Okiem Żywiciela: Jak prawidłowo karmić dziecko?

Okiem Żywiciela: Jak prawidłowo karmić dziecko?

Dzisiaj będę się bawił w Adama Słodowego rodzicielstwa i przedstawię krótką instrukcję wprowadzania zawartości lodówki w krwiobieg naszego ukochanego słoneczka.


Trzeba ograniczać przekąski między posiłkami. Za wszelką cenę.

Na starcie wyjaśnijmy sobie parę rzeczy, po pierwsze jeśli oczekujesz, że po posiłku pomieszczenie w którym karmimy będzie tak czyste, że nadaje się na wizytę teściowej to muszę Was rozczarować. Prawda jest taka, że każde karmienie po którym nie trzeba malować zbyt wielu ścian jest sukcesem.

Niech Miś będzie głodny


Druga sprawa to musimy sobie uświadomić, że jest jedna rzecz, która może Nam ułatwić tą czynność o 500 proc., jest nią głód naszego potomka. Bardzo możliwe, że jeśli próba karmienia wygląda jak zapasy z niedźwiedziem grizzly, to wystarczy poczekać godzinkę i będzie to karmienie koali. Naprawdę warto się zastanowić czy nie było jakichś nadprogramowych przekąsek, albo dużej ilości picia, które zapchały żołądek naszego małego kochanego worka na pieniądze. Pomaga też trochę wysiłku przed jedzeniem na przykład spacer albo po prostu szaleństwo na kanapie żeby pobudzić apetyt.

Opanuj długie kończyny 


Jak już zadbaliśmy o to żeby była chęć do jedzenia to przygotowujemy sobie plac boju. Dla cięższych przypadków polecam elegancki kaftanik z rękawami zawiązywanymi z tyłu, dla lżejszych pelerynę fryzjerską dla nas strój ochrony przeciwgazowej. Jeśli chodzi o miejsce to ja preferuję metodę pustych przestrzeni i zabieram co można z zasięgu rąk (oczywiście nie bierzemy pod uwagę długości rąk naszego dziecka, liczy się to tak: długość ręki średniej wielkości orangutana razy dwa plus 20 centymetrów). Są ludzie, którzy zawalają młodego zabawkami, tak żeby niepostrzeżenie przemycać między różnymi melodyjkami albo błyskami porcje jedzenia. Ale metoda ta ma dwie wady po pierwsze lawirowanie łyżką wśród tylu obiektów przypomina latanie Sokołem Millenium przez pas asteroidów, a po drugie niczego nie uczymy dziecka i dajemy mu do zrozumienia, że może robić, co mu się żywnie podoba, a my odwalimy za niego całą robotę.  To się po prostu na nas zemści.

W zasięgu rąk tylko jedzenie.


Bardzo Lubię Wycierać


Można też stosować BLW (Bobas lubi wybór), czyli metodę dla totalnych hardcorowców i amatorów remontów ekstremalnych oraz dla mojej żony. W skrócie wygląda to tak, że sadzasz dziecko, stawiasz przed nim jedzenie w nietłukących się naczyniach i odsuwasz się na bezpieczną odległość (żartuje, nie ma takiej, no chyba, że sąsiednie województwo). Poza oczywistymi minusami metoda ta ma te plusy, że dziecko rozwija się manualnie i ogarnia te całe sztućce no i można porobić mu kompromitujące zdjęcia, które będziemy wyświetlać na projektorze podczas jego 18-tki.

Rybki czy akwarium? Biorę wszystko


Ja preferuję metodę pośrednią. Przygotowujesz przestrzeń (jeśli oglądaliście Dextera to wiecie o czym mówię, a potem dajesz dziecku łyżkę jako atrybut władzy, żeby czuło, że coś tutaj zależy od niego (łyżka jest dużo bezpieczniejsza od widelca, dla nas oczywiście, ale dziecku może być jednak wygodniej miotać trójzębem i nadziewać na niego swoją ofiarę, czyli np.marchewkę). Teraz najważniejsze to przełamać barierę, biorę ciut jedzenia na łyżkę i jeśli dziecko nie otwiera ochoczo buzi to brudzę mu usta jedzeniem. Tak trochę, usta, nie czoło, ma dosięgnąć do próbki językiem, żeby miało szansę sprawdzić, czy bardzo ohydne i trujące jest to, co próbujesz mu podać. Nie trzeba nic wpychać, po prostu dziecko samo się obliże i tym sposobem spróbuje jedzenia. Ta odrobina jeśli dziecko jest głodne uruchamia takie ssanie w żołądku naszej ofiary naszego maleństwa, że reszta jest już formalnością. Pozwalasz dziecku samodzielnie wkładać jedzenie jego łyżką, jednocześnie podając trochę swoją. Wkładasz pełne i wyjmujesz puste, aż nastąpi protest, wtedy zaglądamy do buzi i jeśli w przełyku widać jedzenie to znaczy, że napełniliśmy dziecko w stopniu wystarczającym i można przestać.

Konsekwencja Bracia (i Siostry)


Nie twierdzę, że metoda działa w 100 proc. ale jeśli będziemy konsekwentni i powstrzymamy się przed podkarmianiem przed posiłkiem i pokażemy naszej słodszej wersji kota ze Shreka, że łzy i krzyki na nas nie działają, że nie negocjujemy z terrorystami i jedyne na co może liczyć to zaległy obiad, którym pogardził to mamy szansę wypracować coś w rodzaju porozumienia. Ty jesz obiad, a tatuś nie popada w obłęd.

Po jakimś czasie malowanie wypada już tylko raz w tygodniu.

5 powodów dla których warto wyjść za mąż

5 powodów dla których warto wyjść za mąż

Niech będzie, że to już ostatnia prosta. Nim otworzymy pierwsze okienka w kalendarzach adwentowych, zaczniemy trzaskać rodzinę po rękach za wyjadanie świątecznych smakołyków i szukać jedynej słusznej choinki, usiądźmy na chwilę, wyjmijmy kij z... no wiadomo i cieszmy się "normalnym" piątkiem. 


pixabay

A jak ma być normalnie, to przypomnijmy sobie, coś co powinno być oczywiste. Po co ludzie wiążą się w pary. Długo musiałam myśleć, żeby wymyślić aż tyle powodów, ale z potem na czole, udało się ;)

1. Powody mechaniczne


Czasy są, jakie są, większość z nas jednak jeździ autem, ja to sobie nawet zatankuje i umyję, chociaż znam takie domy, gdzie kobieta nie ma pojęcia, gdzie w okolicy jest porządna myjnia. Ale powiem Wam tajemnicę. Nie mam pojęcia, jakie ciśnienie powinna mieć w oponach moja Grażyna. Ba, nie wiem nawet, gdzie się podłącza ten wężyk kręcony. Szczerze mówiąc mój mózg regularnie wypiera również informację, gdzie jest ta dźwignia, co sprawia, że maska się otwiera. Mąż, chłopak, konkubent (boskie słowo - rodem ze światka przestępczego) pewnie ogarnia to bez udziału zwojów mózgowych. Mój osobisty mąż ma jakiś czujnik, który co ileś tam wizyt na stacji każe mu dopompować koła. Ta sama funkcja pozwala mu bezwysiłkowo uzupełniać również różne płyny, które wlewa się pod maską i robi to do właściwych zbiorników. Nie wiem jak, nie pytajcie mnie.

2. Powody komunikacyjne


Skoro już jesteśmy przy aucie... Parkowanie, w boki jakoś ogarniamy ile samochód zajmuje miejsca. I jego i mój zwykle się mieszczą. Ale już tak na przykład "ile mam jeszcze miejsca z tyłu" no nie da się tego oszacować z wnętrza pojazdu bez czujników ruchu.Widzicie mnie z trójką dzieci, jak wjeżdżam na parking, wysiadam, ile jeszcze, no troszkę, wsiadam, podjeżdżam, wysiadam, za mała troszka, jeszcze ciut... No ja tego nie czuję. mąż to stanie powie "jeszcze, jeszcze, stop!" i wiesz! Pięć razy szybciej. Żeby nie było, że ja jestem bezużyteczna, do przodu oceniam czy samochód przejdzie bez problemu. Bez wysiadania. "Stary" wspiera mnie też komunikacyjnie, jak dwa razy do roku jadę pociągiem. Mi ta strona pkp nie działa, jemu zawsze...

3. Zachowanie potomstwa


Wiecie co się dzieje z dziećmi, których nikt nie odbierze ze szkolnego autobusu, jeżdżą tam i z powrotem, tam i z powrotem... Skąd człowiek ma wiedzieć, o której wyjść na przystanek, jak w 9 na 10 przypadków, kiedy dziecko wraca ze szkoły człowiek jest w pracy? No nie wie, ale jak ta żona czasem opuści lokal, to i tak można zadzwonić i matka dzieciom powie, o której wyjść. W ramach rewanżu ojciec zabierze dzieci na basen i uwaga - wrócą w komplecie! Nie wiem, jak on to robi.

4. Luz wyższych lotów


Teraz już widzę, jak się część z Was gotuje. Ale no nie mogę tego nie zapisać po stronie plusów. Czy Wy wiecie, jaki to komfort nie golić nóg co wieczór? Ja nie mówię, żeby pleść warkoczyki, boże broń, ale te milimetrowe kłaczki na łydkach były niedopuszczalne na pierwszej, dziesiątej i trzydziestej randce. Po 12 latach razem i trzech wspólnych porodach wiem, że niezależnie od futra na ligawkach jestem dla niego piękna i rąk sobie nie pokaleczy, jak akurat tego dnia depilator będzie miał wolne. Czy to nie komfort? Albo to, że jak nadchodzi jesień i jest mi wiecznie zimno i zakładam swój pancerz ochronny, zamiast satynowej piżamki, a on patrzy na mnie z czułością, zamiast politowania.

5. Czeka


Jest czwartek 23:10 siedzę, oglądam "damy i wieśniaczki", właściwie to nie oglądam, leci w tle. Jego jeszcze nie ma, musiał coś załatwić, czekam, nie położę się, póki nie wróci. On też czeka, jak mnie nie ma wieczorem. Fajnie wiedzieć, że ktoś na Ciebie czeka. Jak ktoś ma z Tobą hipotekę i dzieci, ma dodatkową motywację.

Zanim zaczniesz tego chłopa ganiać ze ścierę, bo klosza na czas nie ściągnął do mycia, albo kotleta podebrał, pomyśl o tym, kto sprawdzi Ci ciśnienie w oponach, jak go skutecznie wygonisz? Ukochoj Go, niech sobie odświeży, że jest ważny dla Ciebie <3
Szakszuka, shakshuka czy czakczuka? Pomysł na śniadanie z resztek

Szakszuka, shakshuka czy czakczuka? Pomysł na śniadanie z resztek

Wiecie, że nie lubię, jak się coś marnuje, a już najgorzej z jedzeniem. Dlatego w weekend rzadko jemy "ładne" dania, za to prawie zawsze dokańczamy to, co w lodówce zostało. Shakshuka brzmi egzotycznie,pochodzi z Izraela. W oryginale jest eleganckie i słoneczne,choć z założenia resztkowe. Ale u mnie recykling bardziej w realiach PL.



 

Jakiś czas temu, kiedy zaczęłam częściej pokazywać nasze talerze,pojawiły się pytania, co jemy, kiedy nie jest tak ładnie, więc doczekamy się tu i przykładowych jadłospisów tygodniowych, ale to jeszcze nie dziś. Dziś będzie przepis na "czakczuke po polsku" :P

Składniki - jak leciało, co zostało w lodówce:


kilka plasterków chorizo (albo innej kiełbasy)
1/3 czerwonej papryki
5 cebul
2 ząbki czosnku
papryka wędzona w proszku
sól
pieprz
4 jajka
kilka grzanek
6 oliwek
5 pomidorków koktajlowych


Chorizo pokroiłam w plasterki i wysmażyłam na suchej patelni. Cebulę pokroiłam w cienkie półplasterki, zeszkliłam na tłuszczu z kiełbasy, dolałam odrobinę wody, dodałam sól, pieprz i paprykę w proszku, kiedy cebula zmiękłą dodałam pokrojoną w paseczki paprykę. Poddusiłam warzywa razem około 10 minut. Na koniec dodałam pokrojone oliwki i pomidorki, wymieszałam. Zrobiłam zagłębienia do których wbiłam jajka. delikatnie oprószyłam je solą i patelnię (uwaga na wybór naczynia - musi mieć metalową rączkę i nadawać się do zapiekania) wstawiłam na 8 minut do piekarnika nagrzanego do 180 stopni.  Podałam ze świeżą bazylią.
Nie mów mi, jak mam żyć!

Nie mów mi, jak mam żyć!

Przeglądam internety i co? Dowiaduję się, jak mam się odżywiać, jak sprzątać, jak rozmawiać, jak podrywać i jak nie dać się zdradzić. Internet, a przynajmniej jego kobieca strona to mrok, kamienie i dwa metry mułu. Nie daj się wciągnąć.


Pixabay


Sama nie raz mówię o depresji, obowiązku badania się, o trudach, normalnych, codziennych. Ale jak wchodzę na portal dla kobiet i widzę same szare zdjęcia i dołujące tytuły, budzi się we mnie instynkt obronny. Przejrzę to, zaśmieję się i pójdę na kolejny, ale wiecie ile nastolatek to czyta? Ile kobiet o niskim poczuciu własnej wartości? Osób, których to nie rozbawi, które poczują się gorsze, poczują, że coś z ich życie, związkiem,relacjami jest nie tak.

Nie jedz, nie pij, nie żyj


Odstaw mleko, gluten, cukier, mięso, sól, tłuszcz, smak. Żyj tylko na wodzie zielonych warzywach i energii z kosmosu. Co z tego,że Ci smakuje i nie szkodzi, odstaw. Taka moda, nikt już tego nie je, więc czemu Ty? Zjadłaś kurczaka zamiast tofu - jesteś gorsza.

Nie nie jesteś. Tofu nie bez powodu się tak nazywa to - fu, nie musi Ci smakować, mięso też nie musi, ale bycie vege jest społecznie akceptowalne, ale bycie zdeklarowanym mięsożercą już nie? Czy ja mówię, że z ludźmi, którzy nie piją mleka krowiego jest coś nie tak? Nie, to czemu świat próbuje mi wmówić, że moja dieta jest zła? Jem mięso, gluten i całą resztę, mam wzorcowe wyniki, kiedyś próbowałam to odstawić i nie były - mój organizm wybrał, więc czemu portal mówi mi, że powinnam to zmienić? Nie słuchaj ich, jedz to, co Ci służy, odstaw to, co szkodzi. Nie bierz udziału w absurdalnych wyzwaniach "30 dni bez..." tylko dlatego, że taka jest moda.

Twój facet to ZŁO


Z babskich portali dowiesz się,że choćbyś nie wiem, jak była szczęśliwa w związku, to tylko złudzenie. Każda kobieta bowiem powinna mieć radar na potencjalne zdrady i kłamstwa partnera, a nawet znać cechy charakterystyczne potencjalnych partnerek i uwaga - wiedzieć, że wiele rzeczy dla tych kochanek łatwych nie jest.

Ale szczerze, co mnie to obchodzi? Naprawdę chcemy szukać usprawiedliwień, żyć w atmosferze kontroli? Każdego wieczoru kładę się spać koło faceta, którego wybrałam, śmieję się z nim i płaczę.Ufam mu, nie chcę przestać. To bez sensu. Czytając taki artykuł możesz zacząć widzieć coś, czego niema,po co Ci to? Jeśli nie ufasz, to po co Ci ta relacja? A z osobą wiecznie kontrolującą ciężko żyć. To zamknięte koło. Daj sobie i partnerowi luz.

A poza tym


Nie daj sobie wmówić jak masz żyć, ani internetom, ani sąsiadce, ani nikomu. to Ty masz czuć się dobrze w swoim życiu, domu, związku,ze swoją dietą i poglądami. Póki nie krzywdzisz innych - chętnie przybiję Ci piątkę.Dlaczego o tym piszę? Bo za mną wielka praca. Wiele miesięcy, dobra - kilka lat, systematycznej roboty wykonanej po to, żeby uśmiechać się rano do lustra. Z tym samym uśmiechem otwierać lodówkę i szafę, nie wstydzić się wziąć dokładki smacznego jedzenia w miejscu publicznym, nie stawać na rzęsach, kiedy mąż spóźnia się pół godziny po pracy. Przed nami święta, nowy rok, taki okres pięknych deklaracji, fajna chwila, żeby coś zacząć robić, coś zmienić. Popracować nad jakością swojego samopoczucia. Co powiecie na wspólne postanowienie poprawy?
Pomysły na prezent dla żony

Pomysły na prezent dla żony

Tak, to już. Nie wpadam w panikę, nie latam po sklepach, ale powoli zaczynam myśleć o tym, jakie drobiazgi podaruję swoim bliskim przy okazji zbliżających się świąt. Pomyślałam więc, że zacznę od tego na czym znam się najlepiej. Od prezentów dla kobiety trzydziestoletniej. Znam taką jedną.




Ostatnie miesiące obrodziły u mnie w kilka fajnych drobiazgów (i nie tylko), które z pełną odpowiedzialnością mogę Wam polecić, jako prezent dla kogoś bliskiego, ale i dla siebie. Uwaga tekst nie będzie zawierał słowa "sztos", na które mam niewielką alergię :D Ceny są różne, produkty z różnych kategorii, a kolejność zupełnie przypadkowa.

Prasowanie, że aż się chce


Jeśli znasz kogoś, kto lubi, albo nie lubi, ale musi prasować to pozbywając się kilku stówek możesz odmienić życie tej osoby. Do tej pory prasowanie mi nie przeszkadzało, to jest jedna z tych czynności, które ni mnie ziębią, ni mnie parzą. Ale moje żelazko, które do naszego związku wniósł mój mąż ma z całą pewnością więcej niż 12 lat, bo kupił je zanim zaczęliśmy się spotykać. Kiedy więc w moje ręce wpadł generator pary okazało się, że prasowanie można pokochać. Takie żelazko, jak moje kupicie TUTAJ

Może kosmetyk?


Kosmetycznych propozycji z ostatnich miesięcy mam dla Was kilka. Po pierwsze świetne serum na noc, które dostałam od koleżanki, już po pierwszej nocy moja skóra sprawiała wrażenie niesamowicie wyspanej. To chyba najlepsze określenie, jakie znajduję. Kolejne aplikacje tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że moja twarz czekała na ten kosmetyk, bo moja twarz chyba nigdy nie była tak gładka, jak po tym kosmetyku. To cudo możecie kupić TUTAJ. Serum wjechało do mnie wraz z kuzynem na dzień, który ma zabezpieczać twarz przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi. Ten preparat się zupełnie u mnie nie sprawdził. Już zapach okazał się rozczarowaniem, jeśli chodzi o działanie - nie zauważyłam żadnej zmiany, choć znam takich, którzy go chwalą, więc podpowiem Wam, że możecie kupić TUTAJ.

Coś dla gadżeciary


O zakupie szczoteczki sonicznej do mycia twarzy myślałam już dłuższy czas, ale jakoś nie wychodziło, może dlatego, że te popularne są tak drogie, że zwyczajnie było mi szkoda kasy na "testowanie". W moje ręce wpadła taka szczoteczka z Aliexpress. Kosztowała kilkanaście złoty i... już jej nie oddam. Ale jeśli chcecie zrobić komuś taki prezent, to spieszcie się, bo na przesyłki z Ali trochę się czeka.

A może jakaś szmatka?


Osobiście nie znoszę zakupów odzieżowych. To znaczy dla dzieci mogę kupować, ale dla siebie, to już gorzej. Ale wiadomo, że jak większość kobiet lubię mieć ładne ciuchy i dobrze wyglądać. Ponieważ nie wiadomo nigdy jaki rozmiar wybrać dla kobiety najlepiej postawić na coś uniwersalnego. Ostatnio kupiłam sobie fajną sukienkę w sklepie internetowym. Swoją kieckę kupiłam na finał Influencer's Top. Śmiało mogę polecić Wam sklep, dużo ower size, ale nie w typie worka, tylko raczej seksownej księżniczki, a ceny bardzo zachęcające, dlatego jeśli rozważacie zakupy odzieżowe na prezent i nie tylko - zajrzyjcie do Look Fashion bardzo fajny sklep. Dostawa ekspresowa i zapakowane od razu jak na prezent.

I trochę pudru na torcie


Dobra nie na torcie, na twarzy. Znów powiem Wam, że można to obgonić tanio, a dobrze. Kilka tygodni temu dostałam w prezencie kilka kosmetyków marki Revers Cosmetics. Sprawdziłam kilka różnych produktów, ale dwa z nich szczególnie przypadły mi do gustu: baza pod makijaż wyrównująca koloryt  o TAKA i podkład mineralny o TAKI. Te kosmetyki kosztują niewiele,mniej niż 20 zł, ale każdy z nich jakością nie odbiega od swoich znacznie droższych odpowiedników. Baza jest boska nawet jak się nie maluję, bo moje przebarwienia są mniej widoczne. Podkład nie wysusza, dobrze kryje bez efektu maski, a twarz nie błyszczy się nawet po kilku godzinach bez poprawek.To bardzo fajne kosmetyki, które warto mieć.

To co następne? Prezenty dla faceta czy dla dzieci?


Okiem Żywiciela: Czytałeś nowego Minecraft'a? Pomysł na prezent dla 7 - 10 latka

Okiem Żywiciela: Czytałeś nowego Minecraft'a? Pomysł na prezent dla 7 - 10 latka

Książka na podstawie gry komputerowej? To kiedyś było nie do pomyślenia, a dzisiaj jest codziennością, niestety często ponurą i smutną. Całe szczęście nie tym razem. Jeśli nie wiesz co to Minecraft, to omija Cię wielki kawał pop kultury XXI wieku, ta gra to fenomen, zarówno jeśli chodzi o rozgrywkę, jak i jej popularność. Ponad 10 lat minęło od jej pierwszej wersji, ponad 170 milionów sprzedanych egzemplarzy gry - to tylko cyferki, a ta gra naprawdę zmieniła wiele.

Album z mapami

Nie jestem jakimś wielkim fanem grania w Minecraft ale gra, w której możesz zbudować własny dom albo wieżę Eiffla, albo walczyć z potężnym smokiem, to coś obok czego ciężko przejść obojętnie. Podobnie jest z książkami wydanymi przez Egmont.

Wszystkie, które miałem w ręku są świetnie wydane, paleta kolorów użyta w nich świetnie współgra z tą z gry i pozwala poczuć klimat. Zawiera mnóstwo informacji, które są przejrzyście podane. Wiele ilustracji i parametrów je opisujących powoduje, że zarówno taki cyniczny laik jak ja znajdzie tam kilka porad dzięki, którym nie odstaję tak bardzo od syna jak i chłopcy, którzy recytują cechy każdego moba, jak my inwokację wciąż się nią jarają i przeglądają w podróży czy w łóżku przed snem. Książki w formacie A5 pomimo twardej oprawy świetnie sprawdzają się w drodze czy nawet szkolnym plecaku ,a te większe albumowe wydania to już prestiż i luksus pełną gębą. Bardzo mnie też cieszy, że wydawca mając świadomość, że to gra w dużej mierze sieciowa (choć wcale nie koniecznie) i skierowana do młodszego odbiorcy umieścił w każdej książce podstawowe informacje o tym jak zachowywać się bezpiecznie i odpowiedzialnie w internecie.

Zygmunt, z którym konsultowałem swoje opinie na temat tej książki stwierdził, że nie jest niezbędne posiadanie każdej z wydanych części, bo część informacji się dubluje przynajmniej pomiędzy wydaniami dotyczącymi tych samych biomów ale już taka "kolekcja podręczników gracza" to bardzo fajny zestawik, który nie tylko będzie ozdobnikiem półki ale i dołoży naszym pociechom +10 do szacunku w klasie, a to się liczy.

Ja wiem, że to dalej książki o grze bez fabuły i rozumiem, że nie każdy musi się tym interesować, ale jeśli z jakiegoś powodu wkraczamy w świat Minecrafta, to warto mieć przewodnika i książki Egmontu wypełniają to zadanie bardzo dobrze, bez chaosu i pośpiechu filmików z YouTube'a. Może to sposób żeby dzieci częściej sięgały po książki?

P. S.
Na plakacie starszy strażnik wykonuje rzadki atak wycieńczający gracza. Info od Zygmunta. :)

Wszystkie książki kupicie TUTAJ

Idealnie odwzorowane kolory

Szczegółowe przedstawienie biomów to duża zaleta tych książek

Teczka kolekcjonerska zawiera Creepera do samodzielnego złożenia

fot. Egmont 

fot. Egmont, bo Zet zabrał książkę do szkoły i nie udało się zrobić zdjęcia ;)

Kapusta wigilijna na trzy sposoby

Kapusta wigilijna na trzy sposoby

Tak,tak, nie przewidziało Wam się. Jeśli śledzicie mnie na Instagramie, wiecie, że mam ściśle opracowany plan przygotowywania jedzenia na święta, tak, żeby w czasie, który należy się rodzinie nie stać trzy dni longiem przy garach. Gotuję to, co da się się zamrozić już teraz. Teraz wszystko jeszcze tańsze, czasu więcej, a wiele z tych potraw można zamrozić.



Wymyśliłam sobie, że w tym roku przygotuję dwanaście dań wigilijnych... razy trzy. Najbardziej klasycznie, bez glutenu i w wersji wegańskiej. Da się? Pewnie że tak, tylko tylko trzeba to dobrze zaplanować. Dlatego pierwszy post z tej serii publikuję już dziś. Ilości składników podam tak, jak wyszło u mnie, ale jeśli macie większą rodzinę, to sobie nie żałujcie.

Kapusta wigilijna z grochem (wegańska bezglutenowa)


1/2 kg kapusty kiszonej
3/4 szklanki grochu łuskanego połówek
1 duża cebula
łyżeczka kminku
3 ziela angielskie
2 liście laurowe
sól i świeżo mielony czarny pieprz do smaku
olej roślinny

Groch zalać zimną wodą, około centymetra powyżej ziaren i gotować na małej mocy palnika, zebrać pianę powstającą w czasie gotowania, po 10-15 minutach lekko osolić, gotować około godziny, aż zacznie się rozgotowywać, w miarę potrzeby dolewać wodę.

Cebulę obrać i pokroić w drobną kostkę, na dużej patelni rozgrzać dwie łyżki oleju, podsmażyć cebulę z dodatkiem ziela, listków i kminku.

Kapustę lekko przepłukać na sicie pod bieżącą wodą, posiekać i dodać na patelnię z cebulą, podsmażyć około 10 minut i dodać odrobinę wody, smażyć około pół godziny, aż zmięknie często mieszając i podlewając wodą. Pod koniec smażenia doprawić solą i pieprzem.

Kapustę przełożyć do ugotowanego grochu i gotować razem na małym ogniu często mieszając. Minimum to 10 minut, ale im dłużej, tym smaczniejsze będzie danie. Na koniec doprawić do smaku.

Kapustę spokojnie można ugotować już teraz i zamrozić w odpowiednim pojemniku na święta.


Kapusta wigilijna z fasolą i suszonymi grzybami (wegańskie, bezglutenowe)


1 szklanka fasoli (u mnie piękny jaś)
1 kg kapusty kiszonej
2 cebule
3/4 szklanki suszonych borowików
sól
pieprz
olej roślinny

Zaczynamy już w wieczór przed planowanym gotowaniem. Fasolę namaczamy w zimnej wodzie, a pokruszone grzyby zalewamy wrzątkiem. Jedno i drugie,powinno dostać 4 razy tyle wody co zajmuje samo. Rano wstawiamy fasolę, razem z wodą,w której się moczyła. Dopiero kiedy zmięknie - solimy i gotujemy jeszcze kilka minut. Gotując fasolę pamiętaj, że jeśli musisz dolać wodę, dolewaj tylko wrzątek, żeby nie zatrzymywać gotowania. Mój jaś gotował się ponad 2 godziny na malutkim ogniu.

Cebulę drobno posiekać i usmażyć na złoto, dodać opłukaną i posiekaną kapustę. Podsmażać razem w dużym garnku,podlewając odrobiną wody do miękkości, dodać sporo pieprzu. Wlać grzyby razem z wodą, w której się moczyły i ugotowaną fasolę. Razem gotowałam jeszcze godzinę podlewając wodą. Doprawić do smaku solą i pieprzem.


Kapusta wigilijna z żurawiną i borowikami (wegetariańskie) 


1/2 kg kapusty kiszonej
1/2 szklanki suszonej żurawiny
1 szklanka mrożonych borowików
5 suszonych śliwek
1 mała cebula
1/2 łyżeczki kminku
1/2 szklanki wina białego wytrawnego
sól i pieprz do smaku
olej słonecznikowy lub lniany
2 listki laurowe
3 ziarenka ziela angielskiego
3 goździki
3 ziarenka jałowca
1 łyżka mąki pszennej
2 ząbki czosnku
2 łyżki masła

To jest taki "ekskluziw" składników sporo, do tego masło i mąka, ale powiem Wam, że warto spróbować, zaskoczona byłam, jak genialnie to smakuje.

Na dużej patelni rozgrzać łyżkę oleju i łyżkę masła (może być klarowane). Podsmażyć na złoto posiekaną cebulę, dodać opłukaną i posiekaną kapustę, kminek, ziele i listki. Smażyć razem 10 minut.

Na drugiej patelni podsmażyć  posiekany drobno czosnek, dodać mrożone grzyby, dusić razem 15 minut, doprawić solą i tłuczonym pieprzem. w pół szklanki wody dobrze wymieszać mąkę (jak się upieracie może być kleik ryżowy, będzie bezglutenowo) i dodać do grzybów, kiedy zacznie gęstnieć, przełożyć grzyby i kapustę do jednego garnka, zalać winem i szklanką wody. Gotować razem około 30 minut często mieszając, po tym czasie dodać jałowiec, goździki, żurawinę i posiekane śliwki. gotować razem jeszcze 10 minut.

I na finiszu - wyznanie ;)


Jeśli dobrnęliście aż tutaj, zdradzę Wam tajemnicę - nie lubię kiszonej kapusty, a każda z tych zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie, tą z grochem i tą z żurawiną musiałam sama przed sobą schować. Ta z fasolą jest dla mnie jak najbardziej akceptowalna, choć fasoli nie lubię. Ale moja mama zawsze właśnie taką gotuje, a ja bardzo chciałam ją z tego obowiązku odciążyć. Kiedy to czytacie, ja siedzę w samochodzie,właśnie jadę do rodziców, sama. Jeśli nie liczyć kapusty w pojemnikach, która na Wigilię poczeka w zamrażarce rodziców, moja jest za mała. A przecież jutro będę robić pierogi!


Sprawdzone prezenty nie tylko na święta

Sprawdzone prezenty nie tylko na święta

Praca nad blogiem nadal pozostaje głównie moim hobby, ale pewnie nie wszyscy zdajecie sobie sprawę z tego, że dla mnie to także sposób, żeby nie stracić kontaktu ze słowem pisanym. Pisanie długo było moim źródłem utrzymania, ale i muszę przyznać, że przez większość kariery zawodowej prawdziwą przyjemnością. Blog kojarzy mi się z tymi czasem, kiedy miałam największą swobodę tworzenia. Dlatego znajdziecie tu i recenzje produktów i przepisy i moje przemyślenia, ale też czasem relacje z imprez.


Ekipa testująca :)  Gosia, Aneta i mła ;)


Dziś będzie trochę wszystkiego. W sierpniu zaproszono mnie do jury plebiscytu Influencer's Top. Przyjęłam tę propozycję bez chwili wahania, bo wiedziałam, że dzięki tym okolicznościom, będę mogła podzielić się moją rzetelną oceną produktów. Że będę mieć wpływ na to, kto znaczek jakości dostanie.

Wielki plebiscyt


Napiszę Wam w paru zdaniach o co chodzi, bo może jeszcze nie wszyscy wiecie, czym jest Influencer's Top. Dziewczyny z portalu All About Life już po raz drugi zebrały topowe marki i namówiły je, żeby wysłały swoje flagowe produkty do influencerów, poddając je surowej ocenie. I nie jest to żart, ani górnolotny frazes. Paczki, które do nas trafiały zawierały produkty spożywcze, kosmetyki, ubrania, dodatki i elementy wyposażenia wnętrz. Jednym słowem - wszystko. Jak mówiłam jakiś czas temu na story na Instagramie, bardzo podobała mi się dbałość o szczegóły, to, że większość paczek przychodziła zapakowana w ekologiczne opakowania, wypełnienia były z naturalnych materiałów, zapakowane w kartony, najczęściej klejone papierową taśmą. Piszę o tym, bo bardzo mnie to urzekło. Odkąd mieszkamy na wsi lepiej widzę, jakie ilości śmieci produkujemy. Mimo, że od dawna segregujemy śmieci nie bierzemy w sklepach foliowych torebek, nadal jest tego bardzo dużo, dlatego brak folii w tych paczkach, był bardzo pozytywną niespodzianką. Ale odbiegam od tematu...

Co, gdzie, kiedy


Spotkaliśmy się 12 listopada w Hotelu Sobieski w Warszawie. Byli blogerzy, gwiazdy, przedstawiciele firm. Zebrał się całkiem fajny tłumek ludzi pozytywnych i uśmiechniętych, takich, którzy dokładają wszelkich starań, żeby produkty, które trafiają na sklepowe półki były najwyższej jakości, ale i tacy, którzy każdą handlową ściemę bezlitośnie masakrują. Osoby, które rzetelnie sprawdzają produkty, które mają świadomość, że swoim poleceniem wpływają na decyzje zakupowe wielu osób, a nikt z nas nie chce wprowadzać swoich odbiorców w błąd. Dlatego właśnie znaczek jakości Influencer's Top ma taką wartość. Bo stał się prawdziwym wyznacznikiem jakości, nadawanym przez prawdziwych konsumentów. Szukając prezentów w tym przedświątecznym okresie, możecie mieć pewność,że każdy, kto otrzyma podarunek ze tym znakiem, będzie zadowolony!

Listy zwycięzców znajdziecie tutaj:


Najlepsza Żywność
Youngersters i Styl
Zdrowie i Uroda
Dom/wnętrze oraz podróże

Ale co Wam będę gadać, pokażę Wam lepiej parę zdjęć.


Elwira i Patrycja - Ekipa AllAboutLife

Beata Tadla już po raz drugi poprowadziła Galę finałową

Agnieszka Kaczorowska- tancerka, aktorka i młoda mama

Katarzyna Cichopek

Stoisko Lamita Organic
Funny Case


Dobre konopie

Staropolanka

Koko Design

Farmona

Cremajo

Stovit

Nacomi


Portal gwiazd testował produkty Koko design nawet w czasie gali

L'biotica

Gehwol

Jak bycie rodzicem wpływa na kompetencje społeczne i zawodowe

Jak bycie rodzicem wpływa na kompetencje społeczne i zawodowe

Zastanawialiście się kiedyś, co zmieniło się w Waszym życiu w momencie pojawienia się dzieci? Nie mówię tu o tym, że trudniej o spontaniczny wyjazd na weekend czy wieczorne wyjście ze znajomymi. Mówię o zmianach, które zaszły w Was, tak w środku. Sama często o tym myślę, że jestem innym człowiekiem, niż dziesięć lat temu i wcale nie chodzi o wiek. Chodzi o to, jak na rozwój mojej osobowości wpłynęły moje dzieci, to jakie one są.


pixabay


Żeby nie było, że sama jestem jakoś szczególnie mądra i wysnułam milion teorii na ten temat, podeprę się w swoim wywodzie artykułem Joanny Kwaśniewskiej, który jakiś czas temu przeczytałam w Newsweek Psychologia. Autorka tego tekstu wysnuła teorię, z która ja w pełni się zgadzam. Od potomstwa uczymy się nie tylko jak się bawić, być beztroskim czy spontanicznym. Kiedy pojawiają się dzieci zaczynamy swoją wielką lekcję życia.

Temperament jako sterownik


Zacznijmy od zastanowienia się, kto wzbudza u Was większą sympatię: człowiek otwarty, uśmiechnięty i chętny do współpracy, czy milczący introwertyk, który otwiera usta wyłącznie w celu wszczęcia awantury? Nawet nie muszę pytać jaka jest Wasza odpowiedź. Podobnie jest z naszymi dziećmi i to już od pierwszych chwil życia. Uśmiechnięty kontaktowy bobas może liczyć na większą czułość za strony opiekunów, niż ten, który w ciszy leży w łóżeczku i podziwia najbliższe otoczenie, a rodziców wzywa tylko wtedy, gdy musi zasygnalizować potrzebę jedzenia,zmiany pieluchy itd. Według autorki artykułu w Newsweeku dzieci ekstrawertyczne są rzadziej odrzucane przez matki i karane przez ojców. A co najciekawsze, sami rodzice zdają sobie z tego sprawę, określając relacje z ekstrawertycznymi potomkami jako przyjemniejszą, niż tą z introwertycznym rodzeństwem. Oczywiście, że wszystkie swoje dzieci kocha się tak samo mocno, ale jeśli nie przede mną, przyznajcie się przed sobą, czy nie jest tak, że mając kilkoro dzieci odczuwacie różną przyjemność z przebywania z nimi?

Łatwe dziecko? Łatwo o kłopoty


Kiedy pojawiają się problemy ze zdrowiem, albo zachowaniem dziecka,zwykle wszystkie ręce na pokład. Rodzice mobilizują się szukając pomocy,rozwiązania, nagle mały łobuz staje się absolutnym centrum wszechświata. Rodzice biegają po szkole, próbując znaleźć nauczycieli, u których dziecko musi poprawić stopnie, potem pędzą do poradni pedagogiczno-psychologicznej na terapią, a na koniec z wywieszonym językiem gonią  z potomkiem na korepetycje. Sto procent czasu i uwagi dla dziecka trudnego. W tym czasie "łatwe w obsłudze" rodzeństwo samo kuje do egzaminów, podgrzewa sobie obiad i "jakoś sobie poradzi". Efekt jest taki, że im dziecko bardziej samodzielne i zaradne, tym rodzice bardziej wyluzowani, nagle powrót do pracy i zostawienie dziecka w żłobku nie są problemem, na szkolne zebranie też wcale niekoniecznie trzeba iść, a wieczorem można na luzaku wyskoczyć do znajomych, bo łatwe i odpowiedzialne dziecko z pewnością umyje zęby i pójdzie spać o przyzwoitej porze. Wszystko fajnie, tylko łatwo się w tym wszystkim pogubić i zanadto rozluźnić relacje z tym całkiem fajnym potomkiem. Także uwaga, bo dość łatwo można się oddalić, a na powrót nie zawsze dostaniesz pozwolenie. Z trudniejszym dzieckiem musisz wyćwiczyć cierpliwość, trzeba zapewnić mu stałe poczucie bezpieczeństwa i bliskości, tak, żeby w razie kłopotów przyszło właśnie do Ciebie i żeby mu się dla Ciebie chciało. Sporo się nauczysz o tym, że ciepłe reakcje tworzą dobre relacje, możesz to z powodzeniem przenieść na inne dziedziny życia.

Tacy sami? Wcale niekoniecznie


To jakie będzie Twoje dziecko bardziej niż byśmy tego chcieli zależy od tego, jaki zestaw wyciągnie w wielkiej loterii genów. Oczywiście,kwestia wychowania jest ogromnie ważna, ale nie tylko ona ma wpływ na naszą osobowość. Żeby Wam lepiej pokazać co mam na myśli użyję takiej metafory. Babcia Zosia robi najlepsze placki ziemniaczane na świecie. Nikt tak nie dopieszcza swoich, ale babcia kupiła ziemniaki typowo do gotowania, a nie do smażenia jak zawsze.Skończyły się mączyste, trudno. Babcia zetrze, odciśnie wodę, przyprawi jak zawsze i jak zawsze będzie smażyć. Placki będą tak słone, jak babcia chciała, będą miały odpowiednią konsystencję, ale za nic nie będą chrupiące. Bo materiał był nieco inny, niż ten który babcia chciała mieć.

Podobnie jest z dziećmi, wyobrażamy sobie wspólne pasje, pogaduszki, żarty... A potem okazuje się, że dziecko maratończyka, choć wychowywane w domu pełnym sportu jest leniem kanapowym, prof. uniwersytetu został ojcem ucznia trójkowego, a miłośniczka rock&roll'a zaciska zęby, kiedy z pokoju potomka dobiega muzyka jak z festynu. Nie jest lekko. Ale po latach w jednym domu powoli maratończyk zaczyna zaglądać przez ramię czytającemu na kanapie potomkowi i odkrywa nowy gatunek literacki, profesor luzuje nieco wobec studentów, bo przecież nie każdy musi spędzić życie na karierze naukowej, a rockowa mamuśka dopuszcza do siebie możliwość istnienia innej nuty niż Metalica. Każde z nich w pewien sposób poszerza swoje horyzonty, rozwija swoją osobowość, bo natura każe nam szukać nici porozumienia z potomstwem,przecież wiadomo,że to oni przyjdą (albo nie) z przysłowiową szklanką wody.

Nauka nie tylko przez zabawę


Zdaniem duńskiego badacza Jespera Juula, ludzie, którzy bardzo poważnie podchodzą do swojego rodzicielstwa, z troską i zaangażowaniem opiekują się potomstwem. Starają się nie tylko zaspokajać jego podstawowe potrzeby, ale też czynnie uczestniczyć w jego życiu, mają więcej umiejętności i kompetencji osobistych, niż uczestnicy kilkuset godzin szkoleń i warsztatów w tej tematyce. Te cechy można z łatwością przenieść na życie zawodowe. Młode matki w czasie choćby bardzo krótkiej drzemki dziecka, tak skupiają się na wykonywaniu działań innych niż opieka nad dzieckiem, że są w stanie prace domowe wykonać w godzinę, choć przed pojawieniem się dziecka potrzebowały na to pół dnia. Ta zdolność koncentracji i organizacji jest nie do zdobycia w innych okolicznościach, tu rzucone na głęboką wodę zakasujemy rękawy i lecimy. Skutecznie. To się nazywa optymalizacja. Z powodzeniem przenosimy tę umiejętność na zawodowe poletko. Matki, jak żadna inna grupa pracowników, potrafi doskonale zaplanować swoje działania,tak, aby osiągnąć możliwie najlepszy efekt w najkrótszym czasie. Szkoda, że nadal nie wszystkie firmy to widzą.

Jak na tym zyskać


Człowiek zaprogramowany jest tak, że w relacjach z innymi zawsze szuka czegoś dla siebie. Nawet najwięksi altruiści mają profity ze swoich działań. Nawet jeśli jest to tylko (a może jednak aż) zadowolenie z wykonanej przez siebie pracy. Na rodzicielstwie można bardzo dużo zyskać i wiele się nauczyć. Ale kluczowe jest tu zaangażowanie. Znacznie bardziej będzie usatysfakcjonowany ten rodzic, który w relację z dzieckiem włoży uważność i zaangażowanie, nawet w proste czynności.Odłoży telefon, zje razem obiad, wesprze potomka i zapyta o jego pasje. Nie chodzi o to, żeby się poświęcać. Wtedy jesteśmy dalecy od celu. Bo celem powinno być obopólne zadowolenie z relacji. Z tej lekcji można bardzo wiele wynieść, wystarczy się otworzyć. Bycie elastycznym popłaca, uczy kreatywności, empatii i dobrej organizacji.Nie można być dobrym rodzicem "przy okazji". Dziecko daje nam szansę na naukę. Wykorzystajmy ją dobrze.
In-sect po łacinie znaczy w plasterkach. Niesamowity świat owadów

In-sect po łacinie znaczy w plasterkach. Niesamowity świat owadów

Gdybym miała wymienić największe zalety bycia mamą chłopców, z pewności na czele tej listy znalazło by się poszerzanie horyzontów. Bo jako kobieta, umysł bardzo humanistyczny, wieloma kwestiami nigdy się szczególnie nie interesowałam, dopóki nie zaczęły one ciekawić chłopaków.



Mam coś takiego, że unikam raczej tematów mało sympatycznych, np. od samego myślenia o pchłach i mrówkach wszystko zaczyna mnie swędzieć. Ale kiedy zobaczyłam książkę "Niezwykła księga owadów"od razu wiedziałam, że znajdzie w naszym domu wiernych odbiorców. W końcu "robale" są takie "chłopackie"!

Niezwykłe ilustracje


To pierwsza rzecz, która przyciąga uwagę, kiedy bierze się książkę do ręki. Realistyczne, wykonane z niezwykłą dbałością o szczegóły robią wielkie wrażenie. Każdy z nas widział przecież mrówkę, ale ujrzenie jej w takiej skali robi wrażenie. Ilustrator Medy Oberewndorff rozłożył na kawałki konika polnego, po to, żeby czytelnik zyskał wyobrażenie, jak w plasterkach wyglądają owady. Zadał sobie też trud, aby w skali 1:1 pokazać cztery największe owady na świecie, a także pokazać wylinkę. Muszę powiedzieć, że to wszystko bardzo działa na wyobraźnię.

Ciekawostki, które zaskakują


Tak jak wspomniałam,ja z robaczkami, to raczej tak niekoniecznie, ale czytając tę książkę przed stworzeniem recenzji dowiedziałam się całkiem sporo. Fakty zaskakują. Czy wiedzieliście, że wszystkie mrówki na świecie ważą tyle, co wszyscy stąpający po globie ludzie? Robi wrażenie prawda? Tak jak to,że znamy około 100 tysięcy gatunków owadów, a najpewniej 5-7 razy tyle nie zostało jeszcze przez nas poznanych. Na całe szczęście dziś mamy gorszą jakość powietrza, niż kilka milionów lat temu, niska zawartość tlenu zmusiła ewolucję do zmniejszenia rozmiarów insektów, inaczej pewnie by nas zjadły. Bart Rossel nie pisze zbędnych zdań, każde niesie ze sobą ciekawostkę, sprawia, że człowiek inaczej patrzy na zwykłą muchę.

Język, który niesie


Obawiałam się trochę, czy książka będzie przystępna dla małego czytelnika, bo wygląda bardzo poważnie, jednak język, którym posługuje się autor, jest bardzo przystępny, nawet dla sześciolatka.A przy tym rzadko trafiają się książki, które choć naukowe, czyta się jak najlepszą powieść. A "Niezwykłą księgę owadów" naprawdę ciężko odłożyć. Jeśli szukacie więc podarku dla kogoś ciekawego świata, to niezależnie od tego, czy ta osoba ma sześć czy sześćdziesiąt lat w ciemno możecie kupić tę książkę! Wydanie jest piękne, imponujących rozmiarów, a wartość artystyczna ilustracji i merytoryczna tekstu nie do ocenienia.

"Niezwykła księga owadów" od wydawnictwa Nasza Księgarnia, do kupienia TUTAJ, teraz za 47,90.









Okiem Żywiciela: Byłem w piekle,a przynajmniej w jego przedsionku

Okiem Żywiciela: Byłem w piekle,a przynajmniej w jego przedsionku

W sobotę miałem okazję zwiedzić bardzo niecodzienne miejsce i pomyślałem, że może będziecie mieli ochotę o tym poczytać. Ponad 1600 stopni Celsjusza, potężny hałas i tyle tabliczek z ostrzeżeniami, ile tylko możesz sobie wymarzyć. Setki tysięcy złomu rocznie, zużycie prądu i gazu tak wielkie, że jeden rachunek ustawiłby Nas na całe życie, a zaczęło się od niedużej salki konferencyjnej.

Jak zdejmą pokrywkę z tego wielkiego gara to cała hala zaczyna świecić,a Ty zastanawiasz się gdzie są Twoje kąpielówki.

Tak zaczęła się moja wycieczka po Hucie Warszawa. Obejrzeliśmy dwa filmy, jeden o bezpieczeństwie i zasadach, a drugi to krótki opis tego co się tam dzieje i dlaczego, ten drugi film był konieczny, bo w większości miejsc w jakich byliśmy, jest tak głośno, że nie da się rozmawiać. Potem poszliśmy do małej szatni i każdy dostał kask, porządny fartuch, okulary ochronne i stopery do uszu, a osoby, których obuwie było według przewodnika nieodpowiednie dostały jeszcze buty ze stalowymi noskami tutaj zrozumiałem, że ta wycieczka nie będzie spacerem po parku.

Zdjęcie dodane tylko w celach dowodowych, proszę bez hejtu.

Po terenie huty jeżdżą pociągi, samochody ciężarowe, osobówki i widlaki o wiele większe, niż te które do tej pory widziałem. W pierwszej hali największe wrażenie zrobiły na mnie dwie kadzie wielkości małego domu sunące prawie nad moją głową, żeby zamienić się miejscami. Taka kadź pełna roztopionej stali jest opróżniana co godzinę, a złom, który się do niej ładuje jest topiony za pomocą prądu elektrycznego. Czajnik elektryczny do wody jest jednym z najbardziej prądożernych sprzętów w naszym domu, a tam topi się tony stali czujecie ten rachunek? Elektrody są wielkości lamp ulicznych tylko dużo grubsze.

Czajnik elektryczny startuje i od razu atmosfera robi się gorąca.

Cała hala pokryta jest pyłem i pod koniec wycieczki my też byliśmy nim pokryci, są miejsca gdzie według tabliczek natężenie hałasu przekracza 89 decybeli, to tak jakbyś ciągle stał koło wjeżdżającego na stację pociągu metra. Na ścianie pieca było ostrzeżenie, żeby nie zbliżać się na mniej niż 5 metrów z powodu gorąca, a w momencie kiedy tworzył się łuk elektryczny ciepło było czuć na pomostach oddalonych kilkukrotnie dalej niż te 5 metrów. Wszędzie idą rury z gazami technicznymi i wodą do chłodzenia, a w górze jeżdżą gigantyczne suwnice. Po prostu idealne miejsce pracy.

Ostatni raz widziałem tyle znaków jak uczyłem się do egzaminu na prawo jazdy.
Kolejny powód żeby jednak szukać pracy w telemarketingu.

Ciekawostka dla tych, którzy nie cierpią czyścić piekarnika. Kadź do wytopu jest w środku wyłożona specjalnymi cegłami odpornymi na temperaturę. Co 40 - 50 wytopów trzeba je wymieniać, a skoro co godzinę opróżniana jest kadź to znaczy, że średnio co trzy dni trzeba wymieniać cegły i przy okazji sprawdza się czy nie trzeba wymienić lub naprawić kadzi. Co trzy dni!

Porządek musi być.

Wydajność Huty w porównaniu do lat 70tych wzrosła 10-krotnie, a ilość pracowników spadła z 10 tysięcy do 700 osób. Rzadko kiedy widać człowieka poza kabiną sterowni. Uświadomiło mi to, że za kolejne 50 lat ludzie mogą być całkowicie zbędni w takich zakładach i w sumie nie tylko w takich. Autonomiczne samochody również pozbawią ludzi milionów miejsc pracy na całym świecie i jest to raczej nieuniknione. Ciekawe gdzie wtedy będą pracować nasze dzieci i wnuki? W końcu nie każdy może być członkiem młodego i dynamicznego zespołu ludzi zatrudnianych na umowy o dzieło. Będą wtedy jeszcze jakieś umowy?

Na koniec mała galeryjka:
Hala jest naprawdę duża, nawet nie widać jak jest wysoka :)
Kucharz się sprawdził i rurki z kremem wyszły pyszne.







Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger