Obrzydliwe ciekawostki. Książka dla bystrzaków

Obrzydliwe ciekawostki. Książka dla bystrzaków

Bycie mamą chłopców zabiera mnie często w nieznane dla mnie dotąd krainy. Jako dziecko czytywałam romantyczne historie o moich rówieśniczkach, im bardziej nieszczęśliwa na początku była bohaterka tym lepiej. Moi synowie wybierają zupełnie inne książki.




Wielką popularnością cieszą się te podające nieznane większości ludzi fakty. Wiecie, takie ile to żądełek tak naprawdę ma komar i dlaczego aż sześć, ile metrów miała najdłuższa rolka papieru toaletowego, itp. Ostatnio wpadła nam w ręce jedna taka książka, którą Zet przeczytał w jeden wieczór, bo nie mógł przestać.

101 obrzydliwych faktów


Zacznijmy od prostego ćwiczenia, stańcie przed lustrem i wyobraźcie sobie, że musicie wypić szklankę pełną smarków. Spójrzcie na swoją minę. Wszyscy ludzi na świecie obrzydzenie wyrażają tak samo, choć nie wszystkich brzydzi to samo. Obrzydzenie od pradawna ratuje nam życie. Kiedy jeszcze człowiek zamiast na zakupy do Biedronki chodził do lasu na polowanie i zbiory obrzydzeniem pokazywał innym w stadzie, że tego znaleziska lepiej nie jeść. Ta książka zabierze Was w świat pełen obrzydliwych faktów. 

Dowiecie się który król podejmował gości siedząc na toalecie, dlaczego ludzie jedzą śmierdzące jedzenie i czyje łazienki śmierdzą najbardziej. Poznacie fakty o bąkach zwanych też pierdami, odkryjecie, że jajko na miękko może być naprawdę obrzydliwe i dowiecie się wielu rzeczy, o których nie mieliście pojęcia. Bo nic co ludzkie nie jest nam obce, nawet jeśli śmierdzi tak, że obrzydza Was od samego czytania o tym. 

Książka zdecydowanie dla młodych ciekawskich, którzy lubią zawstydzać innych niepopularną wiedzą, a zapewniam Was drodzy rodzice, że sami chętnie sięgniecie po tę książkę, choć może niekoniecznie przy posiłku.




Jak zrobić idealne żeberka z piekarnika

Jak zrobić idealne żeberka z piekarnika

Wiecie, że lubię gotować, ale sa takie momenty, kiedy z przyjemnością testuje gotowe rozwiązania z dyskontu, bo trawnik trzeba skosić, coś załatwić w urzędzie, albo zająć się jeszcze innymi przyjemnymi rzeczami. W te wakacje zdecydowanie sobie odpuściłam kulinarne odkrycia. Jest to o tyle absurdalne, że przecież mamy wysyp pysznych i pachnących warzyw, a my w kółko botwinka i kotlety z piersi kurczaka, bo tak szybciej, bo na pewno zjedzą...



Ostatnio mnie tknęło, żeby jednak coś zamieszać, ale takim niewielkim wysiłkiem, bo mieliśmy zaplanowane DIY, które w końcu musiało dojść do brzegu. I tak powstały żeberka mniej więcej idealne, jeśli mogę się pochwalić. Więc pozwólcie, że zostawię Wam tutaj przepis, żebyśmy mogli się razem jarać tym smakiem.

Składniki


1,5 kg żeberek z kością
3 cebule
3 ząbki czosnku
1/2 czerwonej papryki
1/2 żółtej papryki
4 marchewki
1/2 cukini
sól
pieprz ziołowy
majeranek
słodka wędzona papryka w proszku
suszony lubczyk
tymianek
sos sojowy
5 listków laurowych
6 kuleczek ziela angielskiego
łyżka musztardy stołowej.

Wykonanie


Żeberka pokroiłam w kawałki na jedną kosteczkę. Oprószyłam solą,pieprzem ziołowym i słodką wędzoną papryką. Na patelni rozgrzałam odrobinę oleju. Mięso smażyłam na złoto ze wszystkich stron. W naczyniu żaroodpornym (koniecznie z przykrywką) ułożyłam na dnie plastry cebuli, plastry marchewki, pokrojoną w spore kostki paprykę i cukinię. Na warzywach ułożyłam podsmażone mięso. Na każdym kawałku żeberek położyłam cieniutkie plasterki czosnku. Do brytfanny dorzuciłam listki laurowe i ziele angielskie.

Do kubka wlałam 300 ml wody, 4 łyżki ciemnego sosu sojowego, dodałam musztardę i zioła oraz sporą szczyptę słodkiej wędzonej papryki, wymieszałam i wlałam na brytfannę. Szczelnie nakryłam i piekłam godzinę w 180 stopniach Celsjusza. 

Podałam z ziemniaczanym puree, ale równie fajna będzie np. kasza gryczana i np. buraczki na ciepło, albo zimno, a jak Wam się nie chce ścierać, to Provitus ma pyszne gotowe buraki. Mięso jest mięciutkie, ma wyraźny ziołowy smak i zadowoli nawet najbardziej wymagających smakoszy. Następnego dnia odgrzewamy w nakrytej brytfannie z całą zawartością, od zimnego piekarnika zajmie to około 20 minut. O ile coś zostanie oczywiście ;)






Drugim Okiem - Lipiec najnudniejszym miesiącem tego roku?

Drugim Okiem - Lipiec najnudniejszym miesiącem tego roku?

Nie żeby lipiec był nudny, jak na wakacje i sezon ogórkowy to można powiedzieć, że był całkiem ciekawy ale daleko mu do pierwszej połowy 2020, gdzie każdy miesiąc miał swoją własną prawie globalną katastrofę. Mieliśmy co prawda drugą turę wyborów w Polsce ale ani to globalna, a i dla 50% ludzi nie katastrofa więc w sumie się nie liczy.



Wiadomo, że zdania są podzielone, a polityka na blogu to proszenie się o kłopoty ale, że siedzenie cicho nigdy nie było moją mocną stroną, to powiem tak. Duda wygrał i wygrał zasłużenie, zasłużył na to zwycięstwo Jarosław, który po mistrzowsku poustawiał klocki i pionki w tej grze, a Jarosław powinien bardzo gorąco podziękować Tuskowi, Schetynie, Petru, Mateuszowi Kijowskiemu za koncertowe rozmontowywanie opozycji przy każdej nadarzającej się okazji. 

Z ciekawszych drobiazgów:

Człowiek honoru


Tom Cook w 1992 umówił się z kolegą, że jak któryś wygra w loterii to podzieli się z drugim no i słowa dotrzymał. Kosztowało go to 22 miliony dolarów i chwała mu za to. Tak powinno być.

Jacek Sasin też można powiedzieć, że zachował się bardzo elegancko i po dżentelmeńsku. No prawie. Bo ani Jacek, ani elegancko. Jakiś czas temu kazał drukować karty do głosowania korespondencyjnego za bagatela 70 mln złotych, a potem jakoś tak wyszło, że przestały być potrzebne. Okazało się, że gdzieś tam pomiędzy tarczą, a zdrowiem udało się zapisać, w którejś ustawie prawo do jednorazowej zapomogi dla Poczty Polskiej na kwotę 70 mln złotych. Tylko dżentelmenem okazał się nie Jacek Sasin, a polski podatnik. Chyba kupię sobie cylinder, a nie, nie stać mnie.

Muzeum? Już nie


Hagia Sophia, perła Stambułu znowu jest meczetem. Bywała już kościołem katolickim (bazyliką) i muzeum. Oczywiście trochę szkoda i hurr durr, że muzułmanie odbierają kawałek światowej kultury ale chichot historii jest taki, że wstęp do muzeum kosztował 15 dolarów, a do świątyni wchodzi się za darmo.

Za kurtyną


Świat zachodni poznał historię kolejnego uciekiniera z Korei Północnej. Tym razem to żołnierz, którego nie było stać na łapówki, żeby awansować ani wykupić się od podłych prac zlecanych mu przez przełożonych. Smutne jest to, że rodzina tego człowieka prawdopodobnie poniesie konsekwencje jego ucieczki, a jeszcze smutniejsze jest to, że nikt tam jeszcze nie odkrył ropy żeby amerykanie mogli tam zanieść swoją demokrację. Albo po prostu, że ONZ czy inna instytucja do tego powołana nie przestanie być głucha na to co się tam dzieje.

Media tak prawie niezależne


Teraz coś co mnie powinno najbardziej interesować w tym miesiącu: Index.hu (największy niezależny portal internetowy na Węgrzech), po tym jak na jego poczynania zyskał wpływ biznesmen powiązany z Viktorem Orbanem (taki nasz Jarosław tylko rządzący oficjalnie) zwolnił swojego redaktora naczelnego, wraz z nim odeszło ponad 60 osób na znak protestu. Cóż, nie da się mieć ciastka i zjeść ciastka. Jeśli chcemy mieć rządy twardej ręki to nie można oczekiwać, że będzie ona głaskać swoich przeciwników, a wbrew pozorom Państwo nad pojedynczą firmą medialną ma gigantyczną przewagę.

Na koniec coś obrazkowego i pocieszającego Maja Komorowska obdarowała internet swoimi zdjęciami jak biega po plaży. Takiej starości sobie i Wam życzę.

Mówiłem, że nudny ten lipiec?
Nowa miłość kosmetyczna. Nawilżająca seria Dermedic HydraIN3 Hialuro

Nowa miłość kosmetyczna. Nawilżająca seria Dermedic HydraIN3 Hialuro

Kiedyś byłam przekonana, że jak znajdę idealny krem, to będę go używać całe życie, dziś wiem, że byłam bardzo w błędzie. Po pierwsze dlatego, że jak twierdzą niektórzy, skóra może się przyzwyczaić do działania konkretnych składników i potrzebuje zmiany, żeby znów zacząć na nie reagować, a po drugie dlatego, że rynek kosmetyczny co i rusz oferuje nam nowe produkty, których aż grzech nie przetestować. 



Pozwólcie więc, że razem zajrzymy do mojej aktualnej pielęgnacji. Jakoś na początku czerwca dostałam do przetestowania serię kosmetyków HydraIn3 Hialuro od Dermedic. Ponieważ minęły nam już dwa miesiące wspólnej drogi, chciałabym napisać o nich kilka słów. 

Letnie potrzeby


Kocham lato, często powtarzam, że słońce jest mi niezbędne do życia, ale prawda jest taka, że moja sucha, skłonna do podrażnień i zaczerwienień skóra niespecjalnie podziela mój entuzjazm. A jak dołożymy do tego jeszcze klimatyzację, chlorowaną wodę w basenie i ciepły wiatr niosący ze sobą pył... To już całkiem wydaje mi się po lecie, że dokładnie wtedy przeskakuje mi rocznik, nie tylko na metryce ale i na skórze. Moja skóra latem wymaga porządnego, skutecznego ale i delikatnego oczyszczenia, nawilżenia i ochrony przed słońcem. Żeby mieć bardziej miarodajną ocenę wybrałam pełną pielęgnację z tej serii.

Czego próbowałam


Na początek w moje ręce trafił płyn micelarny H2O, żel do mycia twarzy, serum nawilżające, Krem-żel nawilżający i krem nawilżający o dogłębnym działaniu. 

Płyn micelarny


Latem rzadko się maluję, ale moja skóra lubi płyny do demakijażu, bo micele przyciągają niczym magnes wszystkie zanieczyszczenia. Płyn HydraIn3 Hialuro faktycznie "wyciąga" sporo, czasem aż byłam zaskoczona, że niby nic nie robiłam, nigdzie nie byłam a musiałam zużyć kilka wacików, bo ciągle coś się na nich pojawiało. Preparat ma sporą pojemność, zostawia skórę odświeżona, czyściutką, bez żadnego filmu, ale też bez uczucia ściągnięcia. 

Żel do mycia twarzy


Maleńka tubka żelu do mycia twarzy, którą dostałam jako próbkę do zamówionych kosmetyków zaskoczyła mnie swoją wydajnością, choć nie pieni się to w połączeniu z wodą tworzy na skórze powłokę podobną do emolienów, która w przyjemny sposób pomaga oczyścić skórę i zachować uczucie nawilżenia. Dotychczas najczęściej wybierałam pianki do mycia twarzy, bo zawsze wydawały mi się delikatniejsze niż żele. Ten produkt pokazał mi, jak bardzo się myliłam. 

Serum nawadniające


Serum najczęściej używam po wieczornym oczyszczaniu skóry. Producent zapewnia, że kosmetyk powoduje wzrost nawilżenia skóry już po 15 minutach. Nie mam możliwości zbadania tego, ale kosmetyk jest zupełnie inny, niż sera, których używałam wcześniej, jest gęściejszy, pipeta, która jest dołączona do opakowania nie zawsze jest w stanie go zaciągnąć, ale spokojnie można wylać serum z buteleczki na dłoń i nałożyć na twarz. Rano, kiedy wstaję skóra jest nawilżona, ale nie tłusta, największe zbawienne działanie serum ma dla mojej szyi, której nie był w stanie nawilżyć żaden krem i przesuszona skóra zaczynała się brzydko marszczyć.

Kremu wedle potrzeb


Krem-żel ma niesamowicie lekką konsystencję, która sprawia, że w zasadzie od razu po nałożeniu jest niewyczuwalny, ale skóra pozostaje miękka i wyraźnie nawilżona. Dzięki swojej formule świetnie nadaje się pod makijaż, co sugerowało, że jego kolega Krem nawilżający o dogłębnym działaniu nadaje się mniej, ale zaskoczyło mnie, że wcale tak nie jest. Ten drugi kosmetyk, gęsty i bardziej treściwy zapewnia delikatną ochronę przeciwsłoneczną SPF 15. Więc to po niego sięgałam częściej, jakież było moje zaskoczenie, kiedy pewnego dnia nałożyłam na niego makijaż i ten pozostał na miejscu cały dzień. Jeden i drugi petarda. Choć jak wspomniałam osobiście wolę ten drugi.

Nie mogłam przestać


Po dwóch czy trzech tygodniach domówiłam sobie jeszcze Krem pod oczy z serii HydraIn3 Hialuro i tu był strzał w dziesiątkę! Żadnych podrażnień, żadnych worów, żadne łuszczącej się skóry na powiekach, oł jeah! 5 lat mniej! Serio jestem zachwycona!

Więc poszłam sobie jeszcze o krok dalej i zachwycona tą serią postanowiłam zaryzykować testowanie innych serii. Szampon przeciwłupieżowy dla Michała, który zmaga się z tym problemem od lat i dosłownie NIC nie pomagało, znacznie poprawił stan jego skóry głowy. Antyperspirant pozbawił mnie konieczności noszenia tylko tych ubrań, na których nie widać wilgoci a płyn do kąpieli dla dzieci sprawił, że Teodor przestał się ciągle drapać. Dlatego z czystym sumieniem linkuje Wam każdy z tych produktów i polecam wypróbowanie!




Kiedy kształtuje się samoocena

Kiedy kształtuje się samoocena

Kilka dni temu poprosiłam pojechałam z Zygmuntem i Kazikiem do moich rodziców. Z racji na to, że w domu nie mamy telewizora, moje wygłodniałe dzieci natychmiast włączyły kanał z bajkami. Jednym okiem zobaczyłam, że wybrały "My Little Pony". Rainbow Dash miała ogromne pretensje do swoich rodziców, że za każdym razem, kiedy brała udział w jakichś zawodach, przynosili jej wstyd swoim wylewnym kibicowaniem. Wyznała przyjaciołom, że jeszcze kiedy była malutkim kucykiem, rodzice sami przyznawali jej medale, dla najlepiej śpiącego bobasa, najlepiej jedzącego, itd.




Dzięki przyjaciołom zrozumiała, że to, jaka jest teraz, że odnosi sukcesy, że wierzy w siebie to wynik właśnie tych zachowań rodziców, na które się skarżyła. A jak to jest w naszym świecie? Co wpływa na samoocenę naszych dzieci?

Kiedy znamy siebie


Podobno dziecko w wieku około pół roku zaczyna rozumieć, że jest oddzielnym bytem niż matka, nim skończy dwa lata wie, że posiada siłę sprawczą. Zdaniem niektórych naukowców już na tym etapie dziecko zdaje sobie sprawę nie tylko z tego jak wygląda, ale też z tego czy zachowuje się grzecznie, jak lubi się bawić i czyje towarzystwo preferuje. Tyle, że nie wszystko potrafi wyrazić słowami.

Oczami innych


Oczywiście zakładamy, że ludzie, jako gatunek mamy wbudowaną pewną moralność, podświadomie czujemy co jest dobre, a co nie koniecznie. Ale czy tak jest naprawdę? Na to pytanie nie znam odpowiedzi, ale wiem, że znaczną część obrazu świata kształtujemy na podstawie tego, jak odbierają go nasze autorytety. W najwcześniejszym okresie życia bez wątpienia są to opiekunowie. Rodzic, który cieszy się z każdego pozytywnego zachowania dziecka, docenia jego wysiłek i głośno klaszcze, kiedy maluch odniesie sukces już u niemowląt wpływa pozytywnie na jego samoocenę. Również tą w późniejszym okresie życia.

Dość istotna wydaje się tu być kwestia, żeby doceniać starania, a nie tylko sukcesy dzieci. Przykładowo. Dziecko ma ułożyć wieżę z klocków, kładzie dwa, przy trzecim wieża się przewraca. Jeżeli uśmiechniesz się i zachęcisz do dalszych prób, dziecko uwierzy, że potrafi, że mu się uda i znów będzie próbować, aż odniesie pełen sukces. Jeśli zawstydzisz się nieporadnością dziecka, bo np. obok syn koleżanki trzasnął wieżowiec na 17 pięter, to maluch też poczuje się zawstydzony i w kolejnej próbie będzie mniej przekonany, że mu się uda. Co za tym idzie, jego działania będą bardziej nerwowe i... najprawdopodobniej doprowadzą do kolejnej porażki. Podobny efekt osiągniesz, jeśli mając nadzieję, że koleżanka nie zauważy "troszkę pomożesz" maluchowi. Dziecko dostanie podprogowy przekaz "Ty nie umiesz, ja to zrobię za Ciebie, bo coś z Tobą nie tak".

Później nie lepiej


O ile w początkowym okresie najważniejszy dla dzieci jest ich obraz w oczach rodziców, tak w wieku przedszkolnym dochodzi do tego jeszcze pani przedszkolanka. Od jej podejścia zależy bardzo dużo, choć rola rodziców się nie zmniejsza. Dzieci chcą by dorośli się uśmiechali, cieszyli z ich sukcesów i kibicowali, kiedy zadanie wymaga wysiłku. Takie zachowani sprawia, że dziecko szybko przyjmuje obraz siebie, jako osoby, którą stać na wiele, osoby, która nie musi się przejmować porażkami, bo to tylko chwilowa trudność. Rzecz, którą często widuje się w przedszkolu i o zgrozo, nie raz w szkole podstawowej. Rodzic z dzieckiem wpadają do szatni, dorosły nerwowo zerka na zegarek, za chwilę musi być w pracy, a tymczasem latorośl nie ogarnia obsługi kapci. Rodzic rzuca się więc na pomoc, a dokładniej wyręcza dziecko, bo tak jest szybciej, bo tak jest mu wygodniej. A dziecko dostaje komunikat "nie umiesz nawet zmienić butów, jak chcesz zdobywać świat?" Wyjście trochę wcześniej z domu, słowne wskazówki dają dziecku komunikat "mama/tata we mnie wierzy, dam radę".  I znowu przypomniał mi się obrazek Marty Niewiadomskiej.


Ale to nie jest tylko kwestia samodzielności, to też kwestia samooceny. Bo od takich banalnych i z pozoru nieistotnych sytuacji się zaczyna, ale potem pojawiają się kolejne, konkurs plastyczny, zajęcia sportowe czy nauka pisania.Serio, każdy z nas zrobi to szybciej niż czterolatek, może nawet wygrasz ten piórnik, kiedy to Twoja dekoracja świąteczna weźmie udział w przedszkolnym konkursie, ale serio, czy warto?

W podstawówce zmieniają się proporcje


Szczególnie w tych młodszych klasach, ocena rodziców w oczach dziecka nie jest już tak obiektywna, trzeba się bardzo pilnować, żeby nie zostać zepchniętym z piedestału autorytetów. Dziecko w swoim odczuciu spędza więcej czasu w szkole niż w domu, dlatego to wychowawca zdaje się znać je lepiej i bardziej obiektywnie oceniać jego słabe i mocne strony. Jeśli nauczyciel zachęca do podejmowania wysiłku, nazywa zachowania, to samoocena szybuje w górę, jeśli zaś mówi "jesteś bardzo niegrzeczny, tak to sobie możesz mówić w domu" albo "Jasiek, znowu dwója, nigdy się nie nauczysz tabliczki mnożenia?" to z tą samooceną może być problem. Jestem jednak pełna wiary w to, że po pierwsze we współczesnej szkole nie ma już miejsca na krzyk i linijkę, ale tak na wszelki wypadek... Jeśli czujesz, że dziecko przestało wierzyć w Twoją ocenę swoich kompetencji, to niekoniecznie próbuj mu wmówi, że jest inaczej, raczej skup się na ocenianiu działalności poza szkolnej. Doceń jego sukcesy w grze planszowej, pochwal, że w tym tygodniu przeczyło trzy książki, itd. Skupiaj się na tym, że to czyni je wyjątkowym, że nie każdy tak potrafi, że jesteś dumna/-y, że pływa coraz lepiej, że świadczy to o jego determinacji i dowodzi, że wysiłek się opłacił.

A potem dostajesz nastolatka


To już, jak to się mówi inna para kaloszy. Około 12 roku życia człowiek zaczyna dostrzegać, że w różnych sytuacjach może zachować się zupełnie inaczej, choć nadal jest tą samą osobą. Może przeklina przy rówieśnikach, ale przy rodzicach czy nauczycielach już niekoniecznie. I pojawia się pytanie "kim właściwie jestem?" "Który ja, to faktycznie JA?" Teoretycznie można sobie wybrać, ale tak naprawdę wiadomo, że nie.Poszukiwanie siebie przez zmianę stylu bycia, stylu ubierania jest naturalną drogą przez którą mniej lub bardziej burzliwie przechodzi każdy z nas. W tym okresie na naszą samoocenę wpływa to, jak na te zmiany reaguje głównie środowisko rówieśnicze. Jeśli koledzy akceptują, to samemu też jest łatwiej zaakceptować siebie. Kiedy miałam 12 lat założyłam do szkoły bardzo modną w tym czasie spódnicę na szelkach. Mój kolega z równoległej klasy powiedział "Fuj, ale masz krzywe nogi" tak bardzo był wiarygodny, że przez lata nie nosiłam spódnic, a jeśli już to długie.Zawsze, kiedy próbowałam wybrać coś krótszego, z tyłu głowy słyszałam to "FUJ". Minęło blisko ćwierć wieku, nim znów odsłoniłam nogi i okazało się, że inni wcale się tych moich nóg nie brzydzą. Nie wiem, czy można ustrzec dziecko przed takim podkopaniem wiary w siebie. Ale warto dawać mu przestrzeń do wyrażania siebie i czasem do wylania frustracji w domowym zaciszu, to z pewnością pomaga. Poczucie akceptacji i wsparcie zawsze jest dobre dla samooceny.

Ale to jeszcze nie koniec


Jak patrzę na siebie, moja samoocena nieco ustabilizowała się dopiero w okolicach trzydziestki, ale nadal mam momenty, kiedy mam ochotę schować się pod ziemię.W dorosłym życiu jednak najłatwiej jest nam przejrzeć się w oczach partnera, dlatego ważne, aby wiązać się z ludźmi, którzy nie deprecjonują naszych osiągnięć, a kiedy trzeba potrafią nam dać kopa motywacyjnego. Bo na dorosłych też działa "dasz radę!" powiedziane z przekonaniem. Od ludzi, którzy mówią "nawet nie próbuj, to poza zasięgiem Twoich możliwości" uciekaj. Od razu.
Podróż w czasie i przestrzeni, gdzie spędziliśmy tegoroczne wakacje

Podróż w czasie i przestrzeni, gdzie spędziliśmy tegoroczne wakacje

Dziś będę pisała mniej, a pokażę Wam więcej. Jak wiecie, my tegoroczne wakacje mamy już za sobą, ale nie opowiedziałam Wam jeszcze o cudownym miejscu, które w tym czasie odwiedziliśmy. Z racji na to, że na mapie naszych tegorocznych odwiedzin znalazły się m.in. Zoo Safari Borysew i Termy Uniejów, szukaliśmy noclegu w pobliżu tych miejsc. Więc jeśli chcecie połączyć te dwie atrakcje i zastanawiacie się gdzie tanio i fajnie przenocować, to zdecydowanie czytajcie dalej.


Nawet w bardzo upalny dzień podwórze w Gnieździe daje wytchnienie.

Gniazdo w Felicjanowie znajduje się dosłownie 10minut drogi od term i półgodziny od Borysewa, do Łodzi jest stąd około 60 km. Ale jeśli będziecie się tam wybierać, zarezerwujcie koniecznie jedną noc więcej, bo Gniazdo, to nie tylko łóżko do spania.


Skansen na starych fundamentach


Larysa, właścicielka Gniazda odziedziczyła je po swoich przodkach, w dawnym podwórzu dziadków razem z Maćkiem odtworzyli zabudowania, jest tu chata, karczma, pokoje noclegowe w dawnej stodole i doskonale wyposażona kuchnia w powozowni.Wszystkie budynki, mimo że znajdziecie w nich część mebli z Ikei zostały odtworzone z największą dbałością o szczegóły, klamki w drzwiach, strzecha i dachówki na dachach, a nawet kran w kuchennej chacie sprawiają,że przenosimy się do zupełnie innego świata. Podwórze zachowuje klimat autentycznego obejścia z epoki a niezwykle sympatyczna Oksana dba, żeby na stołach na zewnątrz zawsze leżał biały obrus i stały świeże kwiaty. Nad całością bazy noclegowej czuwa Kamil. Zawsze uśmiechnięty chętny choćby rozpalić ognisko dla gości w środku nocy. 



Ale to nie tylko spanie...


Larysa dawniej hodowała konie, prowadziła szkołę nauki jazdy, dziś konie są trzy a dokładnie dwa kuce i jeden duży koń, wszystkie pod siodło, zostały z właścicielami, bo są ich przyjaciółmi. Do tego są jelenie i daniele, które po wcześniejszym ustaleniu z właścicielami można pójść karmić. Dawniej zwierzęta biegały po całej posiadłości, a jest gdzie, bo gniazdo otacza 20 ha ze stawem, lasem i rozległą łąką, dziś jelenie i daniele przebywają w odgrodzonej części, ale są też kury, pawie, kaczki, kozioł James, który jest niezwykłym przytulakiem i jego mama Kozina. No i nie zapomnijmy o Wilhelmie, psie, którego chce się ciągle głaskać. 

James, kozioł przytulak <3

Stada dzikich zwierząt na wyciągnięcie ręki robią wrażenie <3


Wilhelm 


Czas


Jednym słowem w Gnieździe nie da się nudzić, można za to odpocząć, samodzielnie przygotować posiłki lub poprosić, aby zrobiła to dla nas Oksana. Samo siedzenie pod rozległym klonem i sączenie kawy spokojnie mogłoby mi zająć cały dzień, ale ze względu na obecność dzieci i bliskość atrakcji z wielką przyjemnością wracaliśmy go gniazda po wyczerpującym dniu. 

Baza noclegowa


Opcje są różne, my wybraliśmy tę najtańszą, bo potrzebowaliśmy "łóżka" pokoje w stodole są niewielkie i poza łóżkiem, prysznicem i telewizorem nie ma tam wiele, we wspólnej części znajdziecie czajnik, stół, naczynia i lodówkę, tu pokoje są cztery, my za nasz, czteroosobowy dla pięciu osób zapłaciliśmy 705 zł za cztery noce, więc uważam, że bardzo spoko, zwłaszcza, że było faktycznie czysto i przyjemnie. 

Nieco inny komfort oferuje chata, bo to jest raczej impreza dla trzech rodzin, albo przynajmniej większej grupy znajomych, w chacie może nocować, komfortowo 16 osób, jest tu też przestronna kuchnia z kominkiem i trzy niewielkie łazienki. Gospoda jest świetna nie tylko żeby zjeść w niej posiłek, ale też zorganizować wieczór panieński czy niewielkie wesele. Co do cen zaposzczególne obiekty, to kontaktujcie się z Kamilem, ja się nie znam ;)  TUTAJ macie namiary

A teraz niech przemówią zdjęcia.

Z podwórza...

















Z karczmy








Chata












Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger