Nowa torpeda pielęgnacyjna (Dużo zdjęć)

Nowa torpeda pielęgnacyjna (Dużo zdjęć)

Jeśli kiedyś zastanawialiście się, co w wolnych chwilach robi pełnoetatowa matka, to zgodnie z obiegową opinią, a właściwie stworzonym przez internetowe mamuśki mitem powinnam napisać, że matka nie ma wolnego czasu. Ja jestem dziwna, bo mam. Sporo. Kiedy tylko nadarza się okazja, korzystam z tej wolności. Ostatnio nawet wybrałam się spotkać z koleżankami do Warszawy.





Okazja była niebanalna, bo umówmy się, nie co dzień zapraszają Cię na śniadanie prasowe z okazji premiery kosmetyków pielęgnacyjnych. Trochę jak stereotypowa baba, a trochę ze zboczenia zawodowego lubię takie spotkania. Lubię śliczne słoiczki, pachnące mazidła, eleganckie przekąski i towarzystwo innych, podobnych do mnie kobiet. W końcu to zawsze fajna okazja, żeby poplotkować.

Co to za cuda?


Z marką Arganicare po raz pierwszy spotkałam się w maju, kiedy to bez pamięci zakochałam się w ich linii do pielęgnacji włosów. Pisałam Wam o tym. Do dziś poza krótkimi romansikami pozostaję im wierna. Dlatego, kiedy marka, za pośrednictwem All About Life zaprosiła mnie do Vienna House, żeby pokazać swoje nowe cudeńka nie zastanawiałam się nawet chwili. Co jest w nich takiego wyjątkowego? To, że są oparte na odpowiednio przygotowanych olejach szlachetnych, a ich skład jest zaprojektowany jest tak, żeby zmotywować skórę do samodzielnej walki o młodość i jędrność. Jak zapewne się domyślacie, nie jest to opis naukowy, ale raczej literacki, który ma na celu zobrazować Wam co możecie osiągnąć ;)

Podbiły serca blogosfery


Patrząc na listę nazwisk, które zjawiły się na premierze nowej linii kosmetyków Arganicare, można się spodziewać, że te produkty zamieszają bardzo mocno na rynku kosmetycznym. Ambasadorką marki została Magdalena Antosiewicz, czyli Thirtyfashionblog, ale nie zabrakło też takich nazwisk, jak Beata Tadla czy Anna Oberc, ale zjawiła się też cała śmietanka blogerów urodowych i lifestylowych. W sali, gdzie zaprezentowano kremy, sera, emulsje do mycia i inne preparaty dało się słyszeć same słowa uznania oraz zachwyty nad zapachem i konsystencją.

Moje wrażenia


Nie będę Wam pisać, jak te kremy zmieniły moje życie, bo w końcu to tylko kremy,poza tym używam ich od tygodnia. Odstawiłam wszystkie inne preparaty po to, żeby zobaczyć, jak działają te. Trzeciego dnia regularnego stosowania zauważyłam, że moja skóra jest wyraźnie gładsza, tak, jakbym dobrym filtrem z Lightrooma zmniejszyła sobie widoczność porów. Widzę też poprawę napięci skóry pod oczami i uwaga - od tygodnia nie pojawił się żaden nowy pryszcz. Tak się złożyło, że ostatnimi czasy trochę zachorowała, a jak mam katar, moja skóra na nosie natychmiast staje się niemożliwie sucha i schodzi płatami, starałam się więc pamiętać, żeby co 2-3 godziny posmarować obtarcia kremem Arganicare, problem rozwiązał się po dwóch dniach, zwykle zostaje ze mną dłużej niż infekcja.

Czy poleciłabym te kosmetyki?


Tak, tak tak i jeszcze raz tak. Mają świetne składy (poczytajcie na stronie producenta, nie będę Wam przeklejać), są mega wydajne (szampon mam od maja cały czas ten sam, a myję włosy codziennie) kremu używamy oboje z Michałem i nie widać za bardzo zużycia, ma gęstą a mimo to lekką konsystencję, dzięki czemu wystarcza odrobinka. No i cena. Wiem, że można kupić krem do twarzy za 10 czy 15 zł (sama mam jeden taki za 5 zł, który się czasem przydaje), ale jakie są w nich stężenia substancji aktywnych, skąd pochodzą? Może lepiej nie wiedzieć? Zapewniam Was też, że wydajność takich preparatów jest też znacznie mniejsza niż tych z wyższej półki. Ale do rzeczy, Cena kremu to około 60 zł. Jakość, jak za 200 zł. Warto.
















Okiem Żywiciela: Co warty jest uśmiech?

Okiem Żywiciela: Co warty jest uśmiech?

Jak się okazało po poprzednim tekście papierów rozwodowych nie dostałem, przynajmniej jeszcze nie. Całe szczęście MŻ ma poczucie humoru.


archiwum prywatne

Ostatnio Marta jest chora, niemiłosiernie dokuczają jej zatoki i dopiero w piątek skapitulowała i poszła do lekarza ,bo moja żona jak każda Matka (stereotypowa) woli cierpieć za miliony. Cały tydzień chodziła obolała i cierpiąca łudząc się, że samo przyszło samo pójdzie, zresztą nie mogę tak do końca jej potępiać, bo ja często robię podobnie.

W tym trudnym czasie rozumiem, ile dla mnie znaczy jej dobry humor. O ile wszystko jest łatwiejsze jak się uśmiecha i większym optymizmem patrzy w przyszłość. Mam wrażenie, że czasem nie zdaję sobie sprawy z tego, jak ważny jest dla mnie jej uśmiech. W sumie to najlepiej jest, jak wszyscy się uśmiechamy.

Nastrój kogoś w domu wpływa na nastrój wszystkich, dlatego czasem warto zrobić komuś drobny upominek nawet, jeśli w portfelu jest pusto albo zamiast myśleć "przejdzie mi" i męczyć się 10 dni z chorobą, iść do lekarza i poczuć się dobrze już po czterech czy pięciu.

Podobno skwaszona mina to nasza cecha narodowa, tak jak mówił Linda w Szczęśliwego Nowego Jorku mamy mordy nienawykłe do uśmiechu, więc może dziś na przekór sobie uśmiechnijmy się. Co za różnica, kto jutro okaże się zwycięzcą i co się stanie dalej. Uśmiech Ci w twarz kartoflu jeden, może uda się zakląć tą rzeczywistość i będzie dobrze. Czego sobie i Wam życzę.
Pięć czarnych stron macierzyństwa

Pięć czarnych stron macierzyństwa

Są takie momenty,kiedy wcale nie mam ochoty być rodzicem moich dzieci. I nie chodzi o to, że chcę ich spakować i oddać, tylko sama mam dość zakazów i nakazów, które tu i ówdzie pojawiać się muszą. Czasem chcę być ich kumpelą, towarzyszem, ale normy społeczne są jakie są i na niektóre zachowania zgodzić się nie mogę. 


pixabay

Tak, tak mamy przed sobą poważną historię. Kazik za dwa i pół miesiąca kończy dwa lata i chyba nadszedł czas na rozstanie z cycem. To nie jest łatwy moment, ani dla niego, ani dla mnie, ale czuję, że przyszedł ten czas. Część z Was pewnie pomyśli, że i tak bardzo długo. Może i tak, dla mnie tak w normie. Ale takich momentów w życiu rodziny jest więcej. Począwszy od błahostek...

Nie dla kałuży


Nie wiem jak Wy, ale ja całkiem niedawno miała 6 lat. Byłam blondyneczką z niebieskimi oczami i uwielbiałam skakać po kałużach. Kiedy po deszczu wychodzą z domu aż się trzęsą, żeby wbiec z impetem w kałużę, bardzo bym chciała móc im zawsze na to pozwalać, ale jeśli akurat idziemy na szkolny autobus... Muszę im zabraniać, nie mogą dotrzeć do placówki brudni i mokrzy. Strasznie jest pozbawiać ich z rana szansy na uśmiech.

Dość tych słodyczy


Sama bym czasem opracowała pół blachy ciepłego sernika, albo całe pięterko ptasiego mleczka, ale no nie można. A może czasem by tak pozwolić? Przekroić to ciasto na pół i zjeść z dzieciakiem, aż mu się znudzi? Przecież nie codziennie. Ale ten raz na jakiś czas to jednak mało. A jednak częściej trzeba zabraniać.

Załóż koszulę


To zmora Zeta. Zet nie lubi gryzących swetrów, metek w majtkach i innych tego typu rozrywek. Ale czasem trzeba, no nie ma wyjścia. Oczywiście, jakbym się uparła to święta przejdą, ale np szkolne uroczystości już niekoniecznie, koszulę trzeba założyć, np. dzisiaj z okazji akademii na Dzień Edukacji Narodowej. Nie ma bata, trzeba się dostosować do zasad. Nie lubię tych momentów, bardzo, bo wiem, jak mu źle.

Koniec z cyckiem


Tu sprawa jest śliska. Bo ja już nie chcę karmić, ale on nadal chce pić. Zet sam się odstawił, Teda odstawiliśmy tuż przed drugimi urodzinami, ale on z matczynego bufetu korzystał tylko przed snem. Nawet dzienną drzemkę ogarniał bez piersi. Kazik tak nie ma, on może cały czas wisieć na mnie, jak niemowlak, upomina się kilka razy w ciągu dnia i w nocy. Jesteśmy już po pierwszych krzykach i spazmach, na razie mam takie marzenie, żeby chociaż w dzień nie korzystał, ale nie chcę żeby płakał i cierpiał, wiem też, że jutro nie będzie łatwiej zacząć, więc cierpię razem z nim.

Nie możesz jechać do babci


Dziecko chce jechać, babcia by wzięła,ale szkoła, zajęcia, lekarz, fryzjer. Jutro on może być już za duży i nie chcieć z babcią spędzać czasu. A dziś nie możesz go puścić, bo obowiązki są ważne.I serce Ci pęka, bo dziecko płacze i znów wychodzisz na tą złą, ale musisz go tego wszystkiego nauczyć. Taka niechlubna rola.

Czasem trochę odpuszczam, w wyjątkowych okolicznościach, pozwalam i sobie pobyć dzieckiem, tak ciut, żeby lepiej ich zrozumieć.
Jeden składnik - pięć posiłków. Jogurt naturalny

Jeden składnik - pięć posiłków. Jogurt naturalny

Dziś mam dla Was coś niecodziennego. Jeden składnik i pięć posiłków, kompletny jadłospis na cały dzień zainspirowany czymś tak prostym i banalnym jak jogurt naturalny? Da się uwierzcie. Pomyślałam sobie, że od czasu do czasu będę takie właśnie jadłospisy szykować. Dlaczego? Żeby nie zostawało. Banał, a jednak jadę do tego sklepu, mam chęć na twaróg ze szczypiorkiem dajmy na to, ale co ja z całym pęczkiem zrobię przecież potrzebuję tylko troszkę... A ja nie lubię jak zostaje i się marnuje. Dążę może nie do zero waste, bo aż tak ambitna nie jestem, ale z dumą mogę powiedzieć, że dziś już prawie nie wyrzucamy jedzenia, rzadko się zdarza. Pokażę i Wam, jak to robię.




Tak jak wspomniałam w leadzie, dziś na tapetę wjeżdża jogurt naturalny. Nie byle jaki, bo pamiętam, jak pisałam jeszcze o zdrowiu i urodzie, bywałam na różnych mądrych konferencjach i wtedy bardzo mi utkwiło w głowie, że dobry jogurt jest rzadki, bo jest bliżej natury, bez żelatyny i innych takich. Dlatego, kiedy w mojeje kuchni pojawił się jogurt Dodaj co lubisz! od OSM Krasnystaw, pierwsze co zrobiłam, to nim pomachałam. Chlupie, jest dobrze. No to lecimy pięć posiłków z jednej listy zakupów!

Pierwsze śniadanie - szybkie płatki owsiane na słodko (1 porcja)


8 winogron
1/2 banana
3 łyżki płatków owsianych górskich
2 łyżki musli z owocami
łyżka dżemu



Oczywiście możecie wymienić owoce, darować sobie dżem i tak dalej. Chcę Wam sprzedaż patent. U mnie to wygląda tak, że wrzucam świeże owoce do szklanki, potem płatki i trochę musli, na to jogurt i tak warstwami,  a na koniec z kosmosu na to wszystko łyżeczka dżemu. Banalnie proste, super szybkie, mega pożywne i bardzo chętnie zjadane, bo słodkie z różnymi konsystencjami. Śniadanie na słodko? Bardzo proszę!

Drugie śniadanie - szybkie chrupanie w pracy (1 porcja)


1 marchewka
1/2 ogórka szklarniowego
3 łodygi selera naciowego 6 pasków papryki
2 ząbki czosnku
1.4 pęczka koperku
sól i pieprz do smaku



Czosnek, pełna pasji przecisnęłam przez praskę ignorując fakt, że nadal ma na sobie skórki, łupinki czy jak je zwą. Bo kto ma czas to obierać, jak praska radzi sobie bez? Koperek siekam na tyle, na ile oko porannie zaspane mi pozwoli. Koperek też siekam raczej z grubsza, bo nie będę się wysilać, walnę trochę soli, ja tu lubię dać różową sól himalajską, bo wygląda zjawiskowo, trochę pieprzu i mieszam. Warzywa kroję w słupki, żeby ładnie wyglądało. Cała trudność polega na tym, żeby znaleźć odpowiedni rozmiar słoika w domu, żeby Michał sobie ten sos jogurtowy do pracy zabrał. Jemy maczając warzywa w sosie.  Jak ktoś bardzo potrzebuje na ten posiłek węglowodanów, może wziąć np. paluszki grisini do warzyw. Świetna przekąska, również na wieczór z filmem.

Lunch w pracy - zupa z selera naciowego i fenkuła z jogurtowym kleksem (4 porcje)


8 cm białej części pora
2 łyżki oleju rzepakowego
1 duża marchewka
1 pietruszka
seler naciowy (to co zostało z drugiego śniadania
fenkuł
30 g kaszy jaglanej (suchej)
2 ziemniaki
kurkuma
sól
pieprz
natka pietruszki (hoduję na parapecie więc nie wiem jaka to część pęczka)
1 łyżka czarnego sezamu
odrobina płatków chili



Jeśli byliście już na moich zupach, to wiecie, że wszystkie zaczynają się tak samo. Jeśli nie to koniecznie nadróbcie, wpiszcie w blogowej wyszukiwarce "zup" i zobaczycie co już gotowałam. Olej do garnka, na to pokrojony w półplasterki por, szklimy, zalewamy wodą (tak 2 litry), dodajemy marchewkę pietruszkę i ziemniaki pokrojone w kostkę,wsyp kaszę jaglaną, nie płucz, taka jest ok, trzeba to razem zagotować i przyprawić solą i pieprzem. Seler i fenkuł kroimy w kawałki i dajemy do gara. Zostawiamy na małym ogniu tak ze 20 minut (czyli drzemkę Kazika). Na koniec sypiemy kurkumę i zdejmujemy z ognia. Blendujemy, ciapiemy na każdą porcję po dwie łyżki jogurtu, posiekaną natkę pietruszki, czarny sezam i ciut płatków chili. Dla profanów, takich jak moje dzieci można podać jeszcze groszki ptysiowe, ale uwierzcie mi - nie są potrzebne.

Obiad z rodziną - turecko, grecko i miodowo


5 marchewek
5 pietruszek
5 łyżek oleju
2 łyżki miodu
1 1/2 główki czosnku
przyprawado ziemniaków
10 ziemniaków
500 g mięsam ielonego z indyka
przyprawa do gyrosa
6 ogórków kiszonych
pół ogórka szklarniowego
sół
pieprz
koperek



Tu będzie powieść w częściach, bo mnie trochę poniosło.Można to pewnie uprościć, ale po co, jak ja tak lubię mieszać w garach?

Marchewka i pietruszka w miodzie


Obieram marchewki i pietruszki, kroję w 6 cm słupki. Wrzucam do naczynia żaroodpornego. W kubeczku mieszam 3 łyżki oleju, dwie łyżki miodu, dużą szczyptę soli himalajskiej, świeżo mielony pieprz i posiekany rozmaryn. Główkę czosnku kroję w poprzek na pół, kładę koło warzyw, całość zalewam zawartością kubeczka i  wstawiam do pieca.

Pieczone ziemniaki


To to łatwizna, lecimy trochę gotowcem. Ziemniaki sobie obieram, tak z dziesięć sztuk, kroję to w takie niezobowiązujące frytki i wrzucam do zimnej wody, jak się zagotują wsypuję łyżeczkę soli i gotuję pięć minut, odlewam, wrzucam do naczynia żaroodpornego i skrapiam olejem słonecznikowym i osypuję przyprawą do ziemniaków. wrzucam do pieca.

"Tureckie" mielone


Piszę w cudzysłowie, bo znów włączam gotowiec. Sięgam po przyprawę do gyrosa. Wybierajcie takie z sensownym składem, to nie zaczniecie świecić w ciemności.  Uwaga, sztuka wyższa. Mięso wyciągam z lodówki i zasypuję obficie przyprawą, jak tylko wsadzę ziemniaki do pieca. Mieszam i po 20 minutach rozgrzewam patelnię grillową. Formuję podłużne niewielkie kotleciki i smażę z obu stron.

Tzatzyki inaczej


Ogórki i świeże i kiszone kroję w kostkę, siekam koperek tak 1/4 pęczka, przeciskam przez praskę 2 ząbki czosnku, dodaję jogurt i doprawiam do smaku solą i pieprzem. Mieszam i gotowe.

Kolacja -ryżowa sałatka z kurczakiem


2 wędzone uda z kurczaka
6 plastrów ananasa z puszki
1 puszka kukurydzy
1/4 słoika  selera w zalewie
100 g ryżu
pęczek szczypioru
1/4 czerwonej cebuli



Tu nie ma wielkiej filozofii, ryż gotuję, kurczaka, cebulę i ananasa kroję w kostkę, siekam szczypiorek, seler przekładam do miski. Dodaję jogurt i przyprawiam do smaku. Podaję z grzankami, albo bez, zależy jak się nawinie.

Bonus


Jeśli chcecie zrobić coś miłego dla swojej skóry, poza jedzeniem tych wszystkich pyszności, jogurt możecie też dziabnąć sobie na twarz. Dwie łyżki płatków owsianych zalewacie gorącą wodą, żeby spęczniały,dodajecie łyżkę miodu i dwie łyżki jogurtu naturalnego, nakładacie na twarz na 20 minut, raczej trzeba leżeć i pachnieć, bo spływa z twarzy, ale warto. Odżywienie, nawilżenie i przywrócony blask gwarantowane.
Ze wsi do miasta i z do miasta na wieś, rzecz o zmianach

Ze wsi do miasta i z do miasta na wieś, rzecz o zmianach

Byłam wczoraj w mieście. Nic ekscytującego. Przecież mieszkałam w Warszawie ponad 11 lat (sic!). Ale tak sobie pomyślałam, że napiszę Wam o tym parę słów, ale spoko, nie będzie relacji minuta po minucie co robiłam. Do zwierzeń nakłoniła mnie jedna malutka refleksja. 





Kiedy w maju 2006 roku stanęłam na Dworcu Centralnym w Warszawie z jedną torbą, w której był koc,kilka ciuchów, sto złotych i pasta do zębów, byłam przerażona. Nawet nie bardzo ogarniałam, w którą stronę mam pójść. Wychowałam się na wsi. Nigdy się tego nie wstydziła, przeciwnie, byłam z tego dumna. Moi rodzice zatroszczyli się o to, żebym nie miała na tym punkcie kompleksów, żebym umiała się wszędzie odnaleźć.

Rok rozpaczy


Tak to z grubsza wyglądało. W każdy możliwy wolny dzień wsiadałam do PKSa i jechałam do rodziców, całą drogę powrotną do Warszawy płakałam. Tęskniłam. Bardzo. Nie umiała się odnaleźć, miała fajną pracę, fajnych znajomych, wygodne mieszkanie,ale nie była szczęśliwa. Czułam się nie na miejscu i ciągle gubiłam się w podziemnych korytarzach pod Centralnym. To był dla mnie bardzo ciężki, wyczerpujący i intensywny rok. Potem zaczęłam się spotykać z Michałem i jakoś z dnia na dzień było mi łatwiej tam być.

We have a dream...


Nie będę Wam tu opowiadać o moich kolejnych etapach akceptacji życia w metropolii, ale fakt jest taki, że z czasem w Warszawie zrobiło mi się wygodnie. Mieliśmy jednak z Michałem wspólne marzenie - mały biały domek na wsi. Spełniliśmy je po 10 latach wspólnego życia. Byłam w trzeciej ciąży, nasze 40 metrowe mieszkanie od dawna było zbyt ciasne, więc kiedy bank zgodził się nam pomóc, stanęliśmy w progu naszego domu. Dobrze mi tu. Nam. Kiedyś Wam to wszystko opowiem, ale dziś napiszę o czymś innym.

Ja dzisiaj


Nie maluję się codziennie, bywa, że cały dzień chodzę w dresach, teraz, kiedy dzieci jeżdżą do placówek autobusem bywa, że moje jedyne wyjście w ciągu dnia kończy się na terenie posesji. Pamiętam, jak Kazik miał może pół roku, po dłuższej przerwie wybraliśmy się do Warszawy. Podróż Trasą Toruńską w godzinach szczytu była dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Jakoś dużo tych samochodów i to tak blisko... Michał śmiał się, że mam lęk urbanizacyjny. A przecież dosłownie kilka miesięcy wcześniej tą samą drogą jeździłam codziennie do pracy, cóż zmieniło mi się. Wysiadłam wczoraj na tej samej Centralnej, co 13 lat temu z pociągu. Odstawiona, jak szczur na otwarcie kanału, wśród ludzi pędzących w garniturach do pracy czułam się dziwnie i znów zaplątałam się w tych podziemiach... Umówiłam się na hali głównej z koleżanką i nie mogłam tam dojść :D w końcu dotarłam.

Co robi matka


Wypiłyśmy kawę w eleganckiej kawiarni, zjadłam ciastko tak ładne, że mogłabym je postawić na komodzie, jako dekorację, przespacerowałam się Krakowskim Przedmieściem i pojechałyśmy na śniadanie prasowe do eleganckiego hotelu na Mokotowie, gdzie prawie, jak za dawnych czasów, kiedy pracowałam w gazetach posłuchałam o nowościach kosmetycznych, zjadłam fajne jedzenie i napiłam się pysznej kawy, a co najważniejsze, spędziłam czas z bardzo fajnymi dziewczynami.



Te Laseczki to Aneta ze Świata Karinki i Gosia z Lili_Arisza

I gdzie ta refleksja?


Otóż refleksja polega na tym, że chociaż wychowałam się na wsi i ponad dekada w mieście była dla mnie bardzo wymagająca, to trochę za tym miastem tęsknię. Tak każdego dnia, jest mi tu lepiej, wiecie, trawnik, plaża, zdrowsze powietrze, las za płotem, dzieciaki zadowolone, miejsca więcej, te plusy mogę wymieniać dwa dni. Ale prawda jest taka, że gdybym częściej miała z kim zostawić Kazika (wczoraj została z nim moja mama, parę wcześniejszych razy Michał), to chętnie bym się częściej do stolicy bujnęła, żeby całkiem nie zdziczeć, tak po prostu.

Obie ja, to ja


Ostatnio nawet podłączyłam się do takiej fajnej akcji na Instagramie. Sprawa tyczyła się pewności siebie. I tak od razu przyszło mi do głowy, że pewność siebie to zdolność do pokazywania siebie w makijażu i bez, z uśmiechem i ze sutkiem wypisanym na twarzy. Dla mnie pewność siebie, to również po tygodniach chodzenia w dresie założenie czegoś innego, zrobienie makijażu i stanięcie twarzą w twarz z tymi wszystkimi pięknymi dziewczynami. A dla Ciebie?





Czym jest dla Ciebie pewność siebie? Dla mnie pewność siebie to pokazywanie siebie. Bez makijażu, czasem bez uśmiechu, pokazywanie prawdziwego swiata. Czasem ta prawda to ja z czerwoną szminka, w kapeluszu, sukience, a czasem ta prawda to bałagan i pryszcze. Żadna z tych wizji mnie nie definiuje, żadna nie jest falszywa. Prawda, pewność siebie, to świadomość swojej wartości niezależnie od okolicznosci. Każdy TO ma. Tylko trzeba zajrzeć do srodka. Dać sobie prawo do przezywania porażek i swietowania sukcesow. Do bycia czlowiekiem. I ociekania zajebistoscią też 😂 i nie wstydź się mówić o tym głośno. Masz prawo być z siebie dumna i masz prawo o tym mówić. Bądź pewna własnej wartości, zawsze. Kiedy zobaczyłam post na @allaboutlife.pl że jest akcja do zrobienia i jeszcze można wygrać udział w super warsztatach (sprawdźcie u dziewczyn, szczegóły pod repostowanymm od @jestrudo zdjęciem), wiedziałam, że w to wejdę. Zrobię więcej. Zaprosze do zabawy, chociaż nie trzeba, fajne dziewczyny. Kilka, bo nie dam rady wszystkich. Jeśli chcesz, też dołącz. Masz te moc! Zapraszam @lili_arisza @monia_mamita i @polska_blondynka 💜💜💜 Pamiętajcie o hashtagach #alwayssensitive #akademiaalways _____ #womanstyles #modnapolka #modnakobieta #stylovepolki #instakobieta #dziendobry #instamama #instamatki #nomakeup #bezmakijazu #bezmakijazujestempiekna #bezmamkeupu #nomakeup #nomakeupDay #nomakeupselfie #nomakeuptoday #naturalme #itsjustme #justme #ohhey #nomakeupchallange #withoutmakeup #nakedface #naturalface
Post udostępniony przez Marta Lewandowska (@matka_zywicielka)




Okiem Żywiciela: NIEZGODNIK MAŁŻEŃSKI CZ Właściwa

Okiem Żywiciela: NIEZGODNIK MAŁŻEŃSKI CZ Właściwa

Jak może niektórzy pamiętają ostatnio moja Najukochańsza z Żon postanowiła w sposób niezwykle delikatny i uroczy wymienić kilka moich mniej przez Nią lubianych cech lub przyzwyczajeń. Ponieważ jestem już doświadczonym małżonkiem i wiem czym mogłoby się skończyć podobne działanie z mojej strony to od razu zaznaczam:


Wszystkie postacie i wydarzenia opisane w tym artykule są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących jest przypadkowe.


pixabay

Nie wiem i Nie da się


Dwie najbardziej znienawidzone przeze mnie towarzyszki mojej żony to: "Nie wiem" i "Nie da się" - "Nie wiem" jest najlepsza przy wyborze wszelakim, jedzenia, filmu czy podejmowaniu innych decyzji. Uprzejmie przygląda się, kiedy produkuje kolejne pomysły i wymieniam kolejne tytuły. Uwielbiam ją, "Nie da się" często kroczy tuż za nią szczególnie, jeśli rzecz wymaga zachowania niekonwencjonalnego lub wykracza poza, na przykład techniczną wiedzę mojej drugiej połówki. Ona nie pyta czy to można,  jak to zrobić Ona wie. Nie da się. Dzięki nim obu mam ubytki szkliwa od zgrzytania zębami.

Reszta to już detale i drobiazgi, takie jak Żagielek


Moje słońce Peru czasami podczas snu podciąga jedną nogę i trzyma ją zgiętą w kolanie, a stopa stoi na prześcieradle, w miarę zwiotczania się mięśni, które towarzyszy zapadaniu w głębszy sen nogą opada na bok i zaraz jest podrywana do góry (podejrzewam,że podrywanie wywołuje uczucie spadania podczas snu), skutkuje to tym, że jestem w nocy rytmicznie uderzany, aż do momentu, kiedy się obudzę i już teraz nie bawiąc się w żadne konwenanse podcinam stopę, żeby noga spoczęła płasko na łóżku i tak do następnego razu.

Poranny Morderca


Dlaczego nie próbuję mojej cudowności budzić i prosić, rozmawiać? To proste, rozmowa z moją żoną tuż po obudzeniu przypomina obudzenie niedźwiedzia w połowie snu zimowego, kiedy jest już głodny i wściekły. Po prostu tego się nie robi. Najpierw kawa potem, potem druga kawa i już można nieśmiało, na razie neutralnymi pytaniami sprawdzać czy niedźwiedź trochę wyluzował ale delikatnie.

Walczę o 5 miejsce z lodówką


Czasem jest tak, jak w tym starym dowcipie, najpierw jest królowa kawa, potem kontrola stanu odziania dzieci, następni jesteście Wy, czyli cały ten wirtualny świat, który powoduje ,że najczęściej widzę czubek głowy mojej żony,bo twarz pochyla się w stronę telefonu, kontrola stanu lodówki i dopiero wtedy wchodzę ja - cały na biało.

Mógłbym jeszcze pisać o zmywaczach do paznokci, które magicznie pojawiają się w tak zaskakujących miejscach jak blat w kuchni, stolik w salonie, szafka w sypialni chociaż oczywiście w łazience czeka na nich setka towarzyszy w różnych flakonikach i buteleczkach.

Na tym kończę i odezwę się, jak dostane papiery rozwodowe.
Nowoczesny obiad (nie tylko) na Wielkanoc

Nowoczesny obiad (nie tylko) na Wielkanoc

Nadal nie podjęłam ostatecznej decyzji, co będę robić, jak będę dorosła. Ciągle się miotam. Z jednej strony marzy mi się poważne dziennikarstwo, jak kiedyś, praca w korporacji, chodzenie w butach na obcasie dalej niż na przystanek po dzieci wracające ze szkoły. Ale z drugiej lubię to moje leniwe wiejskie życie. Codzienne czynności, które mocno osadzają mnie tu i teraz, pozwalają się pochylić nad prostymi rzeczami.


Matka Żywicielka na IG


Kiedyś miałam takie marzenie, żeby otworzyć małą knajpkę, miejsce, do którego będą przychodzić stali klienci. Ludzie, z którymi będę gadać, pytać czy to co zawsze i podsuwać im maleńkie próbki nowości. Albo gospodarstwo agroturystyczne, w każdym razie w w tych marzeniach stałam przy garach. Lubię gotować. Wymyślać, mieszać i łączyć nieoczywiste składniki. Najczęściej inspiracją do takich ekscesów są jakieś wspomnienia,smaki gdzieś raz spotkane siedzą we mnie i cichutko wołają "odtwórz mnie, powtórz, podkręć". Miałam kiedyś nawet całkiem fajne konto na Instagramie z gotowaniem, ale wziął mi ktoś ukradł i nie mogę się zalogować. Trudno. Czasem coś wrzucę na żywicielkowe. Dziś kolejna zupa.

Kilka słów wyjaśnienia


Po pierwsze moja babcia robiła takie zupy, barszcz musztardowy, chrzanowy. Lubiłam je, były inne od rosołu czy pomidorówki. Pewnego dnia zaczęły za mną chodzić. Często robię sos musztardowy do pulpetów, bo Teodor bardzo go lubi,a chrzan, jakoś tak po macoszemu traktuję, mimo że go lubię, bo tylko ja w naszym domu go jem, ale postanowiłam zaryzykować. Jeśli już kiedyś gotowaliście ze mną jakąś zupę, to wiecie,że większość tych historii zaczyna się tak samo, więc bez spiny, nie macie dejavu, Tak to u mnie wygląda. To co, startujemy?

Lista składników


mały słoiczek chrzanu
3 ziemniaki
biała część pora
łyżka masła
korzeń pietruszki
mały seler
śmietanka 30 proc.
sól
biały pieprz

Dodatkowo


jajka - tyle ile porcji, najlepsze byłyby przepiórcze, ale sama użyła kurzych
rzodkiewka
cebulka prażona
olej tłoczony na zimno (dałam konopny, ale może być lniany, dobra oliwa, lub z pestek dyni)
kilka listków świeżej mięty

Do dzieła


Masło roztopiłam w garnku z grubym dnem i zeszkliłam na nim pokrojonego w półplasterki pora. Zalałam 2 litrami wody (tak na oko). Ziemniaki, pietruszkę i selera obrałam i pokroiłam w kostkę, dorzuciłam do garnka, po zagotowaniu doprawiłam solą i pieprzem. Kiedy warzywa zmiękły dodałam chrzan (prosto ze słoika) i śmietankę. Wyłączyłam i usmażyłam jajka sadzone do dekoracji.

Jeszcze gorącą zupę zmiksowałam i nałożyłam na miseczki. Na każdej porcji położyłam jajko, kilka cienkich plasterków rzodkiewki i posiekaną miętę. Posypałam odrobiną prażonej cebulki i skropiłam olejem. Jedli, aż im się uszy trzęsły, więc chyba źle nie było :D

Naszła mnie taka refleksja, że ta zupa świetnie sprawdzi się w roli wielkanocnego obiadu, wiecie jajka, chrzan, nowalijki. Tylko trochę inaczej. Zamiast żurku z torebki. Może być, prawda? No i wtedy zamiast plasterków rzodkiewki można dodać kiełki rzodkiewki, albo rzeżuchy. Hmm, niezłe. Na pewno sprawdzę i powiem Wam za jakiś czas czy pasuje, bo akurat wczoraj sialiśmy z chłopakami kiełki. Zobaczymy co z nich wyrośnie. Z kiełków, nie z dzieci, bo tego, to nikt nie przewidzi.

Home&Kitchen Garden/InfluencersTop2019

AllAboutLife/InfluencersTop2019
A może chcesz zobaczyć inne moje zupy?

Mam dwie super jesienne, które zaczynasz od nagrzania piekarnika (KLIK)

I jeszcze pięć rozgrzewających, które od razu pokochasz (KLIK)

Ale spoko, dam Ci przepisy na następne. Daj znać, jak wypróbujesz i powiedz mi czy Ci smakowało. Możesz tutaj albo na Facebooku, a jeszcze lepiej na Instagramie, tam na story możesz podejrzeć, np. co gotuję dzisiaj.
Niezgodnik małżeński cz 1

Niezgodnik małżeński cz 1

Małżeństwo to dżungla. Walka o przetrwanie, poduszkę, ostatnią kapsułkę z kawą. A co najgorsze sami sobie to chomąto zakładamy na szyję, doczepiamy do niego kamienie  i tak brniemy. W parze, w tandemie z dybów. Żeby nie paść tu trupem z powagi przyjrzyjmy się małżeńskim waśniom. Choć może to za wielkie słowo. 


Pixabay

Każdy, nawet w tak cukierkowym świecie jak nasz, ma swoje straszne momenty. Te dramaty zdarzają się co dzień, przychodzą podstępnie z partyzanta, kruszą lukier, wyrywają leje w gładkim jak lustro asfalcie ornamencie związku. Dobra dość poetyki do rzeczy.

Chcesz kawę?


Zaczyna się niewinnie, doczołguję się rano do czajnika, przez półprzymknięte powieki widzę guziczek, naciskam i rzucam w kierunku sypialni: Chcesz kawę? Nigdy nie chce, cholera, nigdy. Ale ryja w mojej to macza, mało tego, jak się odwrócę na dłużej, to całą potrafi wyżłopać. Jak zrobię mu oddzielną, to znajdę ją utkaną gdzieś w kącie za dwa dni. Nigdy nie pije swojej. Tylko moją.

Tykanie


No niech pierwszy rzuci kamieniem, kto lubi być tykany. Paluchem. Ruchem dźgającym. Celem obudzenia. Wszystko się we mnie gotuje, już oczy otwieram wściekła. A jeszcze niedawno głaskał, szeptał czule słówka. "kochanie, Kochanie" - mówił. Po policzku smyrał czy po pleckach i czekał. Teraz tyka. Paluchem. Bo kluczyków znaleźć nie może, a do pracy jedzie, bo budzik mój dzwoni. A weź se pan ten palec wiesz gdzie wsadź.

Idź do wanny


Matko! Czy istnieje na tym świecie inna metoda rozwiązywania problemów? Boli mnie głowa "idź do wanny", chcę uciec na bezludną wyspę "idź do wanny. No ludzie! Ja nie znoszę leżeć w wannie, do wanny to ja mogę iść ją umyć. Może on chce, żebym się utopiła? W końcu wie, że nie umiem pływać.

Ścierka niezgody


Świeżutka, wyprana i wyprasowana. Wisi na piekarniku, tradycyjnie złożona na cztery. Wchodzi na trzy sekundy do kuchni. Wchodzę ja. Ścierka zmięta i uwalona niczym mop z publicznej toalety wciśnięta byle jak na swoje miejsce. Podobno nie ruszał, stał się cud, albo kataklizm poza Jego świadomością. Nie wiem, może ścierka się zawstydziła i sama postanowiła się sponiewierać?

Co mówisz?


To jest hit ostatnich dni. Wpadłam w grzybowy szał, kiedy tylko mogę biegam do lasu, jak wybieram się do większego zapraszam na tą wycieczkę Męża. Idzie z nami Kazik. Chociaż idzie, to za dużo powiedziane, bo dość szybko Kazik wymięka i każe się nosić. Małżonek bierze go na barana i na każdą moją wypowiedź kwituje słowami "Nie wiem, czy zauważyłaś, ale mam nad głową roztańczony narodowy".Co ciekawe zauważyłam, że używa tego argumentu również wtedy, gdy w okolicy nie ma żadnego dziecka. Węszę podstęp.

To tylko kilka pierwszych przykładów, wierzcie mi mam ich mnóstwo, ale mam też korektę kilku tekstów do zrobienia, więc zostawię Was tutaj i wrócę z tematem :D

Szukam i opowiadam. Książki wspomagające rozwój dzieci

Szukam i opowiadam. Książki wspomagające rozwój dzieci

Już myślałam, że tego postu nie napiszę. Wszystkie znaki na niebie i ziemi były przeciwko mnie.Zamówione w Naszej Księgarni książki szły do mnie chyba z miesiąc. Kurier się nie popisał. Potem nawał lektur szkolnych skutecznie blokował nam czytanie relaksacyjne, do tego mój rotawirus, słabe światło do zdjęć i jeszcze rot u Kazika. 




Jest 23:16 zaczynam pisać. Kazika odkładałam chyba z siedem razy, bezskutecznie. Zdjęcia ostatecznie zrobiłam w biegu wykorzystując moment. Muszą wystarczyć, bo szkoda nie pokazać tych książek. Obydwie są fajne i obydwie warte polecenia.

Pucio umie opowiadać


Jeśli znacie już Pucia, to nie wiem, czy trzeba mówić coś więcej niż  to że jest nowa książka z tą postacią? Tym razem Pucio zostanie starszym bratem, a my będziemy towarzyszyć mu od początku, od informacji, że mama jest w ciąży. Przeżyjemy razem pojawienie się bobasa, pierwszą kąpiel, odrobinę zazdrości i pierwsze zabawy z młodszym bratem. Co Wam dużo będę mówić, jako mama trójki od początku miałąm wiele lęków, nie tylko o Zeta, jego pozycja w domu zawsze była mocna i miał tego świadomość. Ale Ted? Tyle naczytałam się o tym, jak środkowe dzieci czują się pokrzywdzone, odsunięte, że chyba przeżywam tą historię bardziej niż Pucio. Książkę polecę Wam nie tylko w sytuacji, kiedy rodzina się powiększa, to także okazja, żeby powspominać z dzieckiem pierwsze chwile jego życia. Kazik póki co skupia się na tym, gdzie jest piesek, a gdzie kotek, ale starszaki chętnie zadają pytania, które sugeruje książeczka. Fajną opcją jest też historyjka obrazkowa na dole strony. To na ich podstawie dziecko ma opowiedzieć historię, którą właśnie usłyszało. Bardzo fajna pozycja dla tych, którzy chcą rozwinąć u swojego dziecka nie tylko umiejętność snucia historii, ale też wesprzeć funkcje poznawcze i opowiedzieć jak to było u Was.





Detektywi z Tajemniczej 5, Zagadka zbuntowanego robota


To zdecydowanie opowieść dla nieco starszych dzieci. Zet i Ted odnaleźli się w niej doskonale. Zacznę od tego, że opowieść osadzona jest bardzo mocno w znanych im realiach, bo w Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. Chłopcom to miejsce bardzo się spodobało, więc kiedy usłyszeli, że Piotrek,Jaga i Anka tam zaczną swoją przygodę z ukochaną przez Zeta robotyką słuchali jak zaczarowani. Piotrek i Anka interesują się robotami i programowaniem, więc zaplanowana przez tatę Piotrka wycieczka wydaje się im być mocno atrakcyjna. Jaga młodsza siostra Piotrka postanawia się na niej nudzić. Swoją wizytę w Centrum ta czwórka zaplanowała zacząć od przedstawienia na podstawie "Bajek robotów" Lema wystawianej przez robothespiany czyli roboty - aktorów. Jaga od razu zakłada,że będzie się nudziła, jednak podczas przedstawienia następuje awaria prądu, a kiedy światło się zapala, jeden z aktorów znika. Czy się odnajdzie i jak potoczą się losy bohaterów, tego Wam oczywiście nie zdradzę, bo bardzo chciałabym, żebyście przeczytali tę książkę razem ze swomi dziećmi. Bardzo-warto.



Okiem Żywiciela: A na imię jej było Hipokryzja.

Okiem Żywiciela: A na imię jej było Hipokryzja.

Świat jest ogromny i dzieją się na nim miliardy różnych rzeczy, a dzięki mediom wszystkie pchają się do naszych domów i próbują skraść naszą uwagę, aby się bronić nasze mózgi automatyzują co mogą i próbują budować schematy. Czasem niestety jeśli nie włączymy zdrowego rozsądku na czas wychodzą z tego niezłe bzdury.


Pixabay

1. Ubieranie dzieci


We wrześniu często można spotkać taki obrazek: idzie dziecko w długich spodniach, swetrze/bluzie na to kamizelka albo i kurtka na głowie czapka, a obok idzie rodzic w krótkich spodenkach, koszulce i japonkach. Dziecko trzeba ubierać, bo już wrzesień-jesień kij z tym,że jest słońce, 19 stopni na zewnątrz, a do przedszkola jedziecie autem. Dziecko to pewnie przedzierało się w tym czasie przez tajgę w mrozie i wietrze i dlatego musi być grubo ubrane.

2. Trzymanie dziecka pod kloszem


Ostatnie parę lat bardzo modne jest narzekanie, że dzieci teraz to nic nie potrafią i są takie niesamodzielne ,a my to radziliśmy sobie w każdej sytuacji i rodzice praktycznie porzucali nas w lesie, a my wracaliśmy do domu z samodzielne wyplecionym koszykiem pełnym grzybów. Chcemy żeby nasze dzieci też były samodzielne, więc co robimy? Wozimy je wszędzie samochodami i zabraniamy dotykać jakichkolwiek ostrych rzeczy, a najchętniej owijalibyśmy je w folię bąbelkową. Pamiętacie jak liczyło się siniaki na nogach i licytowało z kolegami kto ma więcej? Każdy taki siniak to było potencjalnie groźna dla nas sytuacja i byliśmy z tego dumni.

3. Elegancko ubrane dzieci


Przedszkole to w sumie taka praca dla dzieci, miejsce gdzie dzieci bawią się, biegają, jedzą w dużej mierze samodzielnie, mają różne zajęcia z farbami, plasteliną, chodzą na spacery, więc jak najlepiej ubrać dziecko do takiego miejsca? Oczywiście w najlepsze ciuchy, białe rajstopki i nowiuśkie koszulki za miliony, bo przecież nie ma szans, żeby coś się podarło albo ubrudziło ta miła kobitka, która pilnuje 20 dzieciaków naraz na pewno da radę dopilnować, żeby ubrania wróciły do nas jak nowe...

4.Czemu moje dziecko się mnie nie słucha?


Przecież już sto razy mówiłem mu,że jak nie będzie posłuszne to zabiorę mu wszystkie zabawki. Jestem taki srogi! A ile razy spełniłeś tą groźbę? Nie spełnisz,bo przecież te zabawki to tyle pieniędzy, no i musi mieć się czym bawić prawda? To po co było gadać takie głupoty? Jak mawiał Dr.House groźba musi być realna, a dziecko musi Ci wierzyć,,że jeśli coś powiesz, to tak się stanie zarówno jak będzie to dobre jak i złe. Dlatego lepiej w ogóle nie grozić.

5. Myśl samodzielnie ale rób dokładnie to czego oczekuję


Bardzo Cię kochamy i chcemy żebyś był szczęśliwy ale Tatuś chciał być lekarzem, a Mama pisarką dlatego Ty nasza pociecho musisz zostać tym kim sobie wymarzyliśmy i co z tego, że interesuje Cię jazda konna albo paleontologia. Ucz się i pracuj, żeby osiągnąć to co chcieli Twoi rodzice przecież Oni na pewno zrealizowali marzenia swoich rodziców, tia już to widzę.

Czasem tak mamy, że pędzimy przez życie, jak koń z klapkami na oczach na Wielkiej Pardubickiej,a nasze dzieci, które patrzą na nas oczami wielkimi jak spodki od filiżanek. Jak zobaczymy to spojrzenie to warto się zatrzymać i zastanowić dokąd my w ogóle, do cholery, biegniemy. Obyśmy tylko to potrafili czego sobie i Wam życzę.

Dwie zupy z piekarnika

Dwie zupy z piekarnika

Kiedy jakieś 138 lat temu zdecydowaliśmy, że weźmiemy ślub, ktoś, nie pamiętam już nawet kto, zapytał Michała, czemu chce się ożenić akurat ze mną. Mój wybranek niewiele myśląc powiedział "Bo gotuje pyszne zupy". Uważam, że to spore niedopowiedzenie, bo nie tylko zupy wychodzą mi dobre. 


Tak serio, to w tamtym czasie byłam raczej królową żurku, niż wirtuozem smaku, ale z czasem zaczęłam w kuchni być coraz odważniejsza i powiem Wam, że to się opłaciło. Lubię gotować. Jak mam dobry humor to sypię przyprawy do gara garściami niczym brokat, tańczę, śpiewam do łyżki i robię inne dziwne rzeczy. Jak mi smutno, to skupiam się na czynnościach, delektuję się krojeniem, obieraniem, przyglądam się bąbelkom w garnku, w kuchni panuje cisza, a ja wyłączam myślenie. No lubię to robić. Ale nie jestem taka, żeby się nie podzielić odkryciami. Już kiedyś dawałam Wam przepis na 5 rozgrzewających zup. Dziś dam Wam kolejne. Bierzcie, jak swoje.

Krem z dyni


Ciężko mi uwierzyć, ale jakimś sposobem tej zupy nie było w poprzednim zestawieniu. Zupełnie nie wiem, jak to się mogło stać. To jest najlepszy krem z dyni, jaki kiedykolwiek jedliście. Myślicie sobie: Tia... Tylko kto tę dynie będzie obierał? Nie martwcie się, na to też mam sposób!



Składniki


Dynia ok 2 kg
3 marchewki
 kawałek białej części pora (ok 7 cm)
2 cm kawałek imbiru
3 ziemniaki
2 ząbki czosnku
cynamon
gałka muszkatołowa
wędzona papryka w proszku
sól
chili

Opcjonalnie


Mleko kokosowe lub śmietana
Sok pomarańczowy

Za robotę


Piekarnik rozgrzewamy do 180 - 200 stopni. Dynię kroimy na kawałki (ze skórą), ja kroję na 8 kawałków, bo mniejsze szybciej dojdą, ale może być i na pół. Jak mam lenia, to nie wyciągam pestek, jak mi się chce, to wywalam od razu. Wykładam dynię na blachę, skrapiam olejem i wkładam na 20-30 minut do piekarnika.

Kiedy dynia się piecze obieram i kroję ziemniaki, marchewkę i pora. Obieram i siekam czosnek (podobno, żeby był najzdrowszy powinien poleżeć w tym stanie min 10 minut przed obróbką termiczną).

W garnku rozgrzewam dwie łyżki oleju, szklę na nim pora i zasypuję papryką, szczyptą cynamonu i gałki. Dodaję czosnek i starty na tarce imbir. Wlewam wodę, dodaję ziemniaki i marchewkę pokrojone w kostkę.Wyciągam dynię z piekarnika, żeby przestygła. Kiedy zupa się zagotuje przyprawiam solą.

Przestudzoną i mięciutką dynię obieram cienko nożem, zdziwicie się jakie to proste! Pamiętajcie, że pod skórką czeka na Was najwięcej witamin, więc się przyłóżcie. Wkładam dynię do garnka, gotuję jeszcze wszystko razem kilka minut i miksuję.

Dodatki


Po pierwsze, możecie dać odrobinkę wody, a kiedy warzywa zmiękną dodać sok pomarańczowy, jako bazę - zupa jest wtedy cytrusowa i orzeźwiająca. Z mleczkiem kokosowym też jest fajna, jak mam to dodaję przed blendowaniem. Ze śmietany raczej robię kleksa na wierzchu. Tak też zrobiłam ostratnio. Do tego rzuciłam kilka domowych grzanek, obsypałam świeżo zmieloną czarnuszką i skropiłam olejem konopnym. Ale oczywiście najbardziej na miejscu byłby tu z pestek dyni.

Krem z pieczonej papryki


Nie przez przypadek podaję Wam te przepisy razem, bo jak zostanie Wam trochę dyniowej i odrobinka tej zupy i tak zamrozicie te ciutki, to możecie je potem wymieszać, i mieć trzecią równie pyszną zupę - córkę, jak jej matki. Papryka jest teraz w dobrej cenie, więc polecam Wam spróbować i ten przepis. Zupa wychodzi słodko ostra, żarówiasto czerwona i pyszna. A powiem jak będziecie kupować paprykę, odwróćcie ją do dołu ogonkiem i zerknijcie, ile ma "dupek". Jeśli cztery - weźcie na kanapki, sałatki, itp. jemy ją surową, jest słodka, chrupiąca i... słabo się obiera. Ta z trzema na surowo ma mniej smaku, ale po upieczeniu (lub ugotowaniu) to będzie torpeda, a do tego obierzecie ją tak łatwo, że nie zauważycie, kiedy będzie po wszystkim. Podpatrzyłam to u Jamiego Olivera i nie wierzyłam, póki nie porównałam.



Składniki 

6 czerwonych papryk (3 dupki)
5-6 cm białej części pora
2 marchewki
3 ziemniaki
mały kawałek selera
sól
pieprz
sos piri piri (albo pieprz cayen, chociaż sos jest lepszy)
ocet winny

Opcjonalnie 

serek twarożkowy naturalny
zielone pesto

Robimy


Znów zaczynamy tak samo, włączamy piekarnik 200 stopni. papryki układam w całości na blasze i piekę przez około 20 minut. Potem jeszcze gorące papryki wkładam woreczka foliowego i szczelnie zamykam, żeby się zaparowały.

W tym czasie przygotowuję resztę, tak jak w poprzedniej zupie, pora szklę na oleju, zalewam wodą dodaję pozostałe warzywa, przyprawiam solą i pieprzem. Po jakiś 15 minutach mam przestudzoną paprykę, wyciągam ją z worka, cała skórka schodzi w zasadzie sama. Wyjmuję gniazda nasienne i wkładam papryki do garnka. Całość miksuję, przyprawiam sosem piri piri i octem balsamicznym.

Tę ze zdjęcia przygotowałam z kleksem serka twarożkowego (troszkę zelżył ostrość, bo chlupnęło mi się sosu. Do tego łyżeczka zielonego pesto, usmażone na szybko talarki z ziemniaków i kilka kropel octu w roli dekoracji. Źle nie bylo, powiem Wam szczerze ;)
Kiedy najważniejszy jest człowiek. Historia pewnego Festiwalu. Cz 3 jak Muszkieterowie

Kiedy najważniejszy jest człowiek. Historia pewnego Festiwalu. Cz 3 jak Muszkieterowie

Powiem Wam, że ciężko będzie Wam ogarnąć o czym jest ten tekst, jeśli przegapiliście dwa poprzednie z tej serii, bo streścić się tego nie da. Dobra,  da się, ale ja nie chcę tego robić, bo uważam, że każde słowo z tej rozmowy było ważne. Każde chciałabym, żebyście przeczytali, więc podlinkuję Wam tutaj



Marta i Magda Wróbel

Bardzo chciałam, żeby wszystkie treści znalazły się tu, na blogu, bo cała ta historia bardzo przywraca wiarę w Ludzi. Nie przypadkowo piszę wielką literą. Bo żeby robić wielkie rzeczy, trzeba być wielkim człowiekiem. Bez wątpliwości takimi ludźmi są pani Basia Matwiej i pan Mirosław Satora, właściciele hotelu TeoDorka Med&SPA w Ciechocinku i założyciele Fundacji Pro Omnibus. Ta dwójka pomogła dziesiątkom młodych ludzi i niejednemu jeszcze pomogą, za sprawą Fundacji i Międzynarodowego Festiwalu Piosenki Młodzieży Niepełnosprawnej, który nieomal ćwierć wieku organizują. 

Co ten Festiwal daje innym?


Od samego początku stawiamy na jakość. Myślę, że dajemy szansę tym ludziom, żeby pokazali, że potrafią śpiewać, często lepiej niż ich pełnosprawni rówieśnicy, których wszyscy chwalą. Zależy nam na tym, żeby rodzice dzieci z problemami, ale i talentami zobaczyli, jak te dzieciaki błyszczą, żeby wypuścili swoje dzieci z domów, żeby przestali się obawiać, co ludzie powiedzą. Niepełnosprawni mogą i powinni być postrzegani przez pryzmat swoich talentów i osobowości, a nie przez pryzmat choroby. Często jest w opiekunach taki lęk, że dzieci sobie nie poradzą, a my mówimy: Jak nie spróbują, nigdy się nie dowiedzą, czy się uda.

Zwłaszcza, że kiedyś rodziców zabraknie i będą sobie musieli poradzić...


Będą musieli i poradzą sobie. Mamy niestety problem z mediami, bo przez brak wielkich nazwisk traktują nas po macoszemu. Od kilku lat nie zapraszamy już na festiwal żadnej telewizji. Chociaż słowo "zapraszamy" nie do końca tu pasowało. Bo telewizja, również publiczna, za transmisję brała od nas kilkadziesiąt tysięcy. Przestaliśmy to robić, transmisja jest w internecie, wychodzi taniej, a zaoszczędzone pieniądze lepiej zainwestować w pomoc tym dzieciakom. Poza tym telewizja zawsze narzuca swoje porządki, zmienia w ostatniej chwili wcześniej wypracowany program. Z tym zawsze były problemy. 

Trzeba się podporządkować, a na koniec i tak pokażą co będą chcieli?


Trochę tak, ale najzabawniejsza historia była, kiedy mieliśmy transmisję na żywo. Koncert miał się rozpocząć o 18:30 i wtedy też miała wystartować transmisja. Ponieważ mieliśmy tylko godzinę czasu antenowego, umówiłem się z nimi, tak, że nie będą pokazywać wystąpień lokalnych oficjeli, którzy mieli przemawiać na koncercie. Postanowiliśmy więc, że panowie wyjdą na scenę wcześniej, tak, żeby telewizja pokazała to, co faktycznie dla uczestników było ważne, czyli ich występy. Zapadła decyzja, że goście dostaną do dyspozycji po 10 minut, zaczniemy pół godziny wcześniej, żeby wyrobić się przed transmisją. Panowie tak przejęli się tym, że mają ograniczony czas, że zamiast przemawiać po 10 minut, każdy z nich mówił dosłownie minutę. No i zostało mi do zagospodarowania 27 minut. W mojej słuchawce usłyszałem głos z reżyserki "No to gramy, wykaż się!". Wyszedłem na scenę i opowiadam co mi do głowy przyjdzie, a głos w słuchawce mówi "Jeszcze 24 minuty", zacząłem opowiadać dowcipy, głos odliczał bardzo wolno. Publiczność zaczęła się kręcić, ale uparcie stałem na tej scenie, mając świadomość groteski. W końcu okazało się, że tak się rozpędziłem, że w połowie zdania usłyszałem w słuchawce, "Mirek, sprężaj się, masz 40 sekund!". Udało się.  Ale takie przygody z telewizją mieliśmy.

Ale Fundacja, to nie tylko Festiwal.


Tak, robiliśmy mnóstwo fajnych projektów, m.in. "Tacy sami". Jeździliśmy z dzieciakami po szkołach i wyglądało to tak, że siedziała młodzież i wchodziły nasze dzieciaki ze swoimi instrumentami. Padało pytanie, czy gospodarze mogą dla nas zagrać, najczęściej to nie wychodziło, podobnie ze śpiewaniem, więc nasze dzieciaki mówiły, "To nic, my zagramy dla Was, bo umiemy, a przecież jesteśmy tacy sami". Koncepcja była taka, żeby uświadamiać tej młodzieży, że np. to, że ktoś nie może biegać nie czyni go gorszym, bo może przecież być świetny w czymś innym. Wszyscy jesteśmy tacy sami, tylko jedni umieją biegać, a inni śpiewać. Możemy się od siebie różnić pozornie, ale wszyscy mamy marzenia, plany. I to działało. Jedna sytuacja szczególnie zapadła mi w pamięć. W Raciążu na salę przyszli m.in. gimnazjaliści w tym czterech chłopców w kapturach. Początkowo widać było, że nasza koncepcja nie przypadła im do gustu, ale po trzech utworach kaptury zjechały z głów, po kolejnych kilku chłopcy bawili się z całą resztą grupy. Była z nami Agnieszka Olszewska, śpiewaczka z Bydgoszczy, która w Fundacji była instruktorką, podeszła do mnie zalana łzami i zapytała, czy widziałem chłopaków. Wzruszyła się, bo nie spodziewała się, że nasze dzieciaki zostaną tak ciepło przyjęte i zaakceptowane. 

W takich momentach czuje się że warto.


A tych momentów było wiele. Bardzo długo byśmy musieli to wymieniać. W 2006 roku przyjechała do nas pani Maria Kaczyńska. Do tej wizyty przyczynił się Andrzej Frajndt, który pełnił funkcję dyrektora artystycznego Festiwalu. Zmarła Hania Bielicka, która bardzo wspierała wiele naszych działań. Andrzej poszedł na pogrzeb, jako nasz przedstawiciel. Na pogrzebie spotkał ówczesną panią prezydentową. Okazało się, że pani Maria słuchała niegdyś muzyki Andrzeja, więc chętnie zaczęła z nim rozmawiać. Od słowa do słowa Andrzej opowiedział jej o Fundacji i zapytał, czy nie zechciałaby objąć patronatu nad Festiwalem. Nie zawahała się nawet sekundy, poprosiła tylko o oficjalne zapytanie do kancelarii męża. Bardzo chętnie też przystała na pomysł zjawienia się w Ciechocinku. To było w lipcu, a w grudniu graliśmy kolędy dla pary prezydenckiej i ambasadorowych, które co roku przed świętami zapraszane są do Pałacu Prezydenckiego. Było to pięknie zorganizowane i na dzieciach robiło ogromne wrażanie. Dwóch tłumaczy aktorka Kasia Zielińska, która tłumaczyła na angielski i Mateusz przekładający na francuski, kucharze w wielkich czapach, piękne dania, bajeczne wnętrza. Dla nich to spotkanie to był wielki zaszczyt. Pani Maria szybko wywiązała się ze swoich obowiązków względem zaproszonych gości i przybiegła do dzieciaków. Ona chciała z nimi być. Cudowna osoba, wiele nam pomogła.

Była jak Muszkieter?


Ha, wiem do czego pani zmierza! Nasza Fundacja nazywa się: Fundacja Inicjatyw na rzecz Osób Niepełnosprawnych Pro Omnibus. Tą nazwę można tłumaczyć dwojako, z jednej strony "pro omnibus" znaczy dla wszystkich, czyli nie ograniczamy swoich działań do wąskiej grupy. Z drugiej strony jest to nawiązanie właśnie  do "Trzech muszkieterów" - "Unus pro omnibus, omnes pro uno" czyli Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego i tak właśnie jest u nas.


Tak jak obiecałam tydzień temu, dziś jest ostatnia część tego tekstu. Ale do Ciechocinka i opowieści nie tylko festiwalowych jeszcze z pewnością nie raz Was zabiorę. Ale chciałam Was namówić do jeszcze jednej rzeczy. Obejrzyjcie ten występ. To tylko jeden z setek. Zajrzyjcie na stronę Fundacji, pamiętajcie o Pro Omnibus rozliczając PIT, a będąc w okolicy Ciechocinka, koniecznie jedźcie do TeoDorki, może uda Wam się porozmawiać z panem Mirkiem albo panią Basią.





Uczestnicy Festiwalu w hotelowej restauracji. Hotel zamknięty dla innych. W lipcu to Ich dom.
Fot. Marta i Magda Wróbel

Prezes Fundacji Pro Omnibus Mirosław Satora


Okiem Żywiciela: Dlaczego rodzice powinni mieć przyjaciół?

Okiem Żywiciela: Dlaczego rodzice powinni mieć przyjaciół?

Ostatnio Marta pisała dlaczego dziecko powinno mieć przyjaciół. Dziś napisze Wam dlaczego uważam, że rodzice też powinni mieć przyjaciół i to nie dla siebie, co jest oczywiste, ale też dla dzieci.


WinaMarcina.pl

Zna ktoś Lenny Kravitz'a? Jego biorę za przykład, bo akurat jego historia wryła mi się w pamięć. Niby grał pop, ale zawsze był to pop inteligentny i niebanalny, czy to, że z w jego domu bywał Miles Davis, Ella Fitzgerald albo Duke Ellington miało na to wpływ (kto nie wie to niech google go wspomoże)?

Zresztą po co szukać porównań za oceanem, całe moje i poprzednie pokolenie mówiło, że pracę to się znajduje tylko po znajomości. Ale czy to były nasze znajomości, czy naszych rodziców? Mój Ojciec wyjechał z Polski, jak miałem siedem lat, ja wyprowadziłem się z rodzinnego miasta tuż po skończeniu szkoły średniej i tym sposobem odciąłem się od wszelkich "znajomości" mojej rodziny. Ostatni raz skorzystałem z nich w trzeciej klasie technikum i to jak skorzystałem!! Musiałem mieć praktyki jako technik elektronik. Wtedy na TOPie była firma JTT Computers ,której komputery z wypiekami na twarzy oglądałem w gazetkach z Vobisu. Dziadkowi (inżynier budownictwa ale bardzo "ogarnięty" człowiek) wystarczyły dwa listy. Nie emaile,a zwykłe listy żebym mógł odbyć tam praktyki ,a przez miesiąc mieszkać u Pani Inezy (to nie literówka), która okazała się nad wyraz ciekawym kompanem do rozmów, mimo siedemdziesięciu lat i srebra na głowie. Nigdy by mi się nie udało, gdyby nie Dziadek, którego nigdy nie podejrzewałem o takie znajomości.

Ale do czego zmierzam? Otóż mamy tylko jedno życie i nie jesteśmy w stanie naszym dzieciom pokazać wszystkiego, ani nauczyć ich choćby połowy niezbędnej wiedzy, dlatego jeśli Bóg da i partia pozwoli to nasze dzieci będą na tyle miłe w obejściu, a nasi przyjaciele i znajomi na tyle mili, że część z tych rzeczy pokażą za nas. Na przykład Darek w tym roku wziął nas na przejażdżkę katamaranem, a nasze chłopaki mieli przyjemność obsługiwać dźwig na nabrzeżu, którym zrzucaliśmy go do wody.U Marcina zbieraliśmy w ten weekend winogrona i specjalnie dla Zygmunta uruchomił maszynę, która oddziela grona od gałązek i pokazał Nam swoją piwnicę. Zresztą jego szczepki rosną u nas w ogrodzie. Z Mateuszem i Anią cieszyliśmy się jak startowali z lodziarnią i myślę, że jeszcze kiedyś wpuszczą Nas na zaplecze i pokażą jak robi się prawdziwe lody. Pan Rafał (nie umiem inaczej o Nim pisać) wielokrotnie pokazywał Nam, że nie ma rzeczy niemożliwych, a mechanika to tylko umiejętność czytania instrukcji i trochę pary w łapach. Mateusz i Ilona zawsze chętnie tłumaczyli co i jak w tych wszystkich paragrafach i innych regulaminach. Ci wszyscy ludzie i wielu wielu innych, tak naprawdę pomagają Nam wychowywać naszych synów. Wcale nie oczekuję, że będą "załatwiać im pracę" w przyszłości, ale może zarażą ich swoją pasją, może dzięki Nim nasze dzieci inaczej spojrzą na świat i znajdą swoją drogę?


Sevents


Kremowa Lodziarnia

Nie wiem, co będzie dalej, ale wiem, że jeśli ja znam wartościowych ludzi i moje dzieci z nimi obcują to może zamiast z "dresa" pod blokiem wezmą przykład z moich przyjaciół, bo moje życie może być dla nich nudne, ale może odkryją to co kochają tuż obok? Tego im i Wam życzę, ja swojej pasji dalej szukam i nie mam zamiaru się poddać.
Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger