Zaręczyny nieidealne czyli komedia pomyłek

Zaręczyny nieidealne czyli komedia pomyłek

Zabieram się do tematu jak co roku, jak koń pod górę, ale w końcu, nie do końca w terminie, napiszę pewną historię. W niedzielę minęło dokładnie 12 lat od momentu, jak Michał mi się oświadczył. Niby nic wielkiego,rocznica, jakich wiele, ale dla mnie chyba ważniejsza, niż ta ślubu. Bo to wtedy 23 lutego 2008 roku zapadła decyzja o spędzeniu razem życia. Ślub był tylko przypieczętowaniem. Ale nie o moralnych dylematach będę pisać.



Normalne zaręczyny, zwłaszcza takie zaplanowane w szczegółach, powinny być pełnym miłości i pozytywnych wzruszeń dniem. Ale nie u nas. U nas musiała się odbyć czeska komedia pomyłek. Nim pamięć zatrze szczegóły chciałabym zapisać tą historię, żeby kiedyś móc przeczytać ją z mniejszym lub większym wzruszeniem. Wybaczcie, nie będzie poprawnie politycznie. Nie będzie też obiektywnie. Opowiem to tak, jak ja to widziałam.

Nie było zaskoczenia


Z Michałem poznaliśmy się w pracy, było trochę tak, że moglibyśmy napisać podręcznik, jak krok po kroku zostać parą i uszczęśliwić wszystkie ciotki. Polubiliśmy się nieomal od pierwszego wejrzenia, ale jakoś nie przychodziło nam do głowy, żeby zostać parą, zresztą ja byłam wtedy w związku. Kiedy się zakończył, nadal się kolegowaliśmy, po roku zaczęliśmy się spotykać, po kolejnym wybieraliśmy się na wspólne wakacje, mieliśmy lecieć w rocznicę pierwszej randki,więc spodziewałam się, że w Tunezji Michał mi się oświadczy. Ale tydzień wcześniej zaprosił mnie do Krakowa. Po zawartości lodówki (nie będę wchodzić w szczegóły, to był nasz wcześniej umówiony znak, że robi się poważnie) odkryłam, że pierścionek dostanę wcześniej.

W drogę


Pojechaliśmy nocnym pociągiem do Krakowa, na miejscu byliśmy tuż przed piątą rano. Rozbawieni wysiedliśmy na Dworcu Głównym i zobaczyliśmy, że automatyczne drzwi rytmicznie zamykają się i otwierają, zacinały się... na czarnym worku ze zwłokami. Dookoła pełno policji. Nie znamy historii nieboszczyka, ale trudno mi się było wyzbyć przekonania, że nie jest to najszczęśliwszy z omenów, jaki chciałoby się w takiej sytuacji natrafić. Zacisnęliśmy zęby i ruszyliśmy przed siebie, udając, że nic się nie stało.

Zwiedzanie


Moje długie rozwiane włosy, bagaże, bo przecież jest rano, a nocleg mamy zarezerwowany gdzieś i od którejś, ale nic nie wiem. Przecież wszystko sam zorganizował i wszystko jest niespodzianką. Łazimy, dźwigamy, marzniemy, luty, mróz, wiatr. Wawel na górce, wieje bardziej niż na płaskim, ale idę po pierścionek, to idę, czapki nie założę, bo fryzurę popsuję, a przecież będziemy robić pamiątkowe zdjęcie z moim diamentem, muszę dobrze wyglądać. Obeszłam całe to wzgórze, przemarzłam na kość, a mój Luby mówi: "Teraz Kopiec Kościuszki". Dobra, trudno, tam już na pewno full romantic, pamiętałam, że jest tam jakaś restauracja, pora już prawie obiadowa, więc w sam raz. W mojej głowie na górze czekają na nas kwiaty, pierścionek, świece, skrzypek i Bóg wie, co jeszcze. Wiatr wieje tak, że nie odbiera już nawet radio w telefonie, dobrze, że jest się czego złapać, to mnie nie zwiewa, idę, w myślach przeklinając kreatywność przyszłego narzeczonego, w głowie powtarzam sobie "idę po brylant, idę po brylant".  Miałam 23 lata i swoje priorytety, już od jakiegoś czasu zostawiałam na wierzchu reklamy z W. Kruk, gdzie królowały piękne diamenty osadzone w idealnej koronie.

W drodze na Kopiec mijają nas schodzący z góry ludzie, wszyscy mówią, że na górze ciężko wytrzymać, straszny wiatr, ale widok piękny. Mówią to wszyscy, nawet... niewidomy z białą laską. Czyżby kolejny znak? Weszliśmy na tę górę, usta poprawiłam, włosy schowałam pod szalikiem, żeby widzieć cokolwiek, żeby nie powybijały mi oczu, bo latają dosłownie wszędzie, tęga wichura. Zimno mi nawet w rzęsy. Luby reflektuje się i zaprasza mnie na herbatę i ciastko do knajpki na górze. Wchodzimy siadamy, herbata ciastko. "Rozgrzałaś się?" - pyta. "Mhm" - mruczę wyciągając zziębniętymi dłońmi resztki ciepła z kubka po herbacie. "To super! Możemy schodzić". Znacie ten gif z zagubionym Travoltą? Tak mniej więcej musiałam wyglądać, bo kelnerka parsknęła śmiechem. Przez moją głowę przebiegła myśl, że coś mi się przyśniło, pierścionka już nie będzie. Wymarzłam, jak idiotka, a on wcale nie planuje mi się oświadczyć. Trudno, jego strata!

Na dole Michał zerknął na zegarek i oświadczył, że musimy się pospieszyć, bo umówił się z koleżanką. Dacie wiarę? Po tym wszystkim, jak usłyszałam o jakiejś koleżance, o której wcześniej nawet się nie zająknął, oświadczyłam, że mam jego koleżankę w poważaniu i wracam pierwszym pociągiem do Warszawy. Całkiem skutecznie udało mi się wyprowadzić Go z równowagi i nim dotarliśmy na miejsce spotkania z ową koleżanką, żadne z nas się już nie odzywało. Stary chyba zorientował się, że atmosfera z deka przyklapła i próbował mnie udobruchać. Ale wiecie, ja miałam poczucie, że ON ZABRAŁ MI MÓJ PIERŚCIONEK, wymroził mnie, zniszczył tym wiatrem (w tym momencie, to już i wiatr był z jego winy) moją fryzurę i jeszcze umówił się z jakąś laską, która zapewne spała w nocy, nie widziała żadnego trupa przed świtem i nie marznie obładowana tobołami od 10 godzin łażąc za wyimaginowanym pierścionkiem.

Przyjechała, oczywiście: piękna, uczesana, własnym autem i stwierdziła, że podrzuci nas do Wieliczki, bo koniecznie musimy zobaczyć kopalnię, a ona akurat jedzie w tamtą stronę. Nie pamiętam już o czym rozmawialiśmy, ale skuszona perspektywą ciepłego obiadu w kopalni stwierdziłam, że ostatecznie, choć tyle będę mieć z tego wyjazdu.

W Kopalni ciutkę dziwnie


Kolejki do kasy, my siadamy i czekamy, Michał odmawia zakupu biletów, mówi, że zaraz, czas mija. Pozbawiona nadziei myślę sobie "pewnie czeka, aż na dole też zacznie wiać". Nagle głos z głośnika przemawia "Pan Marcin Sobolewski proszony do kasy". Michał wstaje, rumieni się. - Po co idziesz, przecież masz na imię Michał - mówię, jakby to było coś odkrywczego, jakby on przez tych 26 lat nie załapał, jak ma na imię. - Muszę, to ja, chyba coś zgubiłem - odpowiada pokrętnie. Po chwili macha na mnie ręką, idę do niego. Mózg prawdopodobnie wywiało mi jeszcze na Kopcu, bo zupełnie nie widzą nic dziwnego w tym, że każda z wycieczek schodzących na dół liczy po czterdzieści osób, nasza dwie plus przewodnik. Schodzimy, przewodnik opowiada, słucham, zachwycam się. To nie jest moja pierwsza wizyta w kopalni, ale geologię kocham miłością bezgraniczną od zawsze, znalezienie się tak głęboko pod ziemią, podziwianie wnętrza Ziemi, niezmiennie robi na mnie wrażenie. Opowieści o świętej Kindze, o górnikach, podziemnych kanarkach, koniach, które nigdy nie widziały słońca, zawsze robią na mnie wrażenie. Słucham jak zaczarowana, dotykam, chłonę, tracę czujność. Podziemne jeziora słonej wody, gra świateł, to czaruje, porywa, nie czujesz kilometrów w nogach, jesteś w innym, magicznym świecie. Wychodzi Skarbnik Kopalni.

Legendarna postać, a raczej kiepski aktor w wysłużonym kostiumie i ze sfilcowaną brodą, zaprasza nas do siebie, lekko rozbawiona schodzę po schodach, zapalają się światła, kontem oka widzę, jak Michał podaje przewodnikowi aparat, na krysztale soli leży pierścionek, zupełnie inny od tego wymarzonego, z koniakowym brylantem, łapkami, które będą wiecznie zahaczać o obrączkę, za duży. Idealny. On nie klęka, tak to wymyślił, mamy być partnerami, nie prosi,nie zdążył nawet odstawić na bok torby z laptopem, tylko pyta, zanim postawi znak zapytania na końcu zdania, ja już kiwam głową. Jestem narzeczoną.

To tam pod ziemią zapadła najważniejsza decyzja w moim życiu. Koleżanka, okazała się wedding planerką, która pomogła wszystko zorganizować, pierścionek dotarł do Krakowa w dniu naszego przyjazdu, więc zawożąc do kopalni nas, zawiozła też mój diament. Mało brakowało, a cała akcja ległaby w gruzach. Podobnie, jak moja niespodzianka dla Michała, która miała być rewanżem za pierścionek. Ale o tym innym razem.
Gry planszowe dla dwulatka i całej rodziny

Gry planszowe dla dwulatka i całej rodziny

Mając dzieci w różnym wieku często stajemy przed dylematem, co zrobić z najmłodszym, kiedy starsze chcą grać w planszówki. Dwulatek nie jest najbardziej cierpliwym graczem, zwłaszcza, że niekoniecznie rozumie zasady. Ale kiedy można zacząć wprowadzać dziecko w świat  gier planszowych? Moim zdaniem im wcześniej, tym lepiej. 



Oczywiście nie będę namawiać Was do rozpoczynania rozgrywek z dwulatkiem od Monopoly, ale zaskoczona jestem, w ile gier z takim maluchem można grać. Ile jest na rynku planszówek skierowanych właśnie do najmniejszych dzieci. Dziś zabiorę Was w świat Pucia.

Obrazkowe domino


Jeśli znacie puzzle z Puciem, to dokładnie w takim sześcioboku, jak one znajdziecie też domino. Nie będę Wam pisała, jak się gra w domino, bo to większość ludzi ogarnia. W roli kostek występują grube kartoniki z zaokrąglonymi rogami. Zamiast oczek mamy Pucia, Micię, Bobo, Kota i Psa. Po drugiej stronie kartoników znajduje się klasyczne domino z oczkami, tak, żeby można było zagrać też ze starszymi dziećmi.





Gdzie to położyć


Klasyczna nauka przez zabawę. Sześć domowych pomieszczeń w postaci plansz oraz kartoniki z różnymi przedmiotami. Czy wiesz, gdzie odłożyć parasol? A portret dziadka, albo pieluszki? To doskonały sposób nie tylko na rozwinięcie spostrzegawczości i wiedzy poznawczej u malucha, ale też nauczenie go, że wszystkie rzeczy w domu powinny mieć swoje miejsce, w czasie zabawy można np. wytłumaczyć dziecku,że zostawienie kocyka na kuchence może być niebezpieczne. Poza tym w zestawie znajdują się pionki z ulubionymi bohaterami książek o Puciu, których można dowolnie rozmieszczać w domu. Starsze dzieci też świetnie bawią się w czasie robienia psikusów i chowania maminych kapci w kuchni. Dla ułatwienia, w instrukcji znajduje się ściąga, dzięki której łatwiej odłożycie przedmioty na miejsce.










Dlaczego warto grać z dziećmi w gry planszowe?


Po pierwsze dlatego, że rozwijają zdolność logicznego myślenia, spostrzegawczość i uczą, że na swoją kolej czasem trzeba poczekać. Uczą, jak zachowywać się kiedy wygrywamy i kiedy przegrywamy. Powodów jest znacznie więcej, ale i gier jest więcej, ale o kolejnych opowiem już niedługo.
Drugim okiem: Sposoby na dorobienie, o jakich my mogliśmy pomarzyć

Drugim okiem: Sposoby na dorobienie, o jakich my mogliśmy pomarzyć

Może nie jestem ekspertem w dziedzinie zarabiania pieniędzy, jakbym był to pisałbym do Was z jachtu na Karaibach, albo z willi nad jeziorem Como, ale pomyślałem sobie, że Wam/Nam rodzicom opowiem o sposobach w jakie w dzisiejszych czasach praktycznie każdy może sobie dorobić i myślę, że są to niezłe sposoby dla nastolatków. W końcu czasy się zmieniają i coraz bardziej liczy się samodzielność i kreatywność, a o paru z tych sposobów jestem przekonany, że nie słyszeliście.


pixabay

1. Sprzedawanie przedmiotów/postaci w grach. 


Co prawda sporo gier tego zabrania, ale nie wszystkie i czasem pasję i zabawę można przekuć w dodatkową kasę. Czasem zaskakująco dużo kasy. Są ludzie, którzy naprawdę poważnie podchodzą do grania w gry, szczególnie gry online (czyli już praktycznie wszystkie) i są skłonni wydać na to naprawdę spore pieniądze. Jakiś czas temu pochwaliłem się Zygmuntowi złapanym przeze mnie pokemonem (tak gram w Pokemon Go), a On stwierdził, że nieźle, bo tego to już można by sprzedać za około 10 zł, niby grosze ale w 2018 roku sprzedano skórkę do broni w grze Counter Strike Global Offensive za 61 tyś. dolarów, a to już kwota nie do pogardzenia, szczególnie, jeśli to po prostu bonus do dobrej zabawy.

2. Twitch i inne serwisy streamingowe. 


Można grać w gry, a można chcieć oglądać ludzi, którzy grają w gry i wcale nie chodzi o to, żeby być półnagą dziewczyną, która przed kamerką prezentuje swoje walory trzymając pada. Ludzie naprawdę płacą z własnej woli za oglądanie jak ktoś gra w grę.

3. Krótkie serie i loterie. 


Firmy odzieżowe albo obuwnicze wypuszczają czasem krótkie serie ubrań lub butów (naprawdę krótkie, czasem 200, 300 sztuk na Europę) i można zapisać się do loterii i wygrać możliwość nabycia takiego produktu. Kolega opowiadał mi o tym, że jego syn kupił buty w rozmiarze 45 (rozmiar też się losuje :), podobno najdrożej można odsprzedać te najmniejsze, bo z chęcią kupują je Azjaci) za 400zł i tuż po wyjściu ze sklepu odsprzedał je za 1200 zł. To już jest moim zdaniem sensowne kieszonkowe.

4. Etsy.com i inne platformy do sprzedawania rękodzieła przez internet.


Wymieniam Etsy, które działa na całym świecie ponieważ w Polsce rękodzieło ma dużo mniejszą wartość niż za granicą, a wysłanie czegoś na inny kontynent nie stanowi problemu.

5. Statystowanie


To jest akurat coś czego sam kiedyś próbowałem, nie wiem jak jest teraz, ale kiedyś można było dostać 50 zł, herbatę, a czasem i obiad za dzień, czasem były to dwie godziny, a czasem 10 ale zawsze można przy okazji strzelić selfika z kimś znanym albo zobaczyć jak się robi filmy czy seriale.

6. Tik tok, Instagram, YouTube i cała reszta


Tutaj podobnie jak na twitchu można budować swoje społeczności i zarabiać na odsłonach, współpracach, barterach i innych cudach.

7. Animacja 


2-3 godziny na przyjęciu urodzinowym jakiegoś dziecka i stówka albo dwie w kieszeni, a przy okazji jaka szkoła życia? Wystarczy trochę gadżetów i ogarnięcie transportu.

Oprócz tego jest jeszcze oczywiście mnóstwo sposobów, ale albo wymagają już konkretnych kompetencji albo są nie do końca legalne, a wypełnianie ankiet to z kolei ślepy zaułek. Ważne jest również, żeby wytłumaczyć różne kwestie dziecku jeśli będzie chciało próbować samo zarabiać, chyba, że lubimy smutne listy ze skarbówki albo wizyty policji. Bardzo chciałbym, żeby moje dzieci próbowały różnych sposobów zarabiania, żeby zdobywały doświadczenie i umiejętności, może dzięki temu unikną monotonii etatu albo znajdą swoje pasje. A Wy uważajcie, może dziecko biegające ze smartfonem albo siedzące przed komputerem nie marnuje czasu na głupoty, tylko robi właśnie interes życia.
Rzecz o strachu, nie tylko dla cykorów

Rzecz o strachu, nie tylko dla cykorów

Dziś będzie szybki post, nieomal telegraficzny. Ale nie bójcie się. Bo właśnie o "niebaniu" będziemy mówić. Czujecie czasem strach? Każdy czuje, no dobra, może nie każdy, bo są ludzie cierpiący na chorobę Urbacha-Wiethego, oni nie boją się nigdy, ale jest ich tylko kilkuset na świecie. Na szczęście, bo strach pomaga przetrwać, a oni zamiast strachu czują ciekawość, co jest słabe, np. jak stajesz oko w oko z lwem. Lepiej jest uciekać, niż patrzeć z zainteresowaniem. Lwy nie lubią jak się tak na nie patrzy.



Strachu nie należy się bać. On jest naszym przyjacielem, mechanizmem obronnym, który od wieków pomaga ludziom przetrwać, bo jak się boimy w naszym organizmie dzieją się różne rzeczy. Lepiej widzimy, szybciej biegamy, wyżej skaczemy i... spinamy pośladki. To strach nie pozwala nam skoczyć w przepaść, dzieciom wsiąść z nieznajomym do auta.


"Nie bój się" to książka, którą powinno przeczytać każde dziecko


Napisana przez czeską autorkę Miladę Rezkową, z niebanalnymi ilustracjami Lukasa Urbanka i Jakuba Kase książka jest zabawna w formie i tekście opowieść o tym, że strach jest potrzebny. Dzieci dowiedzą się z niej, że strach nie tylko nie jest zły, ale jest też pierwotną emocją, która pozwala naszemu gatunkowi przetrwać. Czytelnik dowiaduje się z niej, że są różne rodzaje strachu, że każdy się czasem boi i że są sposoby na poradzenie sobie z różnymi lękami.



To prawdziwa encyklopedia strachu


Dzieci dowiadują się z niej skąd pochodzi to słowo, jak brzmi w różnych językach. Skąd się bierze, np. czy produkuje się go w fabryce, albo wychodzi z diabelskiego zadka. Autorzy postanowili też wyjaśnić odbiorcom, że rodzice nie zabraniają im różnych rzeczy po to, żeby popsuć im zabawę, ale dlatego, że boją się innych rzeczy niż potomstwo, bo doświadczenie uczy nas, że pod łóżkiem nie mieszka potwór, ale z drzewa można spaść i się połamać. To całkiem inne spojrzenie dla takiego małego człowieka. Bo przykłady są bardziej namacalne, niż matczyne "Nie możesz, bo boję się, że spadniesz"


Poznacie wiele twarzy


Dowiecie się, czym są koszmary, fobie, czym przestrach różni się od lęku i jak sobie z tym wszystkim poradzić. Jeden rozdział zwrócił moją szczególną uwagę. Chodzi o wytłumaczenie, że agresja jest bliską kuzynką strachu, konkretnie szaloną ciotką, którą można kontrolować. Opowieść o wiosce, w której wszyscy byli jednakowi i nagle pojawili się w niej nowi mieszkańcy, którzy byli inni, inaczej wyglądali, inaczej się ubierali i zachowywali. Rdzenni mieszkańcy bali się tej inności i postanowili zrobić przybyszom krzywdę, ale jeden z ich współbraci przyznał, że podróżował po świecie i widział, że w innych zakątkach świata ludzie są różni, co nie znaczy, że źli...


Kilka ćwiczeń


Dziecko w książce znajdzie miejsce na narysowanie własnego lęku, opisanie przyszłości i strachów, spotkań z agresywnymi ludźmi czy strasznego wiersza. Na końcu każego z 12 rozdziałów znajduje się zabawny wierszyk podsumowujący wiedzę,zabraną w danej części, a na koniec tekst o strachu.


Nasza opinia


Książkę przeczytaliśmy na głos, w jedno popołudnie. Zabawne historyjki, przemawiające do wyobraźni przykłady, prosty język, mnóstwo ciekawostek i cudna szata graficzna, a do tego czeski humor. Mówiąc wprost, znam dwóch takich, co turlali się ze śmiechu. Ale też mieli momenty, kiedy nadstawiali uszu, bo fakty były dla nich zaskoczeniem. Nie wiem, czy po lekturze boją się mniej, ale na pewno wiedzą więcej. Książka nadaje się nie tylko dla cykorów, ale też dla wszystkich ciekawych świata. Zet nawet zapytał czy mogę napisać do Naszej Księgarni i zapytać, czy będą kolejne części o innych emocjach. Także Nasza Księgarnia, słuchajcie, jest sprawa, a ja nie boję się zapytać ;)

Książkę kupicie TUTAJ



Są Walentynki, wezmę Was na lody, na prawdziwe włoskie GELATO! Lodziarnia Kremowa

Są Walentynki, wezmę Was na lody, na prawdziwe włoskie GELATO! Lodziarnia Kremowa

Warszawę lubię najbardziej za miejsca nieoczywiste, takie, których na pierwszy rzut oka nie widać, a warto ich szukać, bo mają duszę. Nie mówię tylko o cudownych praskich podwórkach, ale też o sklepach czy kafejkach, które mimo działających wokół wielkich sieci nadal mają się dobrze, bo prowadzący te miejsca ludzie poza towarami oferują swoją pasję i dobrą energię.



Chciałabym Wam opowiedzieć o takim miejscu. Lodziarnia Kremowa to nie jest miejsce jak inne, to lokal, w którym dostaniecie znacznie więcej niż lody, a i te nie są takie jak wszędzie. Kremowa debiutowała na warszawskim podwórku w lipcu 2019 roku i porwała mnie od pierwszego wejrzenia, bo byliśmy wtedy na otwarciu. Ulica Kaliny Jędrusik na Żoliborzu oczarowała mnie kolorami, szczerze mówiąc rzadko zapuszczamy się w tamte strony i nowe osiedle bardzo mnie zaskoczyło. Lodziarnia znajduje się pod numerem 5. Widok na zielony skwerek zachęca, żeby przysiąść w kolorowym wnętrzu i zająć się degustacją.



Wtedy chłopcy wybrali sobie po dwie kulki lodów, potem jeszcze po jednej i kolejnej... Wcale mnie to nie dziwiło, bo każdy smak był zachwycający i taki głęboki. Nieporównywalny z innymi lodami. Zastanawiałam się czy akurat trafiło mi na taki lodowy dzień, czy faktycznie coś jest na rzeczy. Mam ten komfort, że z właścicielami lodziarni znamy się już od jakiegoś czasu, więc musiałam ich przepytać.



Ostatnio zabrałam Anetę i ruszyłyśmy na Żoliborz, na kawę i lody, a przy okazji, żeby dowiedzieć się czegoś więcej, bo ta niewiedza  nie dawała mi spokoju. Sercem i duszą kremowej jest Tata, człowiek, który z nie jednej lodziarni jadł lody. Przez wiele lat prowadził firmę w branży mleczarskiej i poznał ją od podszewki, potem sprzedawał zawodowo był związany z włoskimi producentami urządzeń sektora włoskich Gelato, dziś z powodzeniem łączy wiedzę z tych dwóch dziedzin i wielką pasję.




Przez lata jeździł do Włoch po to, żeby uczyć się produkcji prawdziwych lodów rzemieślniczych od najlepszych ekspertów w tej dziedzinie. Tak spełnił swoje marzenie nie o posiadaniu lodziarni, a także o tworzeniu lodów od podstaw. Musicie wiedzieć, że w całej Warszawie tylko w dwóch miejscach możecie zjeść prawdziwe włoskie lody ze świeżych składników. Obydwie lokalizacje to Kremowa Lodziarnia, jedna właśnie przy ul. Kaliny Jędrusik 5, druga przy Placu Grzybowskim 2. Większość lodziarni kupuje bazę w proszku od wielkich włoskich wytwórców i przygotowuje lody zgodnie z przepisem na opakowaniu. To trochę jak ciasto w proszku, wystarczy się nie pomylić w ważeniu. Nie trzeba być ekspertem, gdybyście mieli sprzęt, sami zrobilibyście takie lody w domu.



Ale takich, jakie można zjeść w Kremowej już nie odtworzycie. One są żywe, niepowtarzalne i pełne pasji, są wynikiem ogromu wiedzy i wielkiej pasji. W Kremowej nic nie dzieje się przypadkiem, tu  nawet jogurt wykorzystywany w produkcji lodów nie jest ze sklepu, lodziarnia produkuje własny. Jeśli kupujcie lody owocowe w sezonie możecie być pewni, że nie powstały z ekstraktu, tu wykorzystuje się prawdziwe owoce, w dodatku te najwyższej jakości, zimą Kremowa bazuje na francuskich owocach puree, tylko jeden dostawca spełnił ich oczekiwania, więc jeśli akurat nie ma malin, to, to w Kremowej lodów o tym smaku nie zjecie.


Zjecie za to z wielkim smakiem lody o smaku Prosecco, które zawierają najprawdziwsze bąbelki i procenty, więc nie nadają się dla dzieci, podobnie jak te z porto. Zwróćcie uwagę, że zamrożenie alkoholu to nie jest prosta sprawa. Warto też zapytać o lody wysokoproteinowe, świetne choćby dla ciężarnych.  Ale jest też wiele innych, których koniecznie musicie spróbować. A jak Wam zaskakują, z łatwością zabierzecie je do domu, bo Kremowa oferuje też pojemniki, które nie pozwolą lodom tak szybko rozmarznąć, sama przywiozłam do domu porcję dla chłopaków, a z lodziarni do domu jechała prawie półtorej godziny.



Lody nie muszą być tylko przysmakiem na lato, jeśli macie ochotę na słodycze, to lody z racji na to, że wymagają od naszego organizmu energii na ogrzanie,więc tuczą mniej niż ciepłe ciasteczko. Zachęcam Was do śledzenia  Kremowej na Facebooku, tam dowiecie się o każdym smaku weekendu i każdym wydarzeniu z lokalu. Dziś – z okazji Walentynek Kremowa ma -30% na wszystkie lody na wynos, tak, żebyście mogli uszczęśliwić swoje połówki.



Pamiętajcie, że przy ul. Kaliny Jędrusik Kremowa Tata ma pracownię i przez szybkę możecie podejrzeć Go w pracy.
Co robić w ferie: Zachęta zachęca do kontaktu ze sztuką

Co robić w ferie: Zachęta zachęca do kontaktu ze sztuką

Pogoda w te ferie raczej się póki co nie popisuje. Wieje tak, że łeb urywa, deszcz ściga się ze śniegiem, a to wszystko w akompaniamencie powciągania nosem mojego potomstwa. Spacery więc póki co raczej odpadają. W domu zaprowadziliśmy względny ład, wyrobiliśmy jakiś rytm wolnych dni i umarliśmy z nudów.  Żeby ten stan rzeczy się nie przedłużył wynaleźliśmy sobie wystawę w Zachęcie.




Kiedy zobaczyłam informację o "Co dwie sztuki, to nie jedna" marzyłam nie tylko o przeżyciach estetycznych, ale też o pięknych zdjęciach, ale tych w poście nie będzie, bo było ciemno, a ja nie wjechałam tam na sesję, tylko spędzić czas z dziećmi i w sumie fajnie wyszło.

Co, jak i dla kogo


Cała wystawa została stworzona przez artystów i ich dzieci tak, aby trafić do najmłodszych odbiorców w przedziale wiekowym 0-10 i ich opiekunów. Ale patrząc po odwiedzających zdecydowanie jest to wystawa bez granic wiekowych. Pozwólcie, że napiszę Wam to tak, jak ja widzę te instalację i podlinkuję Galerię, żebyście mogli poznać "dane techniczne".

Pierwsza cenna informacja jest taka,że zaparkowanie pod Zachętą wymaga wykonania kilku kółek, bo ferie, nie ferie, tam jest ciasno, więc jeśli macie możliwość wybrać się na miejsce komunikacją - nie wahajcie się, zwłaszcza, że parkowanie w centrum Warszawy na trzy godziny, a co najmniej tyle czasu trzeba zarezerwować, to dodatkowy koszt, ok. 12 zł. Za bilety dla naszego stada zapłaciłam 25 zł, więc to całkiem przyjemne zaskoczenie.


Przedjęzykowy kosmos 


Pierwsza sala, do której się udaliśmy była dedykowana najmłodszym 0-2 lata i powiem szczerze, że nawet gdyby była to jedyna atrakcja, nie było by źle. Ogromna przestrzeń wypełniona bezpiecznymi materiałami, poduchami w przeróżnych kształtach i rozmiarach, a także znacznie różniącymi się wagą. Tajemnicze zakątki, dyndające elementy, tunele, kryjówki z koców i przytłumione światło. Świetna zabawa dla raczkujących maluchów i starszych dzieci, przyjemne miejsce do poleżenia, budowania, tu i ówdzie można trafić na zakochaną parę. Cała trójka spędziła tam półtorej godziny i wcale nie chcieli wychodzić, ale w końcu udało mi się ich wyciągnąć.







Kwadratowy świat


Kolejna była sala Minecraft, w której na wejściu stoi... wielki Picatchu. Może i nie do końca z tej bajki, ale eksperci mówią, że nie zaburza to spójności, tak samo jak rzeźba wykonana ze śmieci znalezionych nad Bałtykiem, aż przeszły mnie dreszcze. Tajemnicze lustra, blok, do którego można wrzucać piłki, o których nigdy nie wiadomo skąd wypadną, to wszystko robi fajne wrażenie.








Portrety niezwykłych


Kawałek dalej jest galeria znanych ludzi. Wykonane dziecięcą ręką portrety pozwalają przypomnieć sobie, jak wyglądają znani ludzie, a małym odbiorcą zobaczyć wielu z nich po raz pierwszy, ale możecie też narysować własne obrazki i przypiąć je na ścianie na przeciw.



Szaleństwo białego puchu


Na samym końcu odbył się absolutny szał. Zdejmujemy buty, zakładamy gogle i idziemy szaleć, w śniegu słów. Maleńkie kwadraciki z literkami latają po całej zachęcie, trudno ich nie zauważyć, ale to co dzieje się w tej sali robi wrażenie, dmuchawy pozwalają literkom latać, teoretycznie można układać z nich słowa, w praktyce, dzieci głośno się śmieją, rzucają karteczkami, podtykają je pod dmuchawy i świetnie się bawią. Takie spotkanie ze sztuką ucieszy każdego!








Informacje o wystawie znajdziecie TUTAJ.
Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger