Kulisy szołbiznesu. Dama Polskiego Kina

Kulisy szołbiznesu. Dama Polskiego Kina

Sobota, sobota, tralalala... My dziś się chillujemy, mimo trochę napiętego grafiku najpiękniejsze w weekendzie jest to, że w końcu jesteśmy w komplecie, jest głośno i radośnie. Ale zanim popędzimy do Świata Karinki i na zakupy do sklepu ze sprzętem sportowym, zaproszę Was do Świata Gwiazd. 

fot. pixabay/pexels

Żeby nie było, że wszystkie gwiazdy są rozkapryszone, dziś dla odmiany napiszę Wam o przecudownej osobie, którą wielokrotnie spotykałam na swojej drodze. Dziś Garść anegdot o Damie Polskiego Kina. Osoba ta grywała najpiękniejsze kobiety w polskiej kinematografii, oceniała w pewnym show i po dziś dzień roztacza wokół siebie atmosferę wyjątkowości. Wielkim zaszczytem było ją poznać.

Felietonistka


Dama Polskiego kina "pisywała" felietony do jednej z gazet, w której pracowałam. Piszę w cudzysłowie, bo odbywało się to mniej więcej tak: Raz w tygodniu moja cudowna koleżanka wykonywała telefon do Damy z prośbą o opowiedzenie, co tym razem w felietonie powinno się znaleźć. "Ach, kochana z pewnością widziałaś, jak XXX zachwyciła świat w ostatnich tygodniach. Napiszmy o tym, proszę." mówiła Dama i rozłączała się. Dziennikarka pisała więc o XXX w samych superlatywach i wysyłała Damie tekst. Ta zwykła odpisywać: :doskonale to napisałyśmy!" Teksty były świetne, to prawda ;)

Bohaterka sesji


Dama występowała tylko w wyjątkowych sesjach i lubiła to podkreślać wyjątkową oprawą. Miała swojego fryzjera, którego odwiedzała z rana, po wizycie do redakcji przychodził rachunek, nieco za wysoki, ale bez przesady, widywaliśmy większe. Po Damę o wyznaczonej godzinie podjeżdżała pod dom taksówka z osobą z redakcji. Korporacja taxi uprzedzona, kogo będzie wieźć podstawiała odpowiednie auto z dyskretnym kierowcą. Delegat z redakcji zawsze musiał mieć przy sobie duży bukiet żółtych tulipanów. Taksówka jechała z Damą do jedynego słusznego fotografa. Sesja była krótka, a każde zdjęcie, które na niej powstało było idealne.

Gość w dom, tfu! w redakcję!


Dama miała piękny zwyczaj odwiedzania Redakcji przynajmniej raz w roku. Wybierając się na tą wizytę zawsze przygotowywała sernik z kaszy manny. To bardzo specyficzna rzecz. Dla koneserów. Dama sernik osobiści dostarczała do biureczka każdemu w Redakcji i pilnowała, żeby spróbował. Pytała też, czy smakował. Wszyscy kłamali :D Dama paliła w tych czasach całkiem sporo mentolowych cienkich papierosów. Nasza palarnia delikatnie mówiąc nie była miejscem reprezentacyjnym. Nie wypadało tam zaprosić osoby Tego Pokroju. Kolega (najprzystojniejszy w Redakcji) szedł więc z Damą na korytarz i trzymał jej popielniczkę, kiedy Ona stała i z gracją odpalała szluga od szluga przy wejściu do redakcji magazynu sportowego :)

Takie osobowości nie zdarzają się często, ale spotkania z nimi zawsze zapadają w pamięć. Bardzo sobie i wszystkim koleżankom i kolegom po fachu życzę właśnie takich Gwiazd na drodze.
Mamo, czy Mikołaj istnieje?

Mamo, czy Mikołaj istnieje?

Dokładnie za trzy tygodnie mikołajki. Na wszystkich możliwych blogach i portalach dla rodziców znajdziecie pomysły na prezenty dla dzieci. Niezależnie od wieku dziecka i zasobności portfela każdy jest w stanie znaleźć jakąś inspirację. No bo wiadomo, zarówno w mikołajki, jak i na gwiazdkę, to my musimy zadbać o to, żeby podarunki znalazły się w domu. Więc czy Mikołaj istnieje?


fot. archiwum prywatne


Jest taki sympatyczny koleś w Laponii, pracuje w wiosce Świętego Mikołaja, ma białą brodę, czerwone ubranko i robi "hohoho", jak mnie pamięć nie myli, to za dwa euro możesz zamówić taki filmik, gdzie Mikołaj zwraca się do Twojego dziecka personalnie. Ale czy on przyjdzie do Was 6. albo 24. grudnia? Bądźmy realistami - nie ma szans. Ale po co mówić o tym dzieciom?

Mikołaj, elfy i jednorożce


Dziecięcy świat jest kolorowy i pełen fantazji, których my dorośli możemy im tylko pozazdrościć, dlatego wściekam się, kiedy moje dziecko przychodzi do domu i mówi, że ktoś go wyśmiał, bo wierzy w Mikołaja. Niech wierzy, jak najdłużej. Niektórzy mają niewidzialnych przyjaciół, inni czekają na Wróżkę Zębuszkę, moje dzieci wierzą w Mikołaja i są przeze mnie utwierdzane w przekonaniu, że on istnieje i przychodzi do nich i innych dzieci na świecie.

Ale czemu on jest niesprawiedliwy?


Każdy z nas przychyliłby nieba swoim dzieciom. Wcale mnie nie dziwi, że zamożni kupują dzieciom na Święta rzeczy, o których marzą wszyscy ich rówieśnicy. Tylko w głowie kilkulatka to wygląda tak, że ten, którego na co dzień stać na wiele, nawet od Mikołaja dostaje lepsze prezenty. A on powinien być przecież sprawiedliwy. Każdy ośmiolatek chce mieć PS5 czy jakie tam teraz jest na czasie, ale nie każdy dostanie. Jak to rozegrać, żeby dziecku nie było przykro? Albo z drugiej strony, żeby za bardzo nie poczuło się wybrańcem losu i umiało stąpać twardo po ziemi wśród rówieśników?

Mikołaj, to ten koleś od drobiazgów


W naszym domu, kiedy po raz pierwszy padło pytanie o istnienie Mikołaja spontanicznie wymyśliliśmy taką opowieść i ona w pełni zaspokaja dziecięcy głód wiedzy.

Mikołaj przychodzi do wszystkich dzieci. Przynosi drobiazgi: resoraczka, przytulankę, drewniane klocki, albo breloczek. A reszta? Resztę kupują rodzice, dziadkowie i dalsza rodzina. Nie każdego stać na szaleństwa, czasem już sam karp i sałatka jarzynowa są takim wysiłkiem finansowym dla rodziny, że na prezenty po prostu ludzi nie stać. Ale dzieci mają ten przywilej życia nieco z boku naszych dorosłych problemów i dobrze. Dlatego nie dokładajmy im zmartwień, dlaczego Mikołaj potraktował kogoś lepiej niż kogoś innego.

Myślicie, że elfy w swojej fabryce umiałyby wyprodukować Hatchimals albo pierdzącego brokatem jednorożca? Myślę, że nie, ale uszycie sukienki dla ukochanej lalki czy zrobienie przypinki do plecaka z filcu brzmi całkiem rozsądnie, prawda?

I bonus dla tych co dobrnęli do końca. Tylko weźcie się nie obrażajcie. To taki "zakulis" z naszego domowego fotostudia :) Tak się kończą u nas pozowane zdjęcia :D Może z tego zrobić pocztówki na Święta?

fot. archiwum prywatne
Jak z dzieckiem! Siadaj do lekcji!

Jak z dzieckiem! Siadaj do lekcji!

Odrabianie lekcji nie należy do naszych ulubionych zajęć. Coraz więcej mówi się o tym, że dom nie jest filią szkoły i nie mogę powiedzieć, że się z tym nie zgadzam. Chociaż...

Matka Żywicielka

Kim jest nauczyciel


Kiedy ja chodziłam do szkoły mówiło się, że nauczyciele uczą nie tylko przypisanych im przedmiotów, ale też wychowują dzieci. No bo prawda jest taka, że czy nam się to podoba czy nie dziecko spędza w placówce oświatowej sporo czasu. Nauczyciele, a szczególnie już wychowawca w klasach I-III wpływa na nasze dzieci. Na ich postrzeganie świata, priorytety, itd. Niezależnie od tego czy wychowawca odpowiada rodzicom charakterologicznie, czy nie, jesteśmy na siebie poniekąd skazani. My na niego, a on na nas. Warto więc włożyć trochę wysiłku w to, żeby nasze relacje były poprawne. Pofatygujmy się czasem do szkoły opowiedzmy o tym, co naszym zdaniem dziecku sprawia trudność, co dziecko mówi w domu o kolegach, o tym, co go niepokoi, posłuchajmy informacji zwrotnej.

Mi jest teraz łatwiej, będąc na co dzień z dziećmi mam sporo czasu, żeby pogadać z Zetem i Tedem, kiedy kończą swoje zajęcia. Wiem kogo Marcel dziś uderzył i czy Dominik Brzuszek był miły. Z nauczycielami moich dzieci widuję się co najmniej dwa razy w tygodniu, często przelotnie wymieniając uprzejmości, ale kiedy coś mnie zaniepokoi mogę reagować od razu. Kiedy pracowałam na etacie sprawa wyglądała trochę inaczej, ale przynajmniej raz w miesiącu spóźniałam się, w sposób kontrolowany do pracy, albo wychodziłam z niej wcześniej, po to, żeby mieć czas na takie rozmowy.

Da się, serio. Nauczyciel nie jest Twoim wrogiem, nie jest też wrogiem Twojego dziecka. Zapewniam Cię, on woli mieć spokój (tak jak Ty w swojej pracy), dlatego woli konflikty rozwiązywać od razu, dlatego zależy mu na dobrej współpracy z Tobą.

Po co jest szkoła


Szkoła z zasady ma przygotować Twoje dziecko do życia w dorosłym świecie. Nauczyć je pisać, czytać, rozliczać PIT-y i odpowiadać na pytania w "Jeden z dziesięciu". Szkoła to trochę praca dziecka, idzie tam robić swoje, jeśli wywiązuje się z powierzonych mu obowiązków dostaje pensję (dobre oceny), jeśli mu nie idzie - premii nie będzie (złe oceny). Jeśli nie wyrobi się z robotą w czasie dnia pracy, klepie nadgodziny (nadgania w domu), jeśli się wyrabia, po pracy odpoczywa. Kiedy Ty wychodzisz z korporacji, nie liczysz już swoich tabelek w domu, więc czemu dziecko ma pisać lekcje w domu? Żeby było jasne, ja nie jestem przeciwniczką pracy domowej, daleka jestem od mówienia, że chcę jak w Szwecji, żeby praca domowa była dobrowolna. Ale niech ona ma sens!

Rozumiem zlecanie dzieciom realizacji projektów wymagających od nich systematyczności, jak na przykład: sadzenie fasolek, hodowanie kryształów z soli, itp, ale pisanie zadań? Moja dawna szefowa (Kasia, wielki buziak dla Ciebie<3) mawiała: "Zdolni nie siedzą po godzinach", więc czemu moje dziecko musi?! Nie mówię o sytuacjach, kiedy Zet przez cały dzień oddawał się relaksowi, albo czytaniu książki o Minecraft w czasie lekcji zamiast pracować, bo tu sprawa jest jasna, nie pracował, kiedy był na to czas, musi nadgonić. Ale jeśli pracował sumiennie cały październik, nadgonił zaległości, których naprodukował wcześniej i na weekend ze Świętem Zmarłych dostaje 17 stron pracy domowej no to sorry, ale coś tu nie gra.

Karpik, czy lekcje?


Kiedy Zet zaczął książkę nr. 2 w tym roku kazaliśmy mu od razu robić więcej niż było zadane. Ochrzan dostał już trzeciego dnia. Ma nie robić na zapas. Przyszedł do domu, opowiedział co usłyszał w szkole, a ode mnie usłyszał "Będziesz pisał po stronie więcej każdego dnia, bo chcę, żebyś miał Święta". Przerabialiśmy to już w zeszłym roku. Termin porodu na pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia, brzuch, jak wydmuszka, odebrałam dziecko ze szkoły, a on poinformował mnie, że przez ferie świąteczne ma zrobić 27 stron z polskiego i 12 z matmy. No i co, ja na porodówce, a dziecko u dziadków piszące głoski... Żart. W tym roku będą Święta, będziemy mieć je wszyscy, a mój syn nie napisze nawet pół strony lekcji, bo ja się na to nie zgadzam.

Jeśli większość ludzi pracujących zawodowo może siedzieć przy stole, spędzać czas z rodziną, to czemu dziecko ma w Święta robić lekcje? Ciągle zastanawiam się nad przyczynami, ale i następstwami takich sytuacji. Jak szkołę i pracę domową będzie odbierać dziecko? Skoro wszyscy odpoczywają a ono nie może to co? Ma karę? Niby nie, ale przecież tak to odbiera. Małe dziecko, ale nie tylko ono, musi mieć równowagę, czas dla siebie, na budowanie z klocków, czytanie książek, które faktycznie je interesują i na leżenie do góry brzuchem też.

W czasach, kiedy w zasadzie cała wiedza, jaką dysponuje ludzkość jest dostępna w kieszeni, za pośrednictwem smartfona, jaki sens ma kucie danych na pamięć? Zanim rzucicie się na mnie z hejtem - uważam, że są rzeczy, których wstyd nie wiedzieć, ale znaczna część wiedzy, którą przyswajają dzieci przydaje się na najbliższej klasówce, ewentualnie w "Milionerach" i na tym koniec.

Mam wrażenie, że program nauczania piszą ludzie, którzy już dawno temu przestali patrzeć na dzieci i na podążający na przód świat. Może czas, żeby to zmienić i nauczyć kolejne pokolenie, jak szukać potrzebnej wiedzy, jak sobie radzić, kiedy czegoś nie wiemy i jak zostać ekspertem w swojej dziedzinie, zamiast uczyć wszystkiego po trochu?

Kiedy już siada do lekcji


- Mamoooooo, nienawidzę pisać. To jest takie N U D N E.
- Zygi rób.
- Mamooooo, to odbiera sens mojemu życiu...
- Przywrócimy go, kiedy skończysz.
- Mamoooooo, a ile nóg ma stonoga? Wiesz że wcale nie sto?
- Zygmunt!
- Mamoooooo, zjadłbym coś.
- Zjesz jak skończysz.
- Mamooooooooooo.....
- Zet!
- Mamo, dobij mnie, moje cierpienie nie ma sensu.

I tak każdego dnia. Pogrzebałam trochę i znalazłam (albo zrobiłam) parę fajnych gadżetów, które to cierpienie przy lekcjach uśmierzają. Lampka na biurku, ma długie ramię, stoi po prawej stronie Zeta (chłopak jest leworęczny), ładnie doświetla pole pracy i ręka nie rzuca cienia na zeszyty. Literki układające się w jego imię uszyłam sama, dwa dni przed urodzeniem Kazika. Wybrałam materiał w dinozaury, bo Zet je lubi. Służą do bycia szturchanymi, kiedy trzeba odsapnąć. Krzesło kupiliśmy sto lat temu chyba w Leroy Merlin. Jest pomarańczowe, Zet lubi pomarańczowy. A najfajniejsze w nim jest to, że reguluje się jego wysokość i stopień pochylenia, dzięki czemu Panicz siedzi w odpowiedniej pozycji przy biurku, a ma to duże znaczenie, zwłaszcza, że Zygizmunt, spędza przy tych lekcjach kilka godzin dziennie.

Znalazłam mu też fajne długopisy do bujania i pogryzania (małemu dziecku bym nie dała, bo kulki mogą spaść, ale Zet ogarnia, że trzeba być delikatnym), wygrzebałam je na Scann.R. Kalendarz nad biurkiem z planem lekcji, notesami, naklejkami i dinozaurami kupiłam latem w Biedronce. Przepiękną tabliczkę mnożenia, która aktualnie jest bardzo eksploatowana dostaliśmy od Bajecznych Pokoi w podziękowaniu za wywiad, którego im udzieliłam.

Matka_Żywicielka

Matka Żywicielka

Matka Żywicielka

Matka Żywicielka

Matka Żywicielka
Matka Żywicielka

Matka Żywicielka

Chodź do kuchni! 5 domowych sposobów na przeziębienie

Chodź do kuchni! 5 domowych sposobów na przeziębienie

Uwielbiam każdą porę roku, zwłaszcza na wsi. Tutaj nawet jesienna słota ma swój urok. Zaczyna robić się złoto. Poranna mgła schodzi coraz niżej powietrze pachnie dymem... Niestety są też minusy katar, kaszel, infekcja... Żeby było jasne, kiedy jesteśmy chorzy idziemy do lekarza, np wczoraj byłam w przy godni z Kazikiem. Ale czy da się wspomóc odporność, albo pomóc organizmowi w wyjściu z infekcji domowymi sposobami? Dziś zdradzę Wam nasze sprawdzone mikstury, które stosujemy u starszaków i u siebie.

fot. pixabay/4330009

1. Lemoniada jak marzenie


Lemoniada jesienią i zimą? Oczywiście! Przecież nie musi być zimna! Ta, którą często robimy wspiera organizm, kiedy mierzymy się z suchym kaszlem, ogólnym rozbiciem, a nawet zwyczajnym spadkiem nastroju. Bo poza leczniczymi właściwościami, jest też naturalnym energetykiem.

3 duże łyżki siemienia lnianego zalewamy litrem wrzątku, kiedy przestygnie dodajemy cytrynę, imbir i miód. Pijemy zamiast herbatki. Siemię na ból gardła stosują śpiewacy operowi. Ma działanie ściągające i przeciwzapalne, dodatkowo powleka gardło cienką warstewką nawilżającą, dzieki czemu łagodzi odruch kaszlu.

2. Miód majowy


Jak sama nazwa wskazuje przygotowania do sezonu na smarkanie zaczęliśmy znacznie wcześniej. Na początku maja wyruszyliśmy z chłopakami na łowy, zbieraliśmy kwiatki mniszka lekarskiego, przygotowaliśmy z nich słodki syrop zwany właśnie miodem majowym. Dzieci bardzo go lubią. Dostają codziennie rano i wieczorem po łyżeczce.

Działa przeciwwirusowo i przeciwbakteryjnie, łagodzi kaszel i wspomaga układ odpornościowy, Miód majowy stosuje się też w infekcjach układu moczowego, ponoć wspomaga też gojenie ran.

3. Na mokry kaszel i wielki katar


Kiedy Ted miał z półtora roku przeziębił się. Nic nadzwyczajnego, ale miał straszny katar, poszliśmy do lekarza, bo wiadomo dziecko małe i jeszcze z astmą... Lekarka osłuchała go i stwierdziła, że trzeba go trochę obsuszyć. Musiałam mieć niezłą minę, bo kobieta szybko uspokoiła mnie, że przecież nie w suszarce bębnowej! Powiedziała, że przy katarze trzeba unikać nabiału, mięsa z kurczaka i bananów bo zaśluzowują organizm. Po powrocie do domu zaczęłam szukać, co podziała w drugą stronę.

Najlepsza w tej kategorii jest kasza jaglana. Osobiście mogę jeść ją i na słodko i na słono, moje dzieci jakoś nie bardzo jednak lubią jej ostrą konsystencję, tzn. Kazik akceptuje, ale pewnie mu przejdzie. W każdym razie zwykle kasza jaglana ląduje u nas w kremowych zupach, jako zabielacz. Rozgotowana i zmiksowana jest nie do wyczucia, a świetnie spełnia swoją rolę. To naprawdę działa! Inne produkty spożywcze, które zwalczają śluz to: do zupki dynia, seler, pieczarki, cebula, czosnek, brokuł i kalafior. Warto też sięgać po imbir, cytrusy, miód, papaję i sałatę.

4. Gdy łamie w kościach


Kiedy czuję po sobie, że zdecydowanie idzie grypa wytaczam najcięższe działa. Syropy, dzięki którym mam luźno w łóżku i na kanapie ;)  Są różne przepisy, ten, który pamiętam z dzieciństwa to posiekana cebula zasypana cukrem i odstawiamy do ciepłego miejsca, syrop pije się trzy razy dziennie po łyżeczce, istnieje też wersja z czosnkiem, ale ten znam tylko ze słyszenia. Ostatnio natomiast znajoma sprzedała mi przepis, który mnie zachwycił i sprawia, że całkiem nieźle się trzymamy.

Główka czosnku, obrana i posiekana, zalana połową szklanki miodu i ćwierć szklanki octu jabłkowego, ćwierć szklanki ciepłej wody, żeby rozpuścić miód i sok wyciśnięty z jednej cytryny. Ta mikstura to jest bomba! Trzymamy w lodówce, i popijamy rano i wieczorem po dużej łyżce, dzieci, gdyby były miłe i chciały spróbować dostawałyby po małej łyżeczce. W czasie infekcji, dawkę podwajamy.

Czosnek jest naturalnym antybiotykiem, zwalcza infekcje, hamuje rozwój bakterii i obniża ciśnienie krwi. Miód ma działanie przeciwbakteryjne i działa jak naturalny energetyk - pobudza mózg do działania. Cytryna jest źródłem witaminy C, odkwasza i odśluzowuje organizm. Ocet jabłkowy obniża gorączkę i wspiera działanie układu odpornościowego.

5. Przyprawiamy


Zimowe jedzenie nie bez powodu jest bardziej aromatyczne. Pisałam już o czosnku i imbirze, ale używamy też innych przypraw. Kurkuma działa przeciwbakteryjnie, świetnie pasuje np do kremowych zup z pora czy dyni. Majeranek pomaga zwalczać katar i kaszel, jest ulubioną przyprawą astmatyków. Tymianek, który świetnie komponuje się z potrawami z ziemniaków ma silne działanie antybakteryjne. Papryczki chili działają znieczulająco a dodatkowo sprawiają, że nasz organizm produkuje endorfiny, więc od razu jesteśmy szczęśliwsi.

I tego szczęścia oraz skutecznej walki o wzmocnienie odporności Wam życzę ;)
10 rzeczy, których nikt nie powiedział Ci o porodzie

10 rzeczy, których nikt nie powiedział Ci o porodzie

Pamiętam, jak kiedyś zobaczyłam w telewizji wywiad ze znaną aktorką. Była na finiszu pierwszej ciąży i opowiadała o tym jak przeczytała, że w czasie porodu można przeżyć orgazm. Wyraziła nadzieję, że tak będzie w jej przypadku. Ostatecznie miała cesarkę, więc chyba jej się nie udało. Sama rodziłam trzy razy. Szału nie było, ale traumy traumy też nie mam. Mimo, że dużo o tym czytałam, niektóre rzeczy mnie zaskoczyły.

fot. pixabay/freestocks-photos

1. Nie obudziłam się z przeświadczeniem, że to DZIŚ


Nie wiem czemu, ale spodziewałam się, że w moim przypadku będzie jak w książkach, że będę miała skurcze przepowiadające, coraz silniejsze i będę czuła, że poród się zbliża. Za każdym razem byłam zaskoczona. Pierwszym razem kilka godzin przed akcją powiedziałam do Żywiciela: Jedź do domu, dzisiaj nie będę rodziła. Po terminie przyjęli mnie na patologię ciąży, na wieczornym obchodzie, około 20 lekarz powiedział, że to stanowczo jeszcze nie teraz. Trzy godziny później ten sam lekarz kazał mi dzwonić po męża i powiedzieć, żeby się pospieszył, jeśli chce być przy porodzie.

2. Poród a może rozstrój żołądka?


Znów odniosę się do pierwszego porodu. Na oddział przyjęli mnie już po obiedzie. Żywiciel poszedł do pobliskiej knajpy kupić mi pierogi. Kiedy światła na oddziale zgasły, zaczęłam biegać do łazienki. Pielęgniarka po czwartej wizycie wezwała lekarza, bo biegałam co 5 minut z zegarkiem w ręku. Nawet kiedy ogłosił, że to już i mam dzwonić, tłumaczyłam mu, że to pomyłka, bo ja się tylko zatrułam pierogami. Nic mnie nie bolało.

3. Będzie śmiesznie


Przynajmniej na początku. Wejdziesz do sali porodowej, podłączą Ci KTG, coś tam będzie Cię szturchać, ale bez dramatu. Żeby przygotować się na to co potem organizm rzuci w Ciebie takim koktajlem z hormonów, że będziesz czuć podekscytowanie, radość i dostaniesz głupawki. Położne mówią, że większość rodzących na początku dużo żartuje i się śmieje. Spoko, potem pewnie Ci minie.

4. Potem już mniej


Istniej mit "kryzysu siódmego centymetra". Podobno większość kobiet traci wtedy wiarę we własne siły, mówią, że się rozmyśliły, że już nie chcą. Masz prawo być zmęczona, nie mieć siły. Mi bardzo w tym momencie pomógł prysznic i motywujące słowa mojego męża, spodziewałam się, że będzie mnie drażnił, bo przecież on nie wie, jak to jest. Ale tak nie było, widziałam, jak się martwi i szłam na przód wiedząc, że nie tylko dla siebie walczę.

5. Bardzo wszystkich przeprosisz


Położną za to, że nie przesz jak trzeba, wszystkich za swoją fizjologię, męża, że podniosłaś głos. To chyba też taka powszechna faza, bo kilka moich koleżanek też ją miało. Czasem młode mamy zanim zaczną przepraszać, potrafią nieźle napsocić. Wydrą się na lekarza, męża wykopią za drzwi, potem będą wrzeszczeć, że poszedł... Wybaczą Wam. To normalne. Pamiętam, jak przy pierwszym porodzie powiedziałam Michałowi, żeby się przespał, bo to potrwa (nadal uważałam, że to pomyłka, że jeszcze nie rodzę), ale jak tylko usiadł i zamknął oczy, zaczęłam na niego wrzeszczeć, żeby wstał i podał mi wodę. Nie wiem nawet, czy to jeszcze pamięta.

6. Będziesz mieć mdłości


Żadna moja ciąża nie zaczęła się mdłościami, za to wszystkie tak się skończyły. Nie wiem czy to hormony (podobno tak) czy wysiłek (jak próbuję biegać też mam mdłości) ale za każdym razem dostawałam jakieś urocze naczynie, z którego docelowo nie korzystałam, ale istniało realne ryzyko.

7. Dreszcze


Dziewczyny czasem piszą na forach, że było im strasznie zimno po urodzeniu dziecka. Mnie telepało, jak ćpuna na głodzie w ostatniej fazie porodu. Nie było mi zimno, miałam dreszcze.

8.  Przypomni Ci się pierwszy trening z Chodakowską


W internecie najwięcej pytań w tym temacie dotyczy bólu. Dwa razy rodziłam bez znieczulenia (pierwszy i trzeci) raz ze znieczuleniem. Podobno m.in. dlatego, że dostałam znieczulenie Tedy rodził się najdłużej. Myślę, że było wiele przyczyn. Prawda jest taka, że na końcówce znieczulenie nie działa. Jeśli kiedyś po całej zimie spędzonej na kanapie próbowałaś "wrócić do formy" zarzucając sobie na YouTube Killer Chodakowskiej i padłaś w połowie, bo płonęły Ci uda, to dokładnie o takim bólu mówimy. To jest ten rodzaj. Intensywność zależy od indywidualnych predyspozycji. Ale typ ten sam, tylko w innym miejscu. Do zniesienia.

9. Dziwne rozmowy


Po urodzeniu dziecka rodzi się łożysko, to pikuś, nie boli, jest trochę dziwne. Ale tu zaczynają się dialogi, na które nie byłam gotowa.
- Zobacz, jakie ładne łożysko.
- A to co? Zwapnienie?
- Tak, ale malutkie, to dlatego, że po terminie.
Odbywa się to na wysokości Twojego krocza. Praktykantka przy porodzie, normalka, jakoś muszą się uczyć. Jeśli trzeba szyć, dowiesz się też, jak młoda sobie z tym radzi, bo starsza stażem koleżanka będzie ją pouczać. Przed szyciem szczęśliwie znieczulają miejscowo ;)

10. Będziesz w szoku


Kiedy będziesz tulić tego małego upacianego, ciepłego i przesadnie namoczonego człowieka zdziwisz się, że to już, że to koniec, przeżyłaś i masz siłę się śmiać, a dzieciak, choć nie wygląda, jak z reklamy pieluch jest piękny. Realistki dostrzegą, że może nie jest to piękno oczywiste dla każdego, ale jednak warto było.
Poród okiem Ojca? Rozdział 1 - Zygmunt

Poród okiem Ojca? Rozdział 1 - Zygmunt

No dobra spróbuje to jakoś opowiedzieć chociaż muszę uczciwie powiedzieć, że nie wszystko pamiętam, podejrzewam, że adrenalina zrobiła swoje i nie tylko ona.

Facebook/Żywicielka


Pierwszemu porodowi dałem się zaskoczyć. Co prawda byliśmy przygotowani, torba była spakowana, dużo rozmawialiśmy o tym, jak to powinno wyglądać i czym należy się zająć ale nie poszło tak jak powinno, z mojej strony, bo Zygmunt i Marta to robota na medal.

Od wyznaczonego przez lekarza terminu jeździliśmy regularnie do szpitala na KTG. Pięć dni po terminie mieliśmy się stawić z rzeczami i nastawieniem, że Żywicielka zostaje. Pojechaliśmy PKSem (nie mieliśmy wtedy swojego samochodu), Pani zostaje, a Pan niech nie przeszkadza. Tak to mniej więcej się zaczęło. Zaopatrzyłem żonę w obiad, bo szpitalny jej nie przysługiwał i wróciłem do teściów (u nich wtedy mieszkaliśmy). Czekam.

Telefony w mojej głowie


Czekam, to było takie męczące czekanie. W końcu telefon od Żywicielki (wtedy jeszcze nie), żebym się wyluzował,  bo był wieczorny obchód, Pan "Dochtór" powiedział, że to jeszcze długo i generalnie to zajmujemy tylko miejsce bla bla bla. Jak tak, to tak, skoro "Dochtór" tak powiedział to pewnie trochę tak jest. Zaczęliśmy ze Szwagrem nocne Polaków rozmowy i jak telefon zadzwonił  po raz drugi, to nawet nie żałowałem, że już nie mam samochodu, bo i tak nie mógłbym prowadzić. Zadzwoniłem do Szwagra nr 2 (dzięki Roman!).

W szpitalu był wieczór (praktycznie noc), w niedużej salce Żona, Położna (specjalnie z dużej litery) i ja. Położna była młodą kobietą ale miała w twarzy coś takiego, że wiadomo, że widziała już dużo. Moja rola sprowadzała się do podawania wody, prowadzania pod prysznic i zbierania opierdzielu za tego Szwagra od nocnych rozmów. Minęło parę godzin, i zaczęły się dziać cuda.

Siła jest Kobietą


Położna masowała, nagniatała, dotykała, a ja zastanawiałem się jakim cudem Ona wie co robi, przecież nie ma USG i rentgena w rękach. Były krzyki, płacz, Marta się bała, a ja jedynie mogłem trzymać ją za rękę i powtarzać dasz radę (co jest podobno bardzo ważne). Ponieważ miałem gdzieś w głowie zakodowane,że lekarzom trzeba patrzeć na ręce, to kiedy Położna dołożyła do kroplówki strzykawkę i zaczęła wpuszczać coś do wężyka zapytałem od razu co to? "Życie" - ta odpowiedź mnie zmroziła, a jednocześnie poczułem, że jeżeli ktoś w takiej chwili jest w stanie odpowiedzieć w ten sposób to musi wiedzieć co robi. To była jedna z takich chwil, które zapamiętuje się na długo.

Potem było jeszcze trochę krzyku i kłótni. Dasz radę! Nie dam rady!! Musisz!! Nie mogę!!! Musisz!! Pomiędzy Martą, a Położną oczywiście, bo ja postanowiłem tę rundę przeczekać, oczywistym było dla mnie, że nie wyjdziemy stamtąd dopóki dziecko nie wyjdzie z Marty, więc musiałbym poprzeć Położną, a miałem wspierać żonę, więc oglądałem sufit i czekałem.

Teraz już z górki, albo i nie...


Główka! Jest główka, wydawało mi się, że jak już jest główka to mamy z górki. Okazało się,że dużo więcej wysiłku i kombinacji od Położnej wymaga bezpieczne urodzenie barków (odchodzi się już od metod typu: ciągnij za głowę, albo złam obojczyk - serio).

Przez cały poród byłem raczej spokojny i opanowany, bardziej w roli widza, ewentualnie suflera na tym przedstawieniu, ale w momencie kiedy Zet wyszedł poczułem drżenie całego ciała, tak jakby dreszcze tylko mocniej, to w końcu organizm przeszedł z postawy "walczysz" do "relaks".

Przy wypisie okazało się, że było kiepskie ułożenie płodu, zwapnienie i dopiero wtedy zrozumieliśmy słowa Położnej, która pomogła nam przez to przejść i dlatego piszę o Niej z wielkiej litery.

A z Teodorem to było tak... (opowieść w następnym wpisie)
KULISY SZOŁBIZNESU Duet i ich Menadżer z piekła rodem

KULISY SZOŁBIZNESU Duet i ich Menadżer z piekła rodem

Dzisiejszych bohaterów nazwiemy Duet, choć wcale duetem nie są, ale w wywiadzie, którego kiedyś mi udzielili występowali we dwóch. Mieli wspólnego Menadżera i brali udział we wspólnym projekcie. Nie powiem, że sprawili problemy do kwadratu, bo Królem Dramatu, był właśnie ich menadżer. Siadamy wygodnie, bierzemy kawkę i zaglądamy w kulisy szołbiznesu.

fot. pixabay/free-photos
Jedną rzecz chciałabym Wam wyjaśnić, większość gwiazd ma jakiegoś menadżera, który gwiazdę reprezentuje. Teoretycznie chodzi o to, żeby tę pracę usprawnić, bo zwykle jest to osoba, której gwiazda ufa i która zna się na pracy w mediach. Z założenia jest więc pomostem od świata artystycznego do wyrobniczego. Czasem jednak bywa tak, że menadżer sam poczuje się gwiazdą. Jednak nie bardzo idzie mu błyszczenie, bo jest raczej satelitą, jak księżyc. Bez gwiazdy jest "nieoświecony", żeby tego blasku nie stracić musi pokazać, że jest potrzebny.

Spotkanie było długo dogrywane, bo Duet był zapracowany. W końcu się udało, popędziłam więc na przedmieścia do studia nagraniowego i cierpliwie czekałam. Usiadłam na skórzanej kanapie, wśród czekających na nich piszczących fanek i łowców autografów. Nagranie się przedłużało, kawa mi się skończyła, kiedy zadzwonił mój telefon. Odebrałam go, ale nikt się nie odezwał. Podszedł do mnie Menadżer, chwycił za łokieć (namierzył mnie po dzwonku telefonu) i wyciągnął z tłumu.

- Są tam - skinieniem głowy wskazał antresolę - będą czekali na Ciebie w garderobie. - Jego ostatnie słowo zagłuszył pisk. Przeraźliwie głośny pisk. Nawet nie będę próbowała sobie wyobrażać, jaki hałas generowały mdlejące fanki Beatlesów, skoro Duet, który próbował niezauważony przemknąć do garderoby wywołał taki szał.

Wsiadłam do windy i pojechałam na górę. Dwóch młodych sympatycznych i inteligentnych chłopaków czekało na mnie. Rozmowa przebiegła miło, czułam się trochę jak ze starymi znajomymi. Duet uznał, że w zasadzie co powiedzieli to wiedzą, resztą zajmie się Menadżer, oni nie muszą niczego autoryzować. Wydawało mi się, że w zasadzie mam gotowy materiał.

Wywiad spisałam najszybciej, jak tylko mogłam, tradycyjnie zostawiając około 500 znaków na "wycinki" w autoryzacji. Pan menadżer odesłał tekst dość szybko w zasadzie bez zmian z prośbą, żeby już w niego nie ingerować. Przypomniała mu wtedy, że oczywiście nie będzie żadnej ingerencji w autoryzowany tekst, poza normalną redakcją i korektą. Wydawało mi się to logiczne.

Każdy, kto pracuje w tym biznesie ma świadomość, że ani w telewizji nic nie dzieje się spontanicznie, ani tekst w gazecie nie idzie spod palca do druku. Droga wywiadu jest mniej więcej taka: autor spisuje rozmowę, dokonuje wstępnej redakcji i wysyła do autoryzacji gwieździe lub jej menadżerowi, tekst wraca z poprawkami i zaczyna się praca nad nim w redakcji. W tej akurat było tak, że tekst wklejało się na gotową rozkładówkę, docinało się tak, żeby mieścił się w przeznaczonym na niego miejscu, co się dało z tych wyciętych fragmentów wykorzystywało się do podpisania zdjęć. Gotowa strona była czytana przez zastępcę szefa, znów nanoszenie poprawek, literówki, przecinki, czasem mały przewrót gramatyczny. Potem czytał wiceszef numer dwa, znów poprawki, szef, korekta i do druku. Najmniej szczęśliwa opcja to ta, kiedy gwiazda chce zobaczyć gotową rozkładówkę. Na to nikt nie ma ochoty, bo zawsze się znajdzie taki, co czuje, że coś trzeba zmienić, nawet jak jest wszystko super.

Menadżer oczywiście rozkładówkę chciał zobaczyć. Szef wyjątkowo wyraził zgodę i... rozpętało się piekło. Niekończące się maile i telefony, nie podobało się nic. Żądał natychmiastowego przywrócenia wersji roboczej, bo po redakcji podobało mu się znacznie mniej. Skoro już zobaczył zdjęcia to do nich też się przyczepił. Chodziło o to, że na jednej z fotografii Duet został wycięty z tła, to tak zwana szparówka, standardowe działanie, jednak w jego oczach bardzo złe. Doszło do tego, że Menadżer przestał słuchać, zaczął za to wrzeszczeć i grozić. Powoli miałam go dość, bo choć podchodzę do pracy na chłodno to po dwudziestym tłumaczeniu tego samego (zmiany były bardzo kosmetyczne) chciało mi się wyć.

W końcu zlitował się nade mną mój przełożony, zabronił mi odbierać telefon. To on miał teraz rozmawiać z Menadżerem. W toku ich męskich dyskusji okazało się, że Menadżer nawet nie miał zamiaru pokazywać strony Duetowi. Przeczołgał mnie tak, dla własnego "widzimisię".  Mój ówczesny szef uznał, że nawet rozumie ochronę interesów podopiecznych, ale raz, że nie ma czego chronić, bo nic nie zostało naruszone, natomiast on nie pozwoli, żeby na dziennikarkę wrzeszczeć i jeśli sytuacja się powtórzy, to on podejmie kroki prawne za nękanie,m

Ostatecznie zapadła decyzja, że już nikt z panem rozmawiać nie będzie. Wywiad dotyczył wyłącznie tematów zawodowych, więc zostanie wydrukowany.

Tak się stało, czekaliśmy na dym, dymu nie było, była za to okładka na fan page duetu z informacją, że to jedyny tak szczery wywiad w tym sezonie, Do mnie dotarł natomiast SMS od Menadżera o treści. "Nie jest tak źle. Pozdrawiam".
Mały świat. Jak NIE rozmawiać z Aspikiem

Mały świat. Jak NIE rozmawiać z Aspikiem

Rozmowy, które odbywają się w naszym domu wielu mogłyby przyprawić o mdłości. Moje dzieci, a zwłaszcza Zet chcą wszystko wiedzieć dokładnie. Szczęśliwie żyjemy w czasach łatwej dostępności informacji, bo czasem byłabym biedna. Ale jak do niego mówić, żeby doleciało?



- Zet, litości, ile można jeść zupę? - zirytowałam się widząc 3/4  porcji stojące przed pierworodnym po godzinie siedzenia przy stole. - Masz minutę, żeby to skończyć!
- Mamo, ale to niemożliwe. NIE-MOŻ-LI-WE! - powiedział patrząc na mnie oczami, które kojarzą się z sarną w światłach samochodu.

Oczywiście miał rację. Wolno, to wolno, ale jadł od prawie 60 min, pokonał w tym czasie 25% zawartości talerza, jakim sposobem więc miałby pozostałe 75% wciągnąć w minutę? Nierealne.Śmiejesz się pod nosem, wiadomo przecież, że ja też to wiem, więc "minuta" to skrót myślowy, znaczy tyle co "pospiesz się". To dla Ciebie. A dla Aspika?

Ciągle się na tym łapię. Niby bawią mnie aspowe żarty, których wielu neurotypowcyh nie łapie, ale w tych powiedzonkach, uproszczeniach, skrótach myślowych, ciągle wbijam własne dziecko na miny...

Ptaszek Staszek

- Zygmunt, przestań się turlać po tym śniegu - powiedziałam do niespełna trzyletniego Zeta, w czasie spaceru z sankami - jesteś cały mokry, jak się nie uspokoisz, to zaraz pójdziemy do domu!
Nie przestał. Poszliśmy. W domu przebrałam go w suche ubrania i poiłam ciepłą herbatą. - Widzisz? Jakbyś się posłuchał, dalej jeździłbyś na sankach.
- Ale ja nie chciałem. Chciałem do domu! - odparł.
- To dlaczego mi nie powiedziałeś? - pytałam zdziwiona.
- Bo powiedziałaś, że jak będę się turlał to pójdziemy, to się turlałem.

Proste? Powiedziane - zrobione, więc o co to halo? Kiedy mówisz "rzuć na to okiem", "machnij to zadanie"czy "wciągnij kotleta" wcale nie chodzi Ci o wydłubywanie gałek ocznych, wachlowanie książką ani o spożywanie schabowego przez słomkę. Ale Aspik tak to może widzieć, więc nie dziw się, że parsknie Ci śmiechem w twarz. Dla niego właśnie zaliczyłeś stand up życia. Zawsze wydawało mi się, że wyrażam swoje myśli precyzyjnie, jednak tu sprawa nie jest aż taka prosta, a może właśnie jest?

zakazanyhumor.pl

Tak sobie myślę, że najprostszą radą i najlepszą za razem byłoby "mów dokładnie to, co masz na myśli." Ale przecież wszyscy lubimy poezję ;) Lubimy przenośnie i uproszczenia, bo one są takie ładne... Tylko nie dziw się potem, że ktoś postępuje dosłownie tak, jak poprosiłeś. Czasem, żeby uświadomić sobie błąd wystarczy klepnąć bez zastanowienia "Zygi, rzuć mi nóż". Porządny plaster i jak będziesz potrzebować siekierę powiesz "podaj".

Oczywiście to nie jest tak, że żaden Aspik na świecie nie rozumie żadnej przenośni. Oni się tego uczą. Problem polega na tym, że Ty nie musisz. Dzięki teorii umysłu umiesz się domyślić, co rozmówca ma na myśli. Neurotypowi tak mają, punkt dla nas. Ale Aspik nie będzie zgadywał, o co Ci chodzi. To nie jest wynik jego złośliwości, jego pierwsze skojarzenie jest dosłowne. Po prostu.

Nie mów na około, nie upiększaj, zwłaszcza jeśli rozmowie towarzyszą emocje. Mów dokładnie to, czego oczekujesz. DOKŁADNIE. Zanim otworzysz usta, powtórz swoją kwestię w głowie. I nabierz trochę dystansu, to pomaga ;)
A.S. Bytom 
Jak z dzieckiem! Jak powiedzieć dziecku, że będzie mieć rodzeństwo

Jak z dzieckiem! Jak powiedzieć dziecku, że będzie mieć rodzeństwo

Pojawienie się nowego dziecka w domu to zawsze wielka zmiana w życiu całej rodziny. I o tyle, o ile rodzice mają wpływ na tą decyzję, tak dziecko, które już jest członkiem tej rodziny niekoniecznie. Jak przygotować malucha na pojawienie się rodzeństwa? Opowiem Wam, co sprawdziło się u nas.


Nim urodził się Teodor


Zygmunt był w zasadzie jedynym dzieckiem w naszej rodzinie. Miał nas, dwa komplety dziadków i wujka tylko dla siebie, a jednak chciał mieć brata. My też mieliśmy tą świadomość, że kiedyś pojawi się kolejne dziecko. Kiedy już wiedzieliśmy, że jestem w ciąży, a Zet ciągle mówił o bracie zaproponowałam mu napisanie listu do bociana, na który dostał odpowiedź z informacją, że bocian zasiał ziarenko w brzuchu mamy, z którego wyrośnie brat lub siostra.

Akcja Kazik


Tu odpowiedzialność na siebie wziął Żywiciel. To on posadził dzieci na kanapie i powiedział im, że nasze stado się powiększy. To nie była trudna rozmowa, bo Ted od dawna pokazywał nam w sklepie małe buciki, które powinniśmy kupić dla nowego dzidziusia, jak już będziemy go mieć. Zet natomiast każdego dnia, kiedy Ted mu psocił, głosił, że żałuje, iż prosił bociana o brata, bo siostra byłaby lepsza, zyskał więc kolejną szansę.

Nie spiesz się


Jakkolwiek to okrutnie nie zabrzmi z ciążą bywa różnie. Nie biegnij więc do kilkulatka z informacją o rodzeństwie zaraz po zrobieniu testu ciążowego. Odczekaj pierwsze trzy miesiące, wtedy ryzyko poronienia znacznie spada, a z nim szansa, że będziecie musieli powiedzieć dziecku, że jednak nie będzie starszym bratem / siostrą. Dla malucha abstrakcją jest też ciąża, której nie widać, to kolejny powód, żeby się nie spieszyć.

Buzia na kłódkę!


Postarajcie się nie wtajemniczać w tym czasie zbyt wielu osób w informację o ciąży. Nie chcielibyście pewnie, żeby Wasze dziecko dowiedziało się o rodzeństwie od innych. Zawsze istnieje, że ktoś chlapnie coś przypadkiem, nawet jeśli wydaje się Wam, że dziecko nie słucha. Tak ważną informację, jak pojawienie się rodzeństwa maluch powinien dostać od rodziców.

Weź nie pytaj...


Pytanie ludzi o opinię ma sens wtedy, kiedy tą opinię weźmiesz pod uwagę. Jeśli zapytasz dziecko, czy chce mieć rodzeństwo, a już podjęliście decyzję, albo jesteś w ciąży, to co zrobisz słysząc stanowcze "NIE"? Lepiej nie ryzykować, gniew dwu- trzy- czy czterolatka może sprowadzić pod Wasz dach apokalipsę...

Weź się przytul...


Kiedy już siądziecie twarzą w twarz w żadnym razie nie mówcie dziecku, że teraz będzie się musiało dzielić rodzicami, zabawkami czy pokojem. Tego nawet dorosły nie chciałby usłyszeć. A dziecku to nie przyjdzie do głowy, po co więc zasiewać w nim lęk? Przytul dziecko, opowiedz mu o tym, że maluszek pojawi się dopiero za kilka miesięcy, na początku będzie głównie jadł i spał, czasem płakał. Na zabawę z nim przyjdzie czas potem. Warto sięgnąć po przykłady. Jeśli macie rodzeństwo opowiedzcie dziecku, jak bawiliście się z bratem czy siostrą. Podkreślajcie same superlatywy. Nawet jeśli laliście się przy każdej okazji, mów tylko o tym co dobre.

Przygotujcie się razem


Zabierz brzdąca na zakupy, pozwól mu wybrać choć kilka rzeczy dla dzidziusia. Nawet jeśli będą neonowo różowe i obsypane brokatem, bierz! I pamiętaj właśnie w tym noworodek ma wrócić do domu po porodzie. Bo Twój starszak ma się czuć ważny, na każdym etapie oczekiwania.

Kiedy mama musi leżeć


W czasie ciąży z Kazikiem był taki moment, że musiałam leżeć, na szczęście w domu. Kiedy chłopcy wracali z przedszkola, zapraszałam ich do siebie, przytulaliśmy się, czytaliśmy książki, gadaliśmy. Nie ukrywaliśmy przed nimi, że coś się dzieje, ale też nie wdawaliśmy się w szczegóły. Pani doktor kazała mamie więcej odpoczywać i tyle. Nie zadawali zbędnych pytań. Przyjęli to do wiadomości.

Niech czeka w domu

Kiedy nadejdzie dzień porodu i mama musi zniknąć z pola widzenia, dziecko nadal musi czuć jej obecność. Każdego dnia dzwoń do dziecka, nie epatuj noworodkiem, pytaj co starszak robił, jak minął mu dzień, mów, że kochasz. Tata w tym czasie powinien poświęcić starszym dzieciom więcej uwagi. Mama i noworodek w szpitalu głównie śpią, więc nie ma potrzeby siedzenia tam cały dzień. Uwaga potrzebna jest starszakom.

Nie wypada przyjść z pustymi rękoma!


Ted zawsze tak nam mówi, kiedy wybieramy się do znajomych i zaprzęga mnie do pieczenia ciasta. Kiedy wracasz z noworodkiem do domu, zadbajcie, żeby dzidziuś przyniósł jakieś "wkupne". To nie musi być wielki prezent, raczej coś symbolicznego, co starszaki faktycznie lubią, mały zestaw klocków, przytulankę. To trochę pomaga na początku. Niektórzy mówią, że fajnie też, żeby starszaki pokazały nowemu członkowi rodziny dom. U nas jakoś to nie przeszło. Sam niemowlak z drobnym prezentem wystarczał. Mama powinna mocno przytulić starszaka, pogadać z nim, w miarę możliwości odwlec moment, kiedy bierze noworodka na ręce.

Pozwól sobie pomóc


Zaangażujcie starszaki do pomocy, podawania pieluch, rękawiczek, pomocy przy pchaniu wózka... Pozwól dziecku towarzyszyć Ci przy kąpieli maluszka, jeśli ma ochotę przy karmieniu... Miłości starczy dla wszystkich, wystarczy w siebie uwierzyć.

Tak mi przyszło do głowy, że to my dorośli mamy tendencje to wyobrażania sobie czarnych scenariuszy, dramatów, rwania szat. Dzieci są ufne. Jeśli czują się w domu bezpieczne i kochane, to niewiele jest w stanie zachwiać nim. Jeśli na co dzień Wam ufa, to i tu będzie. Tylko nie spartolcie tego.
Chodź do kuchni! 5 sprytnych sposobów na wykorzystanie resztek

Chodź do kuchni! 5 sprytnych sposobów na wykorzystanie resztek

Jak ja nie lubię wyrzucać jedzenia! Pomijając kwestie materialne, mam z tym moralny problem. Między innymi dlatego zawsze planuję nasze jadłospisy z wyprzedzeniem, to bardzo pomaga zminimalizować ilość wyrzucanego jedzenia. Jednak od czasu do czasu przestrzelę z ilością jakiegoś produktu i wtedy zaczynają się czary...


fot. pixabay/ArtsyBee

1. Mięso, którego nikt już nie chce


Najłatwiej znaleźć je w rosole. Jak mawiała moja babcia "Albo masz dobry rosół, albo mięso" wygotowany kurczak, kawałek miękkiej wołowiny i włoszczyzna. Nikt tego nie chce jeść, więc co z nimi zrobić?

Wołowinę kroję w kostkę, podsmażam z cebulką i robię sos musztardowy, do tego kasza gryczana i surówka z ogórków kwaszonych i pora z majonezem. Poza Zetem, który mięsa nie jada, wszyscy są szczęśliwi.

Kurczaka obieram i wrzucam w towarzystwie włoszczyzny do malaksera, dorzucam czosnek, zioła i mam pastę do chleba, czasem zapiekam z gotowanymi ziemniakami, które zostały z drugiego dania w beszamelu i mam zapiekankę.

2. Ziemniaków w sam raz? Nie u nas!


Ziemniaków zawsze jest za dużo, albo za mało. Kiedy zdarzy się że jest ich za dużo są różne opcje. Oczywiście najprościej jest je odsmażyć, Ale czemu nie zrobić kopytek? Świetnie się mrożą i zawsze dobrze mieć z domu kopytka. Można też zrobić kluski śląskie, ale one najlepiej smakują na świeżo.

3. Mamo, zrobisz zapiekanki?


Pewnie, że zrobię! Lekko przyschnięta bułeczka, końcówka sera żółtego, otwarte kilka dni wcześniej oliwki i odrobina jakiejś wędliny. Niczym Rocky z psiego patrolu: Nie wyrzucam, wykorzystam!

Jeśli akurat nie mam nadmiaru pieczywa, robimy domową pizzę, bo zawsze są jakieś otwarte drożdże. W najgorszym razie dokupię ciasto francuskie, wyżerka prawie ekskluzywna.

4. Coś przyschła ta kiełbaska...


Ale żeby tak zaraz wyrzucać? Przecież można zrobić żurek, fasolkę po bretońsku, albo bigos i dać jej drugie życie! Zresztą nawet najprostsza jajecznica ucieszy się z kiełbasianego towarzystwa, podobnie omlet.

5. Makaronie nie odchodź!

Z makaronem, jak z ziemniakami, zawsze mam problem z ugotowaniem odpowiedniej ilości. Nadmiar odsmażony z jajkiem to jedna z moich ulubionych kolacji, gotowy w kilka minut i pyszny!
Pierwsza kąpiel krok po kroku

Pierwsza kąpiel krok po kroku

Z pierwszą kąpielą dziecka jest tak, że wszyscy trochę się jej boją. To naturalny odruch. Powiedziałabym zdrowy. Można ją trochę odwlec, ale w końcu poczujesz i to dosłownie, że już nadszedł czas.


fot. pixabay/amyelizabethquuin


Trochę myślałam o tym, jak napisać ten tekst, jak ugryźć temat niełatwy do opisania. Pogadałam z kilkoma osobami i stanęło na tym, że to jak trzymać dziecko w wanience zobaczycie sobie na YouTube, a ja napiszę Wam o tym, co ważne dookoła kąpieli.

Temperatura


W pokoju powinno być 21-23 st. Celsjusza. Dziecko, przyzwyczajone do ciepełka będzie gołe i mokre, ma mu być przyjemnie. Jeśli będzie za zimno, będzie nieprzyjemnie i głośno. Ale jeśli przesadzicie... Kiedy Zet się urodził pomieszkiwaliśmy u moich rodziców. Mój tata chcąc wszystkiego NAJ dla pierwszego wnuczka napalił w piecu. Na początku września, a jesień była ciepła w 2010 roku. W efekcie w pokoju było 28 stopni. Pot lał się ze mnie na to biedne wrzeszczące dziecko. Za ciepło, to też źle.
Woda powinna być w takiej temperaturze, że jak zanurzysz w niej łokieć, to jej nie czujesz. Do tego nie jest potrzebny termometr, zaufaj sobie.

Gadżety


Daruj sobie wszelkie podkładki pod dziecko. Przyda się za to pielucha, flanelowa lub tetrowa. Warto nią przykrywać mokrego malucha. Polewając szmatkę wodą z kąpieli sprawiasz, że dziecku jest ciepło.

Bądź szybki i dokładny


Dziecko nie musi spędzać w wannie dwóch godzin. W zasadzie wystarczy 4-5 minut. W tym czasie przetrzyj przede wszystkim zakamarki. Pachwiny, pachy, szyjkę, tam zbiera się martwy naskórek, kiedyś znajoma opowiadała mi, jak nikt jej o tym nie powiedział, więc nie chciała szarpać synka. Młodemu zrobiła się rana pod brodą. Obtarł się od "paproszków" z martwego naskórka. Z wycieraniem podobnie, przyłóż się. Nigdy nie łap dziecka za kostkę, żeby dostać się do pachwiny, zawsze delikatnie, ale pewnie trzymaj jak najbliżej docelowego miejsca, np za udo, za ramię, itd.

Szuru-buru ząbki, buzię


Przed kąpielą naszykuj sobie miseczkę albo szklankę z przegotowaną letnią wodą. Potrzebujesz też gaziki jałowe 5x5 cm i płatki kosmetyczne, najwygodniejsze są te większe. Gazik zawijasz na palcu, zanurzasz w wodzie i przecierasz dziecku dziąsła - to pierwsze mycie "zębów". Dlaczego warto robić to już u noworodka pisałam już tutaj.
Potem bierzesz dwa płatki kosmetyczne, zanurzasz w przegotowanej wodzie i odciskasz. Przecierasz nimi oczy dziecka. Uwaga, ważne! Od zewnątrz (od skroni) do środka (do noska), w ten sposób nie wprowadzisz do oczka zanieczyszczeń. Potem, tymi samymi płatkami przecierasz resztę buzi.

Pielęgnacja kikuta pępowiny


Na to istnieją miliony różnych specyfików i moim zdaniem jeden słuszny - Octanisept. Musisz wiedzieć, że kikut dziecka nie boli, nie boli go też pielęgnacja, jednak te małe łotrzyki często płaczą, kiedy psikasz Octanisept bo jest zimny. Robimy tak, łapiemy za to suche, co wystaje z dziecka, delikatnie psikamy Octanisept dookoła. Bierzemy patyczek (jak do mycia uszu, tylko ten grubszy i tym wycieramy dookoła kikuta. Po jego odpadnięciu robimy tak jeszcze przez kilka dni, powiedzmy do tygodnia, aż całkiem się zagoi. Potem od czasu do czasu wpuszczamy kropelkę oliwki do pępka i też wycieramy patykiem, żeby usunąć brud.

To kiedy kikut odpadnie zależy od grubości pępowiny, Kazikowi odpadł już w 4 dobie, Zet i Ted mieli swoje kikuty ponad trzy tygodnie. Ale ich pępowiny były znacznie grubsze niż małego.

Smarowanko


Tyłek dziecka smarujemy zawsze delikatną maścią natłuszczającą, osobiście najbardziej lubię Linomag. Nie używaj tradycyjnego Sudokremu w słoiczku na zdrową skórę dziecka! Wysusza i powoduje dodatkowe kłopoty, Ty masz natłuszczać. Użyj trochę maści również w pachwinach. W pachwinach dziecka oczywiście. W swoich nie musisz.

Resztę dziecka też smarujemy. Ale pamiętaj nie chodzi o to, żeby było gotowe do smażenia na głębokim tłuszczu. Są kremy, balsamy, oliwki... My używaliśmy ekologicznego oleju migdałowego, czasem z awokado. Nadaje się do jedzenia, to i dziecku nie zaszkodzi. Dosłownie kropelkę rozcierasz na dłoniach i smyrasz dziecko. Ruchy powinny być spokojne i płynne. To bardzo wycisza dziecko.  Staraj się głaskać dziecko zawsze w kierunku serca.

Suche, czyste i posmarowane dziecko ubieramy, dajemy cyca a sobie dajemy buziaka w czółko, udało się! Jutro będzie jeszcze łatwiej ;)
OKIEM ŻYWICIELA: Czy Mama jest ważniejsza niż Tata?

OKIEM ŻYWICIELA: Czy Mama jest ważniejsza niż Tata?

Pojawienie się dziecka, to zawsze rewolucja. Niby coś tam wiesz, bo coś tam słyszałeś od znajomych, może coś przeczytałeś. Ale to zawsze jest szok.

fot. Instagram/matka_zywicielka

Panowie podejdźmy do tego logicznie. Czemu dziecko woli, szczególnie na początku, Mamę? Bo Ją zna dużo lepiej niż Ciebie. Dziecko słyszy od końca pierwszego trymestru , kobieta i mężczyzna wypowiadają podobną ilość słów dziennie (około 16 tysięcy) ale Mama na 6 miesięcy wyprzedzenia, dziecko słyszy każde słowo, które ona wypowiada. Zanim złapało pierwszy oddech, usłyszało około około 2,9 mln słów wypowiedzianych przez Mamę i może z 10 tysięcy słów Taty (jak mówi do brzucha). Dziecko jest przyzwyczajone do rytmu serca Mamy. Zna jej zapach, już w czasie porodu dotyka jej skóry i zaraz po jest przez Nią karmione. Są kumplami.

Potrzebujesz więcej dowodów, że Tata jest trochę w plecy w porównaniu z Mamą na starcie?

U nas potrzeba było około 6 miesięcy, żeby sami chłopcy chcieli przyjść do mnie z rąk Mamy. Podobnie, żeby udało mi się go uśpić. Natomiast nigdy nie było dysproporcji w czynnościach, które dla dziecka są nowe i nie wymagają takiej bliskości jak kąpanie, przewijanie, nawet przy karmieniu pokarmem stałym nie ma jakiejś wielkiej różnicy. Tak po 5 latach nie ma już prawie żadnej różnicy, kto pomoże wejść do wanny, poda syrop czy zawiąże buty, a są i dziedziny w których to  Mama nie ma podejścia do Taty (np. gry komputerowe, rzucanie kamieniami na odległość :) ).

Co można zrobić aby ten początkowy dystans pokonać?

Bądź z dzieckiem, rozmawiaj, przytulaj, tłumacz, wygłupiaj się. Rób wszystko żeby Cię poznało i nie bierz do głowy, że jak Mama wchodzi w pole widzenia to trochę jakby znikasz, wiadomo jest to przykre ale naturalne i przejściowe. Więc pokaż, że jesteś facetem: wciągnij łzy i idź zrobić coś w domu, bo nie zapominajmy, że kiedy młode wisi na Mamie, jak taternik na uprzęży na Orlej Perci przez kilka miesięcy prawie non stop, to trochę wsparcia się żonie przyda.
KULISY SZOŁBIZNESU: Prawdziwa Osobowość Telewizyjna

KULISY SZOŁBIZNESU: Prawdziwa Osobowość Telewizyjna

Sobota niech będzie naszym dniem ploteczek ;) Dziś opowiem Wam o Prawdziwej Osobowości Telewizyjnej, którą wszyscy kochają, a nawet jak nie kochają to znają. Wtargnęła do szołbiznesu z przytupem i w kilka chwil stała się gwiazdą, tak na prędko przypominają mi się trzy anegdoty o niej. To co, startujemy?

fot. pixabay/skitterphoto

Tajemnicą Poliszynela jest, że Osobowość lubi sobie golnąć coś mocniejszego. Prawdę mówiąc, ilekroć miałam z nią do czynienie, zawsze była pod wpływem. Autem przestała jeździć już dawno temu, za co uwielbiają ją warszawscy taksówkarze. Potrafi bowiem cały dzień jeździć z jednego końca miasta w drugi zostawiając sowite napiwki.

Pogoń za wywiadem

O tym, jak bardzo mobilna jest Osobowość, przekonała się kiedyś moja redakcyjna koleżanka. Dziennikarka umówiła się z nią na wywiad w jednej ze znanych restauracji, dowiedziała się, że rozmówczyni owszem była, ale dwie godziny wcześniej, wypiła lampkę ulubionego wina i pognała na drugi koniec miasta do kosmetyczki, bo w barowym lustrze dostrzegła cienie pod swoimi oczami. Szczęśliwie, wiadomo było, gdzie Osobowość poprawia swoją urodę. W czasie krótkiej rozmowy telefonicznej obiecała gwiazda poczekać na miejscu. Jednak podróż dziennikarki trwała dobre piętnaście minut, więc Osobowość znudziła się oczekiwaniem i popędziła do fryzjera gwiazd... dwie dzielnice dalej. Kiedy koleżanka dziennikarka tam jej nie zastała, uznała, że dość już tej pogoni. Zadzwoniła do PR stacji telewizyjnej, która umawiała rozmowę i w ciągu pół godziny udało się umówić z Osobowością w restauracji, gdzie historia się zaczęła.

Pojona słodką kawą i szturchana przez przemiłą panią z PR Osobowość Telewizyjna odpowiedziała na wszystkie zadane pytania. Wywiad się ukazał. Wszyscy zadowoleni. Najmniej księgowa Wydawnictwa, która musiała jakoś uzasadnić, że podróż Dziennikarki do restauracji oddalonej o 5 km od redakcji kosztowała ponad 300 zł.

Święta w gazecie

Święta w redakcjach to zawsze straszny czas. Żebyście w Wigilię mogli zobaczyć, o której na Polsacie będzie "Kevin sam w domu" dwadzieścia kilka osób już pod koniec listopada tłucze nadgodziny, wydzwania Gwiazdy po życzenia, przepisy i inne opowiastki. W jednej z redakcji spadło na mnie wydzwonienie kilku osób właśnie po życzenia. Chodziło dosłownie o kilka słów i przesłanie skanu autografu mailem.

Do Osobowości się nie dzwoni, za kontakty z prasą odpowiedzialny jest Jej Partner.
- Dzień dobry, dzwonię z redakcji XXX, przygotowujemy materiał świąteczny z życzeniami, potrzebowałabym, żeby Osobowość powiedziała kilka słów oraz przesłała skan podpisu, czy byłoby to możliwe? - zapytałam
- W tej chwili nie. Osobowość ma drzemkę, nie jest w najlepszej formie - odparł Jej Partner nieco zbyt szczerze. Była mniej więcej godzina 14. - Jak wytrzeźwieje to jej powiem. - na to zdanie nie byłam gotowa. Umówiliśmy się na kontakt mailowy.

Po kilku dniach odpowiedź nadal nie nadchodziła. Napisałam więc przypominajkę. Po kilku minutach dostałam odpowiedź tej treści: "Chyba się nie doczekamy, ani Pani, ani ja, żeby Osobowość przed Świętami wróciła do formy. Proszę napisać: "Pysznych, wyjątkowych i pełnych radości Świąt, buziaczki" autograf w załączniku. Pozdrawiam Partner Prawdziwej Osobowości Telewizyjnej".

Bankiet, bankiecik, szampanik...

Na jednej z imprez branżowych już przy wejściu Osobowość natknęła się na byłego partnera. Delikatnie mówiąc mają do siebie trochę żali i niechętnie bywają na tych samych bankietach. On czym prędzej udał się do stolika, Ona została w patio. W bliskiej relacji z kelnerem roznoszącym powitalnego szampana. Kiedy wezwano ją na scenę, zjawiło się zastępstwo ze świty Osobowości. Ona w tym czasie oddaliła się do taksówki mówiąc napotkanym w trzeciej osobie: "Osobowość boli oko, Osobowość idzie do domu."

Wcześniej pisałam w KULISACH:




Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger