Chodź do kuchni! Najlepsza tarta z porem na świecie

Chodź do kuchni! Najlepsza tarta z porem na świecie

Moje gotowanie dla stada jest jak sinusoida. Bardzo lubię to robić, ale nie zawsze mam siłę i pomysły na eksperymenty. Zdarza się, że całymi tygodniami serwuję pewniaki, bo rosół i makaron ze szpinakiem robię jedną ręką z zamkniętymi oczami. Ale po tych tygodniach przychodzą inne, pełne fascynujących (dla mnie) i ciut przerażających (dla reszty) eksperymentów. 




Istnieje też faza pośrednia. zwykle zaczyna się od tego, że śni mi się, że jem coś, co kiedyś gotowałam, a potem z niejasnych przyczyn przestałam. Oczywiście mówię o daniach, które wyszły ;) Ostatnio przyśniła mi się tarta. Był czas, że gościła na naszym stole raz w tygodniu, z różnymi farszami. Żywiciel najbardziej lubi tę z porem i na nią podam Was przepis ;)

SKŁADNIKI 

CIASTO:
30 dag mąki
20 dag masła
1 łyżeczka soli

FARSZ:
2 duże pory
30 dag boczku wędzonego parzonego
2 ząbki czosnku
3 jajka
15 dag sera żółtego
20 dag śmietany 18 proc
sól
pieprz
gałka muszkatołowa

WYKONANIE

Do mąki dodajemy sól i pokrojone zimne masło, szybko zagniatamy cisto, formujemy z niego kulkę i wkładamy do lodówki.

Boczek kroimy w paski i wkładamy na suchą patelnię, podsmażamy, osobiście zlewam nadmiar tłuszczu. Pory, a właściwie ich białe części kroimy na ćwierć talarki i dodajemy do boczku, dusimy razem często mieszając. Dodajemy posiekany lub przeciśnięty przez praskę czosnek, sól, pieprz i gałkę muszkatołową do smaku, na koniec dużą szczyptę majeranku. Zestawiamy z ognia i mamy 15 minut na kawę, bo to musi dobrze ostygnąć.



Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni Celsjusza (bez termoobiegu). Formę wyklejamy ciastem łącznie z brzegami. Ciasto nakłuwamy widelcem wykładamy papierem do pieczenia i obciążamy np. fasolą. Wkładamy do piekarnika na 15 minut.



Do miski ścieramy ser, wbijamy jajka, przekładamy śmietanę i pory z boczkiem, dokładnie mieszamy. Ostrożnie wyjmujemy podpieczony spód od tarty z piekarnika i zdejmujemy z niego papier z obciążeniem. Wykładamy farsz z miski i wkładamy od razu do gorącego piekarnika. Pieczeny jeszcze 25 -30 min do zrumienienia brzegów. Wyjmujemy z piekarnika i odczekujemy 10 minut przed krojeniem.



Nakładamy porcje na talerze i przyjmujemy dumnie pochwały współbiesiadników ;) U nas tarta najczęściej występuje jako drugie danie, ale równie dobrze sprawdzi się na uroczystej kolacji w towarzystwie białego wytrawnego wina, chociaż wtedy "zwykły" żółty ser warto zastąpić kozim a przynajmniej rokpolem czy bursztynem, które są znacznie ostrzejsze w smaku niż np. gouda.


OKIEM ŻYWICIELA:  Idole

OKIEM ŻYWICIELA: Idole

Znacie ten stary dowcip? Rosja, Komuna. Pani w szkole pyta dzieci kim są ich idole. Dzieci po kolei odpowiadają: Rumcjas, Gagarin, jakiś znany sportowiec, w końcu przychodzi kolej Jasia. Jasiu wstaje i pełen dumy odpowiada: - Moim idolem jest towarzysz Stalin! - Bardzo dobrze Jasiu, piątka - odpowiada nauczycielka. Jasio siada, wyciąga książkę Karola Maya i mówi: Sorry Winetou, biznes jest biznes.


pixabay/freephotos


Ja jako dziecko jakoś nie mogłem wybrać sobie idola, niby chciałem być jak Robinson Crusoe ale od początku czytania o jego przygodach miałem wrażenie, że przynajmniej kilka rzeczy zrobiłbym inaczej. Bardzo lubiłem słuchać Michaela Jacksona albo Queen ale ani nie znałem tych ludzi, ani nie wiedziałem jacy są w prawdziwym życiu. Często zdarzało mi się fantazjować z kolegami, jakie superbohaterskie moce warto by było mieć, ale zawsze wychodził z tego taki koktajl, że nie sposób było przypisać go jednemu bohaterowi. Do sportowców też mnie jakoś nie ciągnęło, chyba z tych samych powodów, co do muzyków. Zawsze chodziło mi po głowie coś w rodzaju: super kopie piłkę/biega/skacze, ale co jeśli umie tylko to i nic poza tym? Tak samo nigdy nie rozumiałem uwielbienia dla klubów piłkarskich, czy konkretnej marki samochodowej, albo jednego rodzaju muzyki.

Po trzydziestu sześciu latach mieszkania na Ziemi dalej twierdzę ,że nigdy nie miałem idola i chyba nigdy nie będę miał. Oczywiście, jest mnóstwo osób, do których czuję szacunek, lub które czymś mi zaimponowały ale zestaw jest dość oryginalny. Spróbuję tak na szybko stworzyć takie powiedzmy TOP 5 osób na świecie dla mnie:

1. Św. Franciszek z Asyżu - w tamtych czasach głosić pochwałę ubóstwa wbrew kościołowi? To trzeba mieć jaja ze stali. Oczywiście, jego stosunek do kobiet już pozostawia trochę do życzenia ale ma u mnie swój kącik - może przez te obrazki ze zwierzętami w książkach dla dzieci?

2. Robinson Cruzoe - za to, że wrócił na wyspę. Jakbym miał 9 żyć, jak kot to jedno z nich chciałbym przeżyć tak, jak On.

3.Marek Kotański - na niego pierwszego zwracałem uwagę jako dziecko kiedy w telewizji pokazywali "gadające głowy". Zawsze w swetrze, bluzie kiedy inni byli w garniturach i zawsze mówiący brutalnie szczerze.

4. Maksymilian Kolbe - taki Franciszek z Asyżu tylko w czasach prawie współczesnych. Oczy się same pocą jak człowiek poczyta na jego temat.

5. Albert Einstein - za to, że pozwalał swojemu kierowcy prowadzić za siebie wykłady - tak po prostu dla jaj. Mimo tytułów, nagród pozostał wesoły, stąpającym po ziemi człowiekiem.

Jak się zastanowić to ta lista, to nie lista osób ale cech, jakie cenię w ludziach. Mądrość, odwagę, dobroć i nie mniej ważne poczucie humoru. Banał, ale mój banał i przynajmniej nie muszę przepraszać Winetou, a teraz zagadka, kto był producentem butaperki w kolorze foliowym? Dla podpowiedzi dodam,że gość też ma miejsce na mojej liście.
Sposób na TE dni

Sposób na TE dni

Ponieważ ten temat wraca, jak rzeka, dosłownie i w przenośni, postanowiłam się trochę nad nim pochylić. Każda kobieta wie, jak bardzo uciążliwe potrafią być miesiączki. Nie będę tu pisała o możliwych przyczynach takiego stanu. Zakładam, że każda z Was wie, że jeśli boli to idziemy do lekarza. Czasem lekarz odnajduje jakąś bezpośrednią przyczynę, nazwijmy ją patologią i zaleca leczenia. Czasem jednak jest tak, że boli, bo to taki moment w miesiącu i już. Ale czy można sobie pomóc nie sięgając po leki?

pixabay/iirliinnaa


Nie będę Wam mydlić oczu, że doznałam jakiegoś olśnienia z kosmosu. Po roku od porodu, ten temat znów zaczął być dla mnie aktualny. Ponieważ nadal karmię staram się nie łykać garściami leków, tylko radzić sobie inaczej.

Po pierwsze dieta


W czasie miesiączki warto przyjrzeć się temu co ląduje na naszym talerzu. Organizm potrzebuje uzupełnienia niektórych pierwiastków, ale i są potrawy, które pomogą się zrelaksować czy zmniejszyć ból. Zacznijmy od naturalnych uspokajaczy, bo wierzcie mi, to może uratować przyjaźnie, miłość i relacje z panią w mięsnym.

Na obiad przygotujcie sobie tłustą rybę morską, bogactwo kwasów omega-3 i witamina D3 to pewniaki, jeśli chodzi o poprawianie nastroju. Na popitkę warto sięgnąć po napar z rumianku lub melisy, rozluźniają i wyciszają.

Jeśli czujesz, że brak Ci mocy sięgnij po bakalie i orzechy, są bogate w mikroelementy i szybko postawią Cię na nogi. Podobnie zresztą jak produkty pełnoziarniste, które są dodatkowo źródłem błonnika, dzięki czemu zapobiegają zaparciom, co też potrafi popsuć humor. Dobrze zrobi Ci też jogurt naturalny, który pomoże uzupełnić niedobory wapnia, a także zadba o prawidłową florę bakteryjną, dzięki czemu pomoże zabezpieczyć się przed infekcjami.

Unikaj tego, co może powodować zaparcia i wzdęcia. Kebab niech raczej poczeka na lepsze dni, to co robi z żołądkiem może wzmagać ból.

Po drugie ruch


Ja wiem, masz ochotę ograniczyć swój ruch do poprawiania miękkiego kocyka w czasie leżenia na kanapie, ewentualnie klików na pilocie od telewizora. Ale to nie jest dobry pomysł. Sportsmanki w czasie menstruacji osiągają najlepsze wyniki, Tobie nikt nie każe biegać półmaratonów, ale idź na spacer, dotleń się.

Mam taką koleżankę, która zwykła mawiać, że na wszystko odpowiedzią jest joga. Proszę bardzo, jak ktoś ma potrzebę ruchu w czterech ścianach, też się da!




Ćwiczenia pobudzają produkcję endorfiny, czyli hormonu szczęścia, a kto nie chciałby być szczęśliwy?

Uwaga!


Wyrzuć termofor, w czasie bolesnej miesiączki nie rozluźniamy się gorącymi okładami, ani kąpielą w temperaturze lawy. Mogą wywołać krwotok.
Bardzo chory naród

Bardzo chory naród

Kilka tygodni temu podłączyliśmy telewizor, bez szału, mamy tylko naziemną, TVN nie działa i najczęściej zapominamy go włączyć. A jak już włączę, to siedzę z rozdziawioną paszczą, a Żywiciel się za mnie nabija.


pixabay/papafox

Przez ostatnie półtora roku zmieniło się sporo w telewizji, zwłaszcza jeśli chodzi o reklamy. Te jak wiadomo mają krótki żywot, więc wszystkie są dla mnie nowe. Moje spostrzeżenia po odwyku są takie.

1. Aktorstwo najwyższych lotów


Moja ulubiona Pani, to "kobieta gif" z reklamy syropu na wirusy. Jak jej te ręce opadają! Cudowna jest. Lubię też tą dziewczynkę co kaszle w trzech różnych reklamach, tak ładnie się dusi, że nie ma konkurencji w mieście, ale na miejscu jej prawdziwych rodziców poszłabym z dzieciakiem do lekarza, bo nie wygląda, jakby udawała. Co innego pani ginekolog, która tak wymawia "ą" i "ę", że powinna wykładać logopedii. Są też reklamy kosmetyków z gwiazdami. Co prawda, większość z nich kojarzę z jednej roli sprzed lat, a potem w najlepszym razie ze skandali obyczajowych, ale jak mawiała moja dawna redakcyjna koleżanka "Warto o niej napisać, coś w końcu osiągnęła, grała w reklamie szamponu".

2. Prawie zabawnie


Niektóre reklamy z założenia mają być zabawne, tak przynajmniej sądzę. Ale wiele z nich od dawna już nie jest, kiedyś Play miał fajny pomysł na reklamy z gwiazdami. Dziś już nie bawią, ale to i tak pół biedy, konkurencyjna sieć mówiła przed Świętami o łączeniu ludzi i stworzyła reklamę, która powinna dostać nagrodę dla najgorszej w swojej kategorii. Pokazywanie ośmiolatka, który podstępem podmienia numery w komórkach rodziców, których poza nim nic już nie łączy, dzięki czemu spotykają się przy świątecznym stole, jest co najmniej słabe. Kochani twórcy, czy Wy kiedyś mieliście osiem lat? Wiecie ile dzieci zawiedliście? To jest dramat, granie na emocjach najmłodszych. Wstydźcie się. Wstydzić nie muszą się natomiast twórcy reklam Żabki. "Cukier chrzęści" to było mistrzostwo!




3. Nazwy z piekła rodem


Z racji posiadania małych dzieci zdarza nam się w pilnej potrzebie oglądać wnętrzności apteczek znajomych. Niedawno w poszukiwaniu plastra wybebeszona została przed moimi oczami apteczka z takimi gadżetami jak Ketonal Activ, Żywiciel zareagował gromkim śmiechem "a Pawulon Sport też macie?", a to tylko jeden z kwiatków. Z tymi apteczkami mam jeszcze jeden problem, bo w wielu z nich jest mnóstwo środków przeciwbólowych przeniesionych wprost z ekranu, suplementów, uspokajaczy i środków odchudzających, a one często leżą obok leków na receptę, przyjmowanych na stałe. Czy jedno z drugim można łączyć? Nikt tego nie sprawdza, nikt. A tak można się nieźle urządzić.

4. Wnioski o narodzie


Oglądając bloki reklamowe można dojść do następujących przemyśleń. Jesteśmy bardzo chorzy, bo atakują nas wirusy, dużych i małych, bez wyjątku. Wszystkie powodują kaszel, niemożliwym jednak jest ustalenie suchy czy mokry, ale spoko, nie musimy wiedzieć. Wiedzieć za to powinniśmy, co nas wzdyma, bo zanim to pożremy wystarczy łyknąć odpowiednie coś na wątrobę, fajnie, jak to coś nas przy okazji odchudzi, bo jesteśmy otyli, ale są różne wióry, które można przyjąć zamiast jedzenia i jakoś pójdzie. Rwiesz włosy z głowy? Nie przejmuj się niezależnie od tego czy są siwe, czy ciemne, odrosną czarne jak smoła po tym szamponie, co sprawia, że ten pan z reklamy zaczesuje się do przodu. Tylko ja się pytam, gdzie są stare dobre reklamy cukierków, proszków do prania i kukurydzy w puszce?! Tego już się nie używa?
Film o mocno nietrafionym tytule

Film o mocno nietrafionym tytule

Tak, tak wiem, ten film jest w kinach od miesiąca, ale my w końcu dotarliśmy na seans w ostatnią sobotę, więc napiszę kilka słów, bo być może jeszcze się wybieracie i zastanawiacie, czy warto. Mam nadzieję, że pomogę Wam podjąć decyzję.




Pierwsza część tego filmu przypadła szczególnie do gustu Teodorowi i to głównie przez wzgląd na niego wybraliśmy się na sequel. Zarówno plakat, jak i tytuł sugerują, że przygoda Miśka z Północy rozegra się  w Nowym Jorku, nic bardziej mylnego! Owszem nowy król Arktyki jedzie do Stanów w towarzystwie syna Juniora, by odebrać klucz do Wielkiego Jabłka, tam przeżywa fascynującą (no dobra wcale nie aż taki bardzo) przygodę o podłożu kryminalnym. Ale po 40 minutach od rozpoczęcia seansu Miśki wracają na Arktykę.


Popatrzyliśmy na siebie z Żywicielem, oboje pomyśleliśmy to samo - wtopa po całości, bilety, popcorn, nachosy, wyjście na bogato z kompletem dzieci, Kazik siedzi spokojnie, starszaki się wkręciły, a tu koniec. Zdecydowanie za szybko. Ale, ale jest i ciąg dalszy. Bo idąc na "Miśków Dwóch w Nowym Jorku" tak naprawdę idziesz na dwie bajki, tylko krótsze. Druga część historii rozgrywa się w królestwie Miśka, bo po powrocie ze Stanów odkrywa, że ktoś kradnie mu lód. I to całymi wielkimi taflami, pod nieobecność króla zastępował go brat, który pozwolił wywieźć lód z Arktyki, żeby premier tajemniczego Oszukistanu mógł przerobić go na wodę butelkowaną.

Trzeba z tego jakoś wybrnąć i ratować Dom. Tak rodzi się pomysł trójmeczu w hokeja. Nie będę wchodzić w szczegóły, żeby nie psuć Wam zabawy. Film nie jest zdecydowanie produkcją oscarową, nie generuje też salw śmiechu, raczej delikatnie unosi kąciki ust widzów, ale i tak będę się upierać, że jest wart wizyty w kinie. Jest to pozycja idealna dla małych, bardzo wrażliwych widzów. Zdarza nam się czasem wychodzić z kina, albo uspokajać nasze płaczące dzieci, bo w większości bajek następuje moment krytyczny, kiedy to główny bohater cierpi niczym młody Werter, tu tego nie ma. Film jest może i nudnawy dla rodzica, ale stabilny. Nasze dzieci aż podskakiwały w fotelach, a my poszliśmy raczej jako osoby towarzyszące, więc w sumie spoko. Lemingi, jak i w pierwszej części, tak i tu robią robotę.


Junior zupełnie znika w drugiej, znacznie dłuższej części filmu, podobnie jak Nowy Jork, więc polski tytuł umówmy się mógłby być szczęśliwiej dobrany, a tak, jest zwyczajnie mylący. Ale cóż, po "Szklanej pułapce" powinniśmy być przyzwyczajeni ;)
Film ma ładne, choć wyłożone łopatologicznie przesłanie. Warto grać dla drużyny, przedkładać dobro ogółu ponad własne, jeśli sprawa tego wymaga. W czasach, kiedy wielu ludzi żyje w przekonaniu, że są pępkami świata, warto sobie przypomnieć, że czasem trzeba schować ambicje do kieszeni.


Nigdy nie śmiej się z żartu dziecka

Nigdy nie śmiej się z żartu dziecka

Pamiętam, jak dawno temu nawrzeszczałam na Zeta, bo walnął Teda. Młody miał wtedy może z półtora roku, w każdym razie nie mówił za wiele. Po moim wrzasku Ted w oczach brata nagle z wroga zmienił się w najlepszego przyjaciela. O tej pory ciągle zawierają sojusze...




- Chodź Tedziu - powiedział do małego czteroletni Zet. - Nie będziemy z nią gadać, skoro nas tak źle traktuje. Będziemy się bawić razem - dodał cichutko pochlipując.
- Tia! - odparł ledwo odstający od podłogi Teodor i grzecznie podreptał za bratem. Ta sytuacja wybiła mnie z wszelkiego rytmu. Z jednej strony rozczulił mnie obrazek tych dwóch idących w objęciach do wspólnego pokoju, z drugiej miałam ochotę się bronić, bo nikogo źle nie potraktowałam, a z trzeciej... myślałam że walnę ze śmiechu. Takich sytuacji, kiedy bronię jednego przed drugim, a potem ten, który był "ofiarą" staje po stronie "oprawcy" jest w naszym życiu wiele. Są częstsze niż te, w których ktoś odkłada zabawki na miejsce.

Coraz częściej nabijają się ze mnie razem. Ostatnio robiłam obiad, kiedy usłyszałam ich rozmowę dobiegającą znad skrzyni z klockami.
- Fajnego TORTURATORA zrobiłem? - zapytał Zet  z entuzjazmem.
- Nooooo! - odparł podekscytowany Teodor, po czym przemknęli obok mnie.
- Co to jest torturator? - zapytałam w powietrze. Na co odpowiedziało mi głośne parsknięcie śmiechem Obydwu.
- Mamoooo, zlituj się FUTURATOR! - odparł Zet dławiąc się ze śmiechu. Zupełnie, jakby to słowo miało jakieś ukryte znaczenie, miało sens jasny dla wszystkich, oprócz mnie, oczywiście. Już myślałam, że temat padł, bo przecież i tak nie dowiem się o co im chodzi, ale do dyskusji włączył się Syn Średni.
- Mama źle słyszy, pewnie ma brudne uszy - ledwo wypchnął z siebie ostatnie słowa, nieomal leżąc na podłodze.
- Tak i jest stara jak kalafior. HAHAHAHAHAHA - dodał jego równie zabawny starszy brat. Nie pomyślałam, przyznaję, mój błąd. Patrząc na nich turlających się po podłodze ze śmiechu, sama też parsknęłam śmiechem.  I tu pokażę Wam coś, co zobaczyłam kilka godzin później na Instagramie.



To było w piątek. Dziś jest wtorek. Nadal się śmieją. Są straszni, źli, okrutni. Co im ten kalafior zrobił? Przecież wcale nie jest stary. ;)


OKIEM ŻYWICIELA: Dlaczego lubimy krnąbrne dzieci?

OKIEM ŻYWICIELA: Dlaczego lubimy krnąbrne dzieci?

Praktycznie każdy z Nas pamięta jakiś numer, który wywinął w dzieciństwie. On lub ktoś z jego bliskich albo jakieś dziecko znajomych. Numer, po którym zamiast się złościć i gorszyć raczej się uśmiechamy albo wręcz śmiejemy do rozpuku. Oczywiście wiemy, że to było coś nagannego ale jednak się cieszymy. Na przykład kiedy jakaś dziewczynka zamiast po raz n-ty dawać się ciągnąć za włosy zapoznała genitalia kolegi ze swoim kolanem, albo kiedy czyjaś pociecha przynudzającemu Wujkowi powie po prostu "daj mi spokój".



Czy podziwiamy odwagę takiego dziecka? Czy lubimy widzieć budującą się osobowość dziecka? A może po prostu sami często chcielibyśmy się tak zachować tylko ta kultura, konwenanse czy polityczna poprawność?

Myślę, że wszystkiego po trochu, szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy na każdym kroku słyszymy: "nikt Ci nic nie da, musisz walczyć, trzeba być przebojowym" zamiast mantry naszych rodziców "uczciwą pracą ludzie się bogacą".

Wiele jest historii od zera do bohatera, oczywiście część tych "bohaterów" to nalepki na produktach, które powstały w trzewiach wielkich korporacji (szczególnie takie wrażenie mam oglądając nowe teledyski)  ale wiele jest sukcesów, które jeszcze 50 lat temu nie miałyby prawa zaistnieć np. gra Flappy Bird (sukces finansowy bardzo zaskoczył autora) czy chłopiec ze Sierra Leone albo dziewczynka z Flint. Świat przyśpieszył i to bardzo. Czasem ludzie zarabiają fortunę jeszcze zanim skończą szkołę średnią, dzieci zaczynają dorosłość coraz wcześniej i odnoszą sukces dzięki pasji, determinacji i wierze w siebie.

Uważam,że nie ma nic lepszego niż dziecko z silnym charakterem i mądrzy rodzice i nie ma nic gorszego niż takie dziecko i źli rodzice. Silny charakter i wiara w siebie to dary za które zabiliby wszyscy managerowie, dyrektorzy, liderzy. To właśnie za to ludzie płacą fortuny różnym coachom i trenerom osobistym. Jeśli nasze dzieci takie są to IMHO (w mojej bardzo skromnej opinii) połowę wychowywania mamy załatwioną. W końcu nikt nie lubi tępych noży.

Teodor jest idealnym przykładem takiego krnąbrnego dziecka o jakim chciałem Wam opowiedzieć. Swojego czasu był wielkim fanem "Lwiej Straży", pamiętam jak nie chciał wykonać mojego polecenia i w końcu musiałem mu zagrozić usuwaniem nagranych odcinków ulubionego serialu, po pierwszym skasowanym nawet mu powieka nie drgnęła, po drugim minę miał dalej hardą, skapitulował dopiero po trzech usuniętych odcinkach i kapitulacji tej nie towarzyszył krzyk ani płacz, po prostu patrząc mi w oczy powiedział "dobrze zrobię co chcesz". To był ten moment kiedy pierwszy raz pomyślałem,że będzie z niego niezłe ziółko i póki co nie zawodzi w tej kwestii.

6 ćwiczeń by zyskać pewność siebie

6 ćwiczeń by zyskać pewność siebie

Są ludzie, którzy wchodzą do pomieszczenia i natychmiast skupiają na sobie całą uwagę. Wcale nie chodzi o tych ponadprzeciętnie urodziwych czy modnie ubranych. Chodzi o ludzi, którzy wręcz promieniują energią, są pewni siebie (nie mylić z zarozumiałością). Jeśli myślisz "to nie ja, ja wchodzę chyłkiem, nawet nikt głowy nie podniesie", to mam dla Ciebie newsa: tego można się częściowo nauczyć.


pixabay/free-photos


Żeby pójść na przód, spróbuj wykonać kilka prostych ćwiczeń, które kiedyś bardzo mi pomogły i ułatwiły moje życie. Nadal mam mnóstwo do zrobienia w tej kwestii, ale szczerze - jestem lata świetlne od siebie kiedyś. To co? Lecimy?

1. Uświadomienie sobie mocnych stron


Każdy z nas jest w czymś dobry, jeden dobrze gotuje, inny pięknie kaligrafuje. Pomyśl, jestem przekonana, że za jakieś swoje działania zbierasz komplementy. Pozwól ludziom się chwalić, naucz się przyjmować pochwały i nie umniejszaj swoich zasług. Zamiast mówić "to banał, każdy tak potrafi" powiedz "Dziękuję, to miłe, że doceniasz moją pracę." I najważniejsze, jak najczęściej myśl o tych pochwałach, o małych i dużych sukcesach.

2. Nie chowaj się!


Moje kryteria wyboru odzieży przez większość mojego życia były banalnie proste: ubrania musiały być szare i zakrywać mnie od stóp do głów. Nie ważne zima czy lato, spod worków nie było mnie widać, chociaż wcale nie miałam czego ukrywać. Ale tak mogłam przemknąć niezauważona, wtopić się w tłum, póki nie zaczynałam gadać, ludzie mnie nie widzieli. Wszystko zmieniło się, kiedy zaszłam w pierwszą ciążę. Byłam OGROMNA, widoczna z orbity ziemskiej. Tylko ja, mur chiński i piramidy... Moje worki przestały stanowić kamuflaż, przestały mieć sens. Pamiętam, że poszłam wtedy do indiashopu i kupiłam tak zwane alladynki. spodnie, w których zdecydowanie nie ginie się w tłumie. Ludzie uśmiechali się do mnie na ulicy, może przez mój stan, a może dlatego, że moje spodnie były nie mniej widoczne niż brzuch. Potem zaczęłam wybierać bardziej kolorowe ubrania i poszło z górki. Po ciąży kupiłam pierwszą od lat krótką spódniczkę i okazało się, że moje nogi zbierają pochwały.

Zacznij od małej zmiany, zamiast szarego swetra wybierz kobaltowy, albo musztardowy, zakręć loki, zrób coś inaczej i pozwól sobie na przyjmowanie komplementów. Tak jak w punkcie pierwszym, przypominaj sobie pozytywne opinie na swój temat. Pielęgnuj je. Szybko zauważysz, że Twoja sylwetka jest bardziej wyprostowana, a Ty częściej się uśmiechasz.

3. Uśmiechaj się do obcych


Ktoś przepuścił Cię w autobusie, odchodzi przed Tobą od okienka w poczcie, czyta taką książkę jak Ty w pociągu, uśmiechnij się delikatnie. Zobaczysz, że każda z tych osób odwzajemni uśmiech i... poprawi Ci humor. W dobrym nastroju łatwiej iść przez świat z głową w górze. To nic nie kosztuje, a działa cuda.

4. Pytaj, gdy nie wiesz


Po wykładzie, na konferencji, na zebraniu w pracy, kiedy pada pytanie "czy wszystko jasne?" możesz być pewien, że są osoby, które mają pytania. Czemu więc ich nie zadają? Bo brak im pewności siebie. Przełam się. Moja mama mówi "przecież nikt Cie na kolano nie wygnie" i ma dużo racji. Następnego dnia nikt nie będzie pamiętał, że wyszedłeś z szeregu, a Ty będziesz mieć za sobą duży krok na przód.

5. Poznawaj ludzi


Zagadaj do sprzedawcy w aptece, ekspedientki w warzywniaku, widujesz ich często, więc czemu nie dowiedzieć się, jak mają na imię, jakiej muzyki słuchają albo jakie mają hobby? To proste ćwiczenie, ułatwi Ci zawieranie również innych znajomości. Nie krępuj się zagaić kogoś w kolejce, pewnie więcej go nie spotkasz, a przełamiesz swój strach i upewnisz się, że to wcale nie jest trudne.

6. Mów komplementy


Również ludziom tej samej płci. Koleżanka ma piękne buty? Powiedz jej o tym, podobno komplement od kobiety dla kobiety liczy się podwójnie. Jest jeszcze coś, świadczą one o niezwykłej klasie i pewności siebie osoby komplementującej. Przełam się, od razu poczujesz się pewniej.
Przekupstwo, jako metoda wychowawcza

Przekupstwo, jako metoda wychowawcza

Każdy z nas chciałby żyć w świecie, w którym dzieci robią same mądre i rozsądne rzeczy. Jedzą na śniadanie owsiankę, jedyne chipsy po jakie sięgają to te z jarmużu. Oczywiście ich hobby to muzyka poważna, która cichutko plumka w tle, kiedy one sprzątają w swoich pokojach, ewentualnie oddają się pasji poszerzania wiedzy w zakresie filozofii. Niestety, nie znam domu, w którym tak wyglądałby świat. Jak zachęcić Szarańczę do tego, żeby robiła to, co my chcemy?


Instagram/@matka_zywicielka

Zrób to, bo zabiorę Ci zabawkę!


Komputer, deser, nie pójdziesz do kolegi, na basen (niepotrzebne skreślić, właściwe dopisać). Wielu z nas (my również, a jakże!) popełnia ten sam błąd, niby wychowujemy dzieci bez przemocy, staramy się nie krzyczeć, itd., a jednak, co i rusz łapiemy się na tym, że grozimy naszym dzieciom. Oczywiście, staramy się tego nie robić, ale często zdarza się tak, że słowa same płyną z ust i karcimy się wewnętrznie słysząc te same frazesy, których obiecaliśmy sobie nigdy nie wypowiadać. No bo ile można siedzieć przy dwóch stronach lekcji, misce zupy, ile razy można prosić, żeby pokój został sprzątnięty, a klocki odłożone na miejsce. Sfrustrowani posuwamy się więc do gróźb, a tego nie lubimy, bo nie lubimy siebie w roli policjanta.

Oddychaj, tylko powoli, bo dostaniesz hiperwentylacji


Mój pierwszy krok do zmiany tego stanu był taki, że wyobraziłam sobie siebie podnoszącą głos i syczącą na dzieci. Zwizualizowałam swoją minę, z moją dość bogatą mimiką musiałam wyglądać naprawdę wrednie. Nie chcę, żeby chłopaki przywołując we wspomnieniach dzieciństwo widzieli taką matkę. Dlatego mój cel nr jeden był nie marszczyć się, w moim wieku, muszę już myśleć o zmarszczkach, a marszczenie jest tu jak uśmiech, nie opłaca się, więc weź dwa, a jeśli musisz to piętnaście głębokich wdechów, nim warkniesz na dziecko.

żródło


Skoro nie groźbą, to jak?


A no prośbą! Zasada jest taka, że posługujemy się tak zwanym pozytywnym wzmocnieniem. Kiedy tylko możesz chwal dziecko. Postawił buty z boku zamiast na środku? Brawo! Spuścił wodę po sobie, choć zwykle o tym zapomina? Chwal! Bez przypominania odłożył naczynia do zmywarki? Punkt dla niego! Łapiesz się za głowę? Przestań! Chwal za każdą, nawet najdrobniejszą rzecz. Dziecko (dorosły też), które jest wzmacniane, chwalone i doceniane, jest chętniejsze do współpracy, a przecież o to nam chodzi! Jeśli chcesz, żeby Młody Łotr sprzątnął pokój, powiedz "Proszę, poukładaj książki i zetrzyj kurz z półki, a potem zagramy razem w warcaby". Spróbuj, to działa.

Przejdźmy do meritum - przekupstwo


Oczywiście, że to brzydkie słowo, każdy z nas się nim brzydzi i... każdy po nie sięga. W końcu to silny oręż rodzicielstwa. Nie mówię tu o "zjedz fasolkę, to dostaniesz deserek" (niejadek to oddzielny temat), albo nie daj Panie "posprzątaj pokój to dostaniesz pięć złoty", bo takie przekupstwo nie wchodzi w grę. Mówię raczej o małych nagrodach, dodatkowej partyjce w Uno z dzieckiem, albo o przywileju wybrania przez nie filmu na piątkowy wieczór. Kiedyś już pisałam o SYSTEMACH MOTYWACYJNYCH zachęcam do kliknięcia w link, bo to był jeden z bardziej emocjonalnych tekstów, które napisałam, ale i jeden z lepszych.

 

A jakie są Wasze sposoby na ulepszenie świata?

Bardzo lubię przegrywać.

Bardzo lubię przegrywać.

Jak większość facetów lubię trochę rywalizacji. Lubie grać w szachy, karty, kręgle i wiele innych rzeczy, sporą radość daje mi umieszczenie paru paintballowych kulek na tyłku przeciwnika, ale ostatnio przegrałem w dyskusji i było mi z tym dobrze. Nawet bardzo dobrze.


pixabay/3dman_eu


Poszliśmy na krótki spacer z Zygmuntem i jak tylko naszego nogi weszły w ten rytm w którym nie potrzebują mózgu, żeby się poruszać i głowa może zająć się swoimi sprawami. Zet zaczął opowiadać o potworze z Loch Ness. Ostatnio odkrył na YouTubie mnóstwo prawie naukowych programów o różnych niesamowitościach i karmi nas tym jak tylko się damy. Wiedział o tym, że ten potwór to starodawny trik i prawdopodobnie nigdy nie istniał, ale taki młody umysł, jak jego, niełatwo pozbywa się okazji do powołania do życia "zmutowanej współczesnej wersji elasmozaura". Oczywiście, że to mogło być tylko "fejkowe (nowe słowo u Zygmunta) zdjęcie ale mógł to być też eksperyment naukowca genetyka, który wyprzedza swoją epokę, a do tajnej podziemnej bazy, w której prowadzi eksperymenty wchodzi się z drugiej strony planety przez tunel i dlatego nikt tej bazy nie odkrył."

Co prawda szansa na to jest tak mała, że prędzej obstawiałbym, że Jarosław Kaczyński zatańczy kan kana na ślubie Donalda Tuska i Grzegorza Schetyny, co zresztą Zygmunt przyznał, ale zaraz z błyskiem w oku podkreślił, że szansa jednak jest. Miał rację, nadal istnieje maleńka szansa na to, a ja musiałem to przyznać.

Przegrana z własnym dzieckiem to coś bardzo przyjemnego. Nie mogę się doczekać kiedy partyjka w szachy, Wormsy, Heroes of Might and Magic czy bilard będzie prawdziwym wyzwaniem dla mnie i będę mógł starać się z całych sił wygrać. To będzie znaczyło,że moje dzieci zaczynają mnie wyprzedzać, a ja będę mógł zacząć planować wyprawę camperem po świecie w poszukiwaniu dobrego jedzenia i wina z moją żoną, bo skoro są lepsi ode mnie to już nie muszę ich pilnować i asekurować, z chęcią będę im podpowiadał i pomagał, ale będzie to już zupełnie inna relacja, bardziej partnerska.

Przynajmniej tak sobie powtarzam, żeby jakoś dotrwać do tej chwili.
Koniec i początek podsumowanie 2018 i plany na 2019

Koniec i początek podsumowanie 2018 i plany na 2019

Mam problem z podsumowaniami, zwykle unikam ich z całych sił, bo wymagają ode mnie patrzenia w przeszłość, a ja wolę mieć głowę zwróconą przed siebie. Czasem jednak nachodzi mnie potrzeba zamknięcia jakiegoś etapu, po to, żeby do nowego przejść z zupełnie czystą kartą. Już kilka tygodni temu pomyślałam, że ten rok zamknę właśnie podsumowaniem i wyznaczeniem sobie nowych celów.




Rok 2018 nie był w żaden sposób spektakularny. Był rokiem stabilizacji, umacniania tego, co wydarzyło się w 2017. Ale to ten, dziś kończący się był pierwszym pełnym rokiem kalendarzowym na wsi, w szkole, z Kazikiem... Dlatego trochę mu się przyjrzymy.

Miejsce


Dziś już wiem, jak wygląda nasze podwórko i nasza okolica zarówno w śniegu, jak i w upale. Kiedy odbieraliśmy klucze od naszego wiekowego domu, w żaden sposób nie podejrzewałam, że będzie tu aż tak pięknie. W słońcu i w deszczu, z wielkimi kretowiskami na środku trawnika i z błotem na podjeździe. Najpiękniejsze w tym naszym małym białym domku jest to, że rano mogę wyjść w piżamie, spojrzeć na las na pole, zachwycić się sarną, chodzić boso po trawie i pić kawę siedząc na huśtawce. Nikt mnie tu nie ocenia. Jeśli postanowię piec ciasto i okaże się, że nie mam mąki mogę pójść do sąsiadki i pożyczyć biały proszek, bo wszyscy wiemy, że do miasta daleko. Pięknie tu i serdecznie. Mimo wielu ostrzeżeń "pogadamy po pierwszej zimie, czy będzie Wam się tak podobać", przeżyliśmy pierwszą zimę, zaczęła się druga nie zamarzliśmy, śnieg nas nie zasypał, tzn. próbował, ale go odgarnęliśmy.

Ludzie


Oczywiście w tym naszym raju zdarzały się trudne chwile, jak piorun, który uderzył w budynek gospodarczy wyłączając nam prąd, wichura, która miesiąc później porwała nam trampolinę uszkadzając ogrodzenie i uderzyła naszą bramą w przejeżdżający samochód. Były awarie samochodu i pieca w czasie mrozów. Ale za każdym razem pomogli nam ludzie. Sąsiedzi, którzy przychodzili z pomocą, wsparciem i dobrym słowem. Ludzie, którzy prawie nas nie znali zapraszali pod swój dach, oferowali pomoc. Mamy wielkie szczęście do ludzi, a może to po prostu karma, bo sami też staramy się pomagać, kiedy ktoś potrzebuje wsparcia. Tak czy inaczej ten rok pokazał, że trafiliśmy do fajnej społeczności.

Rodzina


Kiedy byłam w ciąży z Kazimierzem, często słyszałam, że pojawienie się trzeciego dziecka to takie zamieszanie, jakby dzieci pojawił się co najmniej dwoje. U nas to się zupełnie nie potwierdziło. A przypominam, że nie mamy pod ręką ani dziadków, ani cioć, które mogłyby nas wesprzeć w codziennych działaniach. Oczywiście zdarzało nam się przywozić moją mamę, kiedy np była impreza w przedszkolu i nie chcieliśmy ciągnąć ze sobą Kazika, ale na co dzień radziliśmy sobie sami. Starszaki bardzo dojrzały przez ten rok, w wielu kwestiach stali się samodzielni, chętniej pomagają w pracach domowych i często pomagają sobie nawzajem. Dojrzeliśmy, wszyscy.


Zdrowie


Przez ten rok nie tylko niewiele chorowaliśmy (poza Kazika pobytem w szpitalu i tak odkrytym refluksem) cieszyliśmy się dobrym zdrowiem, ba, udało nam się odstawić Teodorowi leki, które brał codziennie przez cztery lata. Okazało się, że na naszej pięknej wsi jego astma jest zdecydowanie mniej aktywna. Oczywiście na wiele kwestii musimy uważać, np. stopować go, kiedy biega, ale wyobraźcie sobie, że po czterech latach schowaliśmy sterydy do szafki i nie wyjęliśmy ich od czerwca!


Blog


Tak naprawdę ten rok należał do Instagrama, bo to tak byłam aktywna przez 365 dni! Ha! Systematyczność nigdy nie była moją mocną stroną, a tu udało mi się zrealizować zamierzony plan. W tym czasie dołączyło do nas 500 osób. Mało? Może i tak, ale bez promocji i kombinatoryki. Nawiązaliśmy wiele fajnych znajomości, które w wielu przypadkach mają szansę być kontynuowanymi również poza siecią. Blog w regularnej odsłonie funkcjonuje od października i powiem Wam, że dobrze mi z tym, mam zajęcie, trochę dyscypliny i miejsce, gdzie mogę pisać to, na co nie zawsze mogłam sobie pozwolić pracując w gazecie, gdzie nie ja byłam szefem ;)

Jestem bardzo wdzięczna za ten spokojny rok. Pełen ciszy, uśmiechów i wspólnych chwil. Mam nadzieję, że ten nowy 2019 rok będzie podobny. Mam na niego swoje plany i marzenia. Ile z nich uda się zrealizować? Czas pokaże. Najbardziej chciałabym mieć przy sobie tych samych uśmiechniętych ludzi, którzy każdego dnia sprawiają, że mi się chce. Modlę się, żeby zdrowie i optymizm nas nie opuściły. Żebyśmy mieli siłę, żebyśmy byli konsekwentni. Wam też tego życzę, bo lepszych życzeń chyba nie wymyślę. No może jeszcze porządnej wygranej w Lotto, bo kasa zawsze się przyda ;)


Postanowienia w punktach


Podobno postanowienia jako takie nigdy się nie udają, ale zawsze staram się nadać sobie jakiś kształt planu do realizacji na najbliższe miesiące, wtedy zdecydowanie łatwiej mi się za to zabrać.

1. Wszyscy przyjrzymy się naszej diecie. Niektórzy z nas powinni stracić trochę na wadze innym przydałaby się większa różnorodność. Przed nami kuchenne perturbacje.

2. Precyzyjne planowanie jadłospisu, kiedyś już to robiliśmy i to się sprawdzało, ostatnio odpuściłam, a szkoda, bo to daje sporą oszczędność czasu i kasy, a także gwarantuje większą różnorodność na naszych talerzach.

3. Będę ćwiczyć. Serio. Pierwszy raz piszę to głośno. Na zdjęciu z Sylwestra 2019/2020 będę posiadaczką fit ciała :D

4. Ten rok będzie należał do bloga. Dziś jest Was tutaj 2500 osób miesięcznie. Za rok będzie dwa razy tyle ;)

5. Urządzimy salon. Po półtora roku mieszkania w naszym domu wiemy, jak mniej więcej powinien on wyglądać. Jakbyście mieli zbędne meble z PRL biorę :) Odnowimy i damy im nowe życie w naszym domu.

6. Spędzimy jeszcze więcej czasu razem. Obejrzymy z dzieciakami trochę pięknego Mazowsza, a jeśli środki na to pozwolą również innych zakamarków Polski.

7. Będę więcej szyć

8. Zajmę się w końcu moim "Secret Project" uda się, musi .


Żeby Nowy Rok nie bolał, czyli sposoby na kaca

Żeby Nowy Rok nie bolał, czyli sposoby na kaca

Naturalnie mam świadomość, że moi Czytelnicy to anioły w ludzkiej skórze i żadno z Was w życiu się nie napruło, ale podobno kiedyś musi być ten pierwszy raz. Więc gdyby miał on przypaść na poniedziałek, czyli najbliższego sylwestra, to mam parę patentów (oczywiście zasłyszanych ;) ), żeby aż tak bardzo nie bolało. Przeczytajcie, tak na wszelki wypadek, może nie Wam, ale komuś pewnie się przyda. 

nickgesell/pixabay

Nim wystrzelą korki


Oczywiście te od szampana, nie Wasze. Przygotowanie do imprezy sylwestrowej (i każdej innej zaplanowanej nocy przy czymś mocniejszym) warto zacząć... dobę przed. W niedzielę wywietrz sypialnię, zjedz lekką kolację, weź odprężającą kąpiel i połóż się wcześniej do łóżka. Nie bierz do ręki telefonu, nie włączaj telewizora. Musisz porządnie wypocząć. Alkohol to jest takie podstępne bydle, że niewyspanych atakuje szybciej, więc przechytrz go i się wyśpij.

Rano w miarę możliwości zrezygnuj z kawy, wypłukuje minerały, a Tobie mogą się przydać, ale przecież wyśpisz się, więc dasz radę bez ukochanego latte. Teraz pora na śniadanko - dziś dieta precz, zjedz jajecznicę na boczusiu, tłuszczyk jest Twoim sprzymierzeńcem. Nie zapomnij też o porządnym obiedzie, rosołek będzie jak najbardziej na miejscu.

It's party time!


Żywiciel opowiadał mi kiedyś historię, jak razem z innymi kolegami ubrani w garnitury popędzili na osiemnastkę znajomego. Impreza odbywała się w stodole i poza nimi wszyscy byli w szeleszczących dresach i mieli posturę raczej Pudziana niż Michała Szpaka. Ewidentnie chcieli elegancików upić. Ale chłopcy w garniturach nim wlali w siebie pierwszą dawkę procentów zjedli flaczki, schabowego i suróweczkę. Na porządnym podkładzie przetrzymali wszystkich. Ty też pamiętaj o jedzeniu. Dziś nie ma diety, to ustaliliśmy w poprzednim akapicie.

Upewnij się, że blisko Ciebie stoi dzbanek z wodą. Niezależnie od tego co pijesz, po każdym drinku wychyl szklankę wody niegazowanej. Nie daj się też namówić na szybkie kolejki. Raz na 20 minut to maksymalne tempo. Chyba, że planujesz skończyć imprezę przed północą. Staraj się też unikać gazowanych napoi. Dwutlenek węgla przyspiesza wchłanianie alkoholu, więc zamiast wódki z colą wybierz raczej tę z sokiem pomarańczowym lub żurawinowym, mają dużo witaminy C, a ta pomaga rozkładać procenty. Będzie łatwiej trzymać pion.

Czas do domu


Skoro już udało Ci się bezpiecznie dotrzeć do łóżka wykorzystaj chwilę przed snem i... napij się dużo wody, warto też łyknąć tabletkę witaminy C (patrz poprzedni akapit). Umyj dokładnie zęby i weź chłodny prysznic. Zasłoń i uchyl okno i idź spać.

Kiedy nowy dzień jednak boli


Weź, porządny prysznic z szorowaniem skóry, pomoże organizmowi pozbyć się toksyn. Na śniadanie zjedz... żurek, albo kapuśniak dobra będzie też ogórkowa, każda zupa z elementem kiszonki czyli bogactwem witaminy C będzie Twoim sprzymierzeńcem. Wody od ogórków nie wylewaj, śmiało możesz ją wypić. Poza tym pij wodę niegazowaną i napoje izotoniczne, pomocny może okazać się też bogaty w potas sok pomidorowy. Zamiast tabletki na ból głowy postaw na spacer, przewietrzenie głowy pomoże pozbyć się toksyn i dotlenić komórki.

Dasz radę, w końcu następny Sylwester dopiero za rok ;)
Najlepszy nebulizator

Najlepszy nebulizator

Kiedy Zygmunt miał około półtora roku odkryłam, że istnieje coś takiego jak nebulizator. Poszłam z nim do lekarza, który orzekł niegroźną infekcję i zalecił inhalowanie dziecka solą fizjologiczną. Wtedy padło pytanie o posiadanie owego sprzętu. Nie mieliśmy. Popędziłam więc do apteki, żeby go kupić, nie było. W pierwszej, drugiej, trzeciej... Kiedy w końcu na jakiś trafiłam, kupiłam go. Siedem lat później nebulizator padł, a ja muszę wybrać nowy, tym razem nie zdaję się na przypadek.


Dokładnie taki mamy teraz, ale działa już tylko na boku :(

Kupując naszego Omrona miałam sporo szczęścia. Okazało się, że sprzęt jest cichy i wytrzymały, nie jest jednak pozbawiony wad. Ale po kolei. Kiedy trafiłam na nasz nebulizator nie miałam pojęcia, że inne modele... działają inaczej. Znajomi, którzy byli świadkami naszych zabiegów niezmiennie zachwycali się, jaki nasz inhalator jest cichy. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że dla Zygmunta hałas jest problemem, myślę, że przypadkiem uniknęłam wielu nerwowych sytuacji, jak dziecko uciekające przed hukiem.

Kiedy okazało się, że Teodor ma astmę dalej mieliśmy nasz nebulizator. W pierwszym roku leczenia działał mniej więcej non stop, a trzy razy dziennie minimum, potem rzadziej, ale nadal, na tle innych domów był mocno eksploatowany i dawał radę. Wtedy już miałam wobec niego pewne zarzuty. Szpitalny sprzęt nie miał tego małego plastikowego elementu, który wiecznie (czasem dwa razy w czasie jednej inhalacji) trzeba czyścić, bo inaczej lek nie jest podawany. Czasem, choć nie do końca wiem od czego to zależy, lek podawany jest znacznie wolniej, niż byśmy sobie tego życzyli. Ale nadal działał.

Mamy znajomych, którzy ze swoich inhalatorów korzystają dużo mniej a w czasie żywota naszego jednego przerobili kilka modeli. Naszego nebulizatora nikt nie oszczędzał, nie raz upadał, również w trakcie pracy, bywał zalany lekiem, filtr powietrza zgubił się już dawno... Jeśli więc szukacie nieśmiertelnego nebulizatora do sporadycznego leczenia, a do tego zależy Wam na niewielkich rozmiarach i cichej pracy - bierzcie Omrona. W ciemno. Jest pancerny.

My potrzebujemy czegoś, hmm... No właśnie, jak wybrać dobry nebulizator? Trzeba zacząć od tego, jaki jest dobry. Bo dla każdego będzie to oznaczać coś nieco innego.

Rozejrzałam się trochę i sporządziłam listę cech sprzętu idealnego.
1 Rozmiar nie ma znaczenia, serio mój nebulizator może być wielkości szafy trzydrzwiowej i taczkę w komplecie, dam radę.
2. Nie może być głośmy, powiem wprost, musi się w czasie inhalacji dać oglądać bajki
3. Musi szybko podawać lek, nikt nie ma ochoty siedzieć przy 2 ml pulmicortu trzy godziny
4. Żadnych ruchomych kawałków, ćwiczyliśmy to z naszym Omronem. Kiedy masz wrzeszczące dziecko i żadnego supportu pod ręką, kręcenie plasticzkiem, żeby zobaczyć, czy leci para to słaby pomysł.
5. Łatwe czyszczenie, tak, żeby dało się umyć go jedną ręką


Wybrałam kilka modeli, które mają szansę spełnić nasze oczekiwania, może macie z którymś doświadczenia? Coś możecie polecić, albo przeciwnie - odradzić?



MEDEL ma bardzo dobre opinie w internecie, ale ma chyba to samo małe niebieskie coś (w zbiorniku na lek), które przeszkadza mi w Omronie.


Takiego używaliśmy z Kazikiem w szpitalu, ale to tylko tydzień, może ktoś z Was ma dłuższe doświadczenia?


To jest mniej profesjonalna wersja poprzedniego, jest połowę tańszy, więc trochę kusi, ale biorę pod uwagę, że ten sprzęt zostanie z nami kolejnych 7 lat, więc pytanie, czy jest sens aż tak oszczędzać?


Ten jest malutki i ma funkcję automatycznego czyszczenia, co trochę mnie kusi, ale mam obawę przy takim sprzęcie, czy będzie trwały? Czy ktos z Was ma Inteca?

Podpowiedzcie, na co jeszcze zwrócić uwagę. A może macie inhalator, którego tu nie wymieniłam, a jest jedynym słusznym? Liczę na Was ;)
Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger