Bulgur w meksykańskim stylu

Bulgur w meksykańskim stylu

Jak się tu zagląda regularnie, to można odnieść ostatnio wrażenie, że tylko jem i czytam, ale spokojnie, to nie są moje jedyne rozrywki, zwyczajnie ostatnio tak wyszło. Ale, do brzegu. Przechwalałam się Wam ostatnio, że zrobiłam trochę porządków w spiżarni. Odkryłam tam złoża równych niesamowitych rzeczy i tak sobie wymyśliłam, że najbliższe tygodnie spędzimy wyjadając te zapasy. Jeśli potem przyjdzie jakaś klęska, to się wkurzą, ale zapasy stanowczo trzeba wymienić.




Okazało się, że mamy jakąś niemożliwą do zjedzenia ilość bulguru. Ja wiem, że kasza ma długi termin, ale jednak nie wieczny. Trzeba coś z tym zrobić. Ponieważ największym fanem bulguru w naszym domu jest Michał, a lubi też fasolę, to pomyślałam, że połączę te dwa składniki, a żeby nie było bardzo nudno, dodam jeszcze inne i trochę przypraw. Tak powstał bulgur w meksykańskiej odsłonie.

Składniki:


Kawałek chorizzo (to w moich marzeniach, nie miałam, więc pokroiłam pętko śląskiej, ale można to spoko ominąć i zrobić wegańską wersję)
1 cebula
pół czerwonej papryki
pół żółtej papryki
pół puszki fasoli
pół puszki kukurydzy
pół bakłażana
3 ząbki czosnku
2 cm posiekanej papryczki chili
100 g suchego pęczaku
50 g startego żółtego sera
pół pęczka natki pietruszki
sól
słodka wędzona papryka w proszku
kurkuma
2 łyżki oleju

Robimy


Olej rozgrzałam na dużej patelni i zeszkliłam na nim posiekaną cebulę, dorzuciłam pokrojoną kiełbasę, paseczki chilli i czosnek, obficie obsypałam wędzoną papryką. Dodałam pokrojonego bakłażana, kiedy zmiękł wsypałam kaszę i wymieszałam zalałam wodą, posoliłam  i nakryłam pokrywką, co jakiś czas mieszając i uzupełniając płyn. Kiedy kasza była ugotowana, wrzuciłam fasolę, kukurydzę i pokrojoną w kostkę paprykę, dosypałam też łyżeczkę kurkumy, wymieszałam i dodałam starty ser, wyłączyłam gaz, dodałam natkę i znów zamieszałam. Tadam. gotowe, pyszne sycące i rozgrzewające danie, spokojnie było tego sześć porcji.
Szczerze się zarumieniłam, Sex/Love przedpremierowa recenzja

Szczerze się zarumieniłam, Sex/Love przedpremierowa recenzja

Jest faza książkowa. Ale nie mogę się powstrzymać, muszę Wam szybko opowiedzieć o książce, którą czytałam w weekend, a którą już zaraz będzie można kupić w księgarniach i mówię Wam, zamawiajcie już teraz w przedsprzedaży, bo może zabraknąć. 




Rozglądałam się właśnie po domowej biblioteczce za czymś co mogłabym przewertować, kiedy na moim progu stanął kurier z przesyłką od Wydawnictwa Wielka Litera. Dwie przedpremierowe pozycje, z czego jedna totalnie w moim guście została odłożona na deser, a z dużą ciekawością zabrałam się do lektury tej drugiej. "Sex/love" BB Easton, to chyba wpadło im przypadkiem - pomyślałam. Przecież ja nie czytuję erotyków.

Pozory mylą


Tu i ówdzie widywałam już tę książkę, pisano o niej, że to nowa Bridget Jones i damska wersja Greya w jednym. Na okładce informacja o tym, że nie można się od nie oderwać i przestać się śmiać. OK, pomyślałam, przecież jeszcze nikt nie napisał na okładce właśnie wydanej książki, że jest do bani. Ale co mi tam, otworzyłam. Po przeczytaniu kilku pierwszych zdań od autorki przyszło mi do głowy, że ta kobieta ma cudowne poczucie humoru, napisała bowiem,że wydanie tej książki mogło nie być najlepszym z pomysłów, bo po pierwsze pisze w niej o seksie, ja jest szkolną psycholożką, a po drugie na wydanie jej zdecydowała się po pijaku, próbując stworzyć spójną całość z dwóch dzienników: prawdziwego i pisanego z nadzieją, że przeczyta go mąż oraz kilku e-maili wymienionych z przyjaciółką i mężem. Uznałam, że dam jej szansę.

O czym to właściwie jest


BB, która dziś jest szkolną psycholożką, nie zawsze była taka znowu grzeczna. Jako nastoletnia córka wiecznie ujaranych hipisów została pankówą. Kolorowe włosy ścinała coraz krócej, przebijała kolczykami coraz bardziej intymne miejsca na ciele i sypiała z nieodpowiednimi facetami. Nie to, żebyśmy trafili na okaz szczególnie puszczalski, po prostu polubiła ten sport i okazało się, że jest w tym niezła, więc miała chłopaka czy dwóch, no dobra było ich więcej. Każdy z nich był pokręcony i każdy fundował jej nieprzewidziane rozrywki nie tylko w łóżku. Więc BB, żeby uporządkować ten chaos wspomnień zaczęła pisać sekretny pamiętnik. Zwłaszcza, że teraz miała idealnego męża, dobra prawie idealnego. Był ideałem poza łóżkiem, w łóżku był kłodą, czasem w trakcie seksu zastanawiała się czy Ken jeszcze żyje. I nagle coś się zmieniło. Cholera! znalazł jej dziennik! Czy się z nią rozwiedzie? Może zepchnie ją z urwiska? Zaraz, gdyby planował to zrobić, już leżała by martwa, a nie doświadczała przemiany męża. Ha! to trzeba wykorzystać! Trzeba stworzyć drugi dziennik, żeby podniecony jej wspomnieniami mąż nadal się rozgrzewał. Tylko trzeba się trochę wybielić, podkoloryzować rzeczywistość. A ten prawdziwy dziennik schować nieco głębiej. I tak zaczyna się zabawa na całego. Więcej Wam nie powiem, bo, no wiecie, nie przeczytacie! A warto.

Wrażenia


Kiepska jestem jeśli chodzi o porównywanie ze sobą książek z tego gatunku. Czytałam wcześniej tylko jedną tak pikantną i miałą wtedy piętnaście lat, no i klimat był mniej zabawny ("Ostatnie tango w Brooklynie" Kirka Douglasa - świetna książka). Greya nie czytałam.Dla mnie "Sex/Love" to taki miks Bridget Jones i "Pokolenia Ikea" (straszny shit, jak nie czytaliście, to nie szukajcie, nie warto). Mam więc lekki dylemat, bo książka jest faktycznie bardzo zabawna,napisana cudownym językiem, opisy seksu nie pozostawiają wiele wyobraźni, ale sam akt nie jest wulgarny, więc spokojnie idzie przez to przejść nawet jeśli czytelnik jest lekko pruderyjny. Wydarzenia dookoła stosunków są zabawne i lekko opowiedziane, BB Easton ma dar porywania czytelnika do swojego świata i trzymania go tam mocno, póki nie postawi ostatniej kropki. A to dziś rzadkie. Dla mnie trochę za dużo tak słów typu "kutas" i "cipka". Nie używam ich na co dzień i uważam za skrajnie obleśne, po prostu, ale to moja estetyka i tyle, każdy ma inną. Tak czy inaczej cieszę się, że książka trafiła w moje ręce, bo przeczytanie jej było wielką przyjemnością. A i Netflix będzie kręcił serial na podstawie tej książki,m także wiecie, źle nie jest.

Premiera książki 29.01.2020 r. Za możliwość rumienienia się przy lekturze dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera.
Okiem Żywiciela: Kogel mogel czyli kulinarny galimatias po naszemu

Okiem Żywiciela: Kogel mogel czyli kulinarny galimatias po naszemu

Lubię jeść, co prawda mam swoje już ugruntowane gusta, ale nie trzeba mnie namawiać do próbowania nowych rzeczy i wiem, że czasem zaskakujące połączenia dają bardzo przyjemne efekty. Oglądając ostatnio MasterChef'a dla dzieci olśniło mnie. Jak poczytamy menu restauracji, które wykraczają poza "napełnij mój brzuch strawą ciepłą i odpowiednio słoną nie opróżniając mojej kiesy do czysta" i trafimy na te wszystkie musy z buraka garnirowane karmelowymi grzankami i flambirowane sherry albo puree z groszku i gruszki podane w arbuzowych miseczkach to tak sobie myślę, że im młodsze dzieci tym lepsi z nich powinni być kucharze.


pixabay


Nie wierzycie? Oto przykładowe pozycje z menu naszych artystów spod znaku chochli i patelni. Paróweczki na chłodno podane z delikatnym twarożkiem homogenizowanym lub krem pomidorowy z dodatkiem maccheroni (makaron kolanka) oraz musu jabłkowego. Nie brzmi dziwnie i wykwintnie? To niektóre z dań jakie nasze pociechy same sobie zaserwowały i z chęcią pałaszowały. Niestety przeważnie nie jest tak różowo.

Najbliższe pojęcie jakie w naszym domu wiąże się z piramidą żywieniową to piramidalne problemy. Zygmunt od małego rzygał na widok chleba, a mając 3-4 lata z pełną powagą orzekł, że będzie wegetarianinem i wszystko by było spoko, gdyby nie to, że lista produktów jakie Zygmunt jada jest krótsza niż spódniczki Dody, Teodor był złotym dzieckiem jeżeli chodziło o jedzenie. Zjadał chętnie i ze smakiem, lubił surówki i owoce do momentu, kiedy poszedł do przedszkola. Tam najprawdopodobniej podpatrzył u innych, że surówek należy unikać za wszelką cenę i teraz bujamy się przy każdym posiłku, żeby zjadł choć trochę warzyw i choć prawie każde mu smakuje, jak już da się namówić, to następnego dnia walka zaczyna się od nowa. Ostatnią naszą nadzieją jest Kazik, który póki co je wszystko (to jabłko z pomidorówką to jego pomysł) i chętnie, potrafi zjeść tyle samo co Zygmunt będąc trzy razy lżejszy (Kazik 12kg - Zygmunt prawie 36kg).

Marta robi wspaniałą robotę, żeby tę naszą przyszłość narodu nakarmić jak najlepiej i jak najzdrowiej, ale jak to w życiu bywa z różnym skutkiem. Dla Zeta musi być zupa i tam udaje się włożyć naprawdę sporo rzeczy (Zygmunt ze smakiem zjada gotowany brokuł, a smażona kiełbaska jak przyznaje bardzo ładnie pachnie, ale nie ma mowy żeby ją jeść), Teodor z kolei gardzi zupą i najlepiej, żeby codziennie był kotlecik z ziemniakami, no i ewentualnie zasmażane buraczki (hit ostatnich dni), Kazio z chęcią zje i to i to ale nie łudzę się, że tak zostanie na długo. Żeby ich nakarmić nie wystarczy jeden gar i czasem trzeba iść na kompromisy. Zresztą kto nigdy mrożonej pizzy nie kupił niech pierwszy rzuci kamień.

Ja wiem, że nauczenie dzieci jedzenia wszystkiego jest proste. Wystarczy im tłumaczyć, czasem prosić albo pogrozić, ewentualnie nie podawać nic innego i w końcu się złamią. Można też zmieniać przepisy i traktować posiłki jako wspólną zabawę. To wszystko jest prawdopodobnie prawdą chociaż głównie w teorii. A przynajmniej tak zaczynam myśleć po prawie 10 latach naszej walki o nawyki żywieniowe naszych dzieci. Nie poddamy się jednak i oby moc była z Wami i z Nami.
Znów mogę spokojnie czytać!

Znów mogę spokojnie czytać!

Kiedy jeździłam do pracy pociągiem uwielbiałam tę poranną godzinę mogłam wygodnie usiąść w pustym pociągu i czytać. Szczerze tęsknię za tymi chwilami. Jeszcze kiedy Zet był malutki mogłam spokojnie siedzieć w domu z książką. Potem udawało mi się znaleźć taką chwilę, jak chłopcy szli do łóżeczka, a mały Kazik spał mi na rękach. Mając rozbrykanego dwulatka na pokładzie nie zawsze udaje mi się znaleźć spokojny moment. Wieczorem mały idzie spać zwykle dopiero ze mną, a nawet jeśli nie, to i tak wieczorami piszę. Dlatego zaniedbałam ostatnio czytanie. Aż mi wstyd.




Nigdy nie brałam udziału w żadnych wyzwaniach typu nowa książka co tydzień i nie zamierzam tego robić, bo tu nie o liczby chodzi. Zaglądam na różne fajne blogi czytelnicze i aż się we mnie gotuję, kiedy czytam kolejną recenzję dobrej książki i wiem, że szanse, żebym ją szybko przeczytała są raczej marne. Dlatego stanęłam ostatnio przed naszą domową biblioteczką i wyznaczyłam sobie taki cel, że po prostu wybiorę z półki coś czego jeszcze nie czytałam i zacznę, najwyżej znów odłożę nie przeczytaną, albo będę czytać po trzy strony, kiedy się da.

Tak trafiłam na lekką niezobowiązującą książkę, którą wcześniej odłożyłam na półkę pod hasłem, jak będę potrzebowała czasu, żeby spokojnie wyjść z dobrego thrillera, to przyda się coś lekkiego.

"Moje miejsce na ziemi" Carole Matthews 


Na okładce przeczytałam, że Ayesha uciekła wraz z córką od brutalnego męża i znalazła schronienie w domu byłego gwiazdora pop, który choć sam ukrywa się przed ludźmi, to ma już pod swoim dachem tancerkę z nocnego klubu i wiecznie wkurzoną emerytkę. Każdy z mieszkańców rezydencji został delikatnie mówiąc przeczołgany przez życie i próbuje znaleźć spokój. Mimo,że wydawca zastrzega, że mąż Ayeshy nie daje za wygraną i będzie jej szukał, jakoś podziewałam się optymistycznej opowiastki. Takiej do pośmiania.

Wcale nie tak śmiesznie


Kilka razy w czasie lektury uroniłam łezkę i to niekoniecznie ze śmiechu, książka zmusza do refleksji nad losem kobiet. Hinduskie zaaranżowane małżeństwo miało być dla głównej bohaterki transferem do lepszego świata, okazało się piekłem i to dosłownie. Mąż wielokrotnie brutalnie ją bił łamiąc kości i wyrywając włosy, zastraszał równiej własnych rodziców. Ashaya znalazła się w prawdziwym więzieniu a przemoc, której doświadczała na oczach dziecka sprawiła, że dziewięcioletnia Sabina przestała mówić. Kobieta pod osłoną nocy zabiera dziecko i wyrusza w przygotowywaną wcześniej przez długie miesiące podróż do Londynu. Tylko tam nikt na nią nie czeka. Udaje się do fundacji pomagającej kobietom w podobnie dramatycznej sytuacji jak ona i tam niewiele brakuje, żeby też nie znalazła pomocy. Cudem trafiają wraz z córką do domu Haydena Danielsa - byłego gwiazdora pop. dalej fabuły Wam nie będę opowiadać.

Moje odczucia


Konstrukcja bohaterów jest raczej nieskomplikowana, a fabuła dość przewidywalna, ale i tak z przyjemnością pochłonęłam tą książkę. Być może sprzyjające okoliczności w postaci długich drzemek Kazika miały tu decydujący wpływ, a ja byłam faktycznie wygłodniała czytania, ale czytałam z wielką przyjemnością. Żadnych nużących opisów, bezsensownych przemyśleń bohaterów. Czytając tę książkę miałam wrażenie, że każde zdanie w niej jest potrzebne. Choć oczywistym było od pierwszych stron, jak skończy się ta opowieść niczego nie przeskoczyłam, chciałam spędać czas z jej bohaterami i bardzo było mi smutno, kiedy dotarłam do ostatniej strony. Książka ukazała się w Polsce w 2016 roku, więc zdecydowanie nie można jej zaliczyć do nowości,za to jestem przekonana,że z łatwością wygrzebiecie ją w tanich księgarniach czy w bibliotece. Jeśli na nią traficie, to nie odrzucajcie przez infantylną okładkę. To dobre "babskie czytadło" zasługuje na uwagę.

Kolejny raz przekonałam się, że książki wydane prze HarperCollins są idealnie wyselekcjonowane dla mnie.
Gnocchi lub kopytka z borowikami

Gnocchi lub kopytka z borowikami

Posprzątałam trochę w spiżarni, okazało się, że mamy zapas kasz i innych ziaren tak mniej więcej na 27 lat, potem zajrzałam do zamrażarki i przyszło mi do głowy, że chyba rzucimy na jakiś czas randki z Lidlem i wykonamy wietrzenie magazynów.  Tak od brzega do brzega powstał całkiem smaczny i szybki obiad, który spokojnie można podać na proszonej kolacji.

Matka Żywicielka

Uwielbiam grzyby, ostatnia jesień była dla mnie bardzo miłym czasem, gdybym nie miała innych obowiązków cały wrzesień i październik przesiedziałabym w lesie, a teraz mam całą zamrażarkę borowików i pasjami je wykorzystuje w różnych daniach. teraz też poszły w ruch! Wegetariańskie danie - zrobiłam z kupnych gnocchi i wcale się tego nie wstydzę, ale jak chcecie, to zróbcie kopytka, jakbym się nie spieszyła, tak bym zrobiła ;)

składniki


Paczka pysznych gotowy gnocchi prosto z Lidla
25 dag zamrożonych borowików
2 łyżki masła
100 ml różowego wina - białe byłoby lepsze, ale nie miałam
ząbek czosnku - mogą być i trzy
3 łyżki kwaśnej smietany
sól
czarny pieprz
pęczek szczypiorku, może być 3/4, reszta się pojadła ;)
opcjonalnie ser z niebieską pleśnią)

Jak to zrobić


Grzyby wrzuciłam na gorącą, suchą patelnię, pozwoliłam om odmarznąć i odparować, dodałam łyżkę masła, krótko podsmażyłam i wrzuciłam pokrojony w kostkę ząbek czosnku, smażyłam jeszcze chwilę i podlałam winem, dusiłam 5 minut, kiedy płyn odparował dodałam resztę masła i doprawiłam do smaku. Wrzuciłam gnocchi i podsmażyłam razem. Na koniec dodałam śmietanę i wymieszałam. Podałam posypane szczypiorkiem z odrobiną sera z niebieską pleśnią.
Medycyna estetyczna oczami współczesnej kobiety

Medycyna estetyczna oczami współczesnej kobiety

Ostatnio moja osobista koleżanka napisała świetny post. Opowiedziała w nim o tym, jak traciła dziewictwo... z medycyną estetyczną. Przeczytajcie koniecznie TUTAJ. Aneta wyznała, że obawiała się spotkania z igłą, ale od dawna marzyła o tym zabiegu, bo już jako nastolatka zauważyła pierwsze zmarszczki wokół oczu (ach, ten szalony początek XXI wieku, który spędziliśmy wszyscy w solarium). Tekst świetny, a zwróciliście uwagę na komentarze?


pixabay


Gdybym nie była bezrobotną matką wielodzietną, możecie być pewni, że korzystałabym z podobnych zabiegów. Nie dlatego, że nie akceptuję siebie, ale dlatego, że wkurza mnie, że moje błędy młodości (opalanie), życiorys (trzy razy nieprzespane noce przy dzieciach) i metrykę (nie ma litości) widać na pierwszy rzut oka. Nie zrobiłabym się na jeden słuszny wzorzec, ale pozbyłabym się zmarszczek wokół oczu, zrobiłabym sobie fajny podbródek i rozważyłabym niewielką ingerencję w rozmiar biustu, tak, żeby ciuchy lepiej leżały. Zrobiłabym to, co nie znaczy, że nie lubię siebie. Lubię. Ale makijaż jednak robię.

Wielkie poruszenie


Aneta swoim szczerym wpisem wywołała niechcący dyskusję. Zastanawiano się, czy warto się poprawiać, czy to oznaka braku akceptacji, czy to, że ciutkę się wyprasowała świadczy o tym, że nie może pogodzić się z upływającym czasem. A może jest gorsza od tych, które piszą, że NIGDY by tego nie zrobiły, bo lubią patrzeć, jak czas je zmienia? Zanim zaczniecie analizować tę sytuację i szukać jedynej słusznej odpowiedzi na te  pytania, pozwólcie, że coś Wam powiem. Znamy się już jakiś czas, nie wiem ile, z pięć lat? Autorka owego tekstu zdecydowanie nie ma problemu z samooceną, nie ma do tego podstaw. To piękna i mądra kobieta, świadoma swoich zalet i wad. Nikt nie powinien jej pewności siebie oceniać na podstawie kilku nakłuć igłą. A jednak w internecie, nawet jeśli występujesz pod imieniem i nazwiskiem, jakoś tak masz więcej odwagi, bo ciekawa jestem, czy któraś z tych osób, które napisały nie do końca miłe komentarze powiedziałyby jej to samo w twarz? Szczerze wątpię.

Barbarzyństwo staje się normą


Kiedy w latach 20tych XX wieku Pola Negri, jako jedna z pierwszych kobiet na świecie zaczęła malować paznokcie u stóp, nie tylko uznawana była za kobietę nieprzyzwoitą, ale o mało nie wpędziła do grobu własnego lokaja. Mężczyzna prawie zemdlał, obawiając się, że stopy jego pracodawczyni krwawią. The Beatels (ci kolesie w garniturach z grzywkami) uznawani byli za symbol zepsucia, bo na ich koncertach młode damy piszczały i mdlały, o Elvisie nawet nie będę mówiła, bo ten zdecydowanie nie miał dobrego PR (poza rzeszą fanów na całym świecie). Słabo było też z radiem, które miało pożerać dusze młodzieży, potem nie lepszy był telewizor. Bawi Was to, a tak było. Dziś to wszystko wydaje się takie normalne. Paznokcie u stóp malujemy nawet zimą, w aucie słuchamy radia, a Paul McCartney wydaje się być całkiem statecznym dziadkiem przy Lady Gadze czy byłej gwiazdce Disneya. Wydawało mi się, że kwestie medycyny estetycznej też już mamy nieco opatrzone, ale chyba jednak żyłam w błędzie.

Każdy z nas ma swoją igłę


Kiedy rano idę zaprowadzić chłopców na autobus zakładam kaptur na głowę i już. Ale zanim pojadę do Lidla po bułki, myję włosy, bo nie będę chodzić po sklepie w kapturze. Jeśli idę do znajomych, albo wychodzę z mężem na spacer w weekend maluję się (latem nie). Zanim wrzucę zdjęcie do internetu, obrabiam je. Nigdy nie ukrywałam tego, że nie do końca wyglądam jak z obrazka. Na instagramowym story, rzadko korzystam z filtrów, ale jeśli już to robię to głośno o tym mówię, tak jest szansa zobaczyć, jak wyglądam rano :D Jakiś czas temu odkryłam, że są ludzie, którzy story ucinają tak, żeby ukryć użycie filtra. Czaicie? Bo ja nie do końca. Ale podobno tak się dzieje. Każdy z nas filtruje rzeczywistość, choćby tuszem do rzęs. Każdy chce wyglądać trochę lepiej, niż faktycznie wygląda.

Kto jest bez winy


Nie neguję tego, że ktoś może faktycznie akceptować swój wygląd, kochać swoje zmarszczki (osobiście nie mam nic do tych od śmiechu), ale czy ma prawo oceniać ingerencję innych. Jaki sens ma zadanie sobie trudu i napisanie komuś w internecie "o nie, JA bym nigdy tego nie zrobiła, bo JA kocham siebie" - w domyśle, może i jesteś gładka, ale na pewno siebie nie lubisz? Szkoda by mi było czasu. A już najbardziej śmieszy mnie, jak takie opinie wygłaszają ludzie, którzy sami używają wszelkich filtrów z poprzedniego akapitu. Wszystko jest dla ludzi, a szczere mówienie o tym, że ktoś coś poprawił uważam za tysiąckroć lepsze działanie, niż udawanie, że nic się nie majstrowało, a jednak...

A młodzież patrzy....


Wiecie, jak to jest, w kolorowych magazynach photoshop, w TV rysy twarzy zmienione dietą i cycki, które urosły od słońca w czasie wakacji na Bali, a ludzie siedzą i myślą: coś ze mną nie tak, nos się nie kurczy, zmarszczki nie prostują, a biust jest coraz dłuższy a nie większy. No i wszystkich nas to zakłamanie obrzydza, ale jak ktoś mówi otwarcie "zrobiłam to" to też znajdzie się ktoś, komu się to nie spodoba. Tylko czy warto się tym przejmować?
7 pytań i odpowiedzi: Seks po porodzie

7 pytań i odpowiedzi: Seks po porodzie

Jeśli tu jesteście to znaczy, że prawdopodobnie wiecie skąd biorą się dzieci. Może nawet już jakieś macie, jeśli trafiliście tu wyszukując hasła w google, to na 90 procent można Wam pogratulować narodzin pierwszego dziecka. Albo macie ciekawy fetysz. W każdym razie seks po porodzie nie powinien być tabu.


pixabay

Przejrzałam najczęściej wyszukiwane hasła w tym temacie, większość młodych rodziców jest ciekawych, kiedy można rozpocząć współżycie, czy będzie równie fajnie, jak przed porodem, czy będzie bolało, czy można zajść w ciążę. Tyle lęków i niedomówień, a przecież, to ludzki temat. Do aktywności po porodzie wracaliśmy trzy razy. Więc pozwolę sobie Wam o tym opowiedzieć. Ale rozczaruje Was, bez zdjęć i szczegółów ;)

1. Jak długo po porodzie nie można uprawiać seksu


To zależy od wielu czynników. Aloe rozsądek podpowiada, że należy poczekać, aż wszystko się zagoi. Nie mówimy tu tylko o ewentualnych ranach krocza. Połóg trwa zwykle około sześciu tygodni, po tym czasie należy bezwzględnie wybrać się na badanie do ginekologa, który oceni czy wszystko wróciło do normy. Pamiętajcie, że po porodzie nie wszystkie rany są widoczne. To lekarz odpowie Wam na pytanie czy można wrócić do aktywności seksualnej, nie koleżanka, nie sąsiadka i nie ja.

2. Nie mam ochoty na seks po porodzie


Wizyta lekarska odbyta, zielone światło jest, wracasz do domu, partner pyta "i co już?" a Ty niby już, ale wcale nie chcesz? Nie musisz. To zupełnie normalne. Młode mamy, szczególnie debiutantki mają bardzo stresujący czas w pierwszych miesiącach życia dziecka. Nieprzespane noce, kolki, ulewanie, kupki, czy dobrze karmisz, czy dobrze przewijasz i czemu ten cholerny brzuch nie znika? To wszystko jest normalne i wiele kobiet przeżywa takie dylematy. Do tego hormony robią swoje, a i myśl, "A co jeśli dziecko obudzi się w trakcie?" też raczej nie sprzyja amorom. To wszystko minie, wcześniej,później, ale minie. Zawsze możesz też powiedzieć wprost partnerowi, że boisz się, że możecie spróbować, ale niech będzie przygotowany na to, że do stosunku może nie dojść.

3. Czy seks po porodzie boli


To sprawa bardzo indywidualna. Tak, jak sam poród każda kobieta przeżywa inaczej, tak jest też z seksem po nim. Im cięższy poród, tym ten pierwszy raz może być mniej przyjemny, każda z nas też ma inny próg bólu. Trzeba być przygotowanym na to, że te same hormony, które dają bufet dziecku sprawiają, że naturalne nawilżenie jest niższe, dlatego warto pomyśleć o jakimś nawilżaniu, ale raczej nie żelu potęgującym doznania, ten zostaw na potem.

4. Czy po porodzie przyjemność z seksu jest mniejsza


To jest mit. Twoja pochwa to nie jest stary sweter, to że przepuściła dziecko, nie znaczy, że już zawsze będzie mieć średnicę równą wielkości głowy niemowlaka. No jest tkanka, miękka i bardzo elastyczna i powoli wróci do normy. Można jej pomóc ćwicząc mięśnie Kegla. To akurat warto robić zawsze. Trzydzieści, czterdzieści lat temu, przyszły ojciec zanosił położnikowi butelkę, żeby ten szyjąc żonę po porodzie założył jeden szef więcej. Miało to potęgować doznania. Powiem tak, nie mam dodatkowych szwów, nasze życie erotyczne ma się świetnie. Mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że lepiej niż przed porodami, a przypominam, że urodziłam 12 kilogramów dzieci.

5. Czy karmienie piersią zabezpiecza przed ciążą


No to jest gruby temat, bo poniekąd tak. Ale... No właśnie, to "ale". Zabezpiecza bardzo skutecznie, aż nagle przestaje, bo zanim dostaniesz pierwszą miesiączkę, to będziesz mieć pierwszą owulację, czyli szansę na powiększenie rodziny, dlatego jeśli nie planujesz szybkiego zwiększenia przyrostu naturalnego w czasie pierwszej wizyty u  ginekologa po porodzie zapytaj o antykoncepcję. Mam swoje doświadczenia i typy, ale o tym innym razem. Karmiąc piersią można zajść w ciążę, jest to możliwe nawet bezpośrednio po porodzie, bo nigdy nie wiesz, kiedy owulacja wróci. Po pierwszym porodzie dostałam miesiączki tydzień po zakończeniu połogu, po drugim porodzie minęło półtora roku, a po trzecim po roku. A przecież wszystkich karmiłam piersią.

6. Jak to zrobić po porodzie


Delikatnie i ostrożnie. Warto wybrać pozycję, w której to Ty będziesz kontrolować sytuację, w razie czego będziesz mogła się wycofać. Nie rób niczego wbrew sobie, ale też nie zwlekaj niepotrzebnie, jeśli nie ma fizycznych przeciwwskazań, a Ty masz blokadę psychiczną, warto o tym pogadać z partnerem i powoli próbować, bo im dłużej zwlekasz, tym więcej obaw w sobie wyzwalasz.

7. Co się może wydarzyć w czasie seksu po porodzie?


Oj różne rzeczy, to zależy od fantazji ;) a tak serio, nie rozpędzaj się ze ściąganiem bluzki, inaczej strumień mleka może wystrzelić niespodziewanie prosto w twarz partnera.  To się zdarza i to wcale nie rzadko. Pocieszające jest to, że raczej na początku, z czasem to mija. A no i oczywiście może obudzić się dziecko, ale bez paniki, nie będzie mieć traumy, dla własnego komfortu zastanówcie się odkładając malucha, ile zwykle czasu zajmuje mu pierwsze nocne spanie, to ono jest najdłuższe. Więc z kolacją przy świecach i komedią romantyczną przed możecie się nie wyrobić, lepiej więc zacząć od deseru ;)



Okiem Żywiciela: Czas na zmiany

Okiem Żywiciela: Czas na zmiany

Są tacy, którzy lubią ustalony porządek wszechświata, a przynajmniej tego małego wycinka zwanego ich życiem zawodowym. Wstajesz o 7, o 8 dopijasz kawę i o 9 logujesz się w pracy, żeby iść po kolejną kawę, 17 wychodzimy i jesteśmy na wolności. Albo zupełnie inaczej, budzisz się i sprawdzasz gdzie jesteś i jeśli możesz zobaczyć kawałek nieba, to po jego kolorze starasz się ustalić która godzina i co właściwie powinieneś robić. Stanem pośrednim jest praca na zmiany, czyli coś co towarzyszy mi od wielu już lat.


pixabay

Przepraszam za ten clickbaitowy (klikonęcący?) tytuł ale mój mózg tak się na nim zafiksował, że nie dopuszczał możliwości wygenerowania innego. Dzisiaj na podstawie własnych doświadczeń postaram się opowiedzieć Wam o cieniach i blaskach pracy na zmiany i z dynamicznie zmieniającym się grafikiem. Może to kwestia przyzwyczajenia albo tego, że nie mam problemu ze wstawaniem nawet o 4 nad ranem i budzę się bez problemu zachowując większość funkcji mózgu nawet przed pierwszą kawą, ale generalnie chwalę sobie system zmianowy, może z jednym wyjątkiem.

Kiedyś pracowałem na noce w trybie ciągłym i to, mówiąc szczerze, na dłuższą metę chyba nie jest dla mnie. Po kilku miesiącach przesypiałem większość dnia, a w weekendy czytałem książki i oglądałem filmy do 7 rano, bo i tak nie byłem w stanie zasnąć. Ciągle brakowało mi słońca i nic mi się nie chciało. Chyba jedynym plusem pracy na noce było to, że nie miałem problemu z umawianiem się na rozmowy o pracę i nawet pomyślny dwutygodniowy okres próbny odbyłem nie rzucając starej pracy.

Za to praca w systemie rano/popołudnie to już miód na moje serce. Można iść do lekarza/fryzjera/kina lub na basen w czasie, kiedy nie ma kolejek i jest luźno. Można na spokojnie zawieźć dzieci do szkoły/przedszkola i być tym wyluzowanym rodzice, który nie pogania swojego dziecka i nie ma obłędu w oczach sycząc "pośśpieszzz sięę" przez zęby żeby nie wyjść na całkowitego tyrana. Można skosić trawę albo pójść z żoną na śniadanie i kawę po oddaniu dzieci w ręce profesjonalistów.

Sam dojazd do pracy na popołudnie też bywa przyjemniejszy, poranni frustraci znikają z ulic, emeryci dojechali na targ albo do przychodni, ludzie nie przypominają już rozwścieczonej tłuszczy... Oczywiście trochę smuteczek, gdy większość ludzi wychodzi, a Tobie zostało jeszcze dobre parę godzin w robocie, ale praca wieczorem ma swój urok, jest ciszej, czasem daje się porozmawiać nie tylko o pogodzie i ludzie ogólnie są bardziej ludzcy. Tak jakby tarcze i sztylety korporacyjnych bojówek późnym popołudniem trafiały do zbrojowni i czasem komuś zdarzy się pokazać prawdziwe oblicze. Nic nie pobije też wychodzenia późnym wieczorem w lato z pracy i słuchania ciszy i gapienia się w puste niebo.

Z kolei jeśli zaczynamy pracę bardzo wcześnie, to jest w sumie to samo tylko odwrotnie. Najpierw cisza i wschód słońca, potem machamy frustratom którzy dopiero wybiegają z domów, a my już dojeżdżamy. Pierwsi robimy kawę/herbatę w pracy i gdy inni wbiegają zdyszani i spóźnieni my już wiemy co i jak, bo przecież dojechaliśmy tutaj przed korkami, przejrzeliśmy maile i ogarniamy nasz wycinek wszechświata... żyć nie umierać.

P.S.

Żartuję, zawsze chciałem być leśniczym.
Co to jest bilans dwulatka i jak się do niego przygotować

Co to jest bilans dwulatka i jak się do niego przygotować

Kiedy dziecko się rodzi jest dokładnie oglądane, badane i mierzone. To jego pierwsze badanie oceniające rozwój. Kolejne kontrole odbywają się przy okazji szczepień, ale to właśnie w wieku dwóch lat wykonuje się pierwszy od porodu pełen przegląd. My właśnie wróciliśmy z takiego badania technicznego, więc pozwólcie, że Wam o nim opowiem. Trzecie dziecko, pierwsze swój przegląd miało siedem lat temu, ale schemat jest niezmienny, więc jeśli nie wiesz czego się spodziewać, pozwól, że rozwieję Twoje wątpliwości.



 

Pierwsza rzecz, którą rodzice muszą wiedzieć, to to, że badanie jest obowiązkowe i dopiero ono, a nie porównanie z dzieckiem kuzynki daje obraz tego, jak rozwija się nasz "bombelek" (sorry musiałam, rozczula mnie to słowo na forach dla rodziców).

Jak się przygotować do bilansu dwulatka


Po pierwsze trzeba mieć dziecko, do tego powinno ono mieć skończone dwa lata. Nie tydzień przed urodzinami, raczej kilka dni po. Piszę o tym, ponieważ Zeta chciałam umówić tydzień przed urodzinami, tak nam pasowało, ale ku mojemu zaskoczeniu dowiedziałam się, że musimy poczekać. Warto o tym pamiętać. Dziecko powinno być idealnie zdrowe, jak do szczepienia. Chory markotny maluch nie będzie chciał współpracować, a w czasie badania jest to niezbędne. Teraz napiszę coś, czego pisać bym nie chciała, ale okazuje się, że to wcale nie jest oczywiste. Dziecko należy umyć (polecam częściej niż raz na dwa lata, np. codziennie będzie ok), niestety jak pogadacie z jaką uroczą pielęgniarką czy pediatrą, to dowiecie się, że z tym bywa różnie. Bierzemy jeszcze książeczkę szczepień i jeśli dziecko nadal używa to pieluchę na zmianę i zaświadczenie z poradni specjalistycznej, jeśli dziecko jest pod opieką takowej, ewentualnie kartę informacyjną z leczenia szpitalnego, jeśli dziecko wymagało hospitalizacji a do przychodni nie dostarczyliście jeszcze "wypisu". Umawiając się do lekarza powiedzcie koniecznie, że chodzi o bilans, po pierwsze dziecko musi trafić do części dla dzieci zdrowych, a po drugie lekarz musi zarezerwować dla Was więcej czasu niż zwykle.

Jak przebiega badanie


Z dużą dozą prawdopodobieństwa, najpierw spotkacie się z pielęgniarką. Która zważy i zmierzy dziecko, a dopiero potem spotkacie się z lekarzem. Badanie to w pierwszej części wywiad. Jakie padną pytania?

  • Czy dziecko często choruje
  • Czy jesteście na bieżąco ze szczepieniami
  • Czy zgłasza potrzeby fizjologiczna
  • Czy składa proste zdania (choćby z dwóch słów)
  • Czy zdaniem rodziców dobrze słyszy i widzi
  • Czy sprawnie chodzi
  • Czy umie stać na jednej nodze
  • Czy wspina się (np. na krzesło)
  • Czy umie wskazać i nazwać przynajmniej dwie części ciała
  • Czy zna kolory
  • Czy potrafi budować proste wieże z klocków i układać przedmioty obok siebie
  • Czy potrafi samodzielnie jeść


To nie jest konkurs piękności, odpowiadajcie na wszystkie pytania zgodnie z prawdą i zgłaszajcie, jeśli coś Was niepokoi, nawet z pozoru błahe zachowania. To jest ta wizyta, na której lekarz ma tyle czasu, żeby na nie odpowiedzieć.

Po wywiadzie dziecko trzeba rozebrać do bielizny lub pieluchy. Pediatra obejrzy skórę dziecka, poprosi, żeby przeszło kilka kroków, dokładnie je osłucha, sprawdzi węzły chłonne, napięcie brzucha, upewni się, że śledziona i wątroba nie są powiększone, obejrzy narządy rodne, u chłopców sprawdzi, czy jądra znajdują się w mosznie. Zajrzy do buzi, żeby sprawdzić gardło, migdałki, język i ząbki. Niekiedy lekarz może poprosić, żeby dziecko nazwało zwierzątka na tablicy do badania wzroku, żeby upewnić się, że maluch dobrze widzi, albo poprosi, żebyście stanęli za dzieckiem i zawołali je szeptem. W miarę możliwości dziecku zmierzone zostanie też ciśnienie, ale to nie zawsze się udaje, bo sporo dzieci się boi.

Jakie są normy


Rozwój dzieci ocenia się poprzez naniesienie wzrostu i wagi na siatki centylowe odpowiednie do wieku i płci dziecka. Jako normę przyjmuje się wszystko co mieści się między 3. a 97. centylem. Ewentualne "patologie" lekarz podda dodatkowym badaniom, zaleci np. wizytę w poradni metabolicznej, endokrynologicznej lub modyfikację diety dziecka. 


#niemarnuje trzy superfood z weekendowych resztek

#niemarnuje trzy superfood z weekendowych resztek

Wiecie, że nie lubię, jak zostaje jedzenie? Matko, jak muszę wyrzucić choćby przylepkę od chleba, to aż mnie skręca. Dlatego właśnie jestem mistrzynią planowania. Planuję jadłospis, zakupy, zużywanie do końca, według planu nawet wynosimy śmieci. Tak mniej się marnuje, bo nawet, jak coś nie do końca nadaje się dla dzieci, to jeszcze niektóre rzeczy można dać choćby zwierzętom w lesie. Ale dziś nie o tym.


Matka Żywicielka

Po długim weekendzie, kiedy to na pięć osób zakupiłam jeden niewielki bochenek chleba, musieliśmy się trochę postarać, żeby nie zabrakło, ale postaraliśmy się tak, że zostało... Zostało też mięso z rosołu: pięć pałek z kurczaka i kawałek wołowiny i oczywiście warzywa z tego samego rosołu. Żeby się nie zmarnowało...

Po pierwsze chleb


Siedem kromek. Od soboty do wtorku zdążyły już mieć pierwszą młodość za sobą. Przyjechała z zakupów ze świeżym, pachnącym i chrupiącym chlebem, popatrzyłam na tą bidę w chlebaku i pomyślałam, ale super! będą grzanki do zupy! Zamiast kupować takie w sklepie, za kilka złotych możesz wykorzystać zalegające w kuchni pieczywo, które, jeśli plonowałaś dać kaczkom w parku, to zapomnij o tym pomyśle, kaczek chlebem się nie karmi.

Nie do końca świeże pieczywo wystarczy pokroić w kostkę, do miski wlej trzy łyżki oleju,dodaj pół łyżeczki soli, ostrą paprykę i ulubione zioła, wrzuć kostki z pieczywa i porządnie wymieszaj. Wysyp na blaszkę do pieczenia i wstaw do piekarnika nagrzanego do 150 stopni na 6-7 min. Zaglądaj, bo szybko się przypala. Grzanki wystudź poza piekarnikiem, ale na blaszce, potem przechowuj w szczelnie zamkniętym słoiku lub puszce.


Matka Żywicielka

Po drugie mięso z zupy


Ile razy zastanawiałaś się, co zrobić z mięsem z rosołu? Najlepsi kucharze mawiają, że albo masz dobry rosół, albo mięso. Nie da się długo i w niskiej temperaturze "pyrgać" rosołu i zjeść pysznego mięsa z niego, ale wyrzucić jednak szkoda. Dlatego wśród rozmaitych past, gulaszu i tym podobnych pojawiły się u nas też burgery z wygotowanego w rosole mięsa.

Kurczaka i wołowinę obieramy z kości wrzucamy do malaksera, dodajemy cebulę, suszone pomidory i co tam jeszcze pod rękę wpadnie, czasem jakaś marchewka, czasem pieczony bakłażan, albo resztka buraków z jarzynki. Wbijamy jajko, dosypujemy bułkę tartą, przyprawiamy ostrą papryką, formujemy burgery i smażymy na patelni grillowej. Burgery, o które wszyscy się biją.

pixabay


Po trzecie warzywa z rosołu


Marcheweczka, pietruszka i seler już ugotowane, wystarczy pokroić w kostkę, dołożyć posiekaną cebulkę, ugotowane na twardo jajko, kiszonego ogórka i jabłko. Jak masz pod ręką groszek to tym lepiej, do tego sól, pieprz i majonez. I sałatka, jak się patrzy. 5 minut roboty, a posiłek dla czterech osób gotowy.

Z tych składników można przygotować mnóstwo innych dań, ale te trzy to taki nasz must have, dania pierwszego wyboru. Co Wy robicie z tych "resztek"?

pixabay

Niczym łania. Co to są kąpiele leśne

Niczym łania. Co to są kąpiele leśne

Żyjemy w czasach, kiedy "Szybko, szybko" pada z naszych ust częściej niż szczere "co słychać?". Garściami wciągamy tabletki na ból, nastrój, odporność i wszelkie inne dolegliwości, które są niczym innym, jak efektem naszego stylu życia. A gdyby tak wyrzucić zawartość apteczki (oczywiście nie mówię o lekach niezbędnych) i spróbować pozbyć się całego tego bólu inaczej?


Matka Żwicielka


Przez ponad 90 procent czasu, kiedy ludzkość jest na ziemi, żyliśmy blisko przyrody, naszym życiem kierował rytm natury, a dziś? Dziś już nie jest tak różowo, ale możemy próbować. Po zachłyśnięciu się smakami świata dostępnymi w każdym dyskoncie, znów chętniej szukamy lokalnych produktów, tego, co akurat w tym momencie roku smakuje najlepiej. A gdybyśmy zbliżyli się jeszcze bardziej?

Uczmy się od najlepszych


Japończycy słyną z tego, że ich życie jest powolne i spokojne (przynajmniej w teorii), w każdym razie oni od czterdziestu lat definiują i opisują kąpiele leśne, jako sposób na wiele dolegliwości cywilizacyjnych. Zdaniem japońskich naukowców ten rodzaj spędzania czasu nie tylko pomaga nam się odprężyć i zwolnić w codziennym pędzie, ale też przynosi realne korzyści dla zdrowia, wpływa bowiem na nasz układ immunologiczny.

Jak się kąpać?


Jeśli myślicie, że mózg mi przymarzł, skoro proponuje Wam kąpiele na łonie natury w styczniu, to muszę Was rozczarować. Nie będzie biegania niczym gołe łanie po leśnych polanach, ani pławienia się w lodowatym strumyku. Znaczy jak ktoś lubi, to proszę, ale nie o to tu chodzi. Chodzi o to, żeby zanurzyć się w lesie. Przebywać wśród drzew. W sposób spokojny i uważny. Chłonąć go,spokojnie i głęboko oddychać. Można zabrać dzieci, psa, przyjaciół, ale najważniejsze, żeby skupić się na tym co nas otacza i oddychać. Głaskać gałęzie, słuchać szelestu pod stopami, skrzypiących koron drzew, przytulać się do ich pni. Chłonąć.

Ojciec Żywiciel

Potęga inhalacji


Aromaterapia - to ona czyni cuda w leśnych kąpielach. Głęboko oddychając w lesie wchłaniamy fitoncydy czyli substancje lotne wytwarzane prze rośliny leśne. Ten niezwykły koktajl wpiera nasz układ odpornościowy, pomaga zwalczać grzyby i bakterie kłębiące się w naszych organizmach. Dodatkowo taki spacer obniża ciśnienie i puls, zmniejsza więc ryzyko chorób serca. Działa atystresowo i antydepresyjnie. Mówi się, że regularne leśne kąpiele zwiększają produkcję komórek NK  czyli naturalnych zabójców komórek nowotworowych.

Ojciec Żywiciel

Las na receptę


Już nie tylko Japończycy, ale również mieszkańcy Korei Południowej wychodzą coraz częściej z gabinetu lekarskiego z zaleceniem kąpieli leśnych. Rząd kraju kwitnącej wiśni w latach 2013-2014 zlecił badania mające w sposób naukowy udowodnić skuteczność tej metody leczenia. Jak grzyby po deszczu rosną kliniki i SPA oparte właśnie na kąpielach leśnych.

Nie czekaj do wiosny


Las jest dobry o każdej porze roku. Instynkt każe nam szukać oznak wiosny wśród drzew, latem chronić się w ich cieniu, jesienią iść na grzyby i podziwiać oszronione gałęzie. Każda pora jest dobra. Nie masz pod nosem lasu? Idź do parku, ważne, żeby to był długi i regularny spacer. Oddychaj.

Matka Żywicielka

7 kroków do detoksu skóry

7 kroków do detoksu skóry

Kiedy jakieś pięć tysięcy lat temu zostałam mamą po raz pierwszy miałam takie postanowienie, że nie będę mamuśka w dresach. Boki zrywać, co? Urodziło się dziecko, potem drugie, trzecie i nagle wstajesz po kolejnej ciężkiej nocy, zdecydowanie wcześniej niż byś sobie tego życzyła i myjąc zęby dostrzegasz kątem oka, że na czole błyszczy nowy pryszcz, dobrze, że zima, więc nie wszyscy spod czapki zobaczą, że jesteś "junikornem". Ale Ty już wiesz. Czas coś zmienić.


pixabay


Od czasu do czasu wypadałoby dać skórze trochę odsapnąć. Nie ma co się oszukiwać, nie często bywamy dla niej szczególnie miłe. Bywa, że zaśniesz z dzieckiem, kiedy się przebudzisz o drugiej czy trzeciej w nocy raczej nie oddajesz się długiemu rytuałowi oczyszczania skóry.Mówiąc szczerze, dojadanie tego co akurat zostawiły dzieci, albo szybki pączek z dyskontu, też raczej nie pomagają na kondycję Twojej skóry, do tego spaliny samochodowe, dym z kominów i całe mnóstwo innych atrakcji. Więc co pomoże?

1. Skorupka


Najpierw wypadało by pozbyć się zrogowaciałego naskórka i zanieczyszczeń na nim zalegających. W zależności od rodzaju skóry, wybieramy peeling dostosowany do jej potrzeb, skóra sucha i naczynkowa nie lubi skrobania i ścierania, dlatego warto sięgnąć po peelingi enzymatyczne, czyli takie, które rozpuszczają martwy naskórek. Jeszcze kilka lat temu kupienie dobrego peelingu enzymatycznego graniczyło z cudem. Wybór ograniczał się do jednego no może dwóch preparatów, teraz każda szanująca się marka ma taki kosmetyk w swojej ofercie. Osobiście od lat używam Ziaja PRO, kosztuje kilkanaście złoty i jest wydajny. Mniej wrażliwa skóra będzie wdzięczna za scrub czy peeloff - czyli ściąganą maseczkę. Sama zresztą czasem takiej używam. Mam taką czarną z węglem. Dlaczego akurat taką? Przeczytacie trochę niżej.

2. Sauna relaksu


Żeby odprężyć skórę i rozszerzyć pory, tak żeby mogła swobodnie pooddychać i przyjąć składniki odżywcze z kosmetyków nie trzeba koniecznie pędzić do salonu kosmetycznego. Wilgotny, ciepły ręcznik z kilkoma kroplami olejku z eukaliptusa lub mięty pieprzowej.  Ale taki zabieg wykonujemy zawsze na noc, żeby skóra mogła w spokoju wrócić do równowagi nim wyjdziemy w pełne spalin powietrze.

3. Przeciwutleniacze


Zastanawiałaś się kiedyś skąd na Twojej buzi biorą się plamy, przebarwienia zmarszczki, których jeszcze tam być nie powinno. To wolne rodniki, te małe podstępne gnidy tylko czekają aż na powierzchni skóry pojawi się uszkodzenie i BAM! Żeby opisaćto bardziej obrazowo wyobraź sobie że masz jabłko, przekrawasz je, albo choćby spada Ci si się zbija. Za chwilę zaczyna w tym miejscu robić brązowe, to właśnie wolne rodniki. Powierzchnia jabłka pod wpływem powietrza i zanieczyszczeń w nim latających robi się ciemna, utlenia się. To samo dzieje się z Twoją skórą. Świetnym antyutleniaczem jest witamina C. Warto zadbać o jej obecność w diecie i kosmetykach. Dużo witaminy C ma czerwona papryka, ale i inne warzywa i owoce. Warto też szukać jej w kremach. 

4. Węgiel, jak magnez


Nie bez powodu serwuje się go pacjentom po zatruciach. Cząsteczki węgla przyciągają wszelkie trucizny i nie wchłaniając się do organizmu pomagają się ich pozbyć. W czasie detoksu skóry, można go przyjmować w tabletkach, ale w niewielkich dawkach. Fajna opcją są kosmetyki z węglem, np. maski, wyciągają zanieczyszczenia miejscowo. 

5. Kwasy i kwasy


Skóra lubi kwasy, nie tylko te w kosmetykach, lubi też te Omega-3, ich cudowne zdolności zobaczysz szybko w lustrze, jak tylko przypilnujesz, żeby w Twoim menu na stałe zagościły ryby morskie, orzechy i wysokiej jakości oliwa, nieomal od razu zobaczysz efekty zmian w lustrze. Tak samo jest z wodą. Zainstaluj w telefonie aplikację i sprawdź, ile jej wypijasz. Kiedyś już o tym pisałam.

6. Sól, nie tylko tej ziemi


Sól zdecydowanie ma za słaby PR. Jest nieoceniona, jeśli chodzi o zmiękczanie skóry i jej mineralizację.Oczywiście nie mówię, że masz co rano dziabnąć dla zdrowotności łyżeczkę białego proszku. Sięgnij raczej po różową himalajską, a przynajmniej morską i wymieszaj ją w proporcji 1:1 z miodem i nałóż delikatnie na buzię, zmyj delikatnie ciepłą wodą po 15 minutach. Fajną opcją są też maseczki z błotem z Morza Martwego. Bogate w sól i minerały, które poprawiają nawilżenie, zmiękczają i oczyszczają skórę. Zalecane są nawet w leczeniu łuszczycy czy egzemy.

7.  Mniej znaczy więcej.


Od jakiegoś czasu jest taka moda, żeby pokazywać w sieci, jak myjesz twarz. "Moja poranna pielęgnacja" Jak widzę, ile różnych mazideł na swoje buzie nakładają dziewczyny i kobiety to łapię się za głowę. Bywa, że zanim sięgną po makijaż mają na twarzy już siedem warstw różnych specyfików. Nie będę się rozwodzić nad ich składami. W pielęgnacji jest tak, że im krótszy skład, tym lepiej. Oczyszczaj dokładnie skórę i wybierz odpowiedni dla niej krem, nie musisz nakładać pół słoiczka na raz. Serum, czy inny wspomagacz nie zawsze pomoże. Warto po nie sięgać ale nie ciągle i non stop.
7 kroków,żeby w tym roku się udało

7 kroków,żeby w tym roku się udało

Ile razy zaczynałaś rok niczym Bridget Jones? Rzucę palenie, schudnę 10 kg i znajdę męża, a do tego zbuduję taką poduszkę finansową,że jak mnie zwolnią z pracy, to pojadę na pół roku do Indii oczyścić umysł w szkole jogi. Gucio, nic z tego, nie da rady, bo za dużo od siebie wymagasz, zresztą jak zawsze. Wszyscy (no dobra większość) mamy taką tendencję. Dlatego przyjmijmy taktykę, którą zwą uroczo małymi kroczkami.




Zwykle nie udaje nam się osiągnąć sukcesu, bo sami jesteśmy temu winni. Jest kilka podstawowych błędów, które popełniamy zanim zaczniemy wprowadzać zmiany w życie.

1. Zbyt ambitne postanowienia 


Niedostosowane do realiów, codziennych obowiązków, motywacji, możliwości, np. nie da się odkładać miesięcznie 3 tysięcy, jak zarabiasz dwa, nie da się schudnąć bez wyrzeczeń. Nie da się. Określ cel biorąc poprawkę na swoje ograniczenia.

2. Nie określony cel


Będę codziennie biegać. Ale po co? Czy chcesz poprawić rekord życiowy, wystartować w maratonie, a może wyrzeźbić łydki? Spójrz w lustro i powiedz SOBIE szczerze, po co chcesz to robić, co jest Twoim celem. I to na nim się skup, będzie Ci łatwiej, kiedy się potkniesz, a to nastąpi. Pewnie nie raz.

3. Rozłóż cel na mniejsze


Nie ważne, czy planujesz schudnąć 10 kg, rzucić fajki, czy wyjechać na wakacje życia. Zrób plan, nie da się zmienić życia i często złych nawyków w pięć minut. Zimowa aura też nie sprzyja zaczynaniu od nowa. Więc daj sobie czas i zaplanuj konkretne działania. Np.w styczniu zacznij jeść pięć zamiast dwóch posiłków dziennie. Nie szalej z jarmużem i odtłuszczonymi jogurtami. Na to przyjdzie czas, zmieniaj swoje nawyki powoli, efekty przyjdą same.

4.Nie poddawaj się


Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, wiadomo. Ale spójrz na własne doświadczenia. Ile razy zaczynałaś dietę? Ile razy kończyłaś ją po pierwszym wyjściu ze znajomymi, bo przydarzył Ci się drink, hamburger? No właśnie. To się zdarza. Najważniejsze, to się nie poddawać. Uznać, że jesteś tylko człowiekiem,a ludzie się potykają. To że raz krzyknęłaś na dziecko, nie znaczy, że jesteś złą matką. To że zjadłaś pięć frytek, nie znaczy, że zaprzepaściłaś cel. Uszy do góry i wracaj do walki. Wtedy masz szansę na sukces.

5. Nagradzaj się za sukcesy


Nie żrej całej blachy sernika, bo schudłaś dwa kilogramy. Zabierz sama siebie do kina, kup mniejsze spodnie. To że zaoszczędziłaś 300 zł nie znaczy, że masz je natychmiast wydać, zrób sobie domowe SPA. Zastanów się, co daje Ci przyjemność i to niech będzie Twoja nagroda.

6. Nie opowiadaj dookoła o rzeczach, których jeszcze nie ma


Serio, nie musisz pisać na fejsbuku, że jesteś na diecie, żeby schudnąć. Zostaw to dla siebie. Presja wcale Ci nie służy. Nie musisz nikomu nic udowadniać,robisz to dla siebie i tylko przed sobą się rozliczaj. Nie daj sobie wmówić, że coś Ci nie idzie. W najgorszym razie realizacja Twojego planu się odsunie, ale nie trać celu z oczu.

7. Uśmiechnij się


Szukaj pozytywów, przyjemnych aspektów, ciesz się sukcesami. Dobre nastawienie potrafi zdziałać cuda. Serio.

Powodzenia.

Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger