7 sposobów, żeby zabić miłość

7 sposobów, żeby zabić miłość

Miałam pisać o czymś zupełnie innym, ale wiecie jak to jest z planami, można nimi co najwyżej rozśmieszyć Pana Boga. Inspiracja jak zwykle przychodzi nagle i niespodziewanie. Tak jest chyba najlepiej. Dzisiaj zastanówmy się dlaczego związki się rozpadają. Kiedyś  pisałam tekst O JASKINIOWCACH to jeden z naszych sposobów, żeby przetrwać. Mówiłam już też kiedyś o ROZWODZIE Z DZIECKIEM W TLE, ale czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego właściwie ludzie się rozstają? Jak zabijają miłość?


Pixeles/Pixabay

Pozwólcie, że rozejrzę się trochę dookoła i nie przywołując konkretnych personaliów pogadam sobie trochę o rozstaniach, które co jakiś czas dzieją się dookoła nas. Patrząc z boku, trochę lepiej widzimy pewne rzeczy, niż osoby będące w centrum wydarzeń. Jestem chyba niezłym obserwatorem, a i mam taką zasadę, że wolę się uczyć na błędach innych, niż swoich własnych. Dlatego, kiedy słyszę o jakimś rozstaniu zastanawiam się, czy dało się tego uniknąć i czy my możemy wyeliminować to ryzyko u siebie.

Motyle odfruną


Ciągle słyszę, że kogoś zaskoczyło, że partner po zamieszkaniu razem, czy po ślubie przestał zabiegać o względy lubej/lubego. Nagle zamiast kwiatków przy każdej okazji, częściej widujemy brudne skarpetki, pół biedy jeśli w koszu na brudną bieliznę, nie spłukaną po myciu zębów umywalkę, nogi czasem nie są idealnie gładkie i pojawia się bekanie po koli. Częściej niż pytanie: czy jest Ci wygodnie? słyszysz: czy zapłaciłaś za kablówkę? Mogłabym tak wymieniać bez końca. Chodzi o to, że jeśli decydujesz się na związanie z kimś na dłużej, musisz dopuścić do siebie myśl, że ta osoba nie jest tym, kim wydawała się być na pierwszej randce. Ludzie rozstają się, bo nie wiedzą z kim się wiążą, a prawda bywa zaskakująca.

Zazdrość paliwem miłości


Jak słyszę coś takiego, to ogarnia mnie pusty śmiech. Zwykle takie mądrości głoszą ludzie, którzy mają problem z tym, że mąż podwiezie własną matkę do lekarza, żona pójdzie na firmową wigilię czy pojedzie z koleżanką na weekend. Moim zdaniem paliwem miłości jest zaufanie, tak jest zdrowiej dla obydwu stron. Na zazdrości nie zyskuje nikt. Nie tylko obiekt zazdrości może poczuć się umęczony i odejść, ale ten "zazdroszczący" też w końcu się męczy.

Inne poglądy


Choć to wydaje się absurdem, to jeśli partnerzy kierują się totalnie różnymi wartościami, związek nie ma szansy przetrwać. Na początku zawsze jest pięknie. Zakochujemy się w większości przypadków w swojej zewnętrzności, romantyczne kolacje, czułe wieczory wydają się być spełnieniem marzeń i stępiają nasze zmysły. Choć początkowo wydaje się nam, że nieco inne od naszych poglądy polityczne i społeczne partnera są rzeczą drugorzędną, to nie do końca tak jest. Jeśli chcecie od życia zupełnie innych rzeczy, to nie dogadacie się. Fajnie jeśli zdążycie to zauważyć nim zrobi się poważnie i zostaną Wam miłe wspomnienia. Gorzej jeśli zdążycie wziąć wspólny kredyt, ślub czy mieć dziecko...

Nadmierne dopasowanie


Brzmi absurdalnie? Niekoniecznie, jeśli dobiorą się dwie osoby lękowe i każda z nich będzie próbowała "uwiesić się" na partnerze, nigdy żadna z nich nie pójdzie do przodu, wtedy lepszym rozwiązaniem może być rozstanie. Podobnie jest jeśli obydwoje są żądni mocnych wrażeń, narażać się będą na niebezpieczeństwo, ktoś w końcu pęknie. Pęknie i odejdzie.

Niewierność


To chyba nikogo nie zaskoczy. Nawet jeśli mówimy o jednorazowym skoku w bok, trudno jest odbudować zaufanie. Niezależnie od tego, jakie decyzje zapadają potem, już zawsze będziecie patrzeć sobie na ręce, w kieszeniach szukać biletów z kina, w którym nie byliście i przyglądać się uważnie kołnierzykowi partnera, czy nie nosi śladów cudzej szminki. Niepewność zabija miłość, a często i związki.

Cisza


Każdy czasem wkurzy się na zachowanie partnera, czuje się pokrzywdzony, niedoceniony, wykorzystywany. Jeśli nie mówisz o tym głośno, skąd partner ma wiedzieć, że coś zrobił nie tak? Nie licz na to, że się domyśli. Przecież nie jest z Tobą za karę, jest bo Cię kocha, nie krzywdzi Cię celowo, robi to nieumyślnie, więc po prostu zamiast strzelać fochy powiedz, co Cię zabolało, daj szansę na poprawę. Sama też słuchaj, bo oni mówią, tylko trzeba dopuścić do siebie , że my też nie jesteśmy idealne.

Nie mów nikomu, co się dzieje w domu


Głosi stare porzekadło i trudno jest mi się z nim nie zgodzić. Chciałabyś, żeby Twój facet opowiadał kolegom o tym, że coś Ci nie wyszło, o każdej Waszej sprzeczce, o Twoich fantazjach z sypialni? Nie? To dlaczego opowiadasz o tym przyjaciółkom? Dlaczego ten fragment Waszej prywatności jest dla nich dostępny? Nie dziw się, jeśli miłość umiera, kiedy w waszym związku robi się tłum.

Tworzenie związku dojrzałego i pełnego miłości to ciężka praca. Kiedyś jak zepsuła Ci się pralka to ją naprawiałeś, dziś wymieniasz na inną. Tak samo jest ze związkami. Ludzie szybko odpuszczają, za szybko. Bez zaangażowania (z obu stron) to się nie uda.
Uwaga, będę jęczeć i marudzić

Uwaga, będę jęczeć i marudzić

Dziś będzie post jęczący. Nie przygotowałam zapasu na wyjazd, to mam 😉 Prawdę mówiąc wczoraj wieczorem uznałam, że jak dzień czy dwa nie zamieszczenie artykułu na blogu, to świat się nie zawali, po czym przypomniałam sobie postanowienia noworoczne i odkryłam, że przecież miałam pisać codziennie.



Jutro zaczynają się Święta, my nie zdecydowaliśmy jeszcze czy zostaniemy w domu, czy pojedziemy do rodziców, więc jak się zapewne domyślacie nie ma mowy o żadnych przygotowaniach. Chociaż w odróżnieniu od zeszłego roku mamy w domu jajka, to szczerze mówiąc nic ponad to. Jutro rano zamiast popędzić do sklepu po biała kiełbasę popędzimy do lekarza. 

Kazik w placki


Popatrzyłam na moje dziecko nr 3, które wyglada, jakby przesadził z solarium i nie mam wątpliwości, rumień zakaźny, szczęśliwie bez gorączki i innych objawów, tylko wysypka. Do tego mój mały książę odkrył, że na spacerze nie trzeba chodzić, można usiąść na parkowej ścieżce i grzebać w ziemi. Na wszelkie próby zmiany jego planów reaguje histerią, więc jest bardzo uroczo.

Przeprowadzka po dwóch nocach


O tym napiszę Wam więcej w podsumowaniu wyjazdu, ale wiedzcie, że spacer z trójką dzieci, wózkiem i milionem tobołów o 21 przez Wrocław nie należy do moich ulubionych rozrywek. Chociaż dzieciom się podobało.

Spadek nastroju


Pewnie jeśli nie jesteś tu pierwszy raz to domyślasz się, że nie jestem w szczytowej formie, jakoś tak mnie dopadł zjazd. Nawet moje włosy o tym krzyczą, nie mogę ich ułożyć i to mnie frustruje. Wam życzę dobrej środy, a sobie szybkiego ogarnięcia się 😉
Jak przygotować się do wyjazdu z dziećmi

Jak przygotować się do wyjazdu z dziećmi

Jakoś w lutym zawiozłam Zeta na zajęcia i spacerowałam z maluchami czekając aż skończy. Kazik siedział grzecznie w wózku, a my z Tedem gadaliśmy sobie o różnych rzeczach. Nagle Dziecko nr 2 rzecze: "Wiesz mamo, chciałbym pojechać do ZOO do Wrocławia" - "A wiesz, że możemy to zrobić?" - odpowiedziałam i zadzwoniłam do Żywiciela, żeby wziął tydzień urlopu w kwietniu. Tak zaczęliśmy planować naszą wycieczkę.


Matka Żywicielka


Wrocław kocham od dawna, tą miłością zaraził mnie jakieś 15 lat temu tata mojego ówczesnego chłopaka. To tu byliśmy z Żywicielem na pierwszej wyjazdowej randce i wreszcie tu chciałabym mieszkać, gdybym musiała znów żyć w mieście. Ale jak zaplanować wyprawę z trójką dzieci, kiedy budżet d... nie urywa, a roczniak nie przepada za jazdą samochodem?

Nocleg z wyprzedzeniem


Kiedy ustalaliśmy termin wyjazdu nie wiedzieliśmy jeszcze, że dojdzie do strajku nauczycieli, ale wiedzieliśmy, że w szkole 15-17 kwietnia są egzaminy i Zet będzie miał wolne. Około 20 lutego zaczęłam szukać na booking.com noclegu. Oczywiście istnieje mnóstwo innych stron, ale ja jakoś lubię tą. Wiedząc, że Kazik po długiej podróży przez kilka dni będzie bronił się przed wsiadaniem do auta szukaliśmy noclegu blisko Rynku, tak żeby maksymalnie dużo przemieszczać się na nogach. Tak wybraliśmy One Lucky Hostel. Nie jest to "Hilton", ale mają wygodne łóżka, czyste prysznice i kącik kuchenny na każdym piętrze. Do tego bilard, ping pong i świetną lokalizację (Wita Stwosza 12). Ponieważ założyliśmy, że większość czasu będziemy spędzać na zewnątrz, a do hostelu wracać na nocleg, uznaliśmy, że te plusy nas satysfakcjonują. Cena też była zachęcająca, bo pięć nocy dla naszej piątki to koszt 527 zł. Niemiłą niespodzianką okazał się parking. Choć booking zapewniał mnie, że obiekt posiada parking "w cenie" (tak powinnam to była sprawdzić na stronie hostelu), dopiero po opłaceniu rezerwacji dostałam maila z informacją, że parking jest dodatkowo płatny 35 zł za dobę. Na miejscu okazało się, że jest też troszkę oddalony od Lucky. Na nogach dwie minuty, ale autem po wąskich, jednokierunkowych uliczkach trochę dłużej. Pod samym hostelem nie ma też gdzie stanąć, żeby spokojnie wypakować bagaże, co umówmy się przy trójce dzieci jest dość istotne.

Jedzenie z zapasem


Jak już wspomniałam postanowiliśmy ten wyjazd załatwić po taniości. Z tego powodu nie zaplanowaliśmy też obiadu po drodze, bo to nie  tylko koszt, ale i czas i wkurzanie (i tak potencjalnie niezadowolonego) Kazika. Nasze menu musiało być i słone i słodkie, nadające się do jedzenia rękoma na zimno (również za kierownicą) i przede wszystkim trafiać w gusta każdego. O tym co zabierzemy decydowaliśmy we środę, w czwartek zrobiłam zakupy, a w piątek zabrałam się za przygotowania. W ofercie matczynej gar-kuchni znalazły się:
- bułeczki francuskie  margharitta
- bułeczki francuskie z boczkiem
- bułeczki francuskie z boczkiem i oliwkami
- bułeczki francuskie z mozzarellą, suszonymi pomidorami i oliwkami
- naleśniki z kurczakiem a'la gyros
- naleśniki z nutellą
- naleśniki z miodem
- naleśniki z dżemem
- pomidorki koktajklowe
- zielona papryka
- zielony ogórek
- winogrona
- hummus
- ślimaczki cynamonowe
Dużo? owszem, ale powiem Wam, że przynajmniej nikt nie jęczał, że ma na coś smaka, a akurat TEGO nie ma.Nasze dzieci mijały kolejne McDonald's i Orleny bez mrugnięcia okiem, na postoju nikt nie zapytał o lody, lemoniadę, ani inne cuda. Jakbyście chcieli na coś przepis, to piszcie śmiało, chętnie się podzielę.

Matka Żywicielka

Pakowanie z zapasem


Prawdopodobnie jeśli tu jesteś, to masz dzieci, jeśli właśnie pakujesz bagaże, np. na Święta, to wywal wszystko z torby. Jestem pewna, że zabrałeś za dużo. Zwłaszcza przy pierwszym dziecku wszyscy cechujemy się przesadą. Wiem, co mówię. Kiedy mieliśmy tylko Zeta, podróżowaliśmy PKSem, to była komedia, dziecko, wózek, walizka, torba, plecak i torebunia. Po co to wszystko? Żeby niczego nie zabrakło, połowy rzeczy zwykle nawet nie wyciągaliśmy z toreb. Teraz, kiedy mamy więcej dzieci, pakujemy mniej tobołków. Zdradzę Wam nasz system.

Żywiciel


T-shirtów tyle na ile dni jedziemy, tak samo bielizny, wyjeżdżaliśmy na pięć dni, więc szansa, że ktoś zaleje go sokiem żurawinowym jest niewielka, dlatego zapasowe jeansy sztuk jeden i zapasowa bluza sztuk jeden w zupełności wystarczą, przecież za przeproszeniem z g... bił się nie będzie. Plus klapki pod prysznic.

Matka


Matka to wiadomo, częściej trzyma Kazika, poza tym na Insta też jakieś foty by porobiła, a głupio tak ciągle w tych samych ciuchach... Poza t-shirtami i bielizną jak wyżej, dwie pary spodni, dwie cieplejsze góry i dwie spódnice, bo może poniesie mnie fantazja, do tego dodatkowe buty i klapki pod prysznic.

Starszaki


Dzieci wspinają się, czołgają, lody jedzą z rozmachem... Na pięć dni cztery pary spodni, t-shirt jeden więcej niż ilość dni, dwie dodatkowe bluzy, piżamy, klapki, blielizna. Tyle, ewentualnie można wziąć jeszcze po parze butów w razie ataku kałuży, bo wiadomo. Kurtka cieńsza i grubsza. Więcej nie trzeba.

Maluch


Kazik nie brudzi się szczególnie, ale i tak wszystkiego wzięłam mu jedną sztukę więcej, niż ustawa przewiduje, bo może pampers nie wytrzyma? W Kazikowym bagażu wylądowało więc body sztuk pięć, bluzeczki z długim rękawem sztuk pięć, dwie bluzy, 4 pary spodni, skarpetki pięć par, kamizelka i kurtka, do tego piżamy i czapeczka na uszy.

Jeśli jedziecie do babci możecie zmniejszyć ten ekwipunek, przecież babcia w razie czego użyczy pralki, a i pozwoli wysuszyć rzeczy na grzejniku, można w zasadzie brać tylko "na dziś".

Apteczka


Wiem, wiem wszędzie są apteki, ale opowiem Wam historię sprzed kilku tygodni. Zawsze mam przy sobie syrop od gorączki i jeden czopek w portfelu. Wybrałam się niedawno z dziećmi do moich rodziców. Czopek akurat się zużył, syropu zapomniałam. Przyjechałam w sobotę o 16:00, o 20:00 położyłam dzieci do łóżek, były zdrowe, o 21:00 Kazik miał 40 stopni gorączki. Bywa. Szkoda, że do otwartej w sobotni wieczór apteki miałam 30 kilometrów... ZAWSZE miej przy sobie: syrop i czopki od gorączki, coś przeciwalergicznego, choćby kropelki fenistil, świetnie sprawdzają się, np. miejscowo stosowane na ukąszenie komara. My zabieramy też nebulizator, leki rozkurczające oskrzele, sterydy wziewne, u nas zawsze ktoś się dusi. Bierzemy też termometr, coś na rozwolnienie i maść łagodzącą podrażnienia. Jeśli Twoje dziecko ma skłonności do innych (nawet niegroźnych przypadłości), to choćby w dniu wyjazdu było okazem zdrowia, weź lek na to ze sobą, nie chcesz w panice po nocy jeździć i szukać apteki. 

No to jedziemy!


Zaplanowanie godziny wyjazdu to jedna z najważniejszych części planowania podróży. Jak Ted był mały, zawsze jeździliśmy na noc. On nie spał w dzień w samochodzie, nigdy. Za to darł się zawsze. W nocy to co innego. Spakowani odbywaliśmy wszystkie rytuały wieczorne, tyle, że zamiast odkładać go do łóżka, w piżamie nieśliśmy do samochodu i jechaliśmy ile fabryka dała. Jeśli sądzicie, że jesteśmy nienormalni, to pragnę Wam powiedzieć, że z rocznym Teodorem jecheliśmy z Warszawy do Olsztyna 7 godzin. SIEDEM! Celowaliśmy w jego popołudniową drzemkę. Po siedmiu godzinach piekła, jakie nam zgotował, zasnął nieomal po przekroczeniu progu mieszkania babci. Każde dziecko jest inne, Kazik szczęśliwie w aucie śpi również w dzień, a najmilszy jest rano, dlatego wszelkie wyjazdy planujemy tak, żeby wyruszyć po śniadaniu. Tak było i tym razem. Zapakowaliśmy się i przez pierwszą godzinę Młody śpiewał i gadał, potem na półtorej godzinki zasnął i obudził się w niezłym humorze. Pewnie dojechalibyśmy bez przystanku, ale starszaki zażądały dostępu do toalety. 

Matka Żywicielka

Bądź gotowy na postój


Jadąc w dłuższą podróż zawsze rozglądamy się po mapie, co ciekawego można zobaczyć po drodze. Nie mówimy tu o muzeach i zabytkach, popatrz, gdzie są parki z fajnym placem zabaw, osiedla, po których można pospacerować chowając się od wiatru. Na wypadek deszczu warto mieć w zanadrzu jakieś galerie handlowe, sale zabaw to, co Twoje dziecko lubi najbardziej. Ale szukałabym bardziej sali zabaw niż kina, bo posiedzieć będziecie mogli jeszcze w samochodzie, chodzi o to, żeby się wybiegać i zmęczyć. Nie licz na to, że postój będzie trwał 10 minut, zmęcz te dzieci, poświęć dwie godziny, jeśli trzeba, niech wsiadanie do samochodu będzie odpoczynkiem, a nie karą. 


Nastaw się na dobrą zabawę


Nasze dzieci zawsze czekają niecierpliwie na zaplanowany wyjazd, mamy swoje zestawy zabaw, bajki na telefonach, przygotowane płyty z muzyką... Ale przede wszystkim wsiadamy do auta z nastawieniem, że jedziemy ku przygodzie. A jakie są Wasze patenty na udany wyjazd z dziećmi?

Matka Żywicielka

Okiem Żywiciela: Alergie, kąpiele i cała reszta #wybierzłagodność

Okiem Żywiciela: Alergie, kąpiele i cała reszta #wybierzłagodność

Kochamy wiosnę niestety znaczna część naszej rodziny bez wzajemności... Nie pokażę Wam przy okazji tego tekstu zdjęcia Marty, bo siedzi z chusteczką przy nosie i czerwonymi oczami i rozpacza, że tym razem na pewno nie dożyje lata.  Alergia. Niestety w naszym domu to standard.

Matka Żywicielka

Jeszcze chwilę temu, kiedy urodził się Teodor wydawało nam się, że to on będzie cierpiał najbardziej o tej porze roku. Dziecko nr 2 ma zdiagnozowaną astmę, długo był na sterydach wziewnych, przez chwilę na dożylnych. Po konsultacji z alergologiem prawie rok temu zdecydowaliśmy o odstawieniu wszystkich leków. Początkowo wydawało się to dość karkołomnym przedsięwzięciem. Wcześniej, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w mieście, nawet zmniejszanie dawek niespecjalnie nam się udawało, a tym razem stał się cud(?).

Cud poparty badaniami


Cuda nie są raczej moją specjalnością, dlatego z pewną ulgą przyjąłem ostatnio informację, że nasz syn prawdopodobnie jest największym zwycięzcą ucieczki na wieś, którą prawie dwa lata temu odbyliśmy. Pewien niezwykle mądry skandynawski naukowiec odkrył, że na wsi, gdzie rosną różne gatunki roślin, jest też znacznie więcej gatunków motyli niż w mieście. Immunolodzy postanowili sprawdzić, jak to się przekłada na ludzi i okazało się, że flora bakteryjna dzieci wychowywanych na wsi jest znacznie bogatsza, a co za tym idzie zdrowsza, niż ich rówieśników w mieście. I tak zmieniając lokalizację najprawdopodobniej dołożyliśmy cegiełkę dobra do zdrowia naszych dzieci.

Jak to jest z tymi alergiami?


Prawdą jest, że alergie występują nie tylko coraz częściej, ale i u coraz młodszych dzieci się je diagnozuje – powiedział w czasie niedawnej konferencji Jonhson's Baby dr n. med Wojciech Feleszko. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie drążyli tematu i nie dopytywali docenta o to, czy po tym roku możemy myśleć o rozstaniu z astmą. - Są takie dwa momenty, kiedy astma dziecięca lubi odejść, zwykle dzieje się tak około 5-6 urodzin i potem 11-12. Jeśli dychawica nie oddala się w tym okresie, niestety prawdopodobnie zostanie z dzieckiem na długo. W czasie rozmowy z dr Feleszko okazało się także, że alergie zwykle najpierw objawiają się najpierw na skórze, wszelkie wysypki, suche placki swędzenia, powinny nas skłonić do wizyty u specjalisty, bo kolejny etap choroby, mogą prowadzić do astmy, a ta im później się pojawi, tym poważniejszą postać może przybrać.

JOHNSON’S® Baby

Czy możemy zapobiegać?


We współczesnym świecie trudno jest zminimalizować czynniki wywołujące alergię, bo świat w jakim żyjemy jest nieprzychylny naszym organizmom. Zanieczyszczenia powietrza, sterylne warunki w domu, przetworzona żywność czy sztuczne składniki w kosmetykach mogą przyczyniać się do alergii. Z najnowszych badań wiemy, że układowi immunologicznemu dzieci największy prezent możemy dać już na starcie. Naturalny poród, karmienie piersią, czy nie zmywanie mazi porodowej przez pierwszych kilka godzin po porodzie (zawiera mnóstwo ceramidów, które zabezpieczają skórę), sprawiają, że dziecko szybko zyskuje florę bakteryjną podobną do tej, którą ma matka. Oczywiście nie będziemy demonizować całej reszty rozwiązań, bo daleki jestem od oceniania wyższości naturalnego porodu nad cesarskim cięciem, czasem życie wybiera za nas. Ale fakty naukowe są jakie są i dyskutować z nimi nie zamierzam.

Wspieramy


Doktor Feleszko nie pozostawia wątpliwości – Jeśli u dziecka pojawiło się atopowe zapalenie skóry, emolienty zdecydowanie pomogą, ale... bo tu często pojawia się pytanie, zdrowa skóra nie wymaga takiego wsparcia. Tu wystarczą delikatne kosmetyki, bez SLS, barwników. Czasem mniej znaczy więcej i tak jest tutaj. W czasie konferencji docentowi wtórował lekarz Mateusz Pawełczuk, który podkreślał, że warto w czasie kąpieli zwracać uwagę na to, czy preparat łatwo spłukuje się ze skóry, bo składniki myjące, które zostają na skórze mogą ją podrażniać i wysuszać.

JOHNSON’S® Baby

Nowość pod tradycyjnym znakiem


Choć marka JOHNSON’S® Baby na rynku jest od bardzo dawna i była nam znana, dzięki tej konferencji zwróciliśmy na nią ponownie uwagę. Zaprezentowane w czasie warsztatów kosmetyki zaskoczyły nas pozytywnie. Żaden z nich nie ma fluorescencyjnych kolorów, zrezygnowano bowiem z barwników i zbędnych dodatków, skład, który opisano na etykietach jest krótszy niż kiedykolwiek i w 90 procentach są składniki naturalne, znajdziecie je z łatwością, bo zapisano je pogrubioną czcionką. Kosmetyki mają też nowe opakowania, więc z łatwością znajdziecie ja na drogeryjnych półkach. Wcześniej sięgając po JOHNSON’S® Baby korzystaliśmy głównie z linii z lawendą, wyciszającej, uspokajającej, idealnej przed snem, nasze dzieci bardzo lubiły te kosmetyki. Teraz postanowiliśmy przetestować linię od pierwszego dnia życia, bo jest najdelikatniejsza. A skoro te kosmetyki poleca taki autorytet, jak dr Feleszko, to postanowiliśmy im zaufać.

Matka Żywicielka

JOHNSON’S® Baby
JOHNSON’S® Baby
Artykuł powstał we współpracy z Marką JOHNSON’S® Baby.
Za szkody wyrządzone przez dzieci zapłacisz własnym zdrowiem

Za szkody wyrządzone przez dzieci zapłacisz własnym zdrowiem

Mamy w domu takie powiedzenie  "łokcie jak strzała, a łeb twardy, jak skała" tyczy się ono w całości naszych dzieci. Nie wiem z czego zrobione są ich niewielkie i pozornie delikatne ciałka, ale zderzenie z nimi zawsze jest bolesne. Skoro mamy piątek, a ostatnio nawet koniec tygodnia był poważny na blogu, to czas chyba wrócić do starej tradycji i rozluźnić nieco atmosferę.


Matka Żywicielka

Być może ten tekst wyda się Wam abstrakcyjny i okaże się, że moje doświadczenia są odosobnione, ale liczę po cichutku, że mnie pocieszycie jednak i napiszecie, że nie jestem jedyną posiniaczoną matką na świecie. I nie, nie myślcie sobie, że nasze dzieci są agresywne, wcale nie są, ale ich kończyny są zawsze w złym miejscu, a może to moja twarz?

Przemoc od małego


Są tu matki które karmią, albo karmiły piersią? Pozwólcie, że zacznę od Pierworodnego. Karmiłam go 9,5 miesiąca. Wtedy się rozchorowałam, w pracy był gorący okres, wolne nie wchodziło w grę, musiałam się szybko postawić na nogi, dostałam antybiotyk na trzy dni, nie można przy nim karmić. Luz. Zapas mleka w zamrażarce spokojnie załatwiał nam miesiąc bez cycka. Zet z mrożonkami został zapakowany i wywieziony do babci. Po tych trzech dniach wrócił, przystawiłam go do piersi, a on patrząc mi głęboko w oczy ugryzł mnie tak, że krew popłynęła mu z kącików ust. Koniec mlecznej drogi. Ted, kiedy jego uzębienie liczyło cztery sztuki tak radośnie zagryzał pierś, że nasza lekarka rodzinna dała mi skierowanie na szycie...

Matka jak bungee


Kazik nie gryzie mnie w czasie karmienia, ale ma takie hobby, że jak chce wejść na kanapę, to łapie mnie pazurkami za skórę na brzuchu i się podciąga, jeśli zapragnie zejść piętro niżej w czasie karmienia, łapie tymi małymi łapkami za skórę na piersi i się zsuwa. Ała, boli na samo wspomnienie.

Mały gryzoń


To, że nie gryzie w czasie karmienia, to nie znaczy, że wcale tego nie robi. Jeśli jestem zajęta, np obieraniem ziemniaków i zbyt długo nie biorę go na ręce, potrafi mnie ugryźć tam, gdzie sięga. Gdybym musiała rozebrać się publicznie, pewnie ludzie myśleliby, że mamy wyjątkowo udane życie seksualne. W końcu nie każdy ma ślady zębów na udach.

Biegnę Cię tulić!


Tu częściej obrywa Michał. Takie metrowe dziecko ma głowę na odpowiedniej wysokości, żeby przywalić ojcu w krocze, kiedy biegnie się z nim przywitać po powrocie do domu. Stary się zwija, a "łeb jak skała" myśli, że tatuś się przychylił, żeby oddać przytulaska. Zresztą legendą obrosło już, jak Teodor bawił się z babcią i udawali, że się boksują. Ted podnosił gardę i babcia też, więc młody... przywalił jej z dyni w brzuch, ot tak, w ramach zabawy, nie chciał jej uderzyć przecież.

Z limem z urlopu


Nikomu nie życzę tych spojrzeń w pracy, kiedy wracasz z urlopu z podbitym okiem. Co odważniejsi pytali, czy u nas wszystko dobrze. A to był efekt zabawy z synem. nie pamiętam już nawet, który mi to zrobił, ale wiem, że łaskotałam jakieś dziecko, po czym zobaczyłam gwiazdki przed oczami. Siniak pojawił się z sekundę... Zresztą dziś mój osobisty syn Pierworodny tak mi dawał buziaka w czoło, że wbił mi swoją brodę w oko... Kazik natomiast z upodobaniem tak macha głową,że co i rusz mam rozcięte usta po zabawie z nim.

Uszkodzenia sprzętów


Michał jeszcze w mieszkaniu zrobił dzieciom łóżko piętrowe, Zet jako starszy miał spać na górze. Wszedł na nie i zaczął podskakiwać z radości. Skakał tak skutecznie, że... wgniótł sufit. Płyta kartonowo - gipsowa nie wytrzymała z nim starcia. Nawet nie zauważył. Tą samą głową wyszczerbił też blat w kuchni, a Ted nie mieszcząc się w zakręcie zawalił w drzwi ich pokoju tak, że zrobił w nich dziurę, oczywiście nie zauważył.

Bezszelestni łowcy


Każde ich przejście po domu generuje mnóstwo hałasu, potrącone krzesło, kopnięta blacha do pieczenia, nadepnięta przypadkiem grająca zabawka, oczywiście zawsze wtedy, kiedy Kazik śpi. Chociaż ostatnio spaliśmy wszyscy prócz Zeta. 5:30 sobota, nagle słyszę rytmiczne "PIK!-PIK!-PIK!". Trochę mi zajęło nim mózg dopuścił do siebie informację, że to się dzieje naprawdę. Mamy taki zegarek z Ikei, jak go przekręcasz zaczyna świecić w różnych kolorach i zamiast godziny pokazywać temperaturę, minutnik i coś tam jeszcze. Przy każdym obrocie wydaje z siebie "pikanie" ale z natężeniem syreny strażackiej. Zet siedział sobie na podłodze w sypialni i jak gdyby nigdy nic bawił się zegarkiem.Wszyscy spali, więc się nudził.

Z nimi życie bywa bolesne, bez nich byłoby nudne i bądź tu mądry;) Dobrego weekendu.

Czym zająć dziecko w czasie strajku? Książki detektywistyczne dla najmłodszych

Czym zająć dziecko w czasie strajku? Książki detektywistyczne dla najmłodszych

Wymuszone strajkiem nauczycieli ferie upływają nam raczej leniwie, przez chore ucho Teda nie możemy sobie pozwolić na długie spacery. Nie ma jakiegoś dramatu, ale w sobotę wyjeżdżamy na kilka dni, więc miło by było, żeby się na dobre nie rozłożył. Na szczęście, żeby przeżyć przygodę nie trzeba wychodzić z domu!


Matka Żywicielka


Tylek od nudy uratowała nam paczka z książkami, którą miły, choć zdyszany kurier przyniósł nam na początku tygodnia, kiedy Zet ją otworzył, aż zapiszczał. - Mamo, zacznijmy od detektywistycznych! - zarządził, więc zaczęliśmy i dziś napiszę Wam o trzech książeczkach dla dzieci właśnie z tego gatunku.

Detektyw Łodyga na tropie zagadek... 


Znany z serialu emitowanego przez MiniMini+ detektyw niezmiennie pomaga sympatycznym dzieciakom w rozwiązywaniu codziennych problemów. AA tych, jak to w życiu kilkulatków wcale nie brakuje.

...przyrodniczych


Tym razem detektyw spieszy na pomoc Zosi, Tadzikowi i Amelce, jest też oczywiście starszy brat Hubert, który problemy maluchów traktuje z lekkim pokpiwaniem. Na szczęście Łodyga wie, jak przygotować się do wyprawy na biegun, a może wcale nie trzeba tam jechać, żeby odkryć jego tajemnice? W każdym razie detektyw z chęcią wyjaśni dzieciakom o co chodzi z ociepleniem klimatu i podpowie, jak zrobić niedźwiedzia polarnego z rzeczy, które na pierwszy rzut oka nadają się tylko do wyrzucenia. Ten sympatyczny zielony bohater wie po co komu dżdżownice w ogrodzie i dlaczego warto wyłączać urządzenia elektryczne, kiedy z nich nie korzystamy.

W tej książce poza wiedzą stricte przyrodniczą znajdziecie pomysły na prace plastyczne do wykonania z dziećmi z wykorzystaniem pozornie niepotrzebnych już przedmiotów. Dziesięć krótkich historyjek, z których każda kończy się właśnie pomysłem na pracę i kilkoma stronami szkicownika, na pomysły małych odkrywców.

 ...fizycznych



Towarzysząc Oliwce, Hani i Antkowi detektyw "ukrywa się" przed bratem tej pierwszej Michałem. Razem z małymi pomocnikami detektyw ustala czy za zaginionym prądem warto wysłać list gończy, przy okazji wyjaśniając dzieciom, czym jest ładunek elektryczny. Razem odkrywają czy eliksir niewidzialności z wody działa, a skoro już nie działa, to co z wodą można zrobić? W tej książce podobnie jak w poprzedniej znajdziecie dziesięć krótkich historyjek, tym razem wprowadzających dzieci do świata fizyki, w każdej z nich jest doświadczenie, które mały czytelnik może wykonać samodzielnie (lub z niewielką pomocą dorosłego) w domu. Niezbędne do doświadczeń przedmioty każdy z nas ma w domu, więc jest to fajna opcja, np. na niepogodę, kiedy nikomu nie chce się wytknąć nosa z domu.

Detektyw Łodyga okiem moich dzieci


Nie będę Was oszukiwać, bo przyjęliśmy tu już dawno zasadę, że jesteśmy wobec siebie uczciwi. Detektyw Łodyga nie plasuje się w pierwszej dziesiątce ulubionych bohaterów moich dzieci. Serial nigdy nie wzbudzał ich entuzjazmu, książki trochę uratowały honor tego zielonego kolesia. Chłopcy podzielili się nimi szybko Ted złapał przyrodniczą, Zet fizyczną, czytali razem i chętnie przystępowali  do eksperymentów, za zwierzaki z recyklingu jeszcze się nie zabraliśmy, ale to z pewnością zrobimy. Szczerze mówiąc uważam, że moje dzieci na Łodygę są za stare (Kazik za młody), bo nie porwała ich wiedza zawarta w książeczkach, ale jestem przekonana, że dociekliwy trzy czy czterolatek dużo się z nich dowie i z radością pozna opowieści. To świetna pozycja właśnie dla maluchów.

Matka Żywicielka

Matka Żywicielka

Matka Żywicielka

Matka Żywicielka 
Matka Żywicielka


Detektyw Melania Kura


Jeśli kiedykolwiek użyliście określenia, że ktoś jest strachliwy jak kura, to po tej lekturze odszczekacie odgdaczecie wszystko! Melania to nie jest jakaś tam zwykła kura, ona umie gwizdać, gra w szachy i chce zostać detektywem. Ba! ona nawet już rozwiązała kilka spraw, za usługi pobiera drobną opłatę, a zarobione pieniądze przepuszcza w całości w pobliskim antykwariacie, gdzie zaopatruje się w powieści detektywistyczne. Melania właśnie otrzymała propozycję pracy jako ochroniarz od właściciela gospodarstwa, w którym mieszka, kiedy wpada na trop strasznej zbrodni, ktoś zatruł pobliską rzekę! Melania tak tego nie zostawi! Ale, ale, więcej nie zdradzę bo popsuję Wam zabawę.

Mela w opinii Robaków


Tak jak Łodyga ich nie porwał, tak Meli się to udało. Piszę ten post w środowy wieczór, prawie noc, zegarek pokazuje 23:04. Odprawiłam już dawno dzieci do łóżek, obiecałam, że Melanię skończymy jutro rano, dosłownie minutę temu Zet wyszedł z pokoju Teda do toalety. Śpią razem, bo czytali Melanię Kurę. Ted zasnął, ale Pierworodny nie odpuszcza, stwierdził, że tak się wkręcił, że musi skończyć, został mu jeden rozdział. Zapytałam go czy fajna, odpowiedział - Bardzo! - i poszedł czytać dalej. Chyba szkoda mu tracić czasu na rozmowę za mną. Może być lepsza recenzja?

Matka Żywicielka

Matka Żywicielka
Matka Żywicielka




Za możliwość przeczytania książek dziękujemy wydawnictwu Edipresse Książki.

Te o Detektywie Łodydze możecie kupić TUTAJ
A Detektyw Melania Kura czeka na Was o TUTUTUTUTU ;)
10 rzeczy, które zyskujesz posiadając rodzeństwo

10 rzeczy, które zyskujesz posiadając rodzeństwo

Kiedy zakładaliśmy rodzinę od razu wiedzieliśmy, że dzieci będzie więcej niż jedno.  Jakoś tak podskórnie obydwoje czuliśmy, że jeśli życie nam na to pozwoli będzie to z korzyścią nie tylko dla potomstwa, ale i dla nas. Mam starszego brata. Paweł mieszka daleko ode mnie i nie widujemy się za często, czasem dzwonimy, czasem piszemy. Mniej niż bym chciała. Ale wiem, że zawsze mogę na niego liczyć, że gdzieś tam jest.


Matka Żywicielka

Dziś jest "Dzień Rodzeństwa" tak wyczytałam w kalendarzu świąt nietypowych, bardzo go lubię, zawsze podrzuci mi jakąś okazję do świętowania. Dziś świętować będziemy tekstem o tym co daje rodzeństwo. Nie tylko na poważnie.

1. Szybkość


"Mam ostatnie ciastko, kto chce?" powiedz tak na głos w domu, w którym mieszka dwoje lub więcej dzieci. Zobaczysz, jaką prędkość mogą rozwinąć na tych małych, zwykle leniwych nóżkach. Podobnie działają teksty, kto pierwszy na kanapie, ten wybiera co czytamy, kto się pierwszy wykąpie, ten trzyma miskę z popcornem, itd., itd. Spróbuj i baw się dobrze.

2. Siłę przebicia


Oczywiście to działa tym lepiej, im więcej dzieci będziesz mieć. Nie chcecie wiedzieć, jak wyglądają u nas narady rodzinne. Prawo do wypowiedzi ma ten, kto się przedrze przez gąszcz wrzasków. To też świetny trening dla rodziców, którzy robią karierę w korporacji, polityce...

3. Wspólników


Niedawno pisałam o tym, jak chłopaki knują, mają tajemnice przede mną. Ze swojego dzieciństwa też pamiętam stłuczone wazony, których nikt nie dotknął, wylaną wodę, której nikt nie wylał, itd. Knucie, krycie się i to cudowne uczucie, że rodzice nie zdecydują się ukarać niewinnego dziecka. Więc jeśli nikt "nie strzeli z ucha" winny może uniknąć konsekwencji.

4. Trening bokserski


Muszę pisać więcej? No heloł! Nie tylko boksy wchodzą w grę, wyszukane podkładanie świni, dyskretne szturchańce, wysublimowane tortury... Oczywiście w idealnym i puchatym świecie to się nie dzieje, ale u nas się zdarza i poza tym, że oczywiście wkurza, to przygotowuje też do życia w świecie zewnętrznym. A ten naszych cukiereczków rozpieszczać nie będzie, więc odrobina treningu za młodu nie zaszkodzi.

5. Kompanów na spacerach


Matko, jak ja uwielbiam te momenty, kiedy idziemy z naszymi akustycznymi dziećmi na spacer i oni idą 100 metrów przed nami i tam (far, far away...) prowadzą ożywioną dyskusję. A my w ciszy (!) drepczemy. Oni się nie nudzą, bo mają siebie, nie są zdani na nas, jeden pilnuje drugiego, bo zgubiony brat, to brak słuchacza, a tego żadne dziecko nie zniesie.

6. Dwa razy więcej (albo i więcej)


Czego? Wszystkiego! Zabawek, zainteresowań, pomysłów na zabawę... Zet uwielbia dinozaury, Te nie zdradzał jakiś cieplejszych uczuć do prehistorycznych gadów, ale wiedzą na ten temat kładzie wielu dorosłych na łopatki, nie da się inaczej. Brat chętnie mu czyta, ale tylko to, co sam lubi. Siłą rzeczy dziecko nr 2 chłonie wiedzę jak gąbka, a momentami nawet przyznaje, że niektóre z gatunków pokochał. Ted wie w jakim ZOO w Polsce można zobaczyć jakie koty drapieżne, to jego konik, dzięki niemu wszyscy odkryliśmy istnienie fossy madagaskarskiej. Zapytajcie Zeta co wie o kotach drapieżnych, których oficjalnie nie znosi. Może z pamięci napisać encyklopedię na ten temat. Z racji rozbieżnych zainteresowań mają też zupełnie różne zabawki, którymi oczywiście bawią się razem. A bawią się we wszystko: czołgi, Indian, superbohaterów, kuchnię... Nie ma siły, trzeba iść czasem na kompromis.

7. W zdrowiu i w chorobie


W podstawówce miałam taką koleżankę, jedynaczkę. Sporo chorowała i wtedy siedziała sama z mamą w domu. Strasznie mi jej było szkoda, ale ponieważ jej ulubioną chorobą była angina, rodzice innych dzieciaków nie specjalnie kwapili się do tego, żeby puszczać do niej swoje potomstwo z wizytą. Masz rodzeństwo? Zawsze masz się z kim bawić i z kim pogadać, bo przecież rodzice Was nie odizolują, chociaż znam takich co próbowali.Niezależnie czy deszcz, czy słońce, przedświąteczne porządki czy wspomniana angina, zawsze masz towarzystwo.

8. Obrońców


Jeśli ktoś Ci dokucza, zaczepia Cię w szkole brat, choć w domu wróg, ruszy Ci z pomocą, bo wiadomo, co innego dokuczać samemu, a co innego patrzeć, jak obcy to robią. Masz rodzeństwo? Masz własną bandę, która w razie potrzeby Cię obroni.

9. TUS


Trening Umiejętności Społecznych zawsze i wszędzie, nikt nie będzie dla Ciebie tak surowy jak brat czy siostra. On (pozwólcie, że będę posługiwać się męską formą, sama mam brata i moje dzieci mają braci, więc jest dla mnie bardziej naturalna) nie da Ci forów w warcaby, ani w wyścigu, jak go wkurzysz, to zamiast Cię głaskać zwyczajnie Ci przywali, jeśli tylko da się zjeść resztę lodów po kryjomu, to bądź pewien, że to zrobi. Jedyne w czym Ci przytaknie, to jeśli powiesz, że jesteś głupi. Oczywiście pozwalam sobie na dużą generalizację, ale zastanówcie się, czy trochę tak nie jest? Godzina TUS'u prywatnie to koszt od 40 zł, a tu 24h/dobę, 7 dni w tygodniu za free. Nieźle co?

10. Miłość


To słowo musiało się w końcu pojawić. Bo rodzeństwo, jak bardzo przerażający obraz nie wyłaniał się z poprzednich punktów, to przede wszystkim miłość. Nawet jeśli bracia kopią się po kostkach to robią to po to, żeby wzajemnie się motywować. Normalny obrazek w naszym domu jest taki, że ja już nie wytrzymuję siedzenia przy Zecie odrabiającym lekcje, a Ted odrywa się od swoich obowiązków, czy zabawy i idzie do niego "Posiedzę z Tobą, też coś popiszę, będzie Ci raźniej" - dobiega wtedy z pokoju. Kiedy jeden się przewróci, drugi biegnie mu na ratunek. Kiedy wydaje im się, że nikt nie patrzy przytulają się, gadają, są razem, są rodzeństwem.

Zadzwoń dziś do brata, do siostry. Łączą Was nie tylko geny, rodzeństwo to nie tylko potencjalny dawca nerki, to wspólne wspomnienia, tajemnice, szepty po kryjomu przed rodzicami, wspólnie ścierane kolana, blizny, może nawet wybite zęby. Powiedz mu, że jest dla Ciebie ważny.

Matka Żywicielka

Pierwsze buty moich dzieci

Pierwsze buty moich dzieci

Przyznajcie się śmiało, kto ma "fizia" na punkcie malutkich stópek? Nie wiem skąd to się bierze, ale znam mnóstwo ludzi, którzy szaleją na tym punkcie. Tak sobie myślę, że musi w tym być coś pierwotnego, bo pamiętam, jak miał się urodzić Teodor i zabrałam Zygmunta na zakupy, żeby wybrał coś dla brata, mój pierworodny wrzucał do koszyka mnóstwo skarpetek i półśpioszków, zachwycając się maleńkimi stópkami.


Matka Żywicielka

Te tycie kikutki, chcesz czy nie, kiedyś zaniosą Twoje dziecko w wielki świat. I tak, jak nie mam najmniejszych oporów z kupowaniem ubrań dla moich dzieci (zresztą dla siebie też) w lumpeksach, tak na butach nie oszczędzamy. Chodzi tu nie tylko o zdrowie stóp, ale też kręgosłupa, wady postawy, przyszłe bóle... No nie oszukujmy się, konsekwencje zbyt pochopnie kupionych bucików, szczególnie dla dziecka, które dopiero zaczyna stawiać pierwsze kroki, może mieć przykre konsekwencje w przyszłości.

Pierwsze buty Zeta


Nie będę Wam wmawiała, że urodziłam się najmądrzejszą mamusią na świecie. Prawda jest taka, że kiedy Zet zaczynał chodzić o tym, że buty mają być dla niego bezpieczne, zupełnie nie myślałam. Uświadomiła mnie koleżanka, która kupiła przez internet buty dla swojego syna, które okazały się za małe, były w rozmiarze Zeta. Odkupiłam je wtedy, bo były "kozackie" dopiero potem sprawdziłam co to za buty. Okazało się, że to ręcznie robione buciki z małej polskiej manufaktury. Kiedy poznałam ich historię, uznałam, że ich cena jest śmiesznie niska.

Powstały z miłości


Tutaj Wam napiszę, że ten wpis nie jest sponsorowany. Właśnie kupiłam trzecią parę Guciów w życiu, za ciężko zarobione pieniądze i powiem Wam, że najbardziej żałuję tego, że rozmiarówka kończy się na rozmiarze 28. Bo kupowałabym je nadal starszakom. Pan Sławomir Piwowarczyk pierwszą parę pantofelków zaprojektował i uszył dla własnych dzieci w latach dziewięćdziesiątych, potem szył je dla znajomych i znajomych znajomych, aż wieść się rozniosła. Twórca nadal tworzy buty w rodzinnej manufakturze, każda para jest ręcznie dopieszczana i tą "duszę" w nich czuć. 

Co w nich niezwykłego


Nie jestem technologiem, jak już wspomniałam pierwszą parę kupiłam przypadkiem, drugą, bo bardzo mi się podobały, a po poprzednim zakupie wiedziałam też, że są pancerne. Trzecia para trafiła do nas już bardziej świadomie. Kazik w sumie późno zaczął się interesować chodzeniem. Jego pierwsze kroki zdradziły nam też, że krzywo stawia jedną nóżkę, wiedziałam już, że jego pierwsze buty musimy wybrać odpowiedzialnie i wtedy przypomniałam sobie o Guciach. 
"Zaprojektowane przeze mnie skórzane pantofelki (piszę pantofelki, gdyż takie było ich pierwotne przeznaczenie) posiadają kilka unikalnych cech, które pozytywnie wyróżniają je od innych. Pozwolę sobie wymienić tylko niektóre z nich:
- samousztywniający się tylnik, który dopasowuje się do różnych szerokości pięt dzieci,
- przedni, pionowy szew przed paluszkami, którego zadaniem jest ochrona małych pauszków dziecka podczas raczkowania, gdy nasze dziecko uczy się chodzić,
- nacięcie w języczku cholewki - by sznurowadła utrzymywały języczek cholewki niedopuszczając do jego podwinięcia,
- buciki są bardzo lekkie, mają elastyczny spód i cholewkę
- obecnie wprowadziliśmy wersję Gucio z Systemem Osiowego Zginania Sopdu nazwaną "Ergono System",
która dzięki opatentowanemu rozwiązaniu konstrukcji spodu (podpodeszwa posiada dwa rzędy otworków ustawionych wzdłuż osi prostopadłej do osi linii kierunku chodu) rozwiązanie to pomaga prawidłowo ustawiać kąt stępu dziecka przez odwodzenie przodostopia na zewnątrz. Jest to szczególnie ważne dla dzieci rozpoczynających naukę chodzenia, które stawiją swoje pierwsze kroczki."
Pisze o nich twórca na swojej stronie internetowej. I faktycznie, kiedy nasze zamówienie dotarło i wylądowało na maleńkich stopach Kazika, okazało się, że Młody obie stópki stawia prosto...

Być jak gwiazda


Dobra, jak dzieci gwiazdy. W polskich Guciach chodziła córka Gweeneth Paltrow, Shilloh Jolie Pitt. córka Huberta Urbańskiego i pewnie jeszcze wiele innych fajnych dzieciaków. Co ciekawe (choć nie wie, czy prawdziwe), koleżanka opowiadała mi o procesie, którym producentowi Guciów groził dom mody Gucci, ponoć w grę wchodziło podkradanie nazwy :) Niestety nie jestem w stanie odnaleźć zdjęcia Zeta w naszych pierwszych Guciach, ale miał identyczne, jak młodsi bracia. Ja lubię granatowy ;)




Post udostępniony przez Marta Lewandowska (@matka_zywicielka)



Zachęcam Was do zapoznania się z ofertą sklepu, bo Gucie są niepowtarzalne, występują w trzech wzorach i kilku kolorach (wydaje mi się, że tych drugich było kiedyś więcej), jest w czym wybierać. A Gucie poza tym, że są zdrowe dla stopy, to jeszcze piękne i świetnie wpasuję się w wiele "wiosennych stylizacji" maluchów.

My swoje zamówiliśmy TUTAJ.
Świat Karinki

Świat Karinki

Matka Żywicielka

Okiem Żywiciela: Obiadowe gry wojenne

Okiem Żywiciela: Obiadowe gry wojenne

Rodzic jest jak szwajcarski scyzoryk, musi mieć narzędzia do wszystkiego. Taki mentalny warsztat Macgyver'a (tak, wiem, stary jestem). W końcu dzieci są od nas młodsze, śpią więcej, mają mniej obowiązków i generalnie w starciu z nimi nie mamy szans (oczywiście można zacząć je dusić, ale Matka Natura tak to jakoś urządziła, że nie bardzo się do tego palimy, a wolimy przytulać (no, przynajmniej przez większość czasu) na dłuższą metę.


Matka Żywicielka

Jednym z punktów zwarcia w jakich musimy sobie poradzić jest spożywanie posiłków. Ponieważ Zet jest mistrzem wymówki i prestidigitatorem uniku, to nie sposób było sforsować jego wielowątkowych tłumaczeń metodami siłowymi bez płaczu i awantury. Czasem wyłuszczenie przez niego powodu, dla którego nie może czegoś zjeść, trwało tak długo, że nawet lawa by wystygła. Więc jak to mówią: Jak nie możesz go pokonać, to się do niego przyłącz.

Poniżej sprzedaję Wam kilka patentów jak sprawić żeby nasze Perełki, Słoneczka Tatrzańskie, Ukochane Dzieciątka nie zdechły z głodu:

1. Obiadowy wisielec:

Gracie w wisielca, tylko prawo do powiedzenia litery kosztuje jedną łyżkę zupy/porcję posiłku. Metoda dla dzieci umiejących czytać i raczej już wciągniętych w obiadowe manewry wojenne. Nie umiesz grać, tu masz zasady: Wisielec

2. Słoiki

Bierzemy dwa naczynia, jedno napełniamy kulkami, groszkami, paciorkami, czymkolwiek, co można przekładać i umawiamy się z dzieckiem, że co łyżka przekładamy jeden klocek do drugiej miski - to samo już często jest wystarczającą zabawą ale zawsze można zawiesić dodatkową marchewkę w postaci jakiejś nagrody po przerzuceniu wszystkich elementów. Działa praktycznie w każdym wieku.

3. Bob budowniczy

To chyba najbardziej absorbująca dla rodzica zabawa, ale jedna z najfajniejszych. Bierzecie losową garść klocków i przynosicie do stołu. Umowa jest taka, że dziecko mówi, co macie zbudować, a Wy, co łyżka dostawiacie po klocku i próbujecie przekonać dziecko,że to co ulepiliście jest GigaHiper Robotem z działami laserowymi, albo zamkiem Księżniczki Kunegundy z milionem krużganków. Obiad czasem schodzi na dalszy plan ale za to macie interakcje z dzieckiem i rozwój kreatywności. Coś za coś.

4. Szybcy się wściekli

Bierzemy resoraka, albo ulubiony pojazd dziecka i po prostu co łyżka przesuwamy go po stole, a co postój snujemy opowieść, a to paliwo się skończyło i dziecko musi zjeść łyżkę, żeby mogło pojechać dalej, a to nosorożec przechodził przez drogę i musieliśmy się zatrzymać, możemy też złapać gumę, spotkać kosmitów albo uratować księżniczkę, przez co obciążony samochód potrzebuje więcej łyżek paliwa. Zaletą tej zabawy jest porządek na stole, mało miejsca potrzebnego do tego żeby się bawić i oczywiście to, że my dyktujemy ilość kroków.

5. Będę grał w grę

Co zrobić, jak coś nie chce przejść przez gardło? Kiedyś Zet miał do pokonania surowe marchewki, problem był spory i nic nie działało, bo nawet jak włożył do buzi, to po paru gryzach miał odruch wymiotny. W co lubi bawić się nasza pociecha? Konikiem Zeta był Minecraft więc w pierwszym starciu był Creeper (stosunkowo łatwy przeciwnik z tej gry) Zet go pokonywał miażdżąc szczękami, odgryzając głowę i masakrując. Następny kawałek to był szkielet z łukiem, a potem Enderman, czy inna maszkara. Generalnie zasada jest prosta, Wasze dziecko staje się bohaterem swojego ulubionego świata i zdobywa/pokonuje, to co jest tam do zdobycia albo pokonania. Po zwycięskiej bitwie w jadalni może na przykład dostać w nagrodę pół godzinki zmagań na komputerze.

Ja wiem, że w idealnym świecie nie trzeba dzieci namawiać do zjedzenia tego, co najzdrowsze, a dzieci przed wzięciem słodyczy do ust czytają ich skład i rezygnują gdy znajdą tam aspartam albo inną "wytaminę EXXX". Ale to w innej bajce...
Co wiesz o własnym dziecku?

Co wiesz o własnym dziecku?

Nie umiem się za bardzo odciąć od otoczenia, nawet jeśli czytam książkę jadąc pociągiem, słyszę jakimś trzecim uchem wiele rozmów, podobnie mam w kolejkach, poczekalniach. To straszne utrapienie, bo np. w pracy nie mając słuchawek, nie jestem w stanie się skupić, muszę się zupełnie odciąć. Wczoraj się nie odcięłam.

pasja1000/pixabay

Ostatnio odbierając Zygmunta z TUSu zjawiłam się nieco wcześniej, musiałam więc zadokować się w poczekalni, w której żywo dyskutowały dwie mamy. Jedna skarżyła się, że jej dziecko funkcjonuje coraz gorzej, nie chce chodzić do szkoły i dużo krzyczy. Szkoła (integracyjna) skarży się mamie, że dziecko (autystyczne) szybko się złości i krzyczy. Doktorem psychiatrii nie jestem, ale chyba i Wy czujecie tu pewien absurd?

Dane z nasłuchu


- A w domu? - dopytywała mama nr 2.
- No w domu też krzyczy, zwłaszcza, jak ma iść do szkoły, on jej nie znosi.
- A pytałaś go czemu krzyczy? - chciała wiedzieć nadal spokojna powiernica.
- No bo nie chce chodzić do szkoły - tłumaczyła mama nr 1.
- Nie, nie, to Ty mówisz, że on nie chce. Ale czy zapytałaś JEGO, czemu krzyczy? - pytała coraz bardziej poirytowana mama nr 2. - Bo wiesz, jak teraz tak rozmawiamy, a właściwie Ty prowadzisz monolog i wcale mnie nie słuchasz, to też mam ochotę na Ciebie krzyknąć - zakończyła wywód tonem sugerującym, że nie tylko przemoc słowna wchodzi w grę.
Dalszego ciągu nie było, bo dzieci wyszły z zajęć, ale skłoniło mnie to do pewnej refleksji.

Dlaczego on nie mówi?


Mam taką znajomą, której syn jest starszy od Zeta dosłownie tydzień. Kiedy Zet miał 16 miesięcy zaczął gadać, koleżanka strasznie się przestraszyła, bo jej syn nie mówił za wiele. Spanikowana popędziła z nim do neurologa. Lekarz popatrzył na dziecko, posłuchał matki i orzekł: "A próbowała pani na chwilę zamilknąć? Pani cały czas gada, ja nie mam jak zdania wtrącić, a co ma zrobić takie maleństwo?" Matka zamilkła dzieciak zaczął mówić. Oczywiście jest to żartobliwy obraz tego, co chcę Wam przekazać, bo młody był dzieckiem bez zaburzeń i w dodatku maleńkim,więc nikomu cudów nie obiecuję, ale mam dla Was proste ćwiczenie. Chodzi generalnie o to, żeby z dziećmi rozmawiać, ale nie znad telefonu, nie zdawkowo. Dziecko to nie kaktus, nie wystarczy mu wygodna doniczka i kropla wody od czasu do czasu...

Praca domowa na weekend


Może jak zapiszę publicznie, to i sama się bardziej przyłożę. Nie każę Wam wyrzucać telefonów przez okno, czasy są jakie są, sama codziennie publikuję na INSTAGRAMIE, to mój sposób na ćwiczenie regularności. Ale może da się tego telefonu zapomnieć na spacer, albo chociaż umówić się, że chwila na ekrany (dla wszystkich, nie tylko dla dzieci) będzie dopiero po 16, a do tej pory nie będziecie myć okien, ani polerować umywalki, tylko spędzicie czas razem? Nie obok siebie, razem. Nie zadawaj pytań, typu jak było w szkole. Zapytaj raczej, co w tym tygodniu sprawiło, że Twoje dziecko się uśmiechnęło, opowiedz, co sprawiło radość Tobie, dziecku będzie łatwiej się otworzyć. Podobnie ze złością. Jeśli coś Cię zastanawia - pytaj. Dlaczego tyle krzyczy, albo dlaczego ciągle chodzi w jednych spodniach, czy wiesz, z kim się koleguje Twoja pociecha? Zapytaj co słychać u przyjaciela Twojego dziecka. Wysłuchaj czasem przydługiego wywodu o jego hobby... To proste. Wystarczy dać dziecku 100 procent uwagi, chociaż na chwilę. Będzie Wam się łatwiej zrozumieć.

Jeśli nie chce mówić


Nie naciskaj, nie od razu Rzym zbudowano. Jeśli codzienne obowiązki postawiły między Wami ścianę, nie zburzysz jej w jeden dzień. Musisz odzyskać jego zaufanie. Lody, pizza, spacer, jeśli nie chce mówić, Ty mów. Opowiedz o swoim tygodniu, ale nie zapomnij też powiedzieć, że jesteś dumnym rodzicem, opowiedz jakąś zabawną historię. Nie naciskaj, powoli z tygodnia na tydzień będzie łatwiej, obiecuję. A teraz powolutku przechodzę w weekendową "offkę", w niedzielę wieczorem wezmę się za robotę, a teraz sami wiecie, szykuję się do rozmów ;)
Kiedy rodzeństwo zaczyna się dogadywać

Kiedy rodzeństwo zaczyna się dogadywać

Nie wiem, jak Wy, ale ja czasem czuję się zepchnięta przez moje dzieci na dalszy tor. Te momenty, kiedy zaczynają trzymać sztamę są oczywiście cudowne, ale mam poczucie, że my, jako rodzice tracimy przewagę w naszym stadzie. A to, biorąc pod uwagę liczebność i IQ przeciwników, może oznaczać dla nas zgubę!



 

Mam starszego brata i wiem, dokąd nas to zaprowadzi. Oficjalnie na imprezach byliśmy zawsze grzeczni, za co oboje byliśmy w stanie ręczyć życiem. Kiedy pod nieobecność rodziców sami urządzaliśmy malutkie imprezki, dom po nich lśnił bardziej niż przed a w oficjalnej wersji spędzaliśmy cały czas na rozmowach i porządkach. Żadne z nas nigdy nie było na wagarach, bo przecież usprawiedliwienia zawsze docierały do szkoły. Generalnie jedno kryło drugie i dawało mu alibi, kiedy tylko było trzeba. Nie przeszkadzało nam się to oczywiście kłócić, ba nawet bić, ale jedno za drugim poszłoby w ogień. Oni robią to samo...

Wspólny wróg


Zaczęło się już dawno, pisałam kiedyś, chyba na Facebooku, jak Zet walnął półtorarocznego Teda i dostał ochrzan, aż się popłakał. Odesłany do swojego pokoju, zapałał nagłą i nieograniczoną miłością do brata, którego wcześniej lał za darmo.
- Chodź Tesiu, pobawimy się razem klockami. Nie będziemy z nią rozmawiać, skoro nas TAK traktuje! - wygłosił pochlipując.
- Tia! - odparł mu, wzbijając się na wyżyny swojej półtorarocznej elokwencji Teodor.
I poszli, odmaszerowali trzymając się za ręce i tacy obrażeni na mnie bawili się cichutko w swoim pokoju chyba z godzinę. To była moja pierwsza ciepła kawa od czasu, jak dziecko nr 2 się urodziło. Od tamtej pory akcji solidarnościowych zrywów było już wiele, ale Ted jako "cukiereczek mamusi" starał się w najgorszym razie stać po środku.

Kuszące donoszenie...


- Mamooooo, a Zygmunt obgryza paznokcie! - powiedział WIECIE KTO.
- Nie prawda, wcale nie prawda! On kłamie, nie wierz mu! - bronił się winny.
- A właśnie, że prawda i nawet go nie wyplułeś! -takie "kablowanko" było nie raz, nie dwa, ale wiadomo, matka niby mówi, że donosić nieładnie, ale z drugiej strony... no nie zaprzeczycie chyba, że posiadanie swojego człowieka w obozie najeźdźcy ułatwia nieco życie. Oczywiście w ramach zemsty działało to w obie strony.
- Mamooooo, a Teodor mógł ciastko przed obiadem? - zapytał retorycznie syn nr 1.
- Nie plawda, wcale nie jadłem! - wyseplenił zraszając okolicę okruszkami syn nr 2, który o kłamaniu jeszcze sporo się musi nauczyć. No więc żyliśmy sobie tak wygodnie z moimi donosicielami, ale nagle coś się zmieniło!

To będzie nasza tajemnica...


...i jeszcze ich i tamtych i tej Pani z kolejki u dentysty też. Tak z grubsza wygląda tajemnica z moimi dziećmi.
- Pokaż co kurier przyniósł! - Zet aż podskakiwał w przedpokoju.
- Nie, bo powiesz tacie.- odparłam.
- Nie powiem! Słowo. To będzie nasza tajemnica, słowo daję! - zarzekał się pierworodny.
- Dobra, ale pamiętaj, nie możesz nic powiedzieć. Zamówiłam dla taty prezent na urodziny, ale to dopiero za tydzień, więc nie możesz nic powiedzieć, dobra?
- Pokaż, pokaż! - pokazałam...
Zanim Michał zdjął buty po powrocie z pracy już dokładnie wiedział, że na urodziny dostanie t-shirt z rysunkiem Mleczki i brzydkim słowem na "d".
Ted nie jest w tym lepszy. Kupienie mu w tajemnicy batonika na wspólnych zakupach, przy założeniu, że następnego dnia dokładnie taki sam batonik w tych samych okolicznościach dostanie Zet, to gwarancja awantury pierwszego dnia. Bo to, że chciałam, żeby każdy z nich miał swoje pięć minut to doskonały powód, żeby sprzedać tajemnicę i podkurzyć brata.

A teraz razem


Kazik oczywiście chce być ciągle ze starszakami, kiedy się bawią. Zamknęli się we trzech w pokoju Zygmunta, słychać przesypywanie klocków. Nie zaglądam, nie ma bata, obiecali na niego uważać, najwyżej będzie więcej sprzątania. Nagle ŁUP! i płacz. Zanim dotknęłam klamki słyszę, jak Zet uspokaja młodego, Tedy przesuwa krzesło...
- Mamusiu, wszystko jest w porządku! - krzyczy do mnie Tedy, który... zastawił drzwi. Nie brzmi to jak "w porządku".
- Chłopcy, co się stało? - starałam się brzmieć spokojnie i jednocześnie przez niewielką szparę w drzwiach szukałam nerwowo śladów krwi.Zamiast tego zobaczyłam Kazika siedzącego na Zetowych kolanach z samochodzikiem zbudowanym z klocków w rączkach, mimo mokrych policzków Kazik się uśmiechał.
- Nic, nic, tylko się przestraszył. - odpowiedział Zet. To było ze dwa tygodnie temu, nadal nie wiem, co się wtedy wydarzyło, nie powiedzieli mi. Kazika obejrzałam dokładnie, śladów na ciele brak. Starszaki solidarnie milczą, maluch jeszcze nie umie mówić. Mają tajemnicę.

Bałagan?


Oj to temat rzeka. W naszym domu dzieje się magia! Nikt nie opluł lustra pastą, a jednak jest zaplute, nikt nie był na "dwójeczce", pewnie przypłynęła tajnym połączeniem z pobliskiego lotniska. Nikt nie chodził po domu w butach, a jednak błoto leży w kuchni. Mogłabym tak wymieniać cały dzień. Czasem udaje mi się podsłuchać te krasnale, co łobuzują...






Coś zmajstrowali


A ja nie wiem co! Tej nocy Ted spał u Zeta. Zwykle się to nie zdarza, bo Zygmunt nie chce go wpuścić. Wczoraj wieczorem poszli we dwóch do Teodora, wybrali książkę z jego biblioteczki, zgasili światło rybkom i wychodzą. Zet przemknął, Tedowi stanęłam na drodze:
- Koniec wycieczek, zawracaj do łóżka - powiedziałam.
- Nie- e. Dzisiaj śpię u Zygmunta - odparł mój oponent.
- A Zygmunt o tym wie? - zastanawiałam się głośno, próbując przypomnieć sobie, czy słyszałam jakąś kłótnię na ten temat, ale nie, nic takiego nie było.
- Tak i się zgodził, bo mamy razem TAJEMNICĘ!
- Jaką? - chciałam go wziąć z zaskoczenia.
- Nie powiem Ci! - wypalił oburzony, że pytam. - Przecież to tajemnica!
- Jeśli coś spsociliście, to lepiej mi powiedzcie - nie dawałam za wygraną.
- Nic! Zaplanowaliśmy coś, ale więcej Ci nic nie powiem! - mały uparciuch! - A teraz przepraszam, muszę iść, bo Zygmunt będzie mi czytał.

No i się nie dowiedziałam, i już pewnie się nie dowiem. Wykluczyli mnie. Póki Kazik nie zacznie gadać nie będę wiedziała,co się dzieje w moim domu. Jeszcze chwileczkę ;)
Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger