Czy pozwolić dziecku płakać?

Czy pozwolić dziecku płakać?

Bycie Jego matką nie zawsze jest łatwe. Zdarza się, że zadaje pytania, na które nie mam ochoty odpowiadać, a jednak muszę. Jak opowiedzieć dziecku o tym, że tęsknisz za kimś, kogo on nigdy nie widział?

fot. pixabay/summa

- Mamo, wiesz a S. nie obchodzi Halloween, tylko święto dyni. Robią lampion i już, koniec - zagaił Zet w czasie podróży samochodem.
- No wiesz Zet, my też tak robimy lampion i koniec. W naszą kulturę nie jest wpisane żartowanie ze śmierci. Nie chodzicie zbierać cukierków, itd. - odpowiedziałam z nadzieją, że ucięliśmy temat, bo wiedziałam, czym to pachnie.
- Ale właściwie dlaczego? - nie dawał za wygraną.
- Bo początek listopada, to czas, kiedy bardziej myślimy o tych, których wśród nas już nie ma, a których kochaliśmy. Ty masz to szczęście, że nigdy jeszcze nie musiałeś żegnać na zawsze.
Chwila ciszy.
- Myślisz o swojej babci, prawda? - zapytał czytając w moich myślach, jak w otwartej księdze.
- Tak, Kochanie - rzuciłam, czując, jak głos grzęźnie mi w gardle.
- Mamo, czemu zawsze, jak o niej mówisz, to płaczesz? - drążył temat pierworodny.


"Tylko nie umieraj dziś (...) ja Ciebie kocham, duże dziecko"

Nie chciałam ciągnąć tej rozmowy. Babcia była dla mnie kimś absolutnie wyjątkowym. Kiedy miała iść do pierwsze klasy wybuchła wojna. Nigdy nie poszła do szkoły, wychowała czworo dzieci i, nie wdając się w szczegóły, nie miała łatwego życia. Moja Kaziulka.  Tęsknię za nią, nie ma dnia, żebym o niej nie myślała. Żałuję, że nie poznała Żywiciela, chłopców. Że dziś nie mogę się do niej przytulić. Opowiadanie o tym ośmiolatkowi nie jest łatwe. On zupełnie nie rozumie, jak ktoś, kogo on nie widział, mógł być dla mnie tak ważny. Jednak płakał ze mną.

Pamiętam pewną tragedię, którą sam przeżył. Miał świetną terapeutkę Integracji Sensorycznej. Tak zwana baba z jajami. Pewnego dnia, tuż przed zajęciami dostałam od niej SMS, że już nie pracuje tam gdzie pracowała, że nie poprowadzi najbliższych zajęć. Musiałam mu o tym powiedzieć. Płakał tydzień. Był w prawdziwej żałobie, a mi pękało serce.

Podobna katastrofa dotknęła nas, kiedy Teda nauczycielka z przedszkola odeszła do innej placówki. Ted do dziś ją wspomina. Tęskni. Już nie płacze, ale nadal nosi w sobie ślad tej znajomości.

"Pomóż mi... Pomóż mi pokonać smutek, który powstał, gdy nagle odszedłeś"

Przemijanie, zmiany, pożegnania, nie są łatwe. Ani dla małych, ani dla dużych. Dziecko nie odbiera świata, jak dorośli, dla niego jeśli coś się kończy nagle to jest tragedia. Wiem, że wielu to oburzy, ale jak masz kilka lat, to nie ważne, czy Twój ulubiony nauczyciel zmienił pracę, czy zmarł Twój chomik, czy człowiek, którego kochałeś. Dziecko, nawet kilkuletnie, nie umie sobie wyobrazić, świata tak, jak widzimy go my dorośli. Ty wiesz, że przy odrobinie chęci z nauczycielem da się umówić na lody, chomiki żyją krótko, a człowiek znika na zawsze albo (wersja dla bardziej religijnych) czeka na Ciebie po drugiej stronie.

Przy okazji tego pełnego zadumy święta, które już jutro, warto poddać się takiej refleksji. Nie wolno bagatelizować dziecięcej tragedii. Przytul, podejdź ze zrozumieniem, pozwól płakać. Smutek to też emocja, która kształtuje człowieka. Wszystkie emocje są potrzebne i te miłe i te mniej sympatyczne. Naszą rolą, jako rodziców jest uczyć dziecko tego, że wolno mu płakać, smucić się i złościć. Sama nie zawsze akceptuję świat, który mnie otacza. Nie godzę się na niesprawiedliwość, rozpaczam po śmierci bliskich, płaczę, tupię, a niekiedy krzyczę. Oni też mają do tego prawo. Nawet jeśli z perspektywy dorosłego rozpacz jest niewspółmierna do poniesionej straty.
Droga grupo na facebooku...

Droga grupo na facebooku...

Jestem w kilku facebookowych grupach dla mam, śledzę różne fora w tej tematyce. Ostatnio zaczęłam je przeglądać, na zasadzie, czy naprawdę są mi potrzebne. Odkryłam, że porad tam nie znajdę, za to inspirację i owszem. Pytanie, jakie tam padają, czasem powodują, że... padam.

fot. Pixabay/geralt

"Drogie mamusie, okazało się, że będę mieć synka. Jakie imiona męskie Wam się podobają, bo nie mam pomysłu?" 

Ja to nawet rozumiem, że jestem przegięta w drugą stronę, bo imię Zygmunt wybrałam w podstawówce, Teodor jakoś od początku był dla nas oczywisty, a negocjacje nad Kazimierzem zamknęliśmy w jedno popołudnie. Ale jakbym pomysłu nie miała to pewnie wzięłabym kalendarz, zastanowiła się, jak nazywali się moi ulubieni bohaterowie literaccy, autorzy, może postacie z filmów, zapytałabym mamę, albo teściową o ich ulubionych wujków, a przede wszystkim gadałabym z mężem. Oczyma wyobraźni już widzę te rozmowy za kilka lat: "Mamusiu, a czemu nazwałaś mnie Brajanek?""Ach synku, nie miałam pomysłu, więc wybrali obcy ludzie w internecie". No potomek będzie pod wrażeniem. Powiecie: czepiasz się! Szukała tylko inspiracji. A gdzież tam, kilka dni później ta sama osoba opublikowała na grupie ankietę z trzema najczęściej powtarzającymi się imionami z prośbą o oddanie głosu. A to tylko imię, są i lepsze aparatki.

"Pomocy! Moje córcia już od dwóch tygodni ma takie coś, co to może być?"

Załącznik: zdjęcia siniaka, wysypki, plamy, napitego kleszcza, itd. oczywiście fota w jakości "atak epilepsji na przejeździe kolejowym". No i co tu robić? Najlepiej dla mojej psychiki byłoby przewinąć, nie patrzeć i liczyć na naturalną selekcję, ale jednak dzieciaka szkoda. Patrzę a tam 385 komentarzy. No i jak się przebić ze swoim pogańskim "Idź z dzieckiem do lekarza", kiedy połowa komentarzy brzmi "Też tak mieliśmy, trzeba potrzeć czosnkiem", "Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale mojej malutkiej pomogła litania do.... ale odmawialiśmy wszyscy, codziennie, przez miesiąc". To są autentyki. Sama sprawdzałam, czy przez przypadek nie znalazłam się w grupie "Pełni wiary", ale nie zwykła matkowa...

"Dziewczyny, córcia ma już dwa lata, od dawna przesypia całą noc, mieszkamy same, za tydzień koleżanka ma urodziny, niedaleko 10 minut autem, czy myślicie, że mogę zostawić małą i pójść? Zaglądałabym do niej tak co dwie godzinki"

"Halo, policja proszę przyjechać na fejsbuka". Ręce mi opadły, dziewczyna była młoda, mogła nie być zbyt ogarnięta, ale te laski odpisujące jej, że pewnie, skoro przesypia noce, to już jakaś zwarta świro-sekta. Opisywane przez nie historie, jak to się młody obudził i beczał pod ich nieobecność, ale nic mu się nie stało, bo był bezpieczny w łóżeczku to doskonały materiał na książkę. Taką z krwią i psycholami...

Tu daję hit hitów, bo bez obrazka trudno uwierzyć


No i cóż odpowiedzieć? Myślę sobie, że trzeba sobie uświadomić, że te grupy są po to, żeby zapytać, która knajpa jest przyjazna dzieciom, albo jakie ludzie mają sposoby na zmiksowanie zupy bez blendera, bo Ci padł. Nie wiesz kto siedzi po drugiej stronie, kto Ci odpowiada. Może jest głupszy od Ciebie, a może uznał, że to zabawne cię podpuścić. Jeśli Twoje dziecko jest chore, idź z nim do lekarza, jeśli chcesz wyjść z domu bez dziecka, musisz zapewnić mu opiekę, jeśli chcesz zabrać niemowlaka na cmentarz, nie kładź go na ziemi ;)

Nie pytałabym też raczej obcych ludzi, czy partner mnie zdradza, czy jestem w ciąży, ani czy teściowa ma rację. Jasne czasem każdy potrzebuje wylać żale, dodać sobie otuchy i lepiej zapytać obcych, których nigdy nie spotkasz, jak było u nich, bo nawet jak Cię wyśmieją to przynajmniej nie w twarz. Ale plis, nie mówcie mi, że ludzie szukają tam prawdziwych porad...
OKIEM ŻYWICIELA: Budyń, czyli o tym, czy kocham moje dzieci

OKIEM ŻYWICIELA: Budyń, czyli o tym, czy kocham moje dzieci

Czy Matka i Ojciec kochają tak samo? Czy zakochują się w dzieciach tak samo? Odpowiedź najbardziej prawdziwa, to jak zwykle odpowiedź najbardziej ogólna "To zależy". Ja w swoich dzieciach zakochiwałem się dziwnie. Jesteście trochę ciekawi?

fot. Ojciec Żywiciel

Tutaj musi nastąpić ostrzeżenie dla co wrażliwszych rodziców, otóż nie zwykłem kłamać ani udawać, wiec mogę zaproponować Wam tylko prawdę, moją prawdę ,a prawda nie zawsze bywa ładna. Nie zawsze chciałem mieć dzieci,a w sumie to przez większość życia nie chciałem. Tak od 1982 do 2009 czyli przez 27 lat. Ale jak człowiek dochodzi do pewnego wieku i jest w związku to do czegoś to powinno prowadzić. Wspólna zabawa, przedłużanie gatunku, przedłużanie rodu czy chęć tulenia małego różowego czegoś i ubieranie go w co Ci tylko do głowy przyjdzie. Można też chcieć się sprawdzić w roli rodzica, ale to zabawa średnio bezpieczna, szczerze mówiąc, uważam, że bawienie się w sapera ma w sobie więcej z poduszek powietrznych niż to.

W pewnym momencie Żywicielka wyraziła chęć posiadania potomstwa,a ja postanowiłem jej nie ściemniać i stwierdziłem,że nie wiem czy chce. Jak mówiłem: szczerość. Ponieważ moją partnerkę szanuje to musiałem się dowiedzieć czy chce i dać jej jakąś odpowiedź. Czekała z 6 miesięcy, a w tym czasie ja starałem się analizować, myśleć i rozmawiać sam ze sobą. Niewiele z tego wynikało bo z czysto logicznego punktu widzenia dziecko to koszt i problem, a mimo to gdzieś pod skórą czułem tą magię jaka nas skłania do posiadania potomstwa. W między czasie nasz związek dojrzewał i się stabilizował. Może jeszcze nie wspólny kredyt ale już wspólne zagraniczne wakacje,które były dla nas sporym wydatkiem, ale i dowodem na to,że udźwigniemy dodatkowe zobowiązania.

Przedsięwzięcie wydawało się być możliwe do realizacji. Próbując ekstrapolować naszą przyszłość (tak mam, że jak w szachach, tak i w życiu próbuję myśleć do przodu) wychodziło mi, że knajpy i wakacje się znudzą, na budowanie własnej korporacji jesteśmy za miękcy, a jednocześnie coś z tym życiem robić trzeba. Po głowie dalej chodziło mi pytanie Żywicielki i w pewnym momencie poczułem (nie wymyśliłem, naprawdę to poczułem),że jestem gotowy, że dalej się boję ale wiem, że damy radę i wiem,że oboje tego chcemy. Tak zaczął się Zygmunt.

Najpierw nie czułem nic, trochę przygotowań, jakieś badania, żona kształciła się na potęgę, ja od czasu do czasu prosiłem ją o streszczenia, żeby nie zostawać całkiem z tyłu i jakoś to szło. Potem była szkoła rodzenia i tam ogarnąłem trochę mechanikę (tu zginaj, tam nie, to smaruj,a tego raczej nie). Jak już był termin to zaczęły się dodatkowe badania KTG i o ile słuchanie bicia serca mojego dziecka to było dla mnie wielkie przeżycie to KTG jakoś nie robiło wrażenia. Poród nie był prosty, był pierwszy. I dla mnie i dla niej. Potem okazało się, że nie był też zbyt idealny i wiele zawdzięczamy opanowanej i znającej swój fach położnej. Pojawił się On.

 Był mój, wiedziałem o tym ale co dalej? Przytulałem, przewijałem, podawałem ale na początku dziecko jest praktycznie w 100% Matki. Dopiero jak po kilku tygodniach od porodu chwycił mnie za palec i spojrzał w oczy to ja zobaczyłem w nim partnera. Z każdym uśmiechem, reakcją na to co robię, grymasem zaczynałem w nim widzieć człowieka, Syna. Jak okazało się,że mając kilka miesięcy potrafi pokazać, że taka piosenka mu pasuje do zasypiania, a inna to kompletny syf to byłem kupiony. Z Teodorem dojdziemy do Budynia.

Przy drugiej ciąży Marta zakochiwała się w dziecku w tempie wyścigówki. Cieszyła się strasznie,a ja  dojrzewałem z prędkością spacerową, czyli byłem pięć długości za Nią i rozglądałem się na boki. W końcu przy kolejnym USG gdzie Żywicielka zachwycała się oczami, nóżkami, rączkami i wszystkim co dało się wypatrzeć w czarno-żółtym nieostrym i ciągle zmieniającym się jak wnętrze lampy woskowej obrazie nie wytrzymałem i stwierdziłem,że przecież tam nic nie widać, to wygląda jak budyń mieszany, żeby nie wykipiał. Był śmiech i delikatny foch.

Kiedy już Ted się urodził, poszło szybciej, jakoś podświadomie czułem, że też będzie fajnym kolesiem, jak jego starszy brat. Z każdym dzieckiem szło szybciej, Kazik kupił mnie prawie od razu po wyjściu (może dlatego,ze poród trwał krótko, Żywicielka mało cierpiała, a ja po raz trzeci byłem obecny od początku do końca, ciąłem pępowinę i przytulałem tego usmarowanego, sinego gościa, który nijak nie przypomina tych filmowych czyściochów. Ale za to miał bystre ślepka.

Prawda jest taka,że moje dzieci kocham bardzo, bardziej niż siebie (o tym człowiek się przekonuje jak dziecko ląduje w szpitalu albo coś zagraża jego życiu). Ale miłość ta rodziła się powoli i jeśli miałbym powiedzieć,że kocham ich za nic to bym kłamał. Kocham ich za spojrzenia, za uśmiechy, za to jacy są. Każdego.

Dobrze zapowiadająca się aktorka

Dobrze zapowiadająca się aktorka

Kiedy pisałam pierwszy tekst z tej serii, nie spodziewałam się, że spotkają się one z takim zainteresowaniem. Ale już od środy dostaję maile z zapytaniem, o kim będzie tym razem. Będzie o dobrze zapowiadającej się i niezwykle utalentowanej aktorce.

Zdjęcie Megan Lewis na Unsplash

Tak przynajmniej ona sama ma zwyczaj o sobie mówić na rozlicznych konferencjach prasowych, które prowadzi, dodaje jeszcze, że tak dobrze zapowiada się od ponad dwudziestu lat. Niestety na tym się kończy. A z czegoś żyć trzeba, więc gra w teatrze, prowadzi konferencje, pojawia się w programach rozrywkowych i nadal czeka na rolę życia.

Jej marzenie o sławie jest ogromne, toteż chętnie wchodzi w różne współprace. Osobą jest przemiłą, o czym przekonałam się, kiedy spotkałyśmy się kilka lat temu na sesji zdjęciowej. Aktorka przyjechała nieco spóźniona i poczochrana w zwiewnej, ciut za małej sukience, zdjęła okulary przeciwsłoneczne, które zasłaniały jej pół twarzy i grzecznie przeprosiła.
- Dziewczyny, wybaczcie, że jestem taka nieogarnięta, ale wiedziałam, że tu mnie wyszykujecie, a musiałam skoczyć pilnie na Halę Mirowską przed sesją - wyrzuciła z siebie na jednym wydechu. Popatrzyłyśmy po sobie z makijażystą, fryzjerką i stylistką, na naszych twarzach wyraźnie wypisane było pytanie, którego nikt na głos nie wypowiedział. Aktorka jednak roześmiała się perliście: No przecież nie po pomidory! - był środek lata i wszyscy na Halę jeździli głównie po warzywa do przetworów. - U Chinki mojej byłam, czy Wietnamki, sama nie wiem, ale jest genialna! Ma takie wyszczuplające gacie, że wchodzę w rozmiar 36, chociaż po ciąży mam raczej 44. 

Kiedy stanęłyśmy przed wieszakami pełnymi ciuchów szybko okazało się, że "gacie" nie do końca są gaciami. Bielizna, która pozwalała Aktorce nosić rozmiar 36 (choć ze sporym wysiłkiem dla szwów) okalała ją dosłownie od kolan po dekolt i łokcie. Chciałabym napisać, że była jak druga skóra, ale była czymś więcej, bo tam, gdzie się kończyła zaczynało się dość nagle celebryckie ciało w wyraźnie większym rozmiarze. 

Gwiazda przyszłej okładki nie strzelała fochów, pięknie współpracowała z fotografem, dawała się czesać, malować i przebierać we wszystko, co zakrywało jej "tajny kombinezonik od Azjatki". Do ogrania został już tylko wywiad, który, jeśli mnie pamięć nie myli, nazajutrz miała przeprowadzić moja redakcyjna koleżanka. 

Tą część historii znam już z opowieści. Koleżanka pojechała w umówione miejsce o umówionym czasie, jednak Aktorka się nie zjawiła, po kilku nerwowych telefonach do Aktorki, jej menadżera i stacji telewizyjnej, której przedsięwzięcie promować miała okazało się, że "Teraz to ona nie może, może wieczorem?". Wieczorem była zbyt zmęczona po spektaklu, w którym grała, ale w lepszej dyspozycji planowała być już w niedzielę rano. Mimo, że koleżanka dziennikarka szanowała swój wolny czas zgodziła się w ramach wyjątku wykonać telefon w weekend i przeprowadzić rozmowę na odległość. Kto zgadnie? No oczywiście - rozmowa się nie odbyła! Do okładki zamiast dużego wywiadu powstał krótki tekst o programie, w którym Aktorka występowała.

Kilka lat później spotkałam Aktorkę na konferencji prasowej nowego blendera znanej marki. Znów żartowała, że od dwudziestu lat jest dobrze zapowiadającą się aktorką, nie wiem czy pod sukienką miała "kombinezonik".  Uskarżała się za to na brak profesjonalizmu dziennikarzy, którzy już dawno powinni swoimi publikacjami uczynić z niej pierwszoligową gwiazdę. Może, gdyby dała im szansę?
Tekst o przemocy

Tekst o przemocy

- Mamo, dziękuję, że mnie nie bijesz - powiedział Zet wchodząc do kuchni. Zamarłam. Szybko rozejrzałam się dookoła. W duchu policzyłam dzieci. Maluchy siedziały zajęte swoimi sprawami, żaden z nich nie krwawił, wyglądali na zadowolonych.
- Zet, skąd Ty masz takie pomysły? - przygarnęłam pierworodnego.
- Pamiętasz F.? Jego mama biła, ciekawe co u niego słychać - powiedział pochłaniając krakersa.

fot. Pixabay/geralt

To wspomnienie pojawiło się w Zetowej głowie nie bez powodu. Za chwilę mieliśmy jechać na TUS, Zet ma nową grupę, F. to kolega z poprzedniej. Taki banał wyzwolił głęboko skrywany lęk.  Pamiętam ten dzień, zresztą wydaje mi się, że już kiedyś o tym pisałam. Przypomnę, więc krótko. Z mamą F. siedziałyśmy w poczekalni, jak zawsze czekając, aż chłopcy skończą zajęcia. Drzwi otworzyły się z impetem, Zet miał minę, której wcześniej u niego nie widziałam. Minął mnie, stanął na przeciw mamy F. wziął się pod boczki i... zaczął na nią krzyczeć. W mojego syna wstąpiło coś, czego wcześniej nie widziałam.

- Pani uderzyła F.! Nie wie Pani, że nie wolno bić dzieci?! Jak Pani mogła to zrobić, jego to bolało, a do tego było mu strasznie przykro. Wszystko mi opowiedział. Powinna go Pani przeprosić i to bardzo ładnie - on krzyczał, mama F. robiła się coraz bardziej czerwona, Pani psycholog stała w drzwiach i patrzyła na całą sytuację trzymając F. za rękę, a ja nie mogłam się ruszyć. Zatkało mnie. Dosłownie. To nie jest częsta sytuacja, że nie mogę wydusić z siebie słowa, a wtedy tak było.
- Dobrze, przeproszę - powiedziała drżącym głosem mama F. A ja nie wiedziałam, co mam czuć.

Współczułam tej kobiecie, to na pewno, jestem przekonana, że postąpiła tak, bo nie umiała inaczej. Nikt jej nie dał narzędzi, nie nauczył, jak się zatrzymać i uspokoić, kiedy jesteś pod ścianą. Ale z drugiej strony, sama miałam ochotę ją kopnąć. No bo jak można uderzyć dziecko?! W pale mi się nie mieści po prostu... Z Zeta byłam dumna. Wiem, wiem, powinnam spacyfikować dziecko, bo jego zachowanie w stosunku dorosłej osoby było nieodpowiednie? A bicie dzieci jest spoko? No właśnie, dziękuję. Kurtyna. Tu mogłaby stanąć ostatnia kropka i rozeszlibyśmy się do swoich zajęć. Ale jeszcze nie, jeszcze Wam coś napiszę.

Cała ta sytuacja wydarzyła się dwa lata temu. Zet miał sześć lat, a F. znał od miesiąca, może dwóch, widywali się raz w tygodniu, więc nie ma mowy o zażyłości. A jednak to pamięta. Dziecko, które nigdy nie doświadczyło przemocy. Jak myślicie czy F. zapomni?  Czy będzie chciał zapomnieć? Pewnie tego się nie dowiemy. Ale zanim podniesiesz rękę, pomyśl.

Moje dzieci nie są święte i ja nie jestem święta. Krzyczę, czasem mam ochotę ich pogryźć, ale nie robię tego. Kiedy jestem na granicy wychodzę, biorę pięć głębokich wdechów, czasem muszę wziąć dwadzieścia i dopiero wracam do rozmowy z nimi. Nie wolno bić dzieci. Klaps, to też bicie.  Jeśli komuś jest obca fraza "kocham, nie biję" to może dotrze informacja, że bicie dzieci (dorosłych ludzi też) to PRZESTĘPSTWO. Pomyśl o tym w ten sposób: Twoja rodzina to przedsiębiorstwo, Ty jesteś szefem, dziecko podwładnym. Twój podwładny coś schrzanił, nie dotrzymał terminu, popsuł komputer, albo pomazał biurko. Serio? Pójdziesz mu przywalić? Słabo, prawda?
Mój facet mi nie pomaga!

Mój facet mi nie pomaga!

Wczoraj się trochę pośmialiśmy, przy okazji doskonałego tekstu Żywiciela. dziś wracamy na ziemię ;) No bo OK, umie przewinąć dziecko, bez dwóch zdań. Nawet jeśli przy tej okazji staje się "amebą", udaje mu się. Tylko dlaczego właściwie nie pomaga mi przy dzieciach i w pracach domowych?


Jako matka trzech synów powiem szczerze, że mam świadomość tego, jak trudne jest nauczenie faceta, że przy sedesie istnieje magiczny guzik, który sprawia, że to co się z człowieka wydostanie znika w czeluściach, że zmywarka nie odgryza ręki, a wrzucenie do kosza z brudną bielizną tego, co właśnie z siebie zdjąłeś nie grozi ciężkim kalectwem. Siedzę sobie pośrodku tego męskiego rozgardiaszu i myślę sobie - mój mąż mi wcale nie pomaga. Nie pomaga, bo nie musi. Wcale nie chodzi o to, że jestem taka niezwykle samodzielna i pracowita, o co to, to nie! Zwłaszcza to drugie. Jestem raczej z tych, co się narobić nie lubią.

Jest tyle ciekawych zajęć, ciekawszych niż prasowanie, czy pucowanie blatów. Nie lubię tego robić. Z prac domowych gdybym mogła wybierać postawiłabym na gotowanie i pranie, łącznie z wieszaniem i składaniem. Reszta? Nie, dzięki. Żywiciel też nie należy do przodowników pracy. Jak to więc spiąć, żeby działało?

fot. Pixabay/olichel


Najważniejsze jest podejście

W dniu, w którym postanowiliśmy założyć rodzinę, ustaliliśmy jedną ważną rzecz - to będzie nasza rodzina. Każde z nas musi więc o nią dbać, w każdym wymiarze. Nikt nikomu nie robi łaski, że przygotuje jedzenie dla stada. Czasy mamy takie, że polować już nie trzeba, ale Biedronka nie odwiedzi się sama. Tak, jak samo się nie posprząta, nie wypierze i dziećmi się samo nie zajmie. Ustaliliśmy, że to wszystko są NASZE sprawy, nie moje, nie jego, NASZE.

Jaśnie Pan wraca z pracy...

- No ale jak? Nie kumam! Chciał dzieci? Ma dzieci? To od czego odpoczywa?- złapał się za głowę Żywiciel, kiedy opowiadałam mu o mojej koleżance, która dzień i noc jest sama z dziećmi. Mąż ma odpowiedzialną pracę, wraca z niej późno, bardzo zmęczony, bierze pilota i zalega na kanapie. Ona w tym czasie cichutko bawi się z dziećmi w drugim pokoju, bo "tatuś musi odpocząć". - Odpoczywa od własnych dzieci? Od kobiety, którą wybrał? - nie dowierzał Żywiciel. Szczerze mówiąc sama nie do końca rozumiem.

Kasa bejbi, kasa

Tak się rozglądam po moich znajomych, tych, którzy mają podobne sytuacje, jak wyżej i widzę, że łączy ich jedna rzecz (bardzo często, bo daleka jestem od generalizowania). On ma dobrą robotę, zarabia na utrzymanie rodziny, a ona "siedzi w domu". Piszę w cudzysłowie, bo nie wiem, jak Wy, ale ja w domu rzadko siadam. U nas było różnie, czasem więcej zarabiał On, czasem ja, zupełnie bez pracy byłam raczej ja, ale to zwykle była nasza wspólna decyzja i ten stan rzeczy nie trwał długo, bo zawsze jakaś praca się przyplątała. W każdym razie, faceci często tak mają, że wychodzą z założenia, że jak zarabiają na wszystkich, to sorry - robota wykonana, więcej nie chciej. Żywiciel tak nie ma. Nie ma presji, że "musi mi pomóc", bo ja ze swoimi sprawami świetnie sobie radzę. Dzieci są nasze i dom jest nasz, nie pomaga mi tylko ogarnia własne podwórko.

To jego dzieci

Dzieci nie są tylko obowiązkiem kobiety. Zdecydowaliśmy tak, że to ja zostanę w domu, żeby "ogarniać sprawy"codzienne, bo mam większą łatwość organizowania się z kalendarzem w ręku, pilnowania, godzin rozpoczęcia zajęć, dni, w których są jakieś zajęcia dodatkowe. Rano wstaję, budzę dzieci, wyprawiam je do placówek, odwożę, spędzam dzień z Kazikiem, gotuję, nastawiam pranie, zmywanie, odbieram dzieci, pomagam w lekcjach, odwalam odkurzanie, mycie okiem... On w tym czasie jest w pracy, siedzi przy biurku i zarabia. Kiedy wraca, zmienia jeansy na dresy i przejmuje dzieci. Jego rolą jest wydawanie kolacji, kąpiel, usypianie, to jest ten czas, kiedy ja siadam do komputera, piszę tekst na bloga, czasem robię jakieś zlecenia, płacę rachunki, planuję nasze weekendy... Brzmi logicznie? No bo takie jest. On mi nie pomaga, nie musi, robi swoją część pracy. Bo to jest NASZA rodzina.

Porządek musi być!

Każdego dnia jestem w bliskich relacjach z naszym odkurzaczem, szlifuję kuchenny stół, panuję nad transferem ubrań z suszarki do właściwych szaf, ale nie sprzątam. Środa po południu, chłopcy byli na boksie, zawiozłam ich i czekałam aż skończą. Kiedy wróciłam, nasz kąt grozy był pusty. Wiesz, co to jest kąt grozy? Każdy ma takie miejsce w domu, tam lądują rzeczy, które nie mają wyznaczonego miejsca, czekają aż ktoś się nad nimi zlituje. Czekały półtora miesiąca, a dziś bez słowa zostały uprzątnięte przez Żywiciela i wiesz co? Kiedy wróciłam, nikt nie oczekiwał, że ułożę epos na ten temat. Bo to nie były moje graty, były NASZE.

Nie daj sobie wmówić

Że robisz mniej, że coś musisz. Tego stada nie założyłaś sama i nie jest ono tylko Twoją sprawą. Ostatnio koleżanka opowiadała mi, jak wywołała oburzenie swojej ciotki informacją, że nie prasuje mężowi koszul. Nie pomogło tłumaczenie, że on rzadko chodzi w koszulach, a poza tym sam lubi prasować. I zaczęła się zastanawiać, czy prasować w tygodniu po powrocie z pracy, czy hurtem w sobotę. Absurd. Presja społeczna to nie jest rzecz, która powinna wpływać na Twoje życie. To Wam ma być w Waszym życiu dobrze. a zanim zaczniesz wylewać gorzkie żale mężowi, że się nie angażuje, zastanów się nad jedną rzeczą, czy kiedykolwiek powiedziałaś mu, że nie chcesz robić wszystkiego sama?
OKIEM ŻYWICIELA: Jak przewinąć dziecko? 8 kroków do sukcesu

OKIEM ŻYWICIELA: Jak przewinąć dziecko? 8 kroków do sukcesu

- Wiesz co? - powiedział Żywiciel wychodząc z Kazikiem z sypialni. - Powinnaś napisać tekst dla ojców. Takich, którzy pierwszy raz w życiu widzą noworodka, a muszą go przewinąć, bo to ich dzieciak i ich kupa.
- Co Ty? Przecież wszyscy się obrażą! - odparowałam.
- Nie sądzę. Sam byłbym wdzięczny za taki artykuł osiem lat temu - skwitował mój mąż, nadal trzymając świeżutko ubranego Kazika. Musiał go przebrać, bo wydarzył się wypadek ;)
Postanowiłam więc zaryzykować i oddać mu fartucha, tfu, klawiaturę.


fot. @matka_zywicielka


1. Dziecko ma przeżyć 

W sumie nie jest to takie trudne, jak w pierwszej chwili się wydaje. Taki noworodek niewiele się rusza, więc macie równe szanse. Nie będzie Ci próbował nawiać z przewijaka, takie numery zaczynają odstawiać później, ale wtedy już będziesz miał wprawę.

  • Na dziecko możesz coś położyć, szmatkę, jak jest zimno, zabawkę jeśli się wierci, ale nie kowadło czy butelkę domestosu
  • Nie przytrzymuj go za szyję...
  • Nie ciągnij do góry za jedną z kończyn, najlepiej w ogóle nie ciągnij do góry, tylko kolanka do piersi, wtedy trudniej rozerwać stawy, a Ty nie chcesz mieć popsutego dzieciaka
  • Jeśli dziecko spadnie z przewijaka to musisz zaczynać od nowa,a poza tym wszyscy krzyczą więc duże NIE. Ma nie spaść.
Zanim położysz niemowlę, bądź gotowy na wszystko, łącznie z tym, że zmienić będziesz musiał wszystko łącznie z tynkiem na ścianach w tym pokoju. Naszykuj sobie komplet ubrań pod ręką, wyjmij dwie wilgotne chusteczki, otwórz kosz, przygotuj to wszystko, co potem będzie trudno zrobić jedną ręką. Pół biedy jeśli robisz to, gdy jest ciepło, bo w innym przypadku dochodzi jeszcze presja czasu. Pamiętaj przy kilku pierwszych próbach przeżycie jest najważniejsze, na finezję przyjdzie czas potem.

2. Na początku nie przejmuj się czystością

To znaczy dziecko ma być czyste i suche, a resztę można spalić. No może nie do końca ale przy pierwszych trzech podejściach będziesz bohaterem, jeśli chociaż pomyślisz o zaniesieniu brudnych rzeczy do łazienki i namoczeniu. Twoja partnerka z pewnością ma z osiem kompletów wszystkiego, tak "na wszelki wypadek". No to uznajmy, że to jest właśnie ten wypadek. Po to też masz pod ręką ciuchy na zmianę.

3. Jesteś amebą

Otwierasz pieluchę i jesteś amebą, nie to, że tak o sobie myślisz. JESTEŚ NIĄ. Ameba nie ma węchu. Ty nie masz węchu. Nie ważne co zobaczyłeś. Nie masz węchu, to Cię nie rusza. Jesteś jak skała, jak Tommy Lee Jones w "Ściganym" ;)

4. Wszystkie chwyty dozwolone

Patrz punkt pierwszy. Masz jeden cel. Nie ważne, jak go osiągniesz. Możesz śpiewać, rapować, cytować Geremka i "Odę do młodości" nawet Sławomir przejdzie. Możesz rymować, piszczeć, gwizdać, udawać, że kichasz, robić "pierdziochy" (Ważne! To już na czystym dziecku.).  Masz być skuteczny. Schowaj wstyd. Niemowlę nie będzie tego pamiętać, nikomu nie opowie. Nie ma szans na kompromitację. Zrób, co musisz. Partnerki z reguły doceniają i nawet za często nie opowiadają znajomym. Ważne: Uwaga na monitoring w miejscach publicznych, bo możesz się do "Mam Talent" dostać przypadkiem.

5. Maść to nie szpachla

Czysty i suchy tyłek warto czymś przesmarować. Linomag, Alantan, Bepanthen, pewnie masz coś takiego pod ręką. Wszystko czego nie bałbyś się polizać jest OK (WD40 odpada). Użyj tego, ale trochę! Wielkość monety 2 grosze, nakrętki M10, nie pół tubki. To nie szpachla.

6. Która strona?

Dziecko leży na plecach. Łapiesz dwie nogi na wysokości kostek między palce i zaginasz do góry/przodu, kolana dziecka do brzucha dziecka, nie do sufitu (Ważne!). Pod dziecko wsuwasz pieluchę, ta część z taśmą klejącą to tył. Zabezpieczasz przód i sklejasz, pierwszej taśmy nie ma sensu ciągnąć ile wlezie,bo inaczej na drugą nie będzie miejsca. Ciągniesz maksymalnie to środka (pępka) i dociągasz z drugiej strony. Używasz tylko taśmy, która jest przyczepiona do pieluchy, więcej nie trzeba (odłóż tą srebrną z garażu). Falbanki w pachwinach, maja być na zewnątrz, najszybciej jest przejechać czubkiem palca od spodem przez całą długość, wtedy minimalizujemy prawdopodobieństwo wycieków. Docenisz to przy następnej "dwójce".

7 Możesz płakać

Chłopie, przy pierwszym dziecku wolno. Tego się trzeba nauczyć. Nawet  ojciec piątki kiedyś zaczynał. Ty też się nauczysz. Przybij dzieciakowi "piątkę". Daliście radę.

fot. @matka_zywicielka

8. Mało danych?

To naprawdę proste: otwierasz, wycierasz, zakładasz i sprzątasz. Nic na siłę, bądź delikatny. Nóżki nie mogą sinieć po całym procesie. Reszta to sprawy poboczne do ogarnięcia w kolejnych próbach. W ostateczności gdzie jest Twój telefon? YouTube, forum dla mam, kumpel z dziećmi (Ci ostatni nie zawsze wiedzą co robić). Nie dzwoń do tej biednej kobiety, bądź bohaterem, a Ona niech ma choć ułamek sekundy dla siebie i następnym razem będzie się bała jeszcze bardziej zostawić Cię z następcą, a przecież za kilka lat chciałbyś iść z nim na mecz, paintball, żużel, do kina. Jak się będzie martwić to powiesz: a pamiętasz jak dałem radę sam go przewinąć? Teraz też się Nam uda :) 

Autorem tekstu gościnnie jest Ojciec Żywiciel. Brawa dla niego. To jego debiut literacki ;)
Tekst o cyckach

Tekst o cyckach

Jednych oburzają zdjęcia gołego biustu, innych publiczne karmienie piersią. A mnie oburzają statystyki. Twoje cycki to nie tylko wypełnienie dekoltu, nie tylko narzędzie do karmienia dzieci. Twoje piersi mogą okazać się Twoim "być albo nie być". Dlaczego więc o nie nie dbasz?



43 procent Polek nigdy nie robiło mammografii ani USG piersi. Słabo? A Ty kiedy robiłaś, że tak się krzywisz? 3, 5, 10 lat temu? No właśnie. Nie masz dla kogo żyć?

Każdego roku u 17 tys. kobiet w kraju nad Wisłą diagnozuje się nowotwór piersi, 5 tysięcy z nich dociera do lekarza za późno i umiera. Myślisz, że skoro masz 30 lat to problem Cię nie dotyczy? Błąd. Kilka lat temu, kiedy jeszcze karmiłam Teda piersią poszłam do ginekologa zrobić cytologię, pani doktor kazała mi przysiąc, że jak tylko odstawię młodego zrobię USG piersi. Tego dnia była na pogrzebie swojej pacjentki, dziewczyna miała 32 lata. A chorują i młodsze. Nie tylko te dziewczyny, w których rodzinie nowotwór wystąpił.

Dziś świat pędzi jak oszalały, wszystko dzieje się wcześniej, dziewczynki wcześnie dojrzewają, zaczynają współżyć, sięgają po tabletki antykoncepcyjne, medycyna pozwala nam przekwitać później niż kiedyś. Dłużej jesteśmy narażone na działanie hormonów. Długotrwały stres, przemęczenie one też zwiększają ryzyko zachorowania, dopiero na trzecim miejscu przyczyn zachorowań wymienia się obecnie predyspozycje genetyczne.

Co więc można zrobić by się ustrzec? Przede wszystkim badaj się! 85 proc.  nowotworów piersi daje się całkowicie wyleczyć. Wystarczy wykryć go wcześnie i poddać się leczeniu. Jakie są opcje diagnostyczne?

Mammografia

Najpopularniejsza, ale i nie całkiem miarodajna. Dużo lepiej sprawdza się u kobiet dojrzałych niż młodych dziewczyn. Wykonuje się ją raczej po 45 r.ż., kiedy tkanka łączna w piersiach zastąpiona jest w znacznej mierze tkanką tłuszczową.

USG piersi

Znam dziewczyny, które mówią, że to najprzyjemniejsze badanie na świecie. U mnie nie wzbudza szalonego entuzjazmu, ale też nie mam po nim traumy. USG wykonuje się u młodszych dziewczyn, które mają przewagę tkanki łącznej (tej produkującej mleko).

Jednak zarówno Mammografię, jak i USG robi się dość rzadko. Osobiście robię to raz w roku (mam świadomość, że jestem w mniejszości), ale i to może być za rzadko. Bo 12 miesięcy to dla raczysona kupa czasu na rozrastanie. Co więc możesz zrobić?

Samobadanie

- A weź te cycki, pobaw się nimi - jak mawia moja znajoma położna. - Sama nie chcesz? Chłopu daj instrukcję jak to robić. Wiecie, że niektóre statystyki mówią, że nawet 40 procent guzów piersi wykrywają partnerzy chorych? Ale do rzeczy.

  • Samobadanie powinna wykonywać każda kobieta począwszy od 20 roku życia
  • Badamy się raz w miesiącu, między 6 a 9 dniem cyklu, kobiety, które przekwitły powinny ustalić stały termin w miesiącu, np zawsze 7 dnia miesiąca
  • Samobadanie powinno odbywać się bez pośpiechu i bardzo dokładnie
Polecam Wam zapoznanie się z instrukcją, podebrałam ją z Avonu, który od lat aktywnie promuje walkę z nowotworem piersi.  Najlepiej wydrukujcie ją i powieście w garderobie, albo łazience. 


Październik jest miesiącem świadomości raka piersi. Zacznij badać się regularnie już teraz. Nie schrzań tego, dbaj o cycki, masz dla kogo żyć. 
27 rzeczy, które dało mi macierzyństwo

27 rzeczy, które dało mi macierzyństwo

Jakiś czas temu pisałam Wam o 15 rzeczach, które zabrało mi macierzyństwo, dostałam wtedy mnóstwo wiadomości, że powinnam napisać o plusach. No to dziś nadszedł ten dzień ;)

fot. matka_zywicielka

1. Świadomość, że już nigdy nie będę sama

To była jedna z pierwszych myśli, jakie pojawiły się w mojej głowie 1 września 2010 roku, kiedy zostałam mamą po raz pierwszy KLIK. Wtedy jeszcze nie spodziewałam się, jak bardzo mam rację. Nie jestem sama w toalecie, w łóżku, w kuchni, na spacerze. Nigdy nie bywam sama, zawsze któryś z nich udowadnia mi jaka jestem potrzebna ;)

2. Zdrowe jedzenie

No dobra z tym bywa różnie, ale zdecydowanie nie ma już tygodni pizzy i burgerów. Zdarza się, że po nie sięgamy, ale siłą rzeczy odpowiedzialność każe nam karmić dzieci domowymi obiadkami i nie żreć przy nich zbyt często chipsów. Wszyscy jemy więc zdrowiej.

3. Zorganizowane życie

Jeśli ktoś żyje z dziećmi bez planu - podziwiam. U nas zaplanowane jest wszystko, posiłki, spacerki, wyjazdy. Są plany krótko i długoterminowe. Bez kalendarza zginęłabym w czeluściach piekielnych. Wszystko musi być zaplanowane.

4. Bezwarunkową miłość

Te małe łapeczki zaplatające się na szyi, te zbyt obślinione buziaczki i laurki na każdą okazję. Nawet jeśli wydarłaś si na dziecko, ono Cię kocha, nawet jeśli dałaś mu na obiad chińską zupkę, ono nadal Cię kocha (w tym przypadku może nawet bardziej). Twoje dziecko kocha Cię bez oceniania, bo jesteś najlepszą matką jaką ma.

5. Poczucie, że jestem piękna

Znacie uczucie, kiedy budzicie się w bardzo bad hair day i w dodatku z pryszczem, który zniekształca rysy twarzy? Do tego rozciągnięte dresy i bluzka z plamą z jedzenia, które ktoś w Ciebie wtarł. Zapytaj swoje dziecko, kto ma najpiękniejszą mamę na świecie. Od razu zrobi Ci się lepiej, chyba że jesteś mamą Teda (czyli mną), wtedy najładniejsza jest mama Marcela :)


6. Wiedzę

Planujesz dzieci? Idź na medycynę, a zaocznie jeszcze na psychologię. Pół roku po narodzinach dziecka będziesz posiadać rozległą wiedzę z tych dziedzin. A na etapie przedszkola dowiesz się wszystkiego o dinozaurach, tygrysach, kosmitach, budowie ludzkiego ciała, chmurach, wulkanach i wieeeelu innych rzeczy. W końcu ktoś musi odpowiadać na te wszystkie pytania.

7. Świadomość bycia najważniejszą

Bycie mamą to bycie opoką, pielęgniarką w chorobie, pocieszycielką w smutku, kucharką, kierowcą w potrzebie i wojownikiem Jedi w zabawie. Jesteś niezastąpiona, bo umiesz wszystko!

fot. matka_zywicielka

8. Fajne wycieczki

Moi rodzice nie mieli auta, wiele się w dzieciństwie nie napodróżowałam. Teraz mam wymarzone w dzieciństwie wycieczki do ZOO, parków rozrywki, kopalni soli, jaskiń, do lasu, na plażę... Razem odkrywamy świat i czerpiemy z tego przyjemność.

9. Radość z małych rzeczy

W tym dziwacznym wyścigu, do którego nikt z nas się nie zgłasza, a wszyscy bierzemy w nim udział zapominamy często o jednej ważnej rzeczy. Warto się cieszyć życiem - mamy tylko jedno. Warto więc podskoczyć do góry, kiedy budzisz się, a za oknem świeci słońce, przytulić kogoś, uśmiechnąć się, bo naleśnik ma zabawny kształt, popatrzeć w chmury, poleżeć na trawie, pospacerować boso po błocie i czerpać z tego radość, taką prawdziwą.

10. Odkrywanie świata na nowo

Bez chłopaków pewnie nigdy nie zauważyłabym, że klamka wygląda na uśmiechniętą, gąsienica zwija się kulkę, kiedy ją dotkniesz, a samochód cioci wygląda jakby się wkurzył. A może wiedziałam to, tylko zapomniałam? Fajnie patrzeć na świat ich oczami.

11. Nowych znajomych

Klasa, grupa w przedszkolu, wśród tych wszystkich rodziców łatwo znaleźć choć kilka osób, które mają podobne poczucie humoru jak Ty. Zawarłam w ten sposób sporo fajnych znajomości.

12. Dodatkowe urodziny

Urodziny najbardziej lubię za ten odświętny nastrój i tort. Wyobraź sobie, że mam tak cztery razy w roku. Trzy razy przy pikolo, raz "po dorosłemu". Chyba nawet wolę te urodziny z pikolo, zwykle wtedy lepiej się bawię ;)

13. Aktywność fizyczną

No spróbuj się nie ruszać przy trójce dzieci. Udało Ci się? Znaczy, że bawiliście się w Indian i związana leżysz w szafie. Nie martw się uwolnią Cię jak zgłodnieją ;)

14. Kreatywność

Bo jak bez nie ugotować obiad dla stada indywidualistów? Jak się bawić z dziećmi w tak różnym wieku, kiedy pogoda nie da wyjść na dwór. Albo "mamo, na jutro muszę mieć przebranie na bal". To wszystko uczy człowieka kreatywności, w każdej dziedzinie.

15. Kartę Dużej Rodziny

Ostatnio zaczęłam liczyć ile oszczędzimy rocznie, np. na paliwie, zakupach spożywczych, biletach na pociąg dzięki tej Karcie. Zrobiła się z tego realna kasa! Chcielibyście o tym poczytać?

16. Duży samochód

Duże dziewczynki lubią duże zabawki :) Jeżdżę minivanem, plus 50 do szacunku na drodze względem kompaktowego auta. :)

17. Umiejętność przebaczania

Zbiłam ulubiony kubek, uderzyłam drzwiami, zapomniałam kupić paluszki rybne, spóźniłam się na bajkę, która mieliśmy razem obejrzeć, zjadłam ostatni jogurt wiśniowy... Wiele grzechów mam na sumieniu i wiecie co? Oni mi wybaczają, zawsze. A przecież to wszystko są sprawy wielkiej wagi! Więc czemu ja miałabym nie wybaczać ludziom mniejszych przewinień?

18. Uśmiech

Każdego dnia, kiedy idę ich budzić i widzę, jak słodko śpią, kiedy gadają przy śniadaniu, przytulają się do mnie żegnając się rano w placówkach i witają po powrocie, jedzą zbyt łapczywie pomidorową, pomagają sobie nawzajem, mówią śmieszne teksty... Zawsze, każdego dnia, nawet na największym dole, uśmiecham się kilkanaście razy dziennie. A może kilkaset?

fot. matka_zywicielka

19. Zdolności negocjacyjne

Każdy, kto chciał, żeby pięciolatek zjadł marchewkę, albo żeby ośmiolatek nie udusił brata za gubienie "bardzo ważnego, strategicznego wręcz" klocka lego, wie, o czym mówię.

20. Asertywność

Nauczyłam się odmawiać nie tylko dzieciom, które robią oczy kota ze Shreka, ale przede wszystkim ludziom, którzy zbyt mocno wchodzili w moje życie. Po pierwsze po to, żeby było mnie więcej dla potomstwa, a po drugie po to, żeby uczyć chłopaków szacunku do siebie.

21. Zdolność bilokacji

Wspólne granie w biznes z Zetem, rysowanie z Tedem i karmienie Kazika w tym samym czasie to żaden problem. Matka ma wszędzie oczy i jest wszędzie. W tym samym czasie, jak superbohater.

22. Zręczność

Chwytanie spadającego dziecka parę centymetrów nad ziemią, rozpakowywanie zmywarki jedną ręką, pchanie wózka bez użycia rąk i wiele innych. Zręczność to kolejna supermoc, która przyszła z dziećmi.

23. Odwagę

Panicznie boję się koni i innych takich. Żeby nie zarażać dzieci swoimi lękami głaskałam osła, karmiłam konie marchewką. Wchodzę też na zbyt wysokie i klaustrofobiczne zjeżdżalnie, do basenu, choć nie umiem pływać. Pierwsze dwa miesiące po zdaniu egzaminu na prawo jazdy to też pokonywanie własnych lęków.

24. Konsekwencję

Przed dziećmi nie miałam planów, co najwyżej luźne pomysły. Teraz każde "postanowione" musi być zrobione, bo raz, że patrzą i nie mogą widzieć, że ktoś, kogo naśladują to mamałyga. A dwa spróbuj wychować dzieci nie będąc konsekwentnym. Powodzenia.

25, Wzruszenia

Każde przedstawienie, każdy czuły gest z ich strony, kiedy np. boli mnie głowa. Pierwszy, krok, pierwsze słowo... To wszystko sprawia, że się rozklejam. Ale to takie miłe uczucie, bo przepełnione dumą.

26. Towarzystwo niezwykłych ludzi

Co ja Wam będę mówić. Są niesamowici, nieprawdopodobni i najlepsi. A ja każdego dnia mogę patrzeć na nich jak jedzą, rozwijają pasję, pokonują trudności i uczą się nowych rzeczy. To najlepszy motywator i najlepsze towarzystwo, nuda jest mi obca.

27. Siłę

Dużo siły. I tej do dźwigania i tej do walki.
O aktorze, który umie wejść w rolę i zawsze nosi identyczne majtki

O aktorze, który umie wejść w rolę i zawsze nosi identyczne majtki

A co powiecie na to, żeby w weekendy spotykać się i poczytać anegdoty z mojej pracy? Dziś będzie krócej niż OSTATNIO. O pewnym polskim aktorze, który ma swoje życzenia w czasie sesji fotograficznych.

fot. pixabay/atom6804

Zanim zaczęłam zawodowo pisać, zajmowałam się fotoedycją w jednym z poczytnych tygodników telewizyjnych, tym, co leży w każdym domu. Zastępując koleżankę zdarzało mi się bywać na sesjach zdjęciowych. Z bohaterem dzisiejszej opowieści pracowałam na planie dwukrotnie.

Pierwszym razem spotkaliśmy się przy okazji sesji okładkowej, w której Aktor zgodził się wystąpić, jako postać, którą grał w serialu. Był na tyle konsekwentny, że mimo próśb wszystkich świętych, nawet na chwilę nie zgodził się założyć marynarki, w której mogłyby powstać bardziej uniwersalne zdjęcia. I choć świetnych klatek powstało wtedy mnóstwo, Aktor nie uśmiechał się na żadnym zdjęciu, bo w serialu, jego postać była raczej niemiła. Zresztą ów Pan rozmawiał z fotografem, makijażystką i całą resztą ekipy z charakterystyczną dla jego postaci manierą.

Całkowicie zmienił swój ton, kiedy zdjął kostium. Okazał się przeuroczym i zabawnym rozmówcą. Bez grama żenady wyszedł z garderoby pożartować w... białych slipach. W wygodne dresy wskakiwał przy wszystkich, zabawiając nas jednocześnie rozmową. Ponownie spotkaliśmy się dwa miesiące później, kiedy przekonano go, że serialowy kostium nie jest jedynym strojem z jakim kojarzą go fani.

Przy okazji "prywatnej" sesji postawił warunki. Wybrał studio, fotografa i oświadczył, że przyjedzie ze swoim fryzjerem. W tym czasie Aktor miał swój startujący interes, który ponoć spędzał mu sen z powiek, bo zatrudniał ludzi i bał się porażki. Sesja miała być też elementem promocji owego przedsięwzięcia.

Fryzjera, który zajmował się włosami Pana znałam wcześniej, to też nie zdziwiło mnie, że zadzwonił do mnie, kiedy lekko spóźniona pędziłam do studia fotograficznego. - Cześć, gdzie jesteś? Masz po drodze jakąś drogerię? Świetnie! Kup tusz do rzęs, ale nie byle jaki, dokładnie taki, jak wysłałem Ci MMS'em. Bez tuszu zdjęć nie będzie! - oświadczył zwykle wyluzowany fryzjer i pospiesznie się rozłączył.

Nie wiem nawet co pomyślałam, chyba nie myślałam, poszłam do drogerii i kupiłam to, o co prosił. Wbiegłam zdyszana do studia. W drzwiach powitał mnie fotograf ze zmartwioną miną, zniecierpliwiony fryzjer i uśmiechnięty od ucha do ucha Aktor. Zgadnijcie, jak był ubrany? Miał identyczne białe gacie, ja przy poprzednim naszym spotkaniu! Zaskoczyło mnie jednak, że mocno posiwiał. - Pani Marto! Czekaliśmy tu na Panią. - puścił do mnie przyjazne "oczko".

Okazało się, że stres na jaki naraziło Go otwieranie własnego biznesu sprawił, że kolor gwiazdorskich włosów nieco pobladł. Żona jednak bardzo polubiła nowy look ukochanego, farbowanie nie wchodziło więc w grę. Szczęśliwie okazało się, że tusz, o zakup którego prosił fryzjer, idealne przyciemnia srebrne włosy nie usztywniając ich przy tym (tak, był to kosmetyk z niskiej półki, nie nadawał się w zasadzie do makijażu). Jednorazowo schodziła go cała buteleczka, bo fani nie mogli się dowiedzieć, że Aktor się stresuje.

Zdjęć powstało znacznie mniej niż poprzednim razem, ale za to wszystkie uśmiechnięte. Rozmowa też tym razem była zupełnie inna, bo Aktor był sobą, a nie serialowym bohaterem. Na tak zwanym backstage, uraczył nas nawet opowieścią o tym, jak to żona przed każdą sesją zdjęciową wręcza mu nowe, śnieżnobiałe slipy z przykazaniem, że ta bielizna ma zostać użyta. Bo jak do ludzi iść w bokserkach w misie?

Dodam tylko, że, jak słusznie podpowiada mi zza pleców Żywiciel, ten Pan Aktor to jedna z najbardziej lubianych przez fotografów postać. Nigdy nie opędza się ani na imprezach, ani nawet od paparazzi, bo jak wielokrotnie podkreślał w wywiadach, oni też mają swoją pracę, z której ktoś ich rozlicza. I za to zrozumienie i profesjonalizm wszyscy go lubią.
Nie jestem męczennicą

Nie jestem męczennicą

Trafiłam ostatnio na Instagramie na post dziewczyny, matki trojga dzieci o tym, że jakaś nowo poznana osoba na wieść o jej wielodzietności wyraziła swoje współczucie. Autorka posta bardzo się zirytowała.




Jakoś na początku ciąży z Kazikiem, kiedy mój stan stał się oczywisty dla otoczenia (czyli tak trzy minuty po zrobieniu testu) poznałam pewną kobietę. Wiedziała, że już mam dwójkę dzieci, spojrzała wymownie na mój brzuch i bezceremonialnie zapytała "Wpadka?" z przekonaniem w głosie. Usposobienie mam takie, że najpierw mówię potem myślę, więc wypaliłam "A opowiedzieć Ci też o technice poczęcia?"

Kiedy urodził się młody zaczęłam bardzo często słyszeć od ludzi "podziwiam", "jak Ty sobie dajesz radę?", "współczuję". Przez kilka miesięcy opowiadałam w odpowiedzi historię mojej mamy, która kobietą dzielną jest i zawsze była, bo wyjścia nie miała. Ale o szczegółach innym razem.

Zaczęłam się zastanawiać, jakim tokiem myślenia kierują się współczujący. 

Myślę sobie, że wbrew oburzeniu internetowej mamy z pierwszego akapitu, nie mają nic złego na myśli. Jeszcze w latach siedemdziesiątych wielodzietność nie była niczym nadzwyczajnym, model rodziny 2+2 to taki "wynalazek" rozpowszechniony w latach osiemdziesiątych, kiedy ja sama byłam dzieckiem. Długo idealnym schematem była ekipa niczym z reklamy kremu czekoladowego do smarowania pieczywa: mama, tata, syn i córka. Właśnie w takiej rodzinie się wychowałam. Ale czy nie można inaczej?

Już jako mała dziewczynka miałam taki pomysł, że chciałabym mieć jedno dziecko więcej niż moi rodzice. Czemu? Nie mam pojęcia, tak wydawało mi się fajnie. Lekka panika pojawiła się w mojej głowie, kiedy okazało się, że nasz plan się ziścił i będziemy wielodzietni. Ale nie sam fakt wielodzietności mnie przerażał, raczej to, że pracowałam na umowę o dzieło i w zasadzie z dnia na dzień nasza sytuacja finansowa miała ulec pogorszeniu. Nie pracuję - nie zarabiam. Żadnych zwolnień, wypracowanego macierzyńskiego - nic.

Współczucie pojawia się nagle

Zauważyłam taką tendencję, że współczucie wyrażali ci, którzy sami mają jedno lub dwoje dzieci. Każda z tych osób podjęła własną świadomą decyzję. Myślę sobie, że z wygodnictwa zapadła ona w niewielu domach. Raczej z przekonania społecznego, że 2+2 to ideał, niektórzy pewnie uważali, że sytuacja finansowa nie pozwala na więcej, jeszcze inni na swojej rodzicielskiej drodze natrafili na różne trudności. Tak czy siak nikt z nich nie mógł być w tej kwestii autorytetem, bo zwyczajnie nie wiedział co nas czeka.

Mamy też kilka tak "mało wielodzietnych" rodzin w otoczeniu, jak my, z trójką dzieci. Oni żartowali, że nasz aktualny problem to pilny zakup większych garnków. Tylko od jednej z takich rodzin usłyszeliśmy, że jak przybywa trzecie dziecko, to zmiana jest taka jakby urodziło się ich dwoje.

Urodził się Kazik i... ziemia się nie rozstąpiła

Dalej robiliśmy zakupy, pranie, porządki, gotowaliśmy obiady, odwoziliśmy dzieci do placówek... Innymi słowy, życie toczyło się dalej. Noworodek w domu zawsze wprowadza trochę zamieszania, w końcu nowy prezes wkracza do zarządu dobrze prosperującego przedsiębiorstwa. Ale show must go on. Tylko trzeba się na nowo zorganizować.

Nawet rozumiem tych naszych znajomych, którzy mówią "Przesrane macie, żadnej babci, cioci na miejscu. Wszystko na waszej głowie". Jasne, fajnie by było czasem móc podrzucić dzieci dziadkom na godzinkę, poprosić o odebranie z placówek, zabranie na spacer. Takich opcji nie mamy na co dzień. Ale z drugiej strony, czy to dzieci babci, czy nasze? Czy cała rodzina wyprowadziła się z okolicy, żeby nam nie pomagać, czy to jednak my wybraliśmy nasze miejsce do życia z dala od rodziców? I wreszcie, czy ktoś nas zmusił do posiadania trójki dzieci, jakichkolwiek dzieci?  No, nie.

Więc dlaczego ktokolwiek zakłada, że jesteśmy pokrzywdzeni przez los? Ktoś, kiedyś powiedział: "Najlepsze, co możesz dać swojemu dziecku, to rodzeństwo". Tak postanowiliśmy i tak wygląda nasza rodzina. Jasne, że czasem bywa ciężko, ale czy nam jest trudniej niż samotnej matce z dwójką dzieci, która mieszka daleko od rodziny i przyjaciół? Nie sądzę. Nas jest dwoje.

Chcesz mnie wesprzeć? 

Nie będę się opędzać. Jeśli moje dzieci przeszkadzają Ci hałasując w kolejce w sklepie, przepuść nas, szybciej sobie pójdziemy i będzie cisza. Nigdy nie proszę o przepuszczenie, jeśli dzieci są spokojne, więc kiedy już to robię, to wierz mi, że mam powód. Nie zawsze mogę zrobić zakupy bez nich. Jeśli widzisz, że mam problem z ogarnięciem się w drodze na pocztę, bo nie ma podjazdu dla wózków, pomóż mi go wnieść, zamiast irytować się, że powoli wchodzę po schodach, albo zwyczajnie poczekaj.

Nie jesteśmy męczennikami, nie musisz nam współczuć, uśmiechnij się do nas ;)

8 powodów, dla których warto pozwolić dziecku grać na komputerze

8 powodów, dla których warto pozwolić dziecku grać na komputerze

Nie będę pisała Wam o tym, że dziecko powinno mieć ograniczony dostęp do ekranów wszelkiej maści, ani o tym, że gry należy wybierać z głową. Zakładam, że każdy z Was jest rozsądnym Czytelnikiem ;) Napiszę natomiast jakie korzyści możemy uzyskać pozwalając czasem wskoczyć dziecku do "cyberświata".

Zdjęcie autorstwa Niny PhotoLab na Unsplash

1. Ćwiczymy refleks 

Wiele gier jest banalnie prostych, jednak wymaga od użytkownika szybkich reakcji, kliknięcia w określonym momencie w "zaświecony właśnie kwadracik". Kiedy dziecko ma problem ze skupieniem się na konkretnej czynności, albo reaguje zwyczajnie wolno, taka gra może wymusić na nim przyspieszenie reakcji. To umiejętność, którą się ćwiczy, dlaczego więc nie zrobić tego w przyjemnej formie?

2. Uczy przyjmować zwycięstwo i porażkę

Nawet tetris może napawać dumą, kiedy przejdziesz 1000 leveli, a tata utknął na 42, prawda? Ale jak powinien zachować się "zwycięzca"? Może to dobry moment, żeby dziecku wytłumaczyć, zwłaszcza, jeśli możesz pokazać, że tata się nie obraża, tylko gratuluje temu, kto go pokonał. Może przy okazji porażki dziecko będzie naśladować to zachowanie? Na pewno warto mu o tym przypomnieć.

3. Koordynacja

Jedna ręka na myszce, druga na klawiaturze, a oczy szukają "wroga" na monitorze. Łatwe? Pewnie, ale dopiero, jak się poćwiczy! To koordynacja pracy obu rąk i obu półkul, dla kilkulatka to świetny trening!

4. Logika, logika...

Gry zmuszają do myślenia przyczynowo - skutkowego, czy jeśli dziś kupię sobie 500 owiec za całą kasę jaką mam, to czy będę je mieć czym nakarmić? Nie wiem jak Wy, ale my nie hodujemy owiec, więc poza grami typu Farma chłopaki nie mają szansy przećwiczyć, czy lepiej mieć mnóstwo owiec i nie mieć pola, czy może jednak miej owiec i pole, na którym wyhodują jedzenie dla nich, co by z głodu nie pomarły.

5. Planowanie

Dawno już nie grali w MineCraft, ale jakbyście zobaczyli, jaką chatę Zet sobie tam odstrzelił, to chcielibyście mieć kwadratową głowę i tam mieszkać. Mając 30 min czasu przy komputerze był w stanie zaplanować prace budowlane tak, żeby kończąc grę mieć zamknięty etap budowy. Tego nauczył go świat z kwadratów.

6. Są tematem rozmów

Kilka szkolnych przyjaźni Zeta zaczęło się od tego, że "Stasiek też gra w Heroes". Zygmunt z Tedem nie tylko razem planują co zrobią w jakiejś grze, ale szczerze uważam, że "granie na spółę" zbliżyło ich do siebie, a na pewno zmusiło wiele razy do współpracy.

7. Gry uczą!

Gra komputerowa wcale nie musi być bezmyślną strzelanką. Są gry, za pomocą których dziecko uczy się programowania, wygląda to tak, że młody człowiek siada i ćwiczy magię, konstruuje zaklęcia, które mają mu pomóc osiągnąć założony cel, w rzeczywistości gracz posługuje się językiem programowania. Fajne co? A wiecie, że w Stanach chirurdzy, piloci, astronauci mają specjalne programy, w których "grają" ucząc się na sucho, nim np zajrzą komuś do mózgu, albo dostaną prawdziwy samolot do pilotowania, mogą spróbować swoich sił przed ekranem.

8. Gotowa nagroda

Wybierając odpowiednie gry możemy nagradzać dziecko dając mu dodatkowy czas na naukę. No bo dziecko grzebie się przy obiedzie, albo odrabianiu lekcji, mówisz mu - jak zjesz pięknie fasolkę to pozwolę Ci zagrać pół godziny na komputerze. Dziecko przyspiesza, bo oczywiście chce swoją nagrodę, a Ty mu wtedy bach - gra na refleks! Niezłe co? Spróbuj koniecznie.
15 rzeczy, które zabrało mi macierzyństwo. Czyli bez lukru o życiu z samymi facetami

15 rzeczy, które zabrało mi macierzyństwo. Czyli bez lukru o życiu z samymi facetami

Chwytliwy tytuł nie? Starałam się. ;) Zanim zaczniecie zbierać na laleczkę VooDoo lub zgłaszać mnie do opieki społecznej weźcie pod uwagę, że tekst jest z przymrużeniem oka. A może nie?

fot. pixabay

1. Czystą łazienkę. Łazienkę. Tak całkiem

Jest nas pięcioro, w domu jest jedna łazienka. Zawsze kiedy chcę do niej wejść ktoś już tam jest i nie pachnie w niej fiołkami. Nigdy. Zdarzają się też gorsze akcje. "Zapomniałem spuścić wodę", "Trochę nie trafiłem do sedesu", "Rozbebzałem Ci trochę te nowe cienie", "Spadł mi Twój puder", "Czyja szczoteczka pływa w sedesie?", "Chciałem tylko trochę tej pianki/perfum/pasty/kremu", "Mamo, patrz! Zrobiłem miksturę!"

2. Bezpieczeństwo w domu

Klocki, wszędzie klocki! Gdzie mieszkają klocki Lego? Podpowiedź, nie w wielkiej skrzyni, która została na nie przeznaczona. One mieszkają w kieszeniach spodni wrzuconych do prania, ale tylko te najmniejsze, w cukiernicy - te przezroczyste, w szufladzie z gaciami - te najrzadsze i najpodlejsza odmiana mieszka na środku dywanu, wyłażą tam w nocy, kiedy po cichutku i po ciemku idziesz do łazienki

3. Wieczory z mężem i winem

Zawsze ktoś dorosły musi być na tyle trzeźwy, żeby wsiąść do samochodu i pojechać do szpitala na szycie. Zdarza się.

4. Szansę na zapomnienie, że jestem stara

Każde urodziny, zanim otworzę oczy, czy chcę czy nie, jeśli nawet nie zadzwoni o bestialskiej porze  moja mama, to z całą pewnością obudzi mnie o niej Ted pytając "To ile latek dzisiaj kończymy?" Zet natomiast z wrodzonym urokiem przy każdej okazji zapyta, czy jak chodziłam do szkoły, to już istniały ołówki? Czy zimą uczyliśmy się przy świecach? Itp.

5. Sześciopak

Trzy ciąże. 12 kg dzieci. moja skóra rozciągnęła się jak bungee. Tyle, że nie wróciła na miejsce.

6. Seriale o zombiee i filmy bez dubingu

Kiedyś to była nasza rozrywka, siadaliśmy w deszczową sobotę rano i niedzieli wieczór oglądaliśmy "Supernaturals" jedliśmy przy tym co było w zamrażarce. Teraz nie ma lekko rosołek musi być, a potworki śnią się po nocach co poniektórym, a wtedy oni przychodzą do nas, nie dają nam spać... No sami rozumiecie. "Ironman" spoko może być, ale kto oglądał w oryginale i z dubbingiem, wie, że ta druga wersja to zło, ale cóż pięciolatek nie umie za dobrze czytać...

7. Sukienki pod szyję. 

Kto próbował w takim cudzie nakarmić dziecko piersią - zrozumie. Karmię w sumie prawie cztery lata i końca nie widać. Te kiecki, które mam w szafie wyjdą z mody. Może chociaż będą vitage?

8. Przypał czyli poczucie wstydu

Jakby mi ktoś dekadę temu powiedział, że będę popylać po ulicy z tygrysimi uszkami na głowie, prowadzić auto w papierowej koronie, skakać w centrum miasta po kałużach, grać w klasy na środku Ikei albo robić inne dziwne rzeczy, to kazałabym mu zmienić lekarza. Dziś robię te wszystkie rzeczy i szczerze? Świetnie się bawię.

9. Możliwość spontanicznych wyjazdów

Z dziećmi da się podróżować bez problemu, ale kiedyś nosiłam w torebce szczoteczkę do zębów i majtki na zmianę, to wystarczało, żeby w piątek po pracy, zamiast wrócić do domu wsiąść do pociągu. Wyobrażacie sobie "torebkę", w której na stałym wyposażeniu znajdowałaby się bielizna i szczoteczki do zębów całego stada? Dołóżcie do tego pieluchy, ukochane przytulanki, kocyk, i kilka kompletów ciuchów, bo ktoś na pewno wpadnie w błoto, ale kto tym razem? Tego nie wie nikt...

10. Marzenia o Mustangu Shelby

Widzieliście to cacko? Wyobrażacie sobie, jak wkładam do niego trzy foteliki, wózek i torebkę z dziewiątego punktu?

11. Decydowanie o jadłospisie

W idealnym świecie ludzie jedzą owsiankę, zagryzają ją jarmużem i od czasu do czasu delektują się sushi. W moim - paluszek rybny, pół jogurtu i dwa łyki kakao to wykwintne śniadanie. Mam szczęście, bo z obiadu często zostawiają warzywa, więc dieta zbilansowana.

12. Czytanie przed spaniem

No dobra, nie całkiem. Czytamy i to dużo, ale zamiast zapierających dech thrillerów najczęściej wybieramy "Skarpetki", albo inne bestselery z działu dla dzieci.

13. Dzień deprechy

Każdy czasem tak ma, że potrzebuje się zamknąć w swojej jaskini i zatkać wejście głazem. Zwykle wtedy zasłaniasz okna, jesz lody/chipsy/inne paskudztwa, słuchasz smutnej muzyki i oglądasz "Casablankę" cichutko pochlipując. Jesteś matką? Zapomnij wstajesz, bierzesz tyłek w garść i lepisz z plasteliny, grasz w Mistakos, albo dekorujesz ciasteczka, sorry, taki life.

14. Drobne na colę

Dobra, nie tylko drobne. Grube też. Zastanawiasz się, jak to jest mieć dzieci? Idź do banku w dniu wypłaty, wypłać 80 procent zawartości konta, wyjdź z banku i wrzuć wszystko do jakiegokolwiek sklepu z zabawkami. Za resztę zapłać rachunki, kup jedzenie i paliwo. Na więcej nie starczy. A drobne? Zaprzyjaźnij się z panią ze sklepiku szkolnego, możesz jej spokojnie przelewać pokaźną sumę. Lichwiarskie ceny sprawią, że to ona będzie jeździć Twoim Shelby.

15. Choroby

Czyli, że macierzyństwo daje zdrowie? Nic z tych rzeczy! Jak masz szczęście to chorujesz w tym samym czasie co dziecko. Wtedy ono jest zmęczone i ospałe, może wyrwiesz pół godzinki na drzemkę. Jak masz pecha, to dziecko właśnie wróciło do pełni sił, zregenerowało akumulatorki a Ty odkryłaś, że Cię zaraziło. I nie licz na litość, to jest walka o przetrwanie, siostro!

Dla równowagi dopisałam też tekst CO DAŁO MI MACIERZYŃSTWO ;)
Księżniczko Eugenio, współczuję

Księżniczko Eugenio, współczuję

fot. Matka Żywicielka

Już myślałam, że dzisiejszym newsem dnia na serwisach plotkarskich będzie pizza z budki na weselu księżniczki Eugenii, ale nie. Dziś brytyjskie i nie wiedzieć czemu polskie media plotkarskie napiszą o czymś innym. Megan Merkle jest w ciąży! Kolejne Royal Baby! Siostra Megan o jej ciąży! Aktoreczka usidliła księcia na dobre! - tak mniej więcej będą wyglądać dzisiejsze nagłówki. Zresztą kilka kolejnych tygodni będzie podobnie, bo gazety, które muszą się jeszcze wydrukować, a tego nie przeoczą.

Wracając z zakupów usłyszałam tą informację w Antyradiu  - serio, nawet oni o tym mówią. Nagle w minutę pizza z Eugenią, jej dwie kiecki, Demi Moore na weselu i cała reszta przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Pomyślałam "Biedna Eugenia, znowu jest mniej ważna..." Bo drodzy Państwo z rodzeństwem tak jest. Zawsze ktoś jest pokrzywdzony, zawsze ktoś czuje się pominięty, rzadziej przytulany, mniej doceniony...

Czy da się tego uniknąć?
Nie. To niemożliwe. W zasadzie tu już można przestać czytać. Żartuję. Czytajcie dalej. Sama jestem "młodszą siostrą" i całe życie wydawało mi się, że mój brat ma lepiej. Rodzice spędzali z nim więcej czasu kiedy odrabiał lekcje, głośniej klaskali, kiedy odnosił sukcesy. Mama zawsze mówiła, że kochają nas jednakowo i zrozumiem, kiedy sama będę matką. Miała rację, chociaż, kiedy miałam dwanaście czy piętnaście lat zupełnie nie byłam w stanie tego pojąć. Widziałam tylko, że brat ma lepiej. Nie miał. Był po prostu bardziej wymagającym dzieckiem. Ale potrzebowałam prawie 20 lat, żeby to zrozumieć.



Czy kocham moje dzieci jednakowo?
Nie. Jednakowo mocno tak, ale każde zupełnie inaczej, bo każde z nich jest inne. Nie będę się tu zagłębiać, bo nie o tym jest ten tekst. Powiedzmy, że każdy z chłopaków ma zupełnie inne potrzeby. I o nich staramy się pamiętać. Jednak życie w stadzie niesie za sobą pewne konsekwencje. Na przykład, kiedy Teodor był malutki, a ja nie miałam prawa jazdy, odwoziliśmy Zeta na zajęcia autobusem i dziewięciomiesięczny Teodor siedział ze mną półtorej godziny w poczekalni, bo pogoda była do bani i nie dało się iść na spacer. Zet przez większość tygodnia ma na drugą, trzecią lekcję, wstaje o 6:30, bo Teodor musi być w przedszkolu tuż po 8. Kiedy jeden z nich ma gorączkę i nie może wychodzić z domu, drugi zostaje w domu, bo nie ma go kto odwieźć do placówki. No i maleńki Kazik, który nawet, jak nie ma ochoty musi wstać rano i pojechać ze mną do placówek odwieźć braci.

Nauczyliśmy się to wszystko jakoś ogarniać, ale jestem przekonana, że każdy z nich będzie kiedyś miał do mnie pretensje, że brat miał lepiej. I będą mieć rację. Każdy w którymś momencie ma lepiej od reszty stada. Kazik, bo zostaje ze mną w domu, Zet, bo poświęcam mu dużo uwagi, kiedy ćwiczy nową umiejętność i wreszcie Teodor, bo z nim najwięcej żartuje - mamy podobne poczucie humoru. Ale bardzo staram się, żeby jeden drugiemu nie skradł show. Nie udaję, że w każdej sekundzie, każdy z nich ma taką samą część mojej uwagi. Ale każdy musi mieć świadomość, że kiedy akurat jest gwiazdą, to nikt go nie przyćmi.


Biedna Eugenia. Wiem, że Harry to jej brat stryjeczny, a nie rodzony, ale ona całe życie w jego cieniu. Mogli poczekać chociaż trzy dni z tą ciążą.
O pewnej znanej aktorce

O pewnej znanej aktorce

Zanim zostałam Matka Żywicielka przez 11 lat pracowałam w mediach, zreszta, tę przygodę zakończył dopiero w listopadzie 2017 roku, trzy tygodnie przed narodzinami Kazika. W tym czasie do moich obowiązków należała m.in. obecność na różnych sesjach zdjęciowych, kontakty z szeroko pojętymi gwiazdami i ich menadżerami, przez ostatnie kilka lat robiłam też wywiady z ulubieńcami tłumów. Pomyślałam, że fajnie będzie spisać wspomnienia z niektórych współprac, bo aż żal samemu o nich zapomnieć.

fot. pixabay/skitterphoto

Dziś historia z końcówki mojej pracy, kiedy to już z Kazikiem w brzuchu robiłam wywiad z pewną Naprawdę Znaną Aktorką. Gwiazda w pełnej krasie, taką karierą, rozpoznawalnością, warsztatem i rolami poza Nią nie może się chyba poszczycić żadna inna polska aktorka. Oczywiście nie podam Wam nazwiska, bo nie w tym rzecz. Wystarczy byście mieli obraz tej Osoby jako Damy Polskiego Kina, choć największe rolę ma prawdopodobnie za sobą, Jej twarz i zmysłowy głos znają wszyscy.
No więc sam pomysł na rozmowę z Nią obśmiano już w redakcji, albowiem Pani nie gada z większością dziennikarzy. W środowisku wszyscy wiedzą, że jest niedostępna. A ja wymyśliłam sobie jeszcze, żeby pokazać ja jako osobę ciepła, rodzinna, mocno związana z wnuczką, a Ona nawet idąc po bułki jest bardziej hot niż ja, kiedy się wyszukuje, mimo, że jest po 60ce.

Okazało się jednak, że jakimś cudem mam szczęście i to wielkie, bo Pani jest przyjaciółka mojej Bardzo Eleganckiej Znajomej, której już kilka koleżanek ze mną rozmawiało i były bardzo zadowolone z publikacji. Finalnie udało się nam na spotkanie umówić i nawet zaniosłam z godnością, kiedy Pani przez telefon zwracała się do mnie per "Żabciu". Umówiliśmy się powiedzmy na wtorek w porze lunchu, ale Pani prosiła, żeby przypomnieć jej o spotkaniu dzień wcześniej.

Dzwonię więc radośnie w poniedziałek, a Pani Gwiazda oświadcza "Żabciu, ale to jest absolutnie nie-moż-li-we! Jutro o tej porze będę w samolocie do Cannes. Mój znakomity przyjaciel mnie zaprosił, wracam za dwa tygodnie, to może wtedy?" No i już widzę oczyma wyobraźni wielki dramat, bo za dwa tygodnie to numer, w którym wywiad idzie będzie od trzech dni w drukarni, a że to numer świąteczny, to szans na opóźnienie nie ma. Proszę, błagam, może teraz, może przez telefon, przyjadę, gdzie tylko Pani zechce ale materiał MUSI powstać, biorę ja na litość w końcu pęka "No dobrze dobrze, zadzwonię za pół godziny, powiem Ci Żabciu, gdzie przyjechać". Oczywiście za pół godziny telefon milczy. Biorę więc słuchawkę i kręcę po 40 minutach. "Ach, Żabciu zapomniałam, ale skoro Ci tak zależy, przejedź.....byłaś kiedyś na masażu tajskim? Ja stawiam i zapraszam, to pogadamy." Wsiadam w taksówkę i pędzę w połowie drogi telefon "Żabciu, nie będzie masażu, jedz na drugi koniec miasta i szukaj knajpy, przyjadę napijemy się herbaty i pogadamy".

Wybrałam jedną z popularnych restauracji, zamówiłam herbatę i wysłałam adres. Nagle patrzę, jak przerażeni kelnerzy stają w szeregu na baczność, zobaczyli Ją przez okno. Nim pomyślała, by sięgnąć do klamki otwarto jej drzwi, zdjęto płaszcz i przyprowadzono do stolika. "Żabciu! Czemu wybrałaś tą spelunę? Byłam tu kiedyś, dramat, Ten Znany Właściciel myśli, że jest restauratorem. Śmiechu warte, a obsługa? Widzisz, jak się obijają?" Wskazała na stojąca obok nas młodą kelnerkę. Bogu ducha winna dziewczyna aż wstrzymała oddech. Jednak z godnością przyjęła zamówienie na gorącą miętę, która działa cuda dla skóry i już po chwili postawiła przed Bardzo Znaną Aktorką dzbanuszek z parującym napojem i błyszczącą filiżankę.

Bardzo Znana Aktorka zajrzała do środka, a jej twarz zmieniła się w głaz. Piekło zamarzło w dzbanuszku we wrzątku pływało kilka listków świeżej mięty, co nie zadowoliło wymagającej klientki. Na oczach gości teatralnym głosem objechała od góry do dołu wszystkich pracowników restauracji, którzy uwijali się jak w ukropie, żeby wynagrodzić Bardzo Znanej Aktorce straty moralne, które poniosła zaglądając do dzbanka. 

fot. pixabay/congerdesign


Ostatecznie udało nam się rozpocząć rozmowę, która była zaskakująco miła. Pod koniec spotkania zostałam jednak sprowadzona na ziemię. Dowiedziałam się bowiem, że Bardzo Znana Aktorka jakiś czas wcześniej napisała książkę, której, o zgrozo, nie przeczytałam, szczęśliwie, zupełnie przypadkiem w torebce Bardzo Znanej Aktorki znalazł się jeden egzemplarz... z imienną dedykacją dla mnie, wpisaną już wcześniej w domu.

Kiedy spisałam wywiad przeczytali go absolutnie wszyscy w redakcji i każdy naniósł swoje poprawki, trak, żeby każdy przecinek znalazł się na właściwym miejscu, żeby nie było się do czego przyczepić. W dniu, kiedy wywiad miał wrócić po autoryzacji do mnie otrzymałam SMS: "Nie wyrażam zgody na publikację, pozdrawiam." Zamarłam, o raz kolejny już dostałam wylewu, zawału i czkawki.

Oszczędzę Wam szczegółów dalszych rozmów, maili, SMS'ów i miliona osób zaangażowanych w przekonanie Bardzo Znanej Aktorki, żeby jednak wywiad się ukazał, bo tak się ostatecznie stało. Dowiedziałam się jedynie, że moja rozmówczyni była tego dnia w kiepskiej formie i wiele rzeczy mówiła, jakby nie była sobą, przez co wypadła zbyt prostacko. Autoryzacja na koniec ograniczyła się do wycięcia z wywiadu jednego zdania i wklejenia na rozkładówkę zdjęcia okładki książki Bardzo Znanej Aktorki. 


Uwaga! Szczepię moje dzieci.

Uwaga! Szczepię moje dzieci.


Oglądam sobie „Dzień dobry TVN” i w przeglądzie prasy mówią o kolejnej burzy w sprawie szczepień. Czy powinny być obowiązkowe? Czy rodzice powinni mieć dowolność w decydowaniu o swoim dziecku?
fot. Pixabay/whitesession 


Będzie emocjonalnie. Wszyscy, którzy twierdzą, że szczepionki powodują autyzm, mam propozycję: rozpędźcie się i walnijcie głową z całej siły w ścianę. Serio, nic Wam już nie pomoże. Nawet człowiek, który wysnuł tę teorię wycofał się z niej i przyznał, że się pomylił, wyznał, że swojej teorii nie poparł ŻADNYMI badaniami. Ale nie Wy wiecie swoje. Spoko, Was nic już nie przekona.

Kto będzie ciekaw tematu wygoogluje sobie, że szczepionka, która miała „zarażać autyzmem” tzw. MMR (odra, świnka, różyczka) podawana jest około 13 miesiąca życia dziecka. Kiedy jesteśmy w stanie dostrzec pierwsze objawy autyzmu? Jak ktoś nie ma pojęcia, czym jest to zaburzenie dopiero po roku z dzieckiem zaczyna zauważać, że jego maluch mówi mniej niż rówieśnicy, bawi się inaczej niż oni, jest wrażliwszy na hałas, może nie chce jeść pewnych rzeczy... Wtedy zaczyna szukać, daj Bóg u lekarza, gorzej jeśli na forach internetowych, czemu się tak dzieje. No i ten co zamiast do lekarza poszedł z dzieckiem na fejsika pierwsze co czyta, to pytanie „szczepisz dziecko?” no i się dowiaduje, że oto wszczepił dziecku autyzm! No ludzie!

Jako matka dziecka z zaburzeniami ze spectrum autyzmu mogę Wam powiedzieć, że mój syn miał Zespół Aspergera zanim dostał MMR, ba, nawet zanim dostał pierwsze szczepienie go miał, taki się urodził. Czy szczepię dzieci? Tak. Niektóre szczepienia opóźniam, staram się nie dawać dziecku bomby na jednej wizycie, ale szczepię. Bo wolę mieć żywe dziecko. Odra może zabić, krztusiec, świnka, gruźlica... to są mordercy. Czekają na Twoje dziecko. Powiesz, ej, ale ja żyje 30 lat i nie znam nikogo, kto by na to chorował, a co dopiero umarł. Racja, a wiesz dlaczego? Bo te cholerne szczepionki od kilkudziesięciu lat są obowiązkowe i trzydzieści lat temu , jak Ty byłeś dzieckiem to szczepiło się 100% zdrowych dzieci. Więc te cholerstwa przysnęły.

Znajomi mają córkę w wieku naszego Zeta. Cudna dziewczynka, miała jednak jakieś problemy immunologiczne i nie została zaszczepiona z zalecenia lekarza. Kiedy miała 4 lata zaczęła strasznie kasłać. Długo trwało zanim lekarze wpadli na to, że młoda ma krztusiec. Chorowała bardzo ciężko 2 miesiące. Skąd to diabelstwo? Nikt tego nie wie. Na szczęście Maja miała 4 lata, a co gdyby trafiło na noworodka?

Myślisz sobie, no spoko, co mnie jakaś Maja obchodzi? To ja Ci powiem. Taka Maja zanim pojawiły się objawy bawiła się z innymi dziećmi, spotykała z rodziną... A co gdyby odwiedziła ciocię, która wyszła z porodówki z maleństwem? Przytuliła się do Twojego chorego na nowotwór brata? Co wtedy? Nadal byś miał to w dupie?

Naprawdę pomyśl dalej niż do końca własnego nosa, pomyśl o ludziach, którzy nie mogą zaszczepić swoich dzieci, choćby bardzo tego chcieli, o kobietach w ciąży, noworodkach, chorych na raka, którzy mogą stać obok Twojego dziecka w sklepie, w przychodni, o ludziach, których możesz zabić, bo „walczysz z systemem”, bo „nie będziesz dorabiał koncernów farmakologicznych”.

Jeśli moje dzieci mają zapalenie oskrzeli daję im zapisane przez lekarza leki, jeśli mają rozwolnienie daję im coś, dzięki czemu się nie odwodnią, jeśli mają owsiki, podaję odpowiedni preparat, jak Ted rozciął głowę pojechaliśmy na szycie. Zimą ubieram ich ciepło, używam fotelików samochodowych, najlepszych na jakie mnie stać, jeżdżę zgodnie z przepisami. Mamy XXI wiek, jeśli mogę zapobiec ich chorobom i cierpieniom robię to, bo ich kocham i chcę żeby żyli.

Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger