Nie tylko na przerwie. Łap za słówka gra karciana

Nie tylko na przerwie. Łap za słówka gra karciana

Kiedy chodziłam do szkoły, w czasie przerwy na korytarzu grało się w państwa miasta, czasem w karty, ale trzeba było uważać, bo jak nauczyciel dyżurujący zobaczył, to karty konfiskował. Kiedy robiło się cieplej na przerwach w zasadzie odtwarzaliśmy to, co robiliśmy na WF. Biegaliśmy, bawiliśmy się w berka, graliśmy w dwa ognie, albo w klasy. Dziś tak różowo nie jest.




W szkole, do której chodzi Zygmunt w czasie lekcji dzieciom nie wolno opuszczać budynku, drzwi są zamknięta na trzy spusty i jedyna opcja zabawy na powietrzu, to lekcja wychowania fizycznego, jeśli nauczyciel się zlituje. A przerwy są i dzieci się nudzą. Warto więc zapewnić im nieco rozrywki do plecaka.

Gra do kieszonki


Wiem, wiem, po pierwsze dzieci nie chodzą do szkoły, a po drugie wakacje za pasem, ale forma "Gra do plecaka" bardzo mi przypadła do gustu. Łatwo upchnąć ją w plecaku czy torebce, kiedy np. jedziemy do dziadków. Bywa, że pogoda się zepsuje i wtedy też warto mieć coś pod ręką. Ba, ta gra, którą dostaliśmy do testowania od wydawnictwa Egmont świetnie sprawdzi się także w domu.

W pudełku


Łap za słówka, to gra karciana. W pudełku znajdziecie 30 kart kategorii, 42 karty liter w dwóch kolorach rewersów i 38 kart punktów oraz instrukcję. Gra przeznaczona jest dla 3-8 graczy, ale z Zetem graliśmy też we dwoje i wcale nam bardzo trzeciego gracza nie brakowało. Co ważne, wydawca zaleca zabawę dla dzieci od lat 8 i chyba nie grałabym z młodszym dzieckiem, bo rozgrywka wymaga całkiem sporej wiedzy i umiejętności szybkiego pisania. Każdy z graczy potrzebuje też kartki i długopisu.

Karty kategorii są bardzo zróżnicowane i wymagają szybkiego myślenia, oczywiście to tylko zabawa, więc już z instrukcji dowiadujemy się, że kategorie można swobodnie rozszerzać, co zresztą z chęcią robiliśmy. Szczerze mówiąc, powodowało to, że zabawa była jeszcze lepsza. Wśród kategorii znajdziemy m.in. smaki lodów, zawody, części ciała, okrągłe przedmioty, muzyków czy znane osobistości. Z braku lepszych rozwiązań Zet wypisał szkolnych kolegów i oświadczył, że przecież ich znam, więc nie ma się co czepiać.



Rozgrywka


Po rozłożeniu kart zgodnie z instrukcją jeden z graczy kładzie kartę z kategorią i dwie karty z literami. Wszyscy wypisują na swoich kartkach pasujące wyrazy, do poniższego obrazka trzeba wypisać rodzaje lub marki słodyczy, które zawierają w sobie literki B i A, w dowolnej konfiguracji. Trzeba wypisać co najmniej trzy a maksymalnie pięć słów. Kto pierwszy skończy mówi stop, inni przestają pisać. Sprawdzający czyta swoje słowa. Wszystkie które powtarzają się u pozostałych graczy każdy z nich musi wykreślić. Za każde słowo, które zostanie otrzymujemy jeden punkt.



Istnieje też druga wersja gry, kiedy wykładamy trzy litery, wtedy podajemy słowa z dwoma z nich lub wszystkimi trzema, w tej wersji inaczej liczy się punkty. Fajne jest to, że rozgrywka trwa tyle, że spokojnie można zdążyć na przerwie w szkole, Wydawca zaleca, w zależności od ilości graczy od 1 do trzech okrążeń. Oczywiście nikt nie zabroni grać nam dłużej. Zapewniam Was, że nie tylko dzieci nie będą chciały przestać. Bawiliśmy się równie dobrze, jak przy "5 sekund".  Gra kosztuje niewiele ponad 20 zł i świetnie sprawdzi się nawet w podróży. Na pewno da Wam mnóstwo fajnej zabawy. Polecamy.






Gdzie zjeść w Warszawie, restauracja libańska Fenicja

Gdzie zjeść w Warszawie, restauracja libańska Fenicja

Nie jesteśmy typem ludzi, którzy często jadają na mieście. Lubię gotować, mieszkamy na wsi, nie często zdarza nam się wybyć z Michałem do restauracji. Nie zmienia to faktu, że o tej swobodzie wychodzenia ostatnio marzę. Nie chodzi o to, żeby nagle zacząć biegać od knajpy do knajpy, ale tak raz w miesiącu poszłabym zjeść coś fajnego i zaskakującego.



Tak sobie marząc przypomniałam sobie o naszym ostatnim wyjściu, prawie bez dzieci. Starszaki były w placówkach, a my wzięliśmy Kazika pod pachę i pojechaliśmy do Fenicji, libańskiej restauracji w centrum Warszawy. To był wyjątkowo deszczowy i nieprzyjemny dzień, ale ta eskapada całkiem skutecznie poprawiła nam nastrój.

Klimat


Libańska muzyka grająca cicho w tle, klimatyczny wystrój sprawiający, że mimo iż przy byliśmy przy Świętokrzyskiej czuliśmy się bardzo intymnie. Przepierzenia dają dodatkowo poczucie, że jesteśmy sami. Okna choć duże i wychodzące bezpośrednio na ulicę dają poczucie, że jesteśmy niewidoczni dla świata. Jest też zakątek, w którym możemy schować się zupełnie, tak, żeby nikt nie zaglądał nam z zazdrością do talerza. 





Co można zjeść


Wszystko, czego sami nie zrobicie, bo nie sadzę, żebyście mieli w lodówce dzikie ogórki czy libańską rzodkiew, ba, zaryzykuje nawet stwierdzenie, że możecie nie mieć TAKIEGO halloumi. Najlepsze, jakie jadłam. W ofercie znajdziecie pyszne przystawki, zarówno na ciepło, jak i na zimno, zupy, dania główne mięsne i wegetariańskie, ale warto zerknąć też na kanapki, a lemoniady, zwyczajnie powalają. Opowiem Wam czego próbowaliśmy.

Przystawki


Wybraliśmy skrajnie różne przystawki. Michał postawił na hummus z pieczoną wołowiną, do tego dostał cieplutkie chlebki pita. Doskonale gładki aksamitny hummus z pachnącą słońcem oliwą i aromatyczną miękką wołowiną okazał się strzałem w dziesiątkę. Muszę w końcu przygotować taki w domu.



Jako szanujący się mięsożerca wybrałam dla siebie tatar libański, którego dziś nie mogę znaleźć w menu. Więc musicie uwierzyć moim słowom i zdjęciom, że w restauracji warto o niego zapytać. Spokojnie można zamówić go na pół, albo potraktować, jako danie główne, bo ogromnie mi smakował, ale było go tak strasznie dużo, że poprosiłam o zapakowanie połowy na wynos, bo nie zmieściłabym dania głównego.



Dania główne


Tu zamieniliśmy się rolami. Michał wybrał sobie mięsa do popróbowania, ja postawiłam na danie wege i choć trochę się go obawiałam okazało się obłędne. Grillowane halloumi zbiło mnie absolutnie z tropu. Tego się nie spodziewałam. Kremowe, pachnące dymem, cieplutkie i dopieszczające mój zmysł smaku. Podane na sałacie ze świeżymi warzywami, pięknymi dużymi i pachnącymi kaparami i oliwkami, za którymi tęsknię do dziś. Cały czas powtarzałam, że wcale nie żałuję, że nie wzięłam mięsa, co u mnie jest dziwne.




Mięsa Michała wywołały u mnie mieszane uczucia. Oczywiście, że mu podjadałam, musiałam przecież dokonać rzetelnej oceny ;) Nie porwał mnie kurczak, ale ja nie jestem fanką kurczaka, więc możecie nie wierzyć mi na słowo. Reszta była pyszna. 



Najedliśmy się we troje jak małe świnki, zabraliśmy połowę przystawek do domu i popiliśmy to wszystko lemoniadą z granatem. Nie poszliśmy do sklepu, który znajduje się przy restauracji, bo jak wspomniałam strasznie padało, a my byliśmy z Kazikiem. Ale wrócę tam, bo warto. Także, jakbyście się zastanawiali, gdzie wyskoczyć w weekend, to polecam Waszej uwadze restaurację libańską Fenicja, mają kilka lokalizacji w Warszawie, gdzie dokładnie ich znajdziecie i jakie mają aktualne menu możecie sprawdzić TUTAJ.




Ekologiczne zabawki dla dzieci, klocki z kartona

Ekologiczne zabawki dla dzieci, klocki z kartona

Ledwo wczoraj cieszyłyśmy się dniem matki, a tu już czas pomyśleć o tych, dzięki którym możemy to święto obchodzić. Wy najlepiej znacie własne dzieci i sami wiecie, co uszczęśliwi je najbardziej, ale czasem chcemy kupić też jakiś prezent dla dzieci, które z nami nie mieszkają. Rodzina, przyjaciele, jak nie zaliczyć wtopy?



Mamy taką zasadę, że dla tych mniej naszych dzieci kupujemy prezenty uniwersalne i nieoczywiste. Bo jeśli jakiś młody człowiek jest fanem dajmy na to Pokemonów, to ciężko jest zgadnąć, jakie gadżety z nimi związane już ma w domu, a dublować byśmy się nie chcieli. Dlatego na takie okazje wybieramy rozwiązania, które są mało popularne a jednocześnie ucieszą każde dziecko.

Klocki jakich nie było


Kiedy w lutym byłam na targach Kid's Time w Kielcach w moje oczy wpadło mnóstwo nowości, na które niecierpliwie czekałam, że pojawią się w sprzedaży, bo wiedziałam, że uszczęśliwię wiele dzieci. Jedną z tegorocznych nowości były klocki CardBlocks. Spektakularne budowle złożone z kartonowych klocków w kolorze szarego papieru od razu zwróciły moją uwagę.

Zaskakujące w swojej prostocie i wymagające twórczego podejścia a przy tym wspierające wyobraźnię przestrzenną od razu skradły moje serce. Wiecie, to jest jedna z tych zabawek, którą bawić się może każdy z moich synów. Nie dość, że są przyjemne w obcowaniu, to jeszcze przez ekologiczny materiał są bezpieczne nawet dla dwulatka. Postawiliśmy na zestaw startowy czyli dużą paczkę, która pozwala zbudować dosłownie wszystko i to był strzał w dziesiątkę, miłość od pierwszego wejrzenia.



Opakowanie


W kolorowej kartonowej okładce znajduje się niepozorne kartonowe pudełko o naturalnej barwie, w środku mnóstwo płaskich kartoników. Dokładnie 50 klocków i łączniki, które sprawiają, że budowle są zaskakująco stabilne. Do tego instrukcja, jak zrobić z tych płaskich kartoników klocki. A to muszę Wam powiedzieć, jest zajęcie terapeutyczne. Będziecie chcieli mieć kolejne zestawy, żeby sobie pozginać. Dzięki temu, że klocki składa się samodzielnie po perforacjach, opakowanie jest w sumie małe i płaskie, jak na tę ilość, a to przyczynia się do zmniejszenia emisji spalin w czasie transportu.




Dobre, bo nasze


Klocki CardBlock to w stu procentach polski wynalazek, a nasza gospodarka teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje wsparcia, dlatego tym bardziej warto się tym wynalazkiem zainteresować. Twórcą tej oryginalnej i idealnej w swojej prostocie technologii jest Pan Piotr Nawracała, który na co dzień zajmuje się projektowaniem nietypowych opakowań z tektury. Te klocki wyszły mu super, z poszanowaniem dla natury, bez kleju, barwników, samo dobro. Materiał, z których je wykonano, to tektura kraft, która jest wytrzymała i niezwykle lekka, tworzą ją włókna pierwotne celulozy. 

Wyobraźnia i wszechstronność


Tak, jak wspomniałam, klocki nadadzą się dla każdego dziecka, które lubi budować, każdego, które intryguje proces tworzenia i dla każdego, które chce zaangażować do współpracy rodziców i dziadków. Tu nie ma wielkiej filozofii, są sześciany i są łączniki, a ogranicza nas tylko wyobraźnia. Poza zestawem podstawowym można też kupić grę planszową, kopułę i rotundę. Każdy z tych zestawów jest świetny i każdy przetestujemy!







5 rewelacyjnych kosmetyków naturalnych do skóry suchej

5 rewelacyjnych kosmetyków naturalnych do skóry suchej

Trzy tygodnie temu odstawiłam wszystkie kosmetyki, których używałam do tej pory i zabrałam się za testowanie naturalnych preparatów, które zagościły w mojej łazience. Całą pielęgnację ograniczyłam na ten czas do pięciu kosmetyków, po to, żeby wiedzieć, jak moja skóra poczuje się bez chemii.




W zestawie znalazły się trzy firmy Polemika, Nature Queen i Uzdrovisko. Nie umiałam wybrać jednej marki, bo te trzy miały doskonałe opinie wśród moich koleżanek, dlatego postanowiłam dać wszystkim szansę. Uprzedzę Wasze pytania i napiszę od razu, że nie używam "sklepowych" toników od lat. Najczęściej sama robię owsiany, albo ryżowy, rzadko inny. Tak czy inaczej na ten temat niebawem powstanie oddzielny wpis. W tym firmy będę się przeplatać, bo napiszę o kosmetykach w kolejności w jakiej je nakładam.

Hydrofilne masło oczyszczające Polemika


Nie będę pisać o obietnicach producenta, bo to przeczytacie na jego stronie klikając w nazwę kosmetyku (podlinkowałam, żeby było łatwiej odnaleźć), napiszę o moich odczuciach. Początkowo byłam trochę sceptyczna, wiecie, masło, zatkane pory, niby jak ma oczyszczać? Niewielką ilość kosmetyku, który jest ewidentnie bardzo tłusty nałożyłam na twarz. Preparat jest gęsty i treściwy, jednak pod wpływem ciepła skóry bardzo przyjemnie się rozpuszcza. Zapach ma lekko herbaciany. Masaż tym masłem okazał się całkiem dużą przyjemnością. Następnie zwilżamy twarz ciepłą wodą a tłusta warstewka, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmienia się w kremową emulsję. Do mycia twarzy używam szczoteczki sonicznej, masuję chwilę, po czym spłukuję, z czym zupełnie nie ma problemu, kosmetyk znika wraz z zanieczyszczeniami i makijażem, nawet wodoodpornym i pozostawia skórę lekko nawilżoną z uczuciem czystości. Masła można używać także do oczu i ust, również w czasie porannej pielęgnacji.

100 ml/ 72 zł



Odżywczy olejek do demakijażu Nature Queen


Tak, kolejny kosmetyk oczyszczający, bo nie mogłam się zdecydować, zresztą olejkami już się zmywałam, więc byłam go pewniejsza niż masła. Okazał się równie skuteczny, ale zupełnie inny. Olejek rozprowadzamy dłoniami na zwilżonej skórze i masujemy, na koniec usuwamy wilgotnym wacikiem. Fajnie radzi sobie z usuwaniem makijażu, również wodoodpornego tuszu, ale zdecydowanie służy do demakijażu, a nie do mycia, tłusta warstewka, która po nim zostaje jest przyjemnym wykończeniem, ale jak to preparat typowo do demakijażu nie nadaje się do użycia rano. Aczkolwiek w swojej kategorii, bardzo, bardzo dobry preparat. Nie wywołuje podrażnień, opóźnia procesy starzenia i ma działanie antybakteryjne, zaryzykowałabym, że nadaje się do każdego typu skóry.

150 ml/ 40,70 zł



Balsamiczne serum "uzdrawiające" suchą skórę Uzdrovisko


Jaka to drogie Panie jest petarda! Nakładamy je na noc zamiast/pod krem. Niech Was nie zwiedzie maleńki słoiczek. W życiu nie miałam do czynienia z tak przyjemnym i wydajnym kosmetykiem. Odrobinka serum, które w słoiczku mocno przypomina wazelinę, dosłownie rozlewa się na skórze, jedno malutkie zanurzenie palca w słoiczku spokojnie wystarcza na całą twarz, szyję i dekolt. Nakładanie go to bajka, skóra natychmiast staje się niewiarygodnie przyjemna w dotyku miękka i nawilżona. Rano wstajesz i nadal masz szęśliwy każdy milimetr twarzy. Nie będę ściemniać w tym zestawieniu największe pozytywne zaskoczenie, jak to mówią w internetach: SZTOSIDŁO!

25 ml/ 48 zł

Regenerujący krem do twarzy Nature Queen


Krem z aplikatorem, dzięki któremu nie wprowadzacie do kosmetyku żadnych zanieczyszczeń. Wygodne opakowanie sprawdzi się również w podróży, bo krem nadaje się na dzień i na noc, więc to zawsze jedna rzecz mniej do zapakowania. Krem zachwycił mnie swoim zapachem. Faktycznie dobrze nawilża i sprawia, że skóra jest lepiej napięta, już po tych trzech tygodniach widzę, że się zaprzyjaźnimy. Jest bardzo wydajny i spełnia wszystkie oczekiwania mojej skóry. Nawilża nawet bardzo suchą skórę, wzmacnia warstwę lipidową, redukuje pierwsze zmarszczki, wzmacnia naczynka krwionośne i zmniejsza obrzęki. Dla mnie - idealnie. a do tego świetnie nadaje się jako baza pod makijaż. Nawet po całym dniu trzyma podkład tam, gdzie powinien pozostać, a skóra, mimo, że przyjemnie nawilżona nie jest po nim tłusta.

50 ml/ 51,70 zł

Roślinna maska nawilżająca Uzdrovisko


Wielkim atutem tej maski jest to, że poprawia wygląd skóry od razu, a można ją nałożyć o każdej porze dnia i nocy, zawsze wtedy, kiedy potrzebujesz szybko nawilżyć skórę i wspomóc jej procesy regeneracyjne, u mnie sprawdziła się np. jak zapomniała, że mam uczulenie na słońce i świetnie bawiłam się cały dzień grzebiąc w grządkach. Dodatkowo maseczka w sposób zauważalny dla oka zmniejsza widoczność porów. Po zabiegu skóra jest nawilżona, napięta, gładka i promienna. Kolejny wart polecenia polski naturalny kosmetyk.

50 ml / 48 zł




Piszę o tej pielęgnacji nieprzypadkowo właśnie teraz. Za chwilę dzień Mamy, jeśli szukacie fajnych prezentów wysokiej jakości, to z tych kosmetyków każda mama będzie zadowolona, a dodatkowo pamiętajcie, że warto inwestować w małe polskie firmy, którym dziś jest jeszcze trudniej się przebić. W każdym z tych opakowań, poza kosmetykiem wysokiej jakości znajdziecie coś jeszcze - serce jego twórców. Każdy słoiczek, buteleczka, tubeczka zostały zaprojektowane z miłością i dbałością o szczegóły, bo w środku jest to, co najlepszego stworzyli specjaliści.


Co zrobić z warzywami, które zostały z grilla

Co zrobić z warzywami, które zostały z grilla

Najgorzej jak zostaje. Wiecie, że nie lubię wyrzucać jedzenia, dlatego, jak otworzyłam po weekendzie lodówkę i zobaczyłam w niej pogrillowe resztki to nie mogłam ich narazić na zmarnowanie. Tak powstała zupa z grilla.





Znaczy nie dosłownie, nie gotowałam zupy na grillu, ale wykorzystałam warzywa, które na niego przygotowałam, a nie zużyliśmy ich w weekend. Został nam bakłażan, cukinia, marchewka i szparagi. Jeśli nie jedliście marchewki z grilla, to przy najbliższej okazji polecam spróbować, bo zaskakuje bardzo pozytywnie, o tym, jak ją przygotować napiszę niedługo, jak znów będziemy grillować. Teraz zupa.

Składniki


1/2 bakłażana
1/2 cukinii
2 marchewki
1/2 pęczka zielonych szparagów
3 ziemniaki
garść kaszy jaglanej
1 cebula
olej rzepakowy
sól
estragon
wędzona papryka w proszku
czosnek
do podania
suszone nasiona konopi
ekstrakt ziołowy (przepis w tym wpisie)
surowe główki szparagów

Do dzieła


W garnku zeszkliłam posiekaną cebulę, dodałam przeciśnięty przez praskę czosnek i suchą kaszę, kiedy kasza zaczęła robić się przezroczysta, zasypałam wędzoną papryką, zalałam ją wodą i dodałam pokrojone w kostkę warzywa, posoliłam i gotowałam do miękkości warzyw, ka koniec dodałam dużą szczyptę estragonu. Zmiksowałam, podałam jak widać, zebrałam lajki i inne ochy i achy, także zaglądaj do lodówki i mieszaj, to ma szansę na sukces!

O tym, jak władza przyczaiła się na moje dziecko

O tym, jak władza przyczaiła się na moje dziecko

Dłuższą chwilę zastanawiałam się czy napisać ten post. Bo temat jest mało popularny, ale doszłam do wniosku, że to w sumie moje miejsce, swoisty pamiętnik, a Wam nigdy nie owijam w bawełnę i mówię do Was, jak do dobrych znajomych, więc nawet trochę jesteście przyzwyczajeni, że u mnie nie zawsze jest słodko-pierdząco. 


pixabay


Otóż wszyscy wiemy, jak jest, gospodarka pada, miejsca pracy znikają, nie można pojechać na wakacje, hotele świecą pustkami, bo wokół strach i zaraza. Nie będę się rozwodzić nad tym, że sianie paniki odbija nam się wszystkim czkawką, sama się obawiam "chińskiej zarazy" i zachowuję wszystkie zasady bezpieczeństwa. Ale pod kołderką pandemii, w cieniu awantury o wybory i żenady związanej z radiową Trójką, na którą zszedł ostry cień mgły dzieją się rzeczy, o których mi się nie śniło.

Szkoła nowej ery


Wiecie, jak jest, jesteśmy zdani sami na siebie i niezależnie od swoich wizji i predyspozycji staliśmy się nauczycielami młodego pokolenia. Nie jest mi to na rękę, ale wyższa potrzeba - rozumiem, szanuję, robię. Wielkim wsparciem w tym zamieszaniu jest dla mnie nauczycielka wspomagająca Zygmunta, pisałam już nie raz o tym, ale ta kobieta zasługuje na śpiewanie pieśni na jej cześć. Zawsze ma czas i chęci, nie ważne, czy jest 9 rano czy 9 wieczorem, zawsze z uśmiechem i troską odpowiada na nasze wiadomości.

I wtedy przyszedł maj...


Jakoś koło 7 maja napisała wiadomość, że jest jej strasznie przykro, bo dostała informację, że część zajęć z moim dzieckiem jej zabrano, oszczędności. Zadeklarowała, że mimo iż skrócono jej wymiar pracy, ona nadal będzie przygotowywać materiały dla dzieci, żeby jak najlepiej im pomóc i pozostaje do naszej dyspozycji. Fajnie. Ale jak słyszę, że dowiedziała się pod koniec pierwszego tygodnia maja, że jej etat został obcięty od 20 kwietnia, to nóż mi się w kieszeni otwiera. Co najlepsze, to nie tylko u nas. Nauczyciele wspomagający zostali potraktowani przez decydentów, jak podkategoria. A prawda jest taka, że dla dzieci o szczególnych potrzebach to oni są największym wsparciem. Więc pytam się dlaczego?

... zrobiło się gorąco


Ale najlepsze przyszło do nas w poniedziałek. Zet we wrześniu idzie do czwartek klasy. Do dziś pamiętam, jak na rozpoczęciu pierwszej klasy padła deklaracja, że klasa w niezmienionym kształcie będzie razem aż do końca szkoły podstawowej. Cieszyłam się bardzo. Do wczoraj. Wczoraj okazało się, że Pan Wójt zdecydował, że weźmie te dzieci z czterech klas trzecich, wrzuci do worka, zamiesza i we wrześniu wytrząchnie z worka dowolną mieszankę w trzech czwartych klasach. Większych, głośniejszych, nieintegracyjnych...

Tu wstawiam pusty wiersz, bo damie pewne słowa nie przystroją. Przemilczę więc. Absurd całej sytuacji polega na kilku rzeczach.


  • Przenieśliśmy się na wieś, żeby Zet był w małej klasie w mniejszej szkole, żeby było mu łatwiej
  • Dzieci przez trzy lata się zżyły, nawiązały przyjaźnie
  • W czwartej klasie sam system wielu nauczycieli, nowych przedmiotów i powrót po długiej nieobecności będzie dla nich trudny, powinni trafić przynajmniej do znanej grupy
  • Nie wiedzielibyśmy o planach aż do września, gdyby nie fakt, że wysypał się znajomy, znajomego
  • Szkoła nadal będzie pobierać pieniądze na dodatkowe zajęcia i wsparcie dla dzieci z orzeczeniami, ale nie będzie w pełni realizować ich zaleceń, bo nie ma klas integracyjnych
  • Nauczyciele, rodzice, specjaliści i dyrekcja szkoły są przeciwni tym działaniom. Zdecydował wójt. Z wykształcenia ekonomista. 
Trzymajcie mnie, bo trafi mnie szlag. Nie znajdują słów, żeby opisać, jak bardzo te dzieci ktoś chce skrzywdzić. Jakie to jest bezmyślne działania, jak wielkie zło, śmiem twierdzić, nieświadomie ktoś chce popełnić. Zakładam, że z niewiedzy, liczę, że dzięki wspólnemu działaniu rodziców i nauczycieli uda się jeszcze zatrzymać tę maszynę. Czuję się strasznie bezsilna. Znowu...
Jak uzupełniamy domową edukację

Jak uzupełniamy domową edukację

Nauka. Napisałam jedno słowo i już wkurzyłam wielu rodziców. A jak Wam powiem, że wcale nie chciałam rozmawiać o edukacji, jaką wszyscy uprawiamy od dwóch miesięcy, tylko o tej przyjemniejszej stronie? Zaciekawieni? To zapraszam!



Naukowcy, choć większość z nas przywołuje obraz ludzi w białych kitlach, którzy mówią niezrozumiałym dla przeciętnego człowieka językiem i poruszają się w nieznanych nam obszarach, to całkiem fajne istoty. Oni wcale nie siedzą w laboratorium, żeby walczyć o Nagrodę Nobla, tylko po to, żeby ułatwić nam życie. Ale o tym w szkole mówi się rzadko...

Monstrualna Erudycja


Nick Arnold i Tony De Saulles stworzyli serię dla prawdziwych bystrzaków. Dokładnie z ich słów ściągnęłam poprzedni akapit, bo doskonale mi się tu wpasował. Są takie książki, które już na podstawie okładki wiem, że skradną Zetowe serce. W skrócie, im bardziej jest obrzydliwie, tym lepiej. Wiecie, 10 lat to ciekawy wiek. Kiedy zobaczyłam tę serię w Wydawnictwie Egmont, od razu zamówiłam dwie książki. "Paskudne Robale" i "Kipiący mózg".

Ta o robakach nie pozostawia złudzeń, autorzy mówią wprost, że świat robali jest ohydny, krwiożerczy i odrażający. Ale warto przecież do niego zajrzeć. Dzięki tej książce dowiedzieliśmy się ile jest gatunków much, a ile wszy, z przędzy którego pająka można pleść rybackie sieci i jak modliszka zjada ofiarę. Nie będę Wam opowiadać treści, bo to mogło by Wam popsuć zabawę samodzielnego odkrywania tych historii. Dodam tylko, że świat, który tak słabo widzimy okiem jest niesamowicie pasjonujący. A nie każdy brzydki robak jest tym złym. Mnóstwo faktów i ciekawostek zawartych na blisko 130 stronach to doskonała lektura dla młodego, ciekawego świata czytelnika. Zwłaszcza, że wiedza tu podana jest znacznie przyjemniej niż w szkolnym podręczniku.

Książka o mózgu podobnie jak ta o robakach to prawdziwa skarbnica wiedzy. Mam wrażenie, że w czasie lektury dowiedziałam się o tym najważniejszym organie więcej, niż przez całą swoją szkolną edukację. Jest w niej absolutnie wszystko, budowa, funkcje, urazy, ale też zdolności jakie jesteśmy w stanie posiąść i ta część mózgu, do której normalnie nie mamy dostępu. Książka wyjaśnia skąd się biorę koszmary i uczucia. Ale podaje też wiele więcej ciekawych informacji, jak choćby badania nad tym, jak zachowuje się ludzki mózg, kiedy pozbawimy go snu.

Obydwie książki są napisane bardzo przyjemnym młodzieżowym językiem, wiecie, żadnych "elo ziom", ale czyta się to niczym komiks. Zróżnicowane czcionki i uproszczone czarno-białe ilustracje pozwalają swobodnie mknąć po stronach, a wiedza sama wskakuje do głowy. Zamiast naukowego bełkotu jest wiele pobudzających zapamiętywanie zwrotów typu "wyobraź sobie...." "Nie rób tego w domu" itp. Bardzo fajne, warte uwagi książki teraz są w dobrej cenie 14,99 zł.



Zeszyty z naklejkami dla przedszkolaka


Wrzuciłam je do koszyka przy okazji i muszę powiedzieć, że to była bardzo dobra decyzja, bo już widzę, że te albumy spotkają się z entuzjazmem Teda i Kazika. Kazik ma dwa i pół roku, jak widzi naklejki to jego szczęście sięga zenitu, Ted, we wrześniu będzie chodził do szkoły, więc jest w fazie poszukiwania nowego hobby, które pozwoli mu błysnąć w nowym środowisku.

Jak zostać ogrodnikiem


To album, który przypadnie do gustu każdemu dziecku, nawet takiemu, które mieszka w bloku, bo swoją hodowlę roślin można mieć przecież na parapecie czy balkonie. Książka stanowi świetne uzupełnienie materiału z zerówki, który w tej chwili realizujemy. Znacznie przyjemniej przecież grzebać w ziemi niż pisać kolejne szlaczki ;)

Dzięki temu zeszytowi dziecko nauczy się rozróżniać wiosenne kwiatki, których możecie szukać razem na spacerze. Dokładnie krok po kroku dowiecie się, jak wyhodować słonecznik, czy własne ziemniaki w torbie na zakupy. Mały ogrodnik nauczy się też rozpoznawać drzewa, robić sadzonki i wykonywać ciekawe, roślinne prace plastyczne. W książeczce znajdziecie też mnóstwo kolorowych naklejek.



Odkrywcy przyrody


To bardziej zeszyt z zadaniami, to taki zestaw na niepogodę, dla każdego, kogo interesuje dzika przyroda. Dzięki temu zeszytowi dziecko nauczy się rozróżniać żyjące w naszym klimacie ptaki i zwierzęta leśne, ale nauczy się też rysować jeżyka, przejdzie labirynty. Zbiór zadań quizów i kolorowanek z pewnością zastąpi wizytę w lesie, kiedy za oknem wieje i pada.


Mój pierwszy ogródek


Ten zeszyt wyjątkowo przypadł do gustu Kazikowi, który całymi dniami może przyklejać naklejki (niekoniecznie tam, gdzie trzeba). Podobnie jak w poprzednim zeszycie znajdziecie tu mnóstwo zadań do wykonania bez wychodzenia z domu, od takich, jak znajdź pięć różnic, po te wymagające przyklejenia mnóstwa płatków słonecznikom. Bardzo fajna pozycja dla młodszych dzieci.




Dzień z przyrodą


To całkiem gruba książka z zadaniami dla małego przyrodnika. Znajdziecie tu sporo rysowania wg wzoru, wycinanek, kolorowanek, zabaw wymagających spostrzegawczości, ale też miejsce na zapiski małego przyrodnika. Celowałabym więc ty raczej w dziecko 6+. Dziś wchodzimy w tryb regularnej pracy z tą książką, bo podręczniki przedszkolne jakoś nam się wzięły skończyły przed czasem ;)




Mój przyjaciel na zakupach. Test Aplikacji MONITE

Mój przyjaciel na zakupach. Test Aplikacji MONITE

Do dziś pamiętam, jak 14 lat temu przyjechałam do Warszawy, zaczęłam pracować w Agencji Fotograficznej, fajna robota. Wtedy posiadanie adresu mailowego sugerującego powiązania z mediami potrafiło zdziałać cuda. Przekonaliśmy się o tym, kiedy moja koleżanka z pracy otworzyła jogurt bardzo znanej marki i znalazła w środku... śrubę. Dużą. Zdecydowanie coś musiało w fabryce ją zgubić, aż dziwne, że nie szukali... Napisała wiadomość do producenta, następnego dnia dostała paczkę jogurtów z prośbą, żeby sprawy nie nagłaśniać...




Ile razy przyniosłam sobie mole spożywcze w komosie i innych cudach z ulubionego dyskontu Polaków nie zliczę. Przestałam u nich kupować po tym, jak wielokrotnie pisałam im wiadomości, a oni sprawę ignorowali. Widywałam myszy w makaronie, słyszałam o wybuchających bateriach smarphonów, a od producenta mojego auta dostałam list, żeby wpaść na przegląd poduszek powietrznych, bo inaczej może być wystrzałowa impreza....

Komunikaty


Są strony typu GIS, SANEPiD, itp, które gromadzą informacje o wadliwych produktach spełniają swoją rolę, pod warunkiem, że regularnie je przeglądamy, masz na to czas? Osobiście ciągle o tym zapominam, czasem przeczesując internet dowiem się, że powinnam coś zwrócić do sklepu, albo przynajmniej sprawdzić, czy lekarstwo, które mam w apteczce nie ma TEGO numeru seryjnego. Ale jak dobrze się zastanowić, to jaka jest szansa, że nie zjadłam jajek z pałeczkami salmonelli, nim trafiłam na artykuł?

Z telefonem w ręku


Od kilku lat zdarza mi się nie wziąć na zakupy portfela, ale telefon mam zawsze, robię w nim listy zakupów, mam aplikacje do śledzenie promocji z ulubionych sklepów, aplikacje lojalnościowe, takie, które umożliwiają mi wyszukiwanie niepożądanych E na podstawie zeskanowanego kodu, brakowało mi jeszcze jednej, takiej, która śledziłaby za mnie komunikaty o wadliwych produktach. Znalazłam i wiem, że ze mną zostanie.



Skąd mam wiedzieć, że coś nie wyszło


Zakładam, że dziś wszyscy producenci dokładają wszelkich starań, aby nie narażać konsumentów na niebezpieczeństwo, jednak wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i nie da się uniknąć niektórych błędów. Czasem zawiedzie człowiek, czasem technologia, bywa. Dzięki bezpłatnej aplikacji MONITE nie muszę się martwić, że czegoś nie dopilnowałam. Aplikacja zbiera dane z ponad 50 źródeł, aby zadbać o moje i Wasze bezpieczeństwo.

Co daje MONITE


Tak, jak wspomniałam wyżej, aplikacja jest bezpłatna i dostępna zarówno na iPhone jak i telefony z systemem Android. Wystarczy ją ściągnąć i zaznaczyć kraj, w którym robisz zakupy. Nie trzeba się rejestrować podawać żadnych danych, wyrażać zgód. Ściągasz i masz. Przejrzyste menu, na stronie startowej wita Cię najnowszymi komunikatami. Możesz zobaczyć "Wszystkie", albo sprawdzić wg kategorii, która Cię interesuje. Do wyboru są: żywność, motoryzacja, farmaceutyki, dla dzieci, elektronika i AGD, sport, techniczne i pozostałe.




Oczywiście warto to przejrzeć, ale jako osoba wybitnie leniwa, po wejściu do sklepu, najpierw aktywuję kupony zniżkowe, które zamierzam zrealizować, a potem przełączam się na MONITE i zwyczajnie skanuję kody wszystkiego, co zamierzam wrzucić do koszyka. Aplikacja podaje natychmiast komunikat, czy produkt jest bezpieczny, czy może jednak posiada wady konstrukcyjne, albo alergeny, o których producent zapomniał wspomnieć na opakowaniu. Aplikacja działa szybko i płynnie. Warto tu zainwestować w wersję premium, bo po okresie próbnym jej subskrypcja kosztuje jedynie 3,99 zł miesięcznie. Dzięki niej nie musisz ograniczać ilości skanowanych produktów. Aplikacja MONITE uchroniła mnie przed zakupem zabawki ze znanej sieci, której komora na baterie nagrzewała się w czasie użytkowania. Niby nic, ale w tej sytuacji bateria może się wylać i poparzyć dziecko, więc jednak coś. Okazało się, że aplikacja była szybsza niż obsługa sklepu, która nie zdążyła usunąć produktu z półek.

Zaufanie


Co ważne alerty w aplikacji MONITE pochodzą wyłącznie z zaufanych źródeł, czyli stron rządowych, od producentów i dystrybutorów. Nie można zgłosić wadliwości produktu z poziomu aplikacji, należy skontaktować się z producentem lub jedną z instytucji monitorujących. Dlaczego tak jest? Bo zdarzają się pojedyncze wadliwe egzemplarze, np. zabawka uszkodzona w transporcie, nie jest powodem do wycofywania całej partii. Należy to zgłosić do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, dane do kontaktu znajdziecie na www.uokik.gov.pl a Urząd przekaże dane do odpowiedniej instytucji. Stąd dane powędrują prosto do MONITE.

Podsumowując



  • Aplikację pobrać można nieodpłatnie na większość smartfonów
  • Jest bardzo intuicyjna i czytelna
  • Pozwala na szybkie sprawdzenie interesujących nas kategorii produktów, czy nie pojawiły się wśród nich wadliwe
  • Korzysta wyłącznie z pewnych źródeł, a jest ich ponad 50
  • Zajmuje mało miejsca w pamięci telefonu
  • Nie wymaga od użytkownika podawania danych i rejestracji
  • W darmowej wersji pozwala na skanowanie 5 kodów miesięcznie i wpisywanie ręcznie 15 produktów do wyszukiwarki
  • Wersja Premium pozwala na skanowanie bez ograniczeń
  • Pełna wersja jest dość tania, jej subskrypcja kosztuje 3,99 zł miesięcznie
  • Baza produktów jest na bieżąco aktualizowana
  • Pozwala na sprawdzenie wad konstrukcyjnych produktów
  • Pozwala na ustalenie, czy w wyniku kontroli odpowiednie urzędy nie odkryły w składzie produktów alergenów nie wypisanych na opakowaniu
  • Zapewnia spokój i bezpieczeństwo konsumentom
  • Jest pozbawiona (również w wersji darmowej) irytujących reklam
Jednym słowem jestem zadowolona i polecam pobierz MONITE i chroń siebie oraz swoich najbliższych przed niebezpiecznymi produktami.

Więcej informacji o aplikacji znajdziecie na:
WWW: https://monite.app/pl/
FB: https://www.facebook.com/moniteapp/



Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger