerwy między posiłkami. Dacie radę!
Fizyka kwantowa, Roblox i inni przyjaciele moich dzieci

Fizyka kwantowa, Roblox i inni przyjaciele moich dzieci

Poniedziałek był dla mnie wyjątkowo podły. Raz, że wstałam w kiepskim nastroju, dwa, że dzieci od rana szalały, a trzy, że nic mi nie szło. Miałam bardzo ambitne plany, ale jak to się ładnie mówi "nie wpykło". Trochę zaczyna mnie gonić desperacja, bo przecież za moment wyjeżdżamy, a ja jestem w lesie z przygotowaniami. Ogarnęłam sobie tylko jedną rzecz. Zamówiłam furę książek dla dzieci, żeby w razie niepogody nie padły mi z nudów nad tym morzem.




Pokaże Wam nasze nowe czytadełka w kilku rzutach, bo w jednym się nie zmieszczą to raz, a dwa, książę Kazimierz nie miał nastroju pozwalającego matce zrobić zdjęcia jak trzeba. Krótko mówiąc odmówił spania, w związku z czym był w wyśmienitym nastroju...

Fizyka kwantowa i inne z serii Bobas odkrywa naukę


To jest sztos! Powiem Wam, że jak wyjęłam te książki z pudełka to wiedziałam, że wszyscy je pokochają. Po pierwsze na obrazkach jest dużo kotów (Ted), pieski, auta i spadanie (Kazik) i są o nauce (Zet). W tych książeczkach na podstawie tego co widzi i co robi Bobas dziecipoznają podstawy poważnych zagadnień naukowych. Mali naukowcy dowiedzą się czym jest grawitacja i dlaczego upuszczona kluska spada na podłogę, zamiast przyczepić się do człowieka, który przecież też ma swoje przyciąganie. Dzięki fizyce kwantowej odkryją, że kot może spać i nie spać jednocześnie. Energia odnawialna pokaże, że nawet bardzo mali mieszkańcy Ziemi mogą o nią zadbać. Termo-dynamika wyjaśni maluchom drogę, jaką musi pokonać energia ze słońca, żeby dotrzeć do Dzidziusia. Myślicie, że Wasz dzieci są za małe na taką naukę? Przecież fizyka otacza nas ze wszystkich stron, to pierwsza nauka z jaką mamy do czynienia. Warto więc tłumaczyć dzieciom najprościej jak się da od samego początku, jakie prawa rządzą światem. Ta seria wpisuje się w trend STEM, który ma rozwijać już w najmłodszych dzieciach zainteresowanie naukami ścisłymi. Nam się podoba!




Literkowe przedszkole jak zawsze niezawodne!


To nie jest nowa seria, mamy już kilka takich książeczek, ale bez wahania zamówiłam kolejne. Zdecydowanie z myślą o Teodorze, który we wrześniu zaczyna zerówkę i będzie wdrażał się w świat literek. Książeczki są cienkie i lekkie, dzięki czemu z łatwością można je nosić zawsze przy sobie i wyjąć z torby np. w poczekalni u lekarza. Seria ma za zadanie zaprosić przedszkolaka do świata liter, dzięki zabawnym historyjkom dzieci poznają nowe słowa, w każdej książeczce znajdziecie też kilka zadań z labiryntami, kolorowaniem i rysowaniem. W sam raz dla małych odkrywców. Dla nas te książeczki mają jeszcze jeden walor. Teodor nadal ma problem z wymawianiem niektórych głosek, np. G, dzięki powtarzaniu nowych słów mimo wakacji utrwala to, czego uczył się na zajęciach u logopedy. Teraz te książeczki kosztują po 2,50 za sztukę, warto więc zainwestować w całą serię.







Mój zeszyt obserwacji przyrodniczych


Bardzo lubię tą formę i tak się składa, że nasze dzieci też. Często rozmawiamy na spacerach o ptakach i roślinach, które żyją wokół nas. Mamy to szczęście, że mieszkamy w pięknej okolicy i dzieci już nie dziwi widok sarny, jelenia czy łosia. Wiedzą, że obok nas w lesie dzieją się co dzień rzeczy magiczne, bo przyroda jest magiczna. Czasem Zet mówi: Mamo, chciałbym to wszystko zapamiętać. I te zeszyty mu w tym pomogą. Będziemy obserwować przyrodę w lesie, w mieście, przyjrzymy się owadom wokół nas i zerkniemy nieco innym okiem na pożywienie. Zeszyty są pełnie nie tylko zadań typu pokoloruj, narysuj, itd, ale też fajnych pomysłów na zabawy, zachęcają do hodowania własnych kiełków z ziaren znalezionych w domowej spiżarni, przerabiania butelek po wodzie na doniczki, itd. A przy tym niosą ze sobą mnóstwo wiedzy, która nie tylko pozwoli błysnąć na lekcjach, ale przede wszystkim przyda się w życiu, jak choćby to, jakich E... w pożywieniu należy unikać.





Nie samą nauką żyje człowiek, coś dla fanów Roblox


Na te książki, nie ma co kryć najbardziej czekali chłopcy. Do poczytania w czasie drogi będzie akurat. Roblox najlepsze gry Role-Play to bardzo zachęcający przewodnik po ponad 40 grach. Bardzo dokładne opisy, o co chodzi w poszczególnych grach, jak osiągnąć w nich sukces, jakie triki stosować. Młodsi fani Robloxa z pewnością docenią też zeszyt z naklejkami, gdzie z łatwością stworzą swoje niepowtarzalne awatary. 250 naklejek spokojnie zajmie małego gracza na kilka godzin i da mu dużo przyjemności.




Okiem Żywiciela: Miłość liczona kaloriami

Okiem Żywiciela: Miłość liczona kaloriami

Karmienie dzieci to rytuał, czasem mam wrażenie, że jest to najważniejsza rzecz na świecie i nieustanny powód do zmartwień dla kobiet (przynajmniej tak mi się wydaje, że kobiety są wybitnie dotknięte tą przypadłością). Dziecko się śmieje, bawi, jest radosne i ewidentnie zadowolone z życia? Co z tego skoro na śniadanie zjadło tylko pół kanapki. Na pewno umrze z głodu przed zachodem słońca.


pixabay

Pierwszy raz się z tym spotkałem oczywiście u swojej Babci. Dużo się mną opiekowała, kiedy byłem mały i nie było ilości jedzenia wystarczającej, aby ją zadowolić. Zawsze była gotowa dorobić kanapek, albo dogotować ziemniaczków. Jak już byłem starszy, to zawsze tłumaczyłem to sobie tym, że Babcia pochodzi z pokolenia, które przeżyło wojnę, nie raz opowiadała jak jedli obierki z ziemniaków, bo tylko to było i po prostu ma głęboko zakorzenione w sobie, że jeśli już mamy jedzenie to trzeba je zjeść.

Okazuje się jednak,że to nie tylko to pokolenie postanowiło pompować w dzieci jedzenie aż spuchną, może to z kolei wina komuny i tego, że ciężko było dzieci poić octem i musztardą? Standardowo każda ciocia, stryjenka, wujenka i koleżanka rodziców zawsze proponowała jedzenie, jako taki zagajacz, początek rozmowy. Bigosiki, klopsiki, sałatki nie było świąt, którym nie towarzyszyłoby pochłanianie setek albo tysięcy kalorii.

Mamy XXI wiek, nie ma tygodnia, żeby nie powstała jakaś nowa zmieniająca świat żywienia dieta. Jak połączyć je wszystkie to człowiek jadłby tylko mięso dostosowane do swojej grupy krwi i to ze zwierząt jakie jedli jaskiniowcy zamieszkujący nasze tereny, a do tego bio warzywka hodowane na nawozie produkowanym przez jednorożce i elfie wróżki, a jednak czekolada i cukierki są świętym graalem wszystkich babć i dziadków.

Z jednej strony jest to logiczne, w końcu niczym nie da się łatwiej wywołać uśmiechu na twarzy bąbelka ale przecież wszyscy chcemy, żeby następne pokolenia były zdrowsze, sprawniejsze i żeby żyło im się łatwiej. Dlaczego więc napychamy ich od małego słodyczami i przyzwyczajamy do jedzenia ponad miarę? Ja jestem gruby i wiem, że jest to moja wina, ale wiem też, że gdybym był od małego przyzwyczajany do zdrowszych posiłków, to byłoby mi łatwiej. Może kiedyś doczekam się akcji "Kocham, nie tuczę". Życzę tego Wam wszystkim i sobie też.


Spełniłam marzenie z dzieciństwa! Czyli projekt plaża bez odchudzania

Spełniłam marzenie z dzieciństwa! Czyli projekt plaża bez odchudzania

Kiedy byłam dzieckiem, marzyłam o leżeniu całymi dniami na plaży. Lubię piasek. W pobliżu nie było plaży. Ale moje dziecięce marzenie spełniło się. Teraz piasek mam wszędzie, nawet w nocy na nim leżę, ale po kolei. 





Bo ta historia wcale nie należy do takich bardzo krótkich, raczej do dramatycznych, jak "Balladyna" i długich, jak turecki tasiemiec. Postaram się jednakowoż streszczać, żebyście mi tu przy piątku, mówiąc kolokwialnie "nie odwalili kity z nudów" :)

1. Miała baba świerki


Kiedy kupiliśmy nasz dom, trawnik był płaski, jak Holandia, zielony jak Irlandia i jedyne co z niego wystawało to siedem świerków, pięć z nich miało ponad 40 lat i gibały się na wietrze tak, że przy każdym podmuchu zastanawialiśmy się, czy takie złamane ośmio- czy dziesięciometrowe drzewo jest w stanie za jednym zamachem zgarnąć chatę naszą i sąsiadów. Po konsultacjach z mądrzejszymi od nas uznaliśmy, że drzewa, przynajmniej te rosnące na granicy działek muszą zniknąć. Przyjechało dwóch młodych i przystojnych drwali i powalili drzewa na ziemię. Za uprzątnięcie ich trzeba było jednak drwalom zapłacić więcej niż za ścinanie, a że my na dorobku, to uznaliśmy, że jakoś ogarniemy. To było w marcu zeszłego roku. Drzewa, a co gorsze gałęzie i igły, w ilości niemożliwej do policzenia dumnie zdobiły kącik na froncie podwórza, wzbudzając mój cichy jęk bezradności, aż do czerwca tego roku. Paliliśmy co jakiś czas ognisko, ale prawda jest taka, że jakoś niewiele tego ubywało. 

2. Wzięli się w końcu do dzieła


Pewnie mielibyśmy większą motywację do działania, gdyby owy kącik miał jakieś przeznaczenie, gdybyśmy mieli na niego pomysł, a tak... Czas płynął, aż w końcu pewnego dnia obudziłam się z wizją. Nie byle jaką, stanęłam przed hałdą gałęzi i rzekłam do Żywiciela - tu będzie plaża! Ruszyliśmy z robotą. Michał pociął i usunął wszystkie gałęzie i do spółki zaczęliśmy wywozić igły, matko, ile tego było! Po 50 taczkach przestałam liczyć. Ale udało się, choć odciski na dłoniach mam do dziś.






Oto jest wcale nie Instagramie zdjęcie. Nie ma na nim #majwsukience nie ma bzów, jabłoni, truskawek, uśmiechniętych dzieci ani nawet pysznej kawki. Jest On. W brudnych ciuchach, rąbiący drewno. Takiej siły Wam życzę na poniedziałek. 😉 Bo żeby zrobilo się ładnie, trzeba się najpierw natyrać. Dziś z samego rana ganialam szerszenia, którego bzyczenie mnie obudziło. Znalazłam go u Teodora w pokoju 😱 Na blogu tekst Michała pod wiele mówiącym tytułem "Przychodzi matka do lekarza", jakbyście mieli ochotę, to link jest w bio. #maz #malzenstwo #mondaymoods #itsmonday #startoftheweek #mondayvibes #brodacz #brodacze #polishbreard #brodatoniemoda #zarost #ogrod #wiosnawogrodzie #wmoimogrodzie #pracawogrodzie #mojefoto #truelife #reallifegoals #oneshot #porzadki #instahusband #myhubby
Post udostępniony przez Marta Lewandowska (@matka_zywicielka)  

3. Przygotowanie terenu


Kiedy już uporaliśmy się z całym syfem, który byliśmy w stanie sami ruszyć, zostało nam tylko wezwać pomoc. Miły Pan z sąsiedztwa przyjechał wielką koparko-ładowarką i zgrabnie, niczym baletnica, na naszym wąskim podjeździe poprzerzucał większe kłody zgodnie ze wskazaniami Michała. Zrobiło się czysto. Szybciutko rozłożyliśmy grube plandeki i czekaliśmy na przecudownego Pana Mariana, który na dwa razy przywiózł nam 12 ton pięknego, wiślanego piasku. I tak, stała się plaża....







4. Upiększanie czas start!


Myślę, że ten proces potrwa co najmniej dwa sezony, a tak naprawdę, będzie nasz plaża dojrzewać z nami. Póki co dochowaliśmy się pięknie kwitnących host, pomostu z palet, który czeka na stolik i krzesła, które zajmą na nim godne miejsce, tak żeby można się było na tej plaży napić kawy. Będzie więcej roślin, lampki... Będzie magia. Bo spełnianie marzeń jest magiczne. A jak widzisz, że korzystają z Twojego marzenia inni, to tym fajniej.







5. Są i minusy


Piach mamy dosłownie wszędzie, dzieciom każemy się otrzepywać z piasku, zanim wtargną do domu, w cieplejsze dni każemy im myć nogi na zewnątrz, ale prawda jest taka, że przydaje się tu moja miłość do odkurzania, bo piasku jest sporo, nawet w łóżkach :D Ale cóż, mamy poczucie, jakbyśmy cały czas byli na wakacjach!

A na koniec zapraszam Was na debiut na IGTV :) nie umiem go niestety osadzić.

https://www.instagram.com/tv/B0WKUy2ILvO/
Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger