Czas dla rodziców... wielodzietnych

Czas dla rodziców... wielodzietnych

Kiedy człowiek ma dwadzieścia parę lat i staje na ślubnym kobiercu obiecuje sobie, że niezależnie od tego, gdzie będzie mieszkać, ile dzieci będzie mieć, zawsze znajdzie czas dla małżonka. A potem pracujemy na zmiany, mamy kredyt do spłacenia, rodzą się dzieci, a nam koronkowa bielizna jakoś z dnia na dzień przeistacza się na tyłku w dresy. Cóż - proza życia. Ale nawet w tych dresach chciałoby się jednak popatrzeć na współmałżonka, niekoniecznie ponad blond czuprynkami potomstwa.


Świat Karinki

Kiedy byliśmy piękni i młodzi i mieliśmy jedno dziecko, podrzucenie go na kilka godzin czy nawet weekend dziadkom nie stanowiło żadnego problemu. Człowiek nr 1 był mało wymagający, kiedy miał sześć tygodni zostawiłam go po raz pierwszy na kilkanaście godzin pod opieką mojej mamy i... nic się nie stało. Zabezpieczony w mrożone matczyne mleko, czyste pieluchy i czułe ramiona babci doskonale zniósł rozłąkę. Żeby nie było, nie pojechałam do SPA, ani nawet nie poszłam na randkę z mężem. Kupowaliśmy mieszkanie, była późna jesień, a ja musiałam jechać PKSem 100 km do Warszawy podpisywać dokumenty i wybierać drzwi, płytki i sedes.

Porzucenie dwójki nie było już takie proste, Ted długo był na piersi, a potem, kiedy już nie był zasypiał przytulony do mnie, wieczorne wyjścia odpadały, poza tym za nic w świecie nie pił z butelki, więc nawet wczesnoniemowlęce rozstania nie wchodziły w grę. Na spacerach darł się jak poparzony do pół roku, więc nawet nie bardzo była opcja, żeby wsadzić go do wózka i posłać z dziadkami na spacer.

Nasz syn nr 3 jest roczniakiem na piersi, a rodzice mieszkają daleko, do kina na wieczorny seans więc raczej nie pójdziemy, ale znaleźliśmy kilka patentów na to, żeby czasem pobyć we dwoje. Ciekawi? Pewnie, że tak! Czytajcie dalej.

1. Biedronko, przyjacielu!


Czasem na dzień lub dwa wpada do nas jakaś babcia. Przy okazji przedstawienia w przedszkolu, albo ot tak, po prostu z wizytą. Wtedy planujemy nasze życie tak, żeby chociaż na zakupy do Biedry, na stację benzynową, czy na myjnię wyskoczyć we dwoje. Starcza wtedy czasu na kawę w kartonowym kubku z Orlenu i pogaduchy. Dla odmiany nie przerywane tekstami: "Tato! On się na mnie patrzy!", "Mamo, muszę kupę!", "A on mnie bije!", itd. Jadąc do moich rodziców też staramy się pójść razem chociaż do lumpeksu. Nie jest to może kolacja przy świecach, ale zawsze coś. Cóż, jak się nie ma co się lubi, to korzysta się z każdej chwili.

2. W każdym odcinku rozpryskuje się mózg!


W naszym domu funkcjonuje pojęcie wieczoru filmowego. Deal jest taki, że w piątki mają go dzieci, w soboty rodzice. Dzieci oczywiście chcą się zawsze podłączyć do naszego, ale... wybieramy najbardziej krwawe tytułu, jakie się da :D mózg bryzgający w każdym odcinku serialu, duchy, wampiry, przekleństwa, to wszystko odstrasza naszych ludzi - cienie.

3. Smartphonie, mój przyjacielu!


Tak, wiem, wszyscy używacie ekologicznych, wielorazowych pieluch, wszystkie wieczory spędzacie czytając razem książki,albo grając w rodzinne planszówki, dni mijają Wam na oglądaniu robaków z bliska, a na obiad podajecie komosę ryżową z ekologicznym kurczakiem. My nie. Sorry, taki mamy klimat, jak mawia klasyk. Jasne, że robimy te wszystkie rzeczy, ale nie cały czas. Bywa, że w niedzielne popołudnie, albo środowy wieczór wręczamy dzieciom telefony z informacją: możecie przez godzinę pograć w swoich pokojach. Zwykle Kazik wtedy śpi, więc poza tym, że nikt go nie budzi, starzy mają chwilę spokoju :P

4. Udawajmy, że mamy jedno dziecko


Zdarza się, że do szkoły zawożę nie tylko swoje dzieci. Z racji na to, że jeżdżę "prawie autobusem" bywa, że na parkingu pod placówką wyglądam jak matka z kiepskiej amerykańskiej komedii. Zatrzymuję auto, wysiadam, otwieram bagażnik, otwierają się tylne drzwi, podaję plecak, bierze go jakieś dziecko, potem kolejne i jeszcze i znów, a kiedy wszyscy na parkingu przecierają oczy ze zdumienia, podchodzę z drugiej strony i wyciągam Kazika. Część "moich dzieci" idzie do szkoły, resztę prowadzę do przedszkola, a inni kierowcy zbierają szczękę z kostki brukowej. Wiecie jaka to przyjemność, kiedy Michał ma drugą zmianę, albo wolne w środku tygodnia i przechadzamy się z wózeczkiem po parku? Kazik nie przerywa, delektuje się przyrodą, więc można gadać, a my uchodzimy w oczach obcych za rodziców jednego dziecka ;) Z samym Kazikiem można też iść na kawę, albo burgera i udawać, że jesteśmy na randce.

5. Przyjaciele! Jesteśmy wdzięczni


Czasem mamy fart i nasze starsze dzieci lądują u kolegów w to samo popołudnie, albo idą na wspólne zajęcia sportowe ( w poniedziałki jujitsu i we środy boks). A my zostajemy tylko z Kazikiem. Niech on tylko nauczy się chodzić, zapiszę go na te same zajęcia! ;)

Metod pewnie jest znacznie więcej, liczę, że podzielicie się ze mną nimi w komentarzach. Cel jest jeden - zestarzeć się razem, a żeby to zrobić trzeba mieć wspólne tematy, śmiać się z tych samych żartów i mieć dla siebie czas. Bo miłość moi drodzy to "nie róże i nie całusy małe, duże, ale miłość, kiedy jedno spada w dół - drugie ciągnie je ku górze". Miłość to proste czynności, drobne gesty i chwile, które uda nam się wyrwać światu i dać je bliskiej osobie. Kochajcie się, nie tylko z okazji zbliżających się walentynek <3
W podróży do Grajdołka w towarzystwie niezwykłej Babcochy

W podróży do Grajdołka w towarzystwie niezwykłej Babcochy

Są takie książki, które pochłaniają bez reszty, do których chętnie się wraca po latach. A są i takie, że moje dzieci czytają je podwójnie. Czytam im na głos, a potem odsyłam do łóżek, jeśli Zet zabiera taką lekturę ze sobą, to znaczy, że mamy do czynienie z książką lotów najwyższych.


Matka Żywicielka

Ta, o której chce napisać Wam dzisiaj, miała swoją premierę już czas jakiś temu, ale rozmawiając z kilkoma zaprzyjaźnionymi mamami, odkryłam, że wiele z nich o niej nie słyszało. Co uważam za skandal. Absolutny! ;) Nawet nie będę Wam tu pisać o tym, że Justynę Bednarek znam już kilka lat, jeszcze zanim została wziętą autorką miałam przyjemność z nią pracować w gazecie. Ale musicie wiedzieć, że jej debiut "Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek (...)" jest lekturą szkolną. Ale nie taką nudną, tylko zabawną i chętnie czytaną przez dzieci. Warto więc zobaczyć co jeszcze stworzyła ta wyjątkowa autorka.

Matka Żywicielka

Kiedyś pisałam Wam już o "Pięciu sprytnych kunach" dziś zabieram Was do świata "Babcochy". To nie jest taka zwykła bajeczka dla dzieci. Zacznijmy od głównej bohaterki. Babcocha jest czarownicą, ale nie jakąś tam pospolitą. W pierwszym rozdziale przylatuje do Grajdołka na chmurze burzowej i szybciutko zadomawia się w tej uroczej wiosce. Wiedźma nie jest w żaden sposób zła, to dobrotliwa czarownica, która jak można odgadnąć przeprawiając się przez 54 rozdziały, ma w Grajdołku pewną misję. Oczywiście nie powiem Wam jaką, bo nie chodzi o to, żeby komuś psuć zabawę. Ale odkrywanie tej misji to czysta przyjemność nie tylko dla małych czytelników.

Autorka nie omija trudnych słów, ale są one wplecione w tekst tak, że moje osobiste Pacholęta nie pytały "WTF?!", rozumiały wszystko z kontekstu, zresztą w innych książkach Justyny było podobnie. Opowiadania są zabawne, każde jest trochę oddzielną historią, ale pięknie łączą się w całość. Przy lekturze nie nudzą się ani dzieci, ani rodzice. Książka pod pewnymi względami kojarzy mi się ze... Sheckiem. Skąd takie skojarzenie? Są w niej żarty sytuacyjne, których dzieci nie koniecznie zrozumieją, ale przyjmą, jako integralną część historii, a rodzice uśmiechną się ukradkiem. Jak choćby sok malinowy pijany z upodobaniem przez kilku panów z wioski, układy między wójtem, proboszczem i innymi dygnitarzami...

Ilustracje do książki wykonał Daniel de Latour, nie są to więc disnejowskie gładkie buźki, ale ciekawe, pełne intrygujących szczegółów prace, z których każda mogłaby zawisnąć na ścianach galerii sztuki. Książka będzie idealnym prezentem dla każdego małego czytelnika, myślę, że ucieszy zarówno ośmiolatka, jak i dwunastolatka.

Pomyślałam sobie, że za czas jakiś opowiem Wam o autorce tej książki, bo Justyna to jest osobą niezwykłą. Jej historia to materiał na książkę i to dobrą książkę. Postaram się jednak streścić Wam to wszystko w jednym poście ;)

TYTUŁ: Babcocha
AUTOR: Justyna Bednarek
WYDAWNICTWO: Poradnia K
CENA: ok 24 zł
OCENA: 5/5








Możesz przestać się jąkać! Rozmowa z terapeutą

Możesz przestać się jąkać! Rozmowa z terapeutą

Każdy z nas zna kogoś, kto mimo najszczerszych chęci nie jest w stanie płynnie się wysłowić. Może przypomniał Ci się kolega z podstawówki, może sąsiadka babci, o której we wsi mówiono "Stara Jąkała". Żadne z nich nie miało raczej łatwego życia. Jąkanie potrafi je bowiem bardzo uprzykrzyć. Zwłaszcza, że jeszcze niedawno (w latach 50. XX wieku) mówiło się, że jest to przypadłość nieuleczalna.





Czy teraz można jąkanie wyleczyć? Jak to jest zmagać się z nim i wygrać? Dlaczego warto szukać pomocy, mimo, że wielu logopedów pozostaje bezradnych w obliczu walki z nim? O tym wszystkim porozmawiamy z Magdaleną Kietlińską, psycholog, która sama w dzieciństwie się jąkała, jednak znalazła pomoc, dziś sama pomaga ludziom z tym problemem.

Co zabrało Ci jąkanie?


Bardzo dużo. Przede wszystkim pewność siebie. Dzieci występowały na akademiach mówiąc wierszyki, ja nie mogłam. Nawet odpowiedzi ustne w szkole były dla mnie problemem. Co z tego, że byłam przygotowana do lekcji? Skoro wystarczyło, że raz się zacięłam i już nie byłam w stanie wrócić do myśli. Zabrało mi wiele z relacji z rówieśnikami. Nie podchodziłam do nikogo pierwsza. Bałam się. Jąkanie bardzo podkopuje pewność siebie.

Rówieśnicy Ci dokuczali?


Nie musieli. Sama byłam swoim wielkim krytykiem. Kiedy odpowiadałam i ktoś w klasie się zaśmiał, to nawet jeśli nie śmiał się ze mnie, sama dopowiadałam sobie, że jest inaczej. Jąkający się najchętniej nie wychodzili by z domu, nie rozmawiali z nikim obcym. Nawet pójście do sklepu stanowiło problem.

Długo to trwało?


Za długo. Zaczęłam się jąkać kiedy miałam dwa lata,  rodzice jeździli ze mną do wszystkich możliwych specjalistów przez całe dzieciństwo. Bezskuteczne terapie to kilkanaście lat mojego życia. Wszystko zmieniło się w drugiej klasie liceum.

Co się wtedy stało?


Całkowity przypadek sprawił, że moja mama zobaczyła w telewizji program o terapii jąkania w Kołobrzegu. Ludzie po leczeniu mówili płynnie. Mieszkaliśmy na drugim końcu Polski, ale mama nie odpuściła, pojechałam na konsultację do Beaty Trojanowskiej-Legun i tam okazało się, że jest dla mnie nadzieja.

Co to była za terapia?


Metoda, którą posługiwała się terapeutka została stworzona przez profesor Harytyunyan, naukowca z Uniwersytetu w Moskwie. Beata Trojanowska-Legun była nie tylko uczennicą profesor, ale także jej współpracownicą, wiele osób leczyły razem, potem, kiedy moja terapeutka zaczęła pracę w Kołobrzegu, profesor Harytyunyan nadal służyła jej radą. Terapia trwał dwa tygodnie, polega na znacznym spowolnieniu mowy przy użyciu "ręki prowadzącej" z czasem mowa stopniowo przyspiesza, aż dochodzi się do naturalnego tempa, tyle, że bez jąkania.

Brzmi prosto.


Ale to wymagający proces. Jednak efekt jest wart każdego wysiłku. Ta terapia jest najskuteczniejszą metodą leczenia jąkania, nawet u osób dorosłych. Dlatego zdecydowałam się na otwarcie własnego Centrum Terapii Jąkania.

Byłaś tuż przed maturą, nie baliście się zaległości w szkole? Dwa tygodnie to jednak sporo...


Wszystko da się nadrobić, nie warto było czekać np. do wakacji, bo w wakacje mówiłam już płynnie. Zaległości nadrobiłam, a po powrocie z turnusu mogłam w końcu stanąć do odpowiedzi ustnej, bez stresu, do matury doszłam do naturalnego tempa. Więc nie warto czekać. Drodzy rodzice, jeśli wahacie się teraz, czy w wakacje. Nie czekajcie, dzwońcie już teraz.

Niektórych pewnie zaskoczy, że leczeniem jąkania zajmuje się psycholog, a nie logopeda. 


Cały czas, mimo, że od mojego turnusu minęło dwadzieścia lat byłam w kontakcie z Panią Beatą, bo to też element terapii. Skończyłam psychologię, otworzyłam własny gabinet, nabrałam doświadczenia w pracy z ludźmi. I wtedy moja terapeutka postanowiła przekazać mi swoją wiedzę, notatki i zapiski. Dostałam propozycję kontynuowania pracy tych dwóch niezwykłych kobiet korzystając z ich wiedzy i wsparcia Beaty Trojanowskiej-Legun, która została też moim superwizorem, czyli osobą kontrolującą moją pracę z pacjentami.

Doświadczenie psychologa się przydaje?


Oczywiście! Myślę, że 12 lat pracy w tym zawodzie psychoterapeuty doskonale przygotowało mnie do pracy, poza terapią dla dzieci z zaburzeniami, pracuję też z ludźmi na zakręcie, również dorosłymi, jestem dyplomowanym interwentem kryzysowym. Wielu moich pacjentów z gabinetu trafiało do mnie z przekonaniem, że nikt nie jest w stanie pomóc. A jednak udało się. Osoby, które się jąkają, też często nie wierzą, że ktoś jest w stanie im pomóc. Dzięki mojemu doświadczeniu zawodowemu, wiem, jak do nich dotrzeć.

Ile trwa leczenie?


Tak naprawdę całe życie, tak jak wspomniałam z terapeutą ma się kontakt cały czas. Ale największą pracę wkłada się w czasie dwunastodniowego turnusu. Wtedy trzeba dać z siebie wszystko, potem jest znacznie łatwiej.

Kto może skorzystać z pomocy Twojego Centrum?


Tak naprawdę każdy, kto się jąka, niezależnie od wieku i ilości podjętych prób leczenia. Ale jest kilka niezbędnych warunków. Po pierwsze pacjent musi być zdeterminowany. Bo bez ciężkiej pracy się nie obędzie. Po drugie na turnusie trzeba pojawić się z osobą towarzyszącą, kimś do kogo masz absolutne zaufanie i z kim spędzasz dużo czasu. Bo terapia poniekąd obejmuje całe otoczenie chorego. Jeśli jąka się Twoje dziecko to bez dwutygodniowego urlopu się nie obędzie, ale warto, uwierz mi.

Czego się spodziewać przez te dwa tygodnie?


Na turnusie są maksymalnie cztery osoby. Wszystkie biorą udział w różnorodnych zajęciach, uczymy się oddychać, opowiadamy o tym, jaki wpływ na życie ma jąkanie, uczę mówienia z "ręką prowadzącą" ale też pracujemy nad technikami relaksacyjnymi, bo dla jąkających się bardzo ważne jest umieć nad nim zapanować, wtedy jąkamy się mniej. Dużo się u mnie rozmawia, ale bardzo, bardzo wolno, na przyspieszenie przyjdzie czas.

Kiedy da się zauważyć pierwsze efekty?


Od razu. Mowa po zakończonym turnusie jest płynna, spowolniona, ale płynna. Z czasem w trakcie kolejnych konsultacji pacjenci przechodzą na kolejne etapy i mówią coraz szybciej, aż dojdą do naturalnego tempa.

Jak wyglądają te konsultacje?


Po zakończonym turnusie pacjenci już na zawsze pozostają pod moją opieką. Mailujemy, rozmawiamy przez telefon, na komunikatorach, ustalamy w czasie tych rozmów co dalej, jaki jest plan na kolejne miesiące. Czasem się spotykamy, pacjenci, którzy są już po terapii chętnie spotykają się z tymi, którzy dopiero zaczynają swoją drogę, po to, żeby ich motywować i pokazywać, że metoda naprawdę działa.

Gdzie można Cię znaleźć?


Wszystkie szczegóły i kontakt do Centrum można znaleźć na stronie www.ctj.com.pl

OKIEM ŻYWICIELA: Czy istnieją złe książki?

OKIEM ŻYWICIELA: Czy istnieją złe książki?

Jakiś czas temu w mediach huczało o tym jak to młode umysły są zatruwane przez współpracowników szatana, przerażające Hello Kitty, zatrważającego Pottera, obrazoburczego Nabokova i wiele innych demonów. Miałem nadzieję,że to tylko jakieś pojedyncze epizody,które po prostu zostały rozdmuchane przez media.


Misticsartdesign/pixabay

Niestety.

Ostatnio okazało się,że Harry Potter dalej jest na czarnej liście i kolega mojego syna został zrugany za czytanie tej abominacji. Jakie jeszcze książki są ZŁE?

Jeśli będziemy chcieli, to każda książka jest zła, udowodnić Wam to? Proszę bardzo: Krzyżacy? Zabijają Bogu ducha winnego niedźwiedzia, mnóstwo przemocy i jeszcze ta gloryfikacja chrześcijaństwa,a przecież mamy erę tolerancji. Quo Vadis? Co z tego ,że autor noblista przecież to sex&przemoc ,a do tego jeszcze pochwała samobójstwa. Kubuś Puchatek? Złe nawyki żywieniowe Puchatka, Tygrysek męczący królika i Kłapouchy w depresji,któremu nikt nie próbuje pomóc. Robinson Crusoe, lektura moich czasów? Niewolnictwo, rasizm no i praktycznie standardowa już przemoc.

Co czytać w takim razie? Moim zdaniem są dwie drogi, jeśli nie chcesz poranić stóp to można albo całą Ziemię pokryć dywanem albo założyć buty i tak samo jest z książkami można nie czytać nic, albo czytać wszystko. Do czego prowadzi nie czytanie w ogóle to nawet nie będę pisał,bo grupa docelowa i tak tego nie przeczyta, co daje czytanie wszystkiego? Wyobraźcie sobie, że w życiu przeczytaliście jedną książkę i jest to jedyna opowieść jaką w życiu słyszeliście, staje się ona wyznacznikiem i rzutuje na całe nasze życie (Biblia, Koran), a jeśli znacie setki historii? To możecie porównywać jedne do drugich, oceniać bohaterów, doceniać konstrukcje światów. Staje się wtedy coś magicznego, jeśli znasz jedną historię to Ona rządzi Tobą,a jeśli znasz ich wiele to Ty wykorzystujesz te wszystkie historie, żeby rozwijać swoje wnętrze.


W dzisiejszych czasach nasze dzieci otacza mnóstwo różnych historii i światów, jeśli będziemy im zabraniać poznawania ich, to tak jakbyśmy chcieli pokrywać Ziemię dywanem, czy nie lepiej pozwolić im je poznawać, rozmawiać o nich i wspólnie wyciągać wnioski tak aby Nasze dzieci z czasem nosiły buty i mogły sprawnie poruszać się w świecie historii. Niech nauczą się jak odróżniać te złe od tych dobrych. Zgodnie ze słowami Margaret Thatcher  dajmy im wędkę zamiast ryby. Rzekłem.

Kiedy Twoje dziecko postanawia być skorpionem

Kiedy Twoje dziecko postanawia być skorpionem

Słyszałam, że istnieją dzieci, które na bal karnawałowy przebierają się za Strażaka Sama, albo policjanta. Ich rodzice muszą mieć dość łatwe życie, wystarczy pojechać do marketu i kupić odpowiedni strój. U nas zwykle nie bywa aż tak łatwo. Zapytany przeze mnie Zet, za kogo chciałby się przebrać odpowiedział bez zastanowienia - Za skorpiona, z żółtymi oczami. No i co było robić? Strój trzeba było uszyć.




Kiedy pokazałam na story na moim Instagramie, że zabieram się za robotę, dostałam chyba ze dwadzieścia wiadomości, że czekacie na efekty, więc... No nie mogło być inaczej. Pokażę Wam proces twórczy ;)

Zaczynam od pomysłu


Nim podłączę maszynę do prądu robię rekonesans w sieci. Wpisałam więc "skorpion" w wyszukiwarkę i oglądałam zdjęcia tych uroczych zwierzątek. Tak zrodził się w mojej głowie obraz pajęczaka, który w wersji uproszczonej (bo moje zdolności plastyczne są raczej niskich lotów) przeniosłam na papier.



Nie wszystko na raz


Patrzę potem na taki rysunek i zastanawiam się co z tego ukręcić. Jakie są cechy charakterystyczne, niezależnie od tego, czy szyję skorpiona, kota czy Shreka, wybieram sobie z niego kawałki, które można dołożyć do normalnych ubrań, żeby było jak najmniej roboty. W tym przypadku padło na ogon, szczypce i oczy. Te ostatnie Zet od razu wiedział, że muszą być żółte.

Szkic


Wyrysowałam sobie te kawałki na papierze. Jeśli chcesz zrobić taki strój na tym etapie przyda Ci się dziecko, które owy strój będzie nosić. Trzeba dokonać pomiarów. W przypadku ogona - musiał być szeroki jak tył dziecka, długi tak, żeby nie zagrażał życiu i zdrowiu poprzez potknięcie. Szczypce musiały swobodnie pomieścić dłonie, czapka - wiadomo, ma nadmiernie nie cisnąć mózgowiny, tu przydatna może się okazać ta, którą potomek nosi na co dzień.

Materiał


Miałam w swojej szufladzie z zapasami czarną dresówkę z pentelką. To idealny materiał, zwłaszcza, że była cienka, więc nie narażała Zeta na przegrzanie. Poza tym taka dresówka fajnie się szyje i jest bardzo plastyczna. Naniosłam sobie na materiał potrzebne wymiary, a potem w nich rozplanowałam wykrój. To właśnie to zdjęcia pokazałam na Story.



Szyję sobie


Po wycięciu (z podwójnej warstwy materiału) wszystko gęsto zaszpilkowałam i obszyłam po obwodzie na maszynie, pamiętając, żeby dołożyć troki do zawiązania w pasie. górę zostawiłam otwartą. Ogon wypełniałam od kolca kulką sylikonową, na zwężeniach przeszywałam po wierzchu ściegiem prostym i wypychałam kolejną część. Na końcu zamknęłam górę. Rękawiczki i czapkę po prostu zszyłam. Dokupiłam żółte guziki na czapkę i doszyłam, już na zewnątrz, tasiemki łączące rękawiczkę z końcówką ogona, tak, żeby ogon był w górze. Gotowy strój prezentuje się tak :)




Złotousty Teodor

Złotousty Teodor

- Tata zapłaci - powiedział w sklepie Teodor. - Om ma gotówkę, mama nie ma, bo nie chodzi do pracy. - Jego słowa trochę nas rozbawiły, bo brak gotówki wynikał z tego, że nie wzięłam portfela. Niezrażony naszymi uśmiechami, Ted kontynuował swój wywód.




- To nie jest tak, że mama nie pracuje. Ona zajmuje się Kazikiem - mówiąc te słowa, jakby dla podkreślenia ich wagi odwrócił się do wózka i pogłaskał czule młodszego brata po policzku. - No bo wie Pani - zwrócił się do ekspedientki - mama karmi Kazika, więc nie może tak po prostu chodzić do pracy. Tata, go przecież nie nakarmi, nie ma mleka w cycochach. - staliśmy patrząc na niego oczami wielkimi, jak spodki. - No co dobrze mówię, prawda? - przytaknęliśmy niemo zbierając szczęki z podłogi.

Niezmiennie zaskakuje mnie logika, która skrywa się w tym małym człowieku. Jego wypowiedzi, aż błyszczą od pięknych metafor, poważnych słów i niesamowitych spostrzeżeń. Spacerujemy przez las, czekamy, aż Zygmunt przyjedzie ze szkoły, rozmawiamy trochę o zimie, trochę o obiedzie, trochę o tym, jak minął mu dzień. Z uśmiechem opowiedział mi jak kolorował babcię i dziadka w podręczniku. Trochę martwił się, że wierszyk mówi za szybko i za cicho. Generalnie dzień całkiem w porządku, bo był jego ulubiony kolega, który ostatnio trochę chorował, nikt też dziś nie napsocił. - Bo wiesz, czasem nawet Jaś i Jacek (tak, zmieniłam imiona) łobuzują - powiedział trochę zasmucony. - Jaś i Jacek?! - zapytałam z niedowierzaniem. Mój syn zatrzymał się zadarł głowę i spojrzał mi w oczy. Całkiem poważnym głosem przytaknął, a potem dodał - Wiesz, bo oni są tacy ładni tylko na zewnątrz, myślę, że w środku mają niekończącą się wojnę.

Niekiedy zdarza się, że siła jego argumentu jest tak wielka, że tam, gdzie byłam pewna swego zaczynam mieć wątpliwości. Teodor chodzi do logopedy, ma problem z literką "k", teraz pracują nad dźwiękiem "ki". - Mamo, jak wygląda literka "ki" chciałbym ją napisać dla Pani Małgosi - powiedział z nienacka. - Teoś "K" a potem "I". To są dwie literki - odpowiedziałam, przekonana, że znam nieźle alfabet. - Nie mamo! "KI" a nie "K" i "I"! JEDNA LITERA - odparł z przekonaniem Syn Średni, patrząc na mnie jak na niepiśmienną ignorantkę. Moja pewność siebie uleciała, dopiero słowa "kibelek" i "kiełbasa" go przekonały.

Czasem bywa, że nas zawstydza - Wiesz mamo, dziś jest mój ulubiony dzień w życiu - powiedział o 7:30 rano, kiedy zapinałam jego pas w samochodzie. - Teoś, fajnie, że dobrze zacząłeś dzień, ale jeszcze sporo dnia przed nami - odparłam bez zastanowienia. - Mamo, ale już wyszliśmy z domu, a Ty jeszcze nie krzyczałaś.
Zamurowało mnie, ale fakt faktem, że też zmotywowało, bo tego dnia nie krzyknęłam na nich nawet razu ;)

Dzieciaki mają w sobie wielką mądrość, czystość i niewinność. Ich nieumiejętność kłamania dla wielu dorosłych powinna być wzorem i drogowskazem. Bo przeglądając się w oczach naszych dzieci możemy zobaczyć nie tylko to, jak nas postrzegają, ale to jakimi ludźmi tak naprawdę jesteśmy. To w tych oczach zobaczymy, co powinniśmy w sobie poprawić.
Muszki dla Żabek DIY

Muszki dla Żabek DIY

Tytuł sugeruje post zoologiczny, albo spożywczy, ale nic z tych rzeczy! Będzie internetowe ZPT. Przedszkolna grupa Teodora to Żabki, dzieciaki dziś po południu będą występować dla babć i dziadków. Kilka dni temu rozmawiałam z nauczycielką i powiedziała, że kupiła dla dziewczynek jednakowe spódniczki, ale ma problem ze znalezieniem czerwonych muszek dla chłopców, które nie zrujnują grupowego budżetu. Pomyślałam, że zrobię je sama.





Zrobienie 13 muszek zajęło mi nie więcej niż godzinę, dlatego jeśli potrzebujesz takich, nie zastanawiaj się nawet chwili, kup co trzeba i do dzieła. Będziesz potrzebować sztywnego filcu, z jednego arkusza wychodzi pięć muszek, wstążki o szerokości 12 mm, nitki, grubszej igły, ostrych nożyczek, tasiemki lub gumki, centymetra krawieckiego lub linijki.


Na filcu rozrysowałam sobie 6 równych prostokątów, wyszedł mi wymiar 7,5 na 15 cm. Filc tnie się tak sobie, więc fajnie sprawdzają się krawieckie nożyczki, ewentualnie można użyć skalpela albo nożyka tapicerskiego i ciąć przy linijce. Zaokrągliłam brzegi każdego prostokąta. Wyglądały tak:



Zginałam każdy prostokąt w harmonijkę wzdłuż dłuższego boku. Zgięć powinno być 3. Na samym środku przeszywałam każdy kawałek kilkoma szwami. 


Czas na wstążeczkę, pocięłam kawałki długości około 5 cm i zawiązywałam na środku, chowając supełek w wewnętrznej stronie muszki. Potem powstałymi troczkami przywiązywałam tasiemkę, która będzie służyła do "montowania" muszki na dziecku, pierwsze dwie zrobiłam na gumce, ale obawiałam się, że będą wisieć szczupłym dzieciom, a uciskać te bardziej obfite. Dlatego zdecydowałam się na wiązane tasiemki, żeby łatwiej było dopasować rozmiar. Wiązania z łatwością można ukryć  w skrzydełkach. 




Pani zadowolona, mam nadzieję, że dzieci też będą. Ile to kosztuje?

Filc - 3 zł za arkusz - kupiłam 3
Satynowa wstążka 15 metrów 5,50 zł
Nitki i igłę zakładam, że macie w domu
Biała wstążka 0,70 zł za metr kupiłam 5 metrów - 3,50 zł

RAZEM:  21 zł za 13 muszek.
Dzień dobry, to ja depresja

Dzień dobry, to ja depresja

- To było straszne, czułam prawdziwy fizyczny ból w środku. Tak, jakby moja dusza pękała, a właściwie, jakby ktoś ją rozrywał - to chyba najbardziej obrazowy opis depresji, jaki w życiu usłyszałam. Moja znajoma nie przeżyła żadnej traumy, nie wydarzyło się nic nagłego, nazbierało się. Z dnia na dzień odkryła, że nie jest w stanie podnieść się z łóżka. Nie miała już nawet siły płakać, wtedy mąż zawiózł ją do psychiatry. Diagnoza padła od razu - depresja. 


PublicDomainPictures/pixabay


Co jakiś czas w mediach pojawiają się wyznania gwiazd, które przyznają, że zmagają się z depresją lub ją przeszły. Zwykle pod takimi artykułami nie brakuje głosów, że depresja jest "modna", ale równie dużo jest historii ludzi, którzy sami cierpią z tego powodu. Według danych szacunkowych mówi się, że około 1,5 miliona Polaków choruje na depresję. Dane są najprawdopodobniej zaniżone, bo zaledwie połowa chorych szuka pomocy u lekarzy.

Gorszy czas czy depresja


Jak powiedziała mi psycholog Magdalena Kietlińska, żeby diagnozować depresję objawy, na podstawie, których to się robi muszą występować minimum przez dwa tygodnie. A jakie to objawy?
- masz obniżony nastrój, który utrzymuje się przez zdecydowaną większość dnia, niezależnie od okoliczności
- straciłeś zainteresowanie czynnościami, które dotychczas sprawiały Ci przyjemność, kiedy nawet nadal się im oddajesz, nie dają dotychczasowej satysfakcji
- masz wyraźnie mniej energii lub szybciej niż dotychczas się męczysz
- straciłeś wiarę w siebie i swoje możliwości
- obwiniasz się za całe zło tego świata, robisz sobie nieuzasadnione wyrzuty
- masz problemy ze skupieniem się, podejmowaniem decyzji, czujesz, że nie potrafisz myśleć tak sprawnie, jak kiedyś
- zauważasz zmiany w swojej aktywności psychoruchowej, jesteś wolniejszy niż zwykle, albo wręcz przeciwnie, pobudzony
- masz problemy ze snem lub przeciwnie, nie możesz się obudzić i nie przepuścisz żadnej okazji, żeby się położyć
- wyraźnie zmienił się Twój apetyt, co potwierdzają ubrania i wskazówka wagi, jesz znacznie mniej albo przeciwnie, znacznie więcej.

Jeśli do Twojej sytuacji pasują co najmniej cztery punkty, to możesz zmagać się z lekką depresją. Wyróżniamy także średnią i ciężką.

Nie tylko pod kocem


Ani moja znajoma z początku tekstu, ani żadna inna znana mi osoba, która choruje na depresję nie zamykała się nigdy w ciemnym pokoju, jak można to zobaczyć w filmach. - Najgorzej jest rano - opowiadała mi niedawno koleżanka. - Otwierasz oczy i wiesz, że nad głową masz chmury, masz ochotę naciągnąć kołdrę na głowę i udawać, że budzik nigdy nie zadzwonił, ale nie możesz. No bo za prąd zaświadczeniem o depresji nie zapłacisz. Kasia (tak nazwijmy ją na potrzeby tego tekstu), wstaje mimo tych chmur, ubiera się, zalewa owsiankę z paczki wrzątkiem, bo na nic więcej nie ma siły i idzie do korporacji. - Całą drogę modlę się, żeby autobus przyjechał na czas, żeby przejeżdżający samochód mnie nie ochlapał, a pani w kiosku miała moje papierosy. Jeśli dotrę do firmy bez problemu, jest szansa, że jakoś dam radę. Każda, nawet najmniejsza przeszkoda po drodze może wywołać u mnie histeryczny płacz, a wtedy znów nie dotrę do pracy. Wrócę do domu i będę się zamartwiać, jaka jestem beznadziejna, zwolnią mnie na pewno i takie tam. Wtedy to już tylko więcej leków i co najmniej tydzień w domu. I tak od pół roku...

Chorzy na depresję nie są w stanie normalnie żyć, każdy dzień to dla nich wyzwanie, czasem - nie do wykonania. Według Światowej Organizacji Zdrowia, depresja jest najczęstszą przyczyną niezdolności do normalnego funkcjonowania.  Najczęściej zapadają na nią kobiety.

Dlaczego to kobiety częściej zapadają na depresję?


Tak na sto procent nie możemy być pewni, że ta teza jest prawdziwa. To ,co wiemy na pewno, to fakt, że kobiety częściej szukają pomocy u lekarza. Prawdopodobnie pokutują tu nasze przekonania kulturowe, bo facetom przecież nie wypada przyznawać się do słabości. Już małym chłopcom mówimy: "nie maż się", "nie bądź babą", "musisz być twardy". Dorastając w takim przekonaniu, mają oni potem problem z przyznaniem się, że znaleźli się na życiowym zakręcie, że nie radzą sobie z otaczającym ich światem, że mocno przeżyli porażkę.

Kobiety w naszej kulturze częściej znajdują się w trudnych sytuacjach życiowych. To płeć piękna częściej zostaje porzucona z dziećmi, bez pracy, albo z gorzej płatną pracą, niż partner. Nawet jeśli porzucane nie jesteśmy, to bywa, że w wyniku losowych zdarzeń jesteśmy w jakiś sposób uzależnione od partnera, a to raczej nie poprawia humoru.

Czynnikiem, który niekiedy wywołuje depresję może być tak radosny moment, jak urodzenie dziecka, bo ta poporodowa wcale nie jest tak rzadka, baby blues występuje u około 60 procent mam, normalnie nie wprowadza się leczenia, bo po około dwóch tygodniach, kiedy hormony zaczynają się stabilizować, nasza psychika wraca do normy, ale bywa, że tak się nie dzieje. Nie mówiąc już o trudniejszych doświadczeniach, jak np. utrata dziecka, kobiety dużo bardziej cierpią psychicznie po poronieniu niż mężczyźni (oczywiście statystycznie).

Dojrzałe kobiety częsty załamują się po śmierci współmałżonka, bo natura urządziła to tak, że zwykle my żyjemy dłużej. Kiedy zostajemy z dnia na dzień same, powstają idealne warunki dla rozwoju depresji.

"Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie"


Zdarza się, że depresja rozwija się podstępnie, latami mamy obniżony nastrój, czego początkowo nie zauważamy, w natłoku codziennych obowiązków, nie zauważamy, że sami "wrzucamy sobie kamyczki na plecy. - Czynnikami zapalnymi do zachorowanie na depresję mogą być np. natłok obowiązków, długotrwały stres, tłumiony gniew - on jest częstym czynnikiem zapalnym zwłaszcza u kobiet. - mówi Magdalena Kietlińska. - Bywa, że w depresję wpędzają dolegliwości fizyczne, czy wielkie zmiany, jak choćby przymusowa zmiana miejsca zamieszkania. Czasem, choć trudno w to uwierzyć w taki sposób możemy zareagować na stresory z dzieciństwa, np. alkoholizm jednego z rodziców, przemoc w domu rodzinnym, czy po prostu kiepskie relacje z opiekunami, którzy w naturalny sposób powinni nas chronić i dawać wsparcie. Nawet problemy małżeńskie rodziców mogą wywołać depresję, również w naszym dorosłym życiu - dodaje psycholog. - Istnieje też termin "depresja sytuacyjna" kiedy jesteśmy w stanie dokładnie określić czynnik, który ją wywołał w precyzyjnie określonym czasie, tak jest choćby w przypadku śmierci bliskiej osoby, rozwodu czy utraty pracy.

Kiedy czujesz, że dochodzisz do ściany


Zapytałam psychologa, czy możemy sami pomóc sobie wyjść z dołka. - Na pewno warto próbować - odpowiedziała bez wahania. - Kiedy czujesz spadek nastroju, staraj się jak najwięcej czasu spędzać na zajęciach, które dają Ci przyjemność. W miarę możliwości staraj się skrócić czas pracy, jeśli to możliwe zredukuj czas przejazdu do niej. W wielu branżach możliwa jest przecież, przynajmniej częściowa, praca zdalna, korzystaj z tej możliwości, jeśli w Twojej firmie ta forma jest akceptowalna - mówi Magdalena Kietlińska. Psycholog nie ma też wątpliwości - warto przejść w tryb offline. Nie chodzi tylko o wyłączenie Facebooka, ale czytanie wiadomości też warto zawiesić. E-stres, nie jest Ci w tej chwili potrzebny.

Staraj się nie izolować, ale zawieś, a najlepiej zerwij te znajomości, które kosztują Cię wielkich nakładów energii. Otaczaj się ludźmi pozytywnymi, którzy Cię akceptują i motywują, najlepiej, jeśli potrafią zająć Twoją uwagę, niekoniecznie swoimi problemami. W dzisiejszych czasach sporo stresu przyprawiają nam nasze finanse. Warto przyjrzeć się swoim wydatkom, zaplanować je, zapewnić sobie przynajmniej niewielką poduszkę powietrzną. Kiedy czujesz, że masz spadek energii nie otwieraj korespondencji i nie sięgaj po karty kredytowe, one tylko nasilą Twój niepokój.

Pomocna może okazać się właściwa dieta. Najlepiej jeśli będzie zbilansowana, w końcu w zdrowym ciele zdrowy duch. Przy spadku nastroju staraj się sięgać po produkty bogate w kwasy Omega-3 (tłuste ryby morskie, orzechy włoskie), pij napar z dziurawca i żen-szenia. Nie unikaj ruchu, zarówno porządny jogging czy uczciwa godzina na siłowni, jak i basen czy joga będą OK.

Jeśli jednak czujesz, że to wszystko na nic nie wahaj się zadzwoń do psychologa lub umów się do psychiatry. Depresja to choroba cywilizacyjna, bardzo powszechna i bardzo niebezpieczna. Nie możesz jej bagatelizować, wcześnie rozpoznana i odpowiednio leczona (nie zawsze lekami, czasem wystarcza terapia) da się pokonać a Tobie pozwoli odzyskać równowagę.

--------------------------------------------------

Za pomoc przy napisaniu tego tekstu serdecznie dziękuję psycholog Magdalenie Kietlińskiej z Gabinetu LOGOS. Osobie, która nie tylko często wspiera mnie swoją ogromną wiedzą i cennym doświadczeniem, ale także wiele razy wyciągała mnie z dołka psychicznego.

Dziękuję również moim cudownym koleżankom, które mimo, że wcale nie miały ochoty o tym rozmawiać opowiadały mi cierpliwie i bardzo obrazowo o swojej walce z depresją. Jesteście niesamowite!
OKIEM ŻYWICIELA: Chciałbym być kotem

OKIEM ŻYWICIELA: Chciałbym być kotem

Chciałbym być kotem. Nie to, że lubię te zwierzaki, owszem są ładne, ba nawet piękne, ale w sumie to wcale za nimi nie przepadam, za to chciałbym mieć "jak one" 9 żyć.

cocoparisienne/pixabay

Jak byłem mały to chciałem być biologiem morskim takim, który nurkuje z rekinami albo głaszcze wieloryby na National Geographic. Potem chciałem być Robinsonem Cruzoe i żyć na bezludnej wyspie radząc sobie całkiem samemu. Pod koniec technikum zastanawiałem się, jak to by było być bezdomnym, ale nie takim bezbronnym, uzależnionym i zabiedzonym ale takim, który wędruje po świecie zimuje na południu, a latem dociera w nasze szerokości geograficzne i pracuje kiedy musi, a jak nie musi (nie ma kredytów, planów emerytalnych, telewizora) to łowi ryby, albo po prostu gapi się w gwiazdy. Z każdym rokiem więcej umie i ma takie szare oczy, które już wiele widziały.

Człowiek jest kowalem własnego losu - to jest według mnie najbliższe prawdy stwierdzenie ale jednak nie do końca, zanim człowiek zrozumie, co chciałby w życiu robić to często zdąży sobie pozamykać wiele furtek i nie wszystko da się zmienić. To cholernie irytujące. Co prawda, nie wierzę w życie po życiu, ale jednak jakby takowe istniało, to najfajniejsza byłaby reinkarnacja z zachowaniem pewnej wiedzy. Ileż to razy wracałem w myślach do czasów szkoły podstawowej i żałowałem,że wtedy nie wiedziałem choćby połowy tego, co wiem teraz. O ile byłoby łatwiej? W jak bardzo innym miejscu bym był na końcu mojej edukacji, gdybym tylko parę rzeczy wiedział wcześniej? Jak bardzo chciałbym móc przetłumaczyć moim synom, że nie warto, że nie trzeba o to czy tamto wylewać łez albo, że wystarczy choć raz zachować się inaczej niż zwykle.

Wyobraźmy sobie na przykład takiego młodego świetnie zapowiadającego się sportowca ,który w pewnym momencie doznaje skomplikowanego złamania i cały misterny plan idzie w.... albo kogoś kto chciałby być pilotem czy kosmonautą, ale ma wadę wzroku taki pech psikus losu. Jak cudownie byłoby móc spróbować jeszcze raz, tym razem inaczej, lepiej, mądrzej?

A może zostałbym przestępcą? Nie zwykłym rabusiem, kimś kto zupełnie odrzuca istnienie prawa, robi co chce i zawsze po swojemu i tylko od jego sprytu i pomysłowości zależy, jak długo i jak intensywnie pożyje.

Może brzmi to jak fabuła filmu Dzień Świstaka ale czy nie chcielibyście mieć swoich 9 żyć? Może ktoś chciałby być księgowym... dziewięć razy ale wątpię. Wiem, że ja na pewno nie. Jakie byłoby Wasze 9 pomysłów na spędzenie życia?
Znów nie pojechałam pod Etnę

Znów nie pojechałam pod Etnę

Przeczesywałam sobie spokojnie internety w poszukiwaniu inspiracji na lekki temat na bloga, bo ostatnio jakoś chodzą mi po głowie same ciężkie kalibry, a wiadomo, dziś piątunio i trzeba troszkę tyłeczki wyluzować. No więc tak chodzę sobie, czytam nagłówki i cichutko liczę, że w końcu synapsy zaskoczą, ale nie zaskakują. Za to z wielkim zainteresowaniem kliknęłam w kolejny artykuł z gatunku, jak zostać milionerem planując wydatki i MAM!


ciakumi81/pixabay


Jeśli liczycie, że powiem Wam jak w domowym zaciszu pomnożyć swój majątek, to oczywiście jesteście w błędzie, bo gdybym to wiedziała, to pisałabym do Was teraz z Wysp Kanaryjskich, a przynajmniej z podnóża Etny. A że siedzę w moim 4 metrowym biurze, które mąż urządził mi w garderobie, to mogę co najwyżej się z Wami pośmiać.

Pij domową kawę!


Krzyczy do mnie amerykański specjalista od finansów. A ja uśmiecham się do niego spod świeżo wydepilowanego wąsa, patrząc na mój kubek w kotki, w którym stygnie dolewka czarnej kawy. Oczywiście nie przyniosłam jej ze Satrbunia, ba nawet z Orlenu jej nie przyniosłam, tylko zaparzyłam w mojej kawiarce kupionej na wyprzedaży w Ikei. W zasadzie to o ile kawę z Orlenu jeszcze pamiętam, tak ta ze Starbuksa pozostaje legendą. Czarny proszek, który dziś zaparzyłam dostałam w prezencie od koleżanki. Sorry, ninjo finansów, taniej się nie da. A mogłam zaoszczędzić 2500 zł. Sic!

Matka Żywicielka

Woda bez plastiku


Ten sam ekspert odkrył dzbanki filtrujące, podobno można tak zaoszczędzić 720 zł rocznie. Dzbanka używamy od lat, nie jest to jednak najtańsze i najwygodniejsze z rozwiązań. Jesteśmy na etapie wybierania filtra odwróconej osmozy. Chyba muszę napisać maila do tego ekonomisty, zdaje się, że nie wszystko przemyślał.

Czytnik ebooków zamiast papieru


Książka kosztuje podobno 35 zł, moim zdaniem bardziej 40-60, no ale nie będę się kłócić, amerykańscy naukowcy wiedzą najlepiej. Plan oszczędzania zakłada, że tygodniowo kupimy (i przeczytamy) jedną książkę. U nas pewnie nazbiera się tego więcej, bo poza naszymi dorosłymi tytułami dochodzą jeszcze te czytane z dzieciakami i te,które Zet czyta sam, ale powiedzmy, że rozmawiamy o jednej osobie dorosłej. No więc zamiast kupować papierowe książki mam kupić czytnik i elektroniczne - połowę tańsze wersje ulubionych tytułów. Popatrzyłam na nasz zbiór książek czekających na lepsze czasy, tych kupionych, dostanych, wyszarpniętych z antykwariatów i promocji w hipermarkecie i uśmiechnęłam się. Nawet, jak dojdę do ostatniej pozycji, to jeszcze istnieją biblioteki i to uwaga - DARMOWE!  Nieźle co? Gorzej, że właśnie nie oszczędziłam 2000 zł!

Prysznic zamiast wanny


No i znowu dałam ciała... Już kiedyś nawet o tym wspominałam na blogu. Nie znoszę kąpać się w wannie. To jest dla mnie najgorsza kara na świecie. Nie lubię też basenów, jezior i innych takich. Po prostu nie cierpię, jak woda mnie otacza. Kocham stać pod prysznicem, na basenie włażę pod te dysze, co sprawiają, że skóra faluje i stoję tam, póki chłopaki nie stwierdzą, że mają dość. No i ten amerykański specjalista od finansów mówi, że właśnie przegapiłam swoją szansę na zaoszczędzenie 400 zł <facepalm>. Jak tak dalej pójdzie to nigdy nie będę siedzieć pod tą Etną!

Gotuj obiady w domu


A gdzie mam gotować? Na rondzie?! Znowu lipa... "Jest wiele prostych i zdrowych posiłków, które możesz przygotować we własnej kuchni, wydając przy tym ułamek kwoty, którą zapłacisz za podobne posiłki na mieście" - przekonuje mnie owy finansista. No co Ty nie powiesz, stary, chciałabym mu odpowiedzieć, ale nie usłyszy, na mojego bloga też pewnie nie zajrzy. Wiecie gdzie byśmy dziś byli, gdybyśmy naszą pięcioosobową rodzinę karmili na mieście? Tym razem nie zaoszczędziłam 4000 zł...

No i tak oto udało mi się nie wzbogacić o ponad 10 kawałków rocznie. Zmarnowałam moją szansę na Etnę jak nic. Cóż może w przyszłym roku, a może nie?

EDIT


Zapomniałabym, ta kawa przyjechała z Włoch, to może jednak trochę się liczy ;)
Matki nie całkiem samotne

Matki nie całkiem samotne

Kiedy Zygmunt miał dwa lata w naszym życiu nastąpiła rewolucja. Michał stracił pracę i po miesiącu bezskutecznych poszukiwań nowej postanowiliśmy, że wyjedzie do Anglii. Na przeczekanie, kilka miesięcy, póki czegoś nie znajdzie na miejscu. Mieszkał i pracował tam przez osiem miesięcy, a ja, choć mężatka i w szczęśliwym związku z dnia na dzień zostałam sama.


DGlodowska/pixabay

Nie będę umniejszać kobietom, które na co dzień same borykają się z życiem. Chciałabym tylko zwrócić Waszą uwagę na te, które na pozór wcale same nie są same.

Kiedy za Michałem zamknęły się drzwi, opadłam na podłogę niczym w melodramacie i zapłakałam gorzko. Miałam 27 lat, dwuletnie dziecko, które chodziło do przedszkola, pracę, opiekunkę, która dziecko odbierała z placówki i tyle. Rodzice daleko, teściowie jeszcze dalej, znajomych w okolicy brak, kredyt do spłacenia, mąż 1300 km ode mnie i ta niepewność, najgorsza była niepewność, no bo co, jeśli pewnego dnia zadzwoni i powie, że nie chce wracać?

Szczęśliwie tak się nie stało, sprawy się poukładały, choć na odległość przyszło nam rozwiązywać wiele problemów. Natychmiastowe zabieranie Zeta z przedszkola, organizowanie dla niego opieki, kiedy okazało się, że 80 letnia Pani Alicja nie ogarnia, większość mojej ciąży z Tedem i wiele innych codziennych perturbacji przerobiliśmy na odległość. W międzyczasie Zet nie dostał się do publicznego przedszkola i wtedy coś we mnie pękło.

Poczułam się strasznie oszukana patrząc na listę dzieci przyjętych. Trzylatki sąsiadów znajdowały miejsca w placówkach, bo wychowywały je samotne matki. Problem był taki, że były w tym czasie mniej samotne niż ja. Mieszkały z narzeczonym, miały rodziców pod bokiem, dwa bloki dalej często mieszkała teściowa... A my płaciliśmy gapowe za to, że wzięliśmy ślub, słabo nie? Zapewne moje poczucie frustracji potęgowała burza hormonów ciążowych, ale w tym czasie faktycznie czułam jawną niesprawiedliwość. Kilka lat później z dużą ulgą przyjęłam informację o tym, że ustawodawca w końcu określił, kim jest "samotna matka".

Ale powiem Wam, że staram się interesować tym, co dzieje się dookoła mnie i sporo widzę. Takich par, gdzie męża, ojca nigdy nie ma, bo np. pracuje zagranicą, jeździ tak zwanym TIRem, czy po prostu jest bardzo zajętym dyrektorem jest wiele. One się nie skarżą, bo czują, że nie mają do tego prawa, a ja zastanawiam się czy faktycznie tak jest?

Mam znajomą, której mąż jest właśnie bardzo zajętym dyrektorem, dba o stronę materialną życia, dzieciom niczego nie brakuje, dom jest imponująco piękny, a ona zawsze jest sama. Dzieciaki są małe i często chorują, na pomoc mieszkających kilkaset od nich rodziców liczyć nie mogą, bo nie zawsze da się wziąć urlop. Ta moja znajoma, to bardzo fajna dziewczyna, ma genialne poczucie humoru, mnóstwo niesamowitych anegdot do opowiedzenia, ale bywają dni, że jest najsmutniejszym człowiekiem, jakiego znam.

Bywają dni, że gdyby nie to, że niektóre sklepy spożywcze mają dostawę do dom nie miałaby jak ogarnąć zakupów, jej piękny podmiejski dom, to stosunkowo nowy nabytek i nawet nikomu z sąsiadów do głowy nie przyjdzie, że trzeba by może jej pomóc. A umówmy się i tak jest w komfortowej sytuacji, do nas na wieś nawet pizzy nie dowożą, a co dopiero zakupy z hipermarketu.

Szczęśliwie nasza wieś jest pełna życzliwych ludzi, w razie "urwania dupy" mam cudownych sąsiadów, rodziców kolegów moich dzieci, których mogę poprosić o pomoc. Jeśli zadzwonię, nie odmówią mi odebrania dzieci, czy drobnych zakupów przy okazji własnych. Nawet jeśli Michał pracuje na drugą zmianę, zawsze znajdzie się ktoś, kto odwiezie chłopaków po treningu, czy odbierze z autobusu szkolnego, jeśli np. ja jestem chora.

Takich kobiet, które przez większość czasu (niezależnie od tego czy pracują zawodowo czy nie) próbują ogarnąć rzeczywistość, jest masa. Nawet jeśli "ta nowa sąsiadka z drugiego piętra" ma faceta, ale nie widziałaś jej od kilku dni, zapukaj, może potrzebuje, żeby kupić jej bułki, ma dziecko z gorączką i sama nie może wyjść, a facet w delegacji. Nie namawiam Cię do wścibstwa. Ktoś kto "właśnie się wprowadził" może nie mieć dość odwagi, żeby prosić o pomoc, a skoro Ty i tak idziesz na te zakupy, możesz drobnym gestem zrobić dobry uczynek.
Matka czyta "Zapisane w wodzie" Paula Hawkins

Matka czyta "Zapisane w wodzie" Paula Hawkins

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Pauli Haukins miało miejsce krótko po polskiej premierze "Dziewczyny z pociągu", debiutu literackiego autorki. Książka zbierała doskonałe recenzje, do kraju nad Wisłą przybyła jako bestseler. W mojej ówczesnej redakcji, gdzie nomen-omen pisywałam o literaturze właśnie, wszyscy dosłownie wyrywali sobie ją z rąk. Książka faktycznie czytała się szybko, ale poza przyjemnym stylem literackim, nie wywołała u mnie wielkich emocji.




Jakiś czas później trafiło w moje ręce nowe dzieło Haukins, przejrzałam ją pobieżnie i uznałam, że "Zapisane w wodzie" jest... nudnawe. Książka wylądowała na półce czekając na lepsze czasy. Cały zeszły rok te czasy nie nastąpiły, dałam jej szansę w zeszłym tygodniu. Pierwsze 70 stron zmęczyłam - dosłownie. Odcięłam się od bodźców, usiadłam z drzemiącym Kazikiem na kanapie zostawiając telefon, komputer i pilota do telewizora poza zasięgiem rąk i zaczęłam czytać. Potem było łatwiej.

Fabuła


Jules (nie Julia, tylko Jules) od lat unika kontaktu z siostrą, do której ma wielki żal za wydarzenia z przeszłości. Nel nie daje jednak za wygraną, ciągle dzwoni do siostry i zostawia na automatycznej sekretarce wiadomości. Pewnego dnia w drzwiach londyńskiego mieszkania Jules stają policjanci, którzy przekazują jej wiadomość o śmierci siostry.

Kobieta, choć wcale nie ma na to ochoty wyrusza w podróż do przeszłości. Jedzie do starego młyna, który niegdyś był letnim domkiem jej rodziny i świadkiem wielu dramatycznych wydarzeń. Ostatnio mieszkała w nim Nel ze swoją piętnastoletnią córką Leną. Jules musi zaopiekować się siostrzenicą, której nigdy nie widziała i która wcale nie ma ochoty na nawiązywanie relacji z ciotką.

Powrót do dawnego domu kosztuje Jules wiele, ona w odróżnieniu od siostry nienawidzi Topieliska. Nel fascynowała się tym miejscem i kobietami, które tam zginęły. Wielu mówi, że to zakątek samobójczyń, ale Nel uważała, że to miejsce, w którym pozbywano się kłopotliwych kobiet. Kto ma rację i czy Nel, ceniona fotografka, kochająca matka i pełna pasji kobieta skoczyła, czy została zepchnięta z urwiska? Była w końcu kłopotliwą kobietą. Mieszkańcy miasta jej nie znosili. Grzebała w ich przeszłości, tej, o której zapomnieć chcieli.

Akcja


Pierwszych sto stron było dla mnie drogą przez mękę, byłam przekonana, że znów prześwietliłam pomysł autorki, nic mnie nie zaskakiwało, a wielu bohaterów irytowało. Oczywistym było, że policjant prowadzący śledztwo ma coś za uszami, nastoletnia córka Nel doprowadzała mnie do szału pozostawiając niedopowiedzenia w swoich nudnawych przemyśleniach, które prowadziły mniej więcej donikąd.

Nagle w jednej trzeciej książki zorientowałam się, że wcale nie mam ochoty jej odkładać, ciągle próbowałam zgadnąć, co wydarzyło się tej strasznej nocy nad Topieliskiem, a moje typy co do sprawcy śmierci Nel co chwila się zmieniały. I przyznaję, dopiero na ostatniej stronie poznałam prawdę. Słaby ze mnie tym razem był Sherlock.

Opinia


Nie wrócę już do tej książki. Nie porwała mnie. Przyjemnie zaskoczyła, ale trochę za późno. Styl autorki nadal cenię i z pewnością sięgnę po kolejne jej dzieła, aczkolwiek uważam, że nazywanie jej Kingiem nowego pokolenia jest zdecydowaną przesadą. Paula Hawkins ma wielką łatwość budowania bohaterów ciekawych i zaskakujących, potrafi wejść do ich głów i wpuścić tam czytelnika. Nie udało jej się napędzić mi stracha, czytając o dramatycznych wydarzeniach swobodnie poruszałam się po ciemnym domu, nie zasłaniałam okien i chyba nie do końca pochłonął mnie ten świat. Gdybym miała ocenić książkę dałabym jej 3+ to taka ocena, która pozwala nie mieć poczucia zmarnowanego czasu, ale nie podarowałabym jej w prezencie wymagającemu czytelnikowi.

Tytuł: "Zapisane w wodzie"
Autor: Paula Haukins
Wydawnictwo: Świat Książki
Cena: ok. 22 zł
Ocena: 3,5/6
Chodź do kuchni! Najlepsza tarta z porem na świecie

Chodź do kuchni! Najlepsza tarta z porem na świecie

Moje gotowanie dla stada jest jak sinusoida. Bardzo lubię to robić, ale nie zawsze mam siłę i pomysły na eksperymenty. Zdarza się, że całymi tygodniami serwuję pewniaki, bo rosół i makaron ze szpinakiem robię jedną ręką z zamkniętymi oczami. Ale po tych tygodniach przychodzą inne, pełne fascynujących (dla mnie) i ciut przerażających (dla reszty) eksperymentów. 




Istnieje też faza pośrednia. zwykle zaczyna się od tego, że śni mi się, że jem coś, co kiedyś gotowałam, a potem z niejasnych przyczyn przestałam. Oczywiście mówię o daniach, które wyszły ;) Ostatnio przyśniła mi się tarta. Był czas, że gościła na naszym stole raz w tygodniu, z różnymi farszami. Żywiciel najbardziej lubi tę z porem i na nią podam Was przepis ;)

SKŁADNIKI 

CIASTO:
30 dag mąki
20 dag masła
1 łyżeczka soli

FARSZ:
2 duże pory
30 dag boczku wędzonego parzonego
2 ząbki czosnku
3 jajka
15 dag sera żółtego
20 dag śmietany 18 proc
sól
pieprz
gałka muszkatołowa

WYKONANIE

Do mąki dodajemy sól i pokrojone zimne masło, szybko zagniatamy cisto, formujemy z niego kulkę i wkładamy do lodówki.

Boczek kroimy w paski i wkładamy na suchą patelnię, podsmażamy, osobiście zlewam nadmiar tłuszczu. Pory, a właściwie ich białe części kroimy na ćwierć talarki i dodajemy do boczku, dusimy razem często mieszając. Dodajemy posiekany lub przeciśnięty przez praskę czosnek, sól, pieprz i gałkę muszkatołową do smaku, na koniec dużą szczyptę majeranku. Zestawiamy z ognia i mamy 15 minut na kawę, bo to musi dobrze ostygnąć.



Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni Celsjusza (bez termoobiegu). Formę wyklejamy ciastem łącznie z brzegami. Ciasto nakłuwamy widelcem wykładamy papierem do pieczenia i obciążamy np. fasolą. Wkładamy do piekarnika na 15 minut.



Do miski ścieramy ser, wbijamy jajka, przekładamy śmietanę i pory z boczkiem, dokładnie mieszamy. Ostrożnie wyjmujemy podpieczony spód od tarty z piekarnika i zdejmujemy z niego papier z obciążeniem. Wykładamy farsz z miski i wkładamy od razu do gorącego piekarnika. Pieczeny jeszcze 25 -30 min do zrumienienia brzegów. Wyjmujemy z piekarnika i odczekujemy 10 minut przed krojeniem.



Nakładamy porcje na talerze i przyjmujemy dumnie pochwały współbiesiadników ;) U nas tarta najczęściej występuje jako drugie danie, ale równie dobrze sprawdzi się na uroczystej kolacji w towarzystwie białego wytrawnego wina, chociaż wtedy "zwykły" żółty ser warto zastąpić kozim a przynajmniej rokpolem czy bursztynem, które są znacznie ostrzejsze w smaku niż np. gouda.


OKIEM ŻYWICIELA:  Idole

OKIEM ŻYWICIELA: Idole

Znacie ten stary dowcip? Rosja, Komuna. Pani w szkole pyta dzieci kim są ich idole. Dzieci po kolei odpowiadają: Rumcjas, Gagarin, jakiś znany sportowiec, w końcu przychodzi kolej Jasia. Jasiu wstaje i pełen dumy odpowiada: - Moim idolem jest towarzysz Stalin! - Bardzo dobrze Jasiu, piątka - odpowiada nauczycielka. Jasio siada, wyciąga książkę Karola Maya i mówi: Sorry Winetou, biznes jest biznes.


pixabay/freephotos


Ja jako dziecko jakoś nie mogłem wybrać sobie idola, niby chciałem być jak Robinson Crusoe ale od początku czytania o jego przygodach miałem wrażenie, że przynajmniej kilka rzeczy zrobiłbym inaczej. Bardzo lubiłem słuchać Michaela Jacksona albo Queen ale ani nie znałem tych ludzi, ani nie wiedziałem jacy są w prawdziwym życiu. Często zdarzało mi się fantazjować z kolegami, jakie superbohaterskie moce warto by było mieć, ale zawsze wychodził z tego taki koktajl, że nie sposób było przypisać go jednemu bohaterowi. Do sportowców też mnie jakoś nie ciągnęło, chyba z tych samych powodów, co do muzyków. Zawsze chodziło mi po głowie coś w rodzaju: super kopie piłkę/biega/skacze, ale co jeśli umie tylko to i nic poza tym? Tak samo nigdy nie rozumiałem uwielbienia dla klubów piłkarskich, czy konkretnej marki samochodowej, albo jednego rodzaju muzyki.

Po trzydziestu sześciu latach mieszkania na Ziemi dalej twierdzę ,że nigdy nie miałem idola i chyba nigdy nie będę miał. Oczywiście, jest mnóstwo osób, do których czuję szacunek, lub które czymś mi zaimponowały ale zestaw jest dość oryginalny. Spróbuję tak na szybko stworzyć takie powiedzmy TOP 5 osób na świecie dla mnie:

1. Św. Franciszek z Asyżu - w tamtych czasach głosić pochwałę ubóstwa wbrew kościołowi? To trzeba mieć jaja ze stali. Oczywiście, jego stosunek do kobiet już pozostawia trochę do życzenia ale ma u mnie swój kącik - może przez te obrazki ze zwierzętami w książkach dla dzieci?

2. Robinson Cruzoe - za to, że wrócił na wyspę. Jakbym miał 9 żyć, jak kot to jedno z nich chciałbym przeżyć tak, jak On.

3.Marek Kotański - na niego pierwszego zwracałem uwagę jako dziecko kiedy w telewizji pokazywali "gadające głowy". Zawsze w swetrze, bluzie kiedy inni byli w garniturach i zawsze mówiący brutalnie szczerze.

4. Maksymilian Kolbe - taki Franciszek z Asyżu tylko w czasach prawie współczesnych. Oczy się same pocą jak człowiek poczyta na jego temat.

5. Albert Einstein - za to, że pozwalał swojemu kierowcy prowadzić za siebie wykłady - tak po prostu dla jaj. Mimo tytułów, nagród pozostał wesoły, stąpającym po ziemi człowiekiem.

Jak się zastanowić to ta lista, to nie lista osób ale cech, jakie cenię w ludziach. Mądrość, odwagę, dobroć i nie mniej ważne poczucie humoru. Banał, ale mój banał i przynajmniej nie muszę przepraszać Winetou, a teraz zagadka, kto był producentem butaperki w kolorze foliowym? Dla podpowiedzi dodam,że gość też ma miejsce na mojej liście.
Sposób na TE dni

Sposób na TE dni

Ponieważ ten temat wraca, jak rzeka, dosłownie i w przenośni, postanowiłam się trochę nad nim pochylić. Każda kobieta wie, jak bardzo uciążliwe potrafią być miesiączki. Nie będę tu pisała o możliwych przyczynach takiego stanu. Zakładam, że każda z Was wie, że jeśli boli to idziemy do lekarza. Czasem lekarz odnajduje jakąś bezpośrednią przyczynę, nazwijmy ją patologią i zaleca leczenia. Czasem jednak jest tak, że boli, bo to taki moment w miesiącu i już. Ale czy można sobie pomóc nie sięgając po leki?

pixabay/iirliinnaa


Nie będę Wam mydlić oczu, że doznałam jakiegoś olśnienia z kosmosu. Po roku od porodu, ten temat znów zaczął być dla mnie aktualny. Ponieważ nadal karmię staram się nie łykać garściami leków, tylko radzić sobie inaczej.

Po pierwsze dieta


W czasie miesiączki warto przyjrzeć się temu co ląduje na naszym talerzu. Organizm potrzebuje uzupełnienia niektórych pierwiastków, ale i są potrawy, które pomogą się zrelaksować czy zmniejszyć ból. Zacznijmy od naturalnych uspokajaczy, bo wierzcie mi, to może uratować przyjaźnie, miłość i relacje z panią w mięsnym.

Na obiad przygotujcie sobie tłustą rybę morską, bogactwo kwasów omega-3 i witamina D3 to pewniaki, jeśli chodzi o poprawianie nastroju. Na popitkę warto sięgnąć po napar z rumianku lub melisy, rozluźniają i wyciszają.

Jeśli czujesz, że brak Ci mocy sięgnij po bakalie i orzechy, są bogate w mikroelementy i szybko postawią Cię na nogi. Podobnie zresztą jak produkty pełnoziarniste, które są dodatkowo źródłem błonnika, dzięki czemu zapobiegają zaparciom, co też potrafi popsuć humor. Dobrze zrobi Ci też jogurt naturalny, który pomoże uzupełnić niedobory wapnia, a także zadba o prawidłową florę bakteryjną, dzięki czemu pomoże zabezpieczyć się przed infekcjami.

Unikaj tego, co może powodować zaparcia i wzdęcia. Kebab niech raczej poczeka na lepsze dni, to co robi z żołądkiem może wzmagać ból.

Po drugie ruch


Ja wiem, masz ochotę ograniczyć swój ruch do poprawiania miękkiego kocyka w czasie leżenia na kanapie, ewentualnie klików na pilocie od telewizora. Ale to nie jest dobry pomysł. Sportsmanki w czasie menstruacji osiągają najlepsze wyniki, Tobie nikt nie każe biegać półmaratonów, ale idź na spacer, dotleń się.

Mam taką koleżankę, która zwykła mawiać, że na wszystko odpowiedzią jest joga. Proszę bardzo, jak ktoś ma potrzebę ruchu w czterech ścianach, też się da!




Ćwiczenia pobudzają produkcję endorfiny, czyli hormonu szczęścia, a kto nie chciałby być szczęśliwy?

Uwaga!


Wyrzuć termofor, w czasie bolesnej miesiączki nie rozluźniamy się gorącymi okładami, ani kąpielą w temperaturze lawy. Mogą wywołać krwotok.
Bardzo chory naród

Bardzo chory naród

Kilka tygodni temu podłączyliśmy telewizor, bez szału, mamy tylko naziemną, TVN nie działa i najczęściej zapominamy go włączyć. A jak już włączę, to siedzę z rozdziawioną paszczą, a Żywiciel się za mnie nabija.


pixabay/papafox

Przez ostatnie półtora roku zmieniło się sporo w telewizji, zwłaszcza jeśli chodzi o reklamy. Te jak wiadomo mają krótki żywot, więc wszystkie są dla mnie nowe. Moje spostrzeżenia po odwyku są takie.

1. Aktorstwo najwyższych lotów


Moja ulubiona Pani, to "kobieta gif" z reklamy syropu na wirusy. Jak jej te ręce opadają! Cudowna jest. Lubię też tą dziewczynkę co kaszle w trzech różnych reklamach, tak ładnie się dusi, że nie ma konkurencji w mieście, ale na miejscu jej prawdziwych rodziców poszłabym z dzieciakiem do lekarza, bo nie wygląda, jakby udawała. Co innego pani ginekolog, która tak wymawia "ą" i "ę", że powinna wykładać logopedii. Są też reklamy kosmetyków z gwiazdami. Co prawda, większość z nich kojarzę z jednej roli sprzed lat, a potem w najlepszym razie ze skandali obyczajowych, ale jak mawiała moja dawna redakcyjna koleżanka "Warto o niej napisać, coś w końcu osiągnęła, grała w reklamie szamponu".

2. Prawie zabawnie


Niektóre reklamy z założenia mają być zabawne, tak przynajmniej sądzę. Ale wiele z nich od dawna już nie jest, kiedyś Play miał fajny pomysł na reklamy z gwiazdami. Dziś już nie bawią, ale to i tak pół biedy, konkurencyjna sieć mówiła przed Świętami o łączeniu ludzi i stworzyła reklamę, która powinna dostać nagrodę dla najgorszej w swojej kategorii. Pokazywanie ośmiolatka, który podstępem podmienia numery w komórkach rodziców, których poza nim nic już nie łączy, dzięki czemu spotykają się przy świątecznym stole, jest co najmniej słabe. Kochani twórcy, czy Wy kiedyś mieliście osiem lat? Wiecie ile dzieci zawiedliście? To jest dramat, granie na emocjach najmłodszych. Wstydźcie się. Wstydzić nie muszą się natomiast twórcy reklam Żabki. "Cukier chrzęści" to było mistrzostwo!




3. Nazwy z piekła rodem


Z racji posiadania małych dzieci zdarza nam się w pilnej potrzebie oglądać wnętrzności apteczek znajomych. Niedawno w poszukiwaniu plastra wybebeszona została przed moimi oczami apteczka z takimi gadżetami jak Ketonal Activ, Żywiciel zareagował gromkim śmiechem "a Pawulon Sport też macie?", a to tylko jeden z kwiatków. Z tymi apteczkami mam jeszcze jeden problem, bo w wielu z nich jest mnóstwo środków przeciwbólowych przeniesionych wprost z ekranu, suplementów, uspokajaczy i środków odchudzających, a one często leżą obok leków na receptę, przyjmowanych na stałe. Czy jedno z drugim można łączyć? Nikt tego nie sprawdza, nikt. A tak można się nieźle urządzić.

4. Wnioski o narodzie


Oglądając bloki reklamowe można dojść do następujących przemyśleń. Jesteśmy bardzo chorzy, bo atakują nas wirusy, dużych i małych, bez wyjątku. Wszystkie powodują kaszel, niemożliwym jednak jest ustalenie suchy czy mokry, ale spoko, nie musimy wiedzieć. Wiedzieć za to powinniśmy, co nas wzdyma, bo zanim to pożremy wystarczy łyknąć odpowiednie coś na wątrobę, fajnie, jak to coś nas przy okazji odchudzi, bo jesteśmy otyli, ale są różne wióry, które można przyjąć zamiast jedzenia i jakoś pójdzie. Rwiesz włosy z głowy? Nie przejmuj się niezależnie od tego czy są siwe, czy ciemne, odrosną czarne jak smoła po tym szamponie, co sprawia, że ten pan z reklamy zaczesuje się do przodu. Tylko ja się pytam, gdzie są stare dobre reklamy cukierków, proszków do prania i kukurydzy w puszce?! Tego już się nie używa?
Film o mocno nietrafionym tytule

Film o mocno nietrafionym tytule

Tak, tak wiem, ten film jest w kinach od miesiąca, ale my w końcu dotarliśmy na seans w ostatnią sobotę, więc napiszę kilka słów, bo być może jeszcze się wybieracie i zastanawiacie, czy warto. Mam nadzieję, że pomogę Wam podjąć decyzję.




Pierwsza część tego filmu przypadła szczególnie do gustu Teodorowi i to głównie przez wzgląd na niego wybraliśmy się na sequel. Zarówno plakat, jak i tytuł sugerują, że przygoda Miśka z Północy rozegra się  w Nowym Jorku, nic bardziej mylnego! Owszem nowy król Arktyki jedzie do Stanów w towarzystwie syna Juniora, by odebrać klucz do Wielkiego Jabłka, tam przeżywa fascynującą (no dobra wcale nie aż taki bardzo) przygodę o podłożu kryminalnym. Ale po 40 minutach od rozpoczęcia seansu Miśki wracają na Arktykę.


Popatrzyliśmy na siebie z Żywicielem, oboje pomyśleliśmy to samo - wtopa po całości, bilety, popcorn, nachosy, wyjście na bogato z kompletem dzieci, Kazik siedzi spokojnie, starszaki się wkręciły, a tu koniec. Zdecydowanie za szybko. Ale, ale jest i ciąg dalszy. Bo idąc na "Miśków Dwóch w Nowym Jorku" tak naprawdę idziesz na dwie bajki, tylko krótsze. Druga część historii rozgrywa się w królestwie Miśka, bo po powrocie ze Stanów odkrywa, że ktoś kradnie mu lód. I to całymi wielkimi taflami, pod nieobecność króla zastępował go brat, który pozwolił wywieźć lód z Arktyki, żeby premier tajemniczego Oszukistanu mógł przerobić go na wodę butelkowaną.

Trzeba z tego jakoś wybrnąć i ratować Dom. Tak rodzi się pomysł trójmeczu w hokeja. Nie będę wchodzić w szczegóły, żeby nie psuć Wam zabawy. Film nie jest zdecydowanie produkcją oscarową, nie generuje też salw śmiechu, raczej delikatnie unosi kąciki ust widzów, ale i tak będę się upierać, że jest wart wizyty w kinie. Jest to pozycja idealna dla małych, bardzo wrażliwych widzów. Zdarza nam się czasem wychodzić z kina, albo uspokajać nasze płaczące dzieci, bo w większości bajek następuje moment krytyczny, kiedy to główny bohater cierpi niczym młody Werter, tu tego nie ma. Film jest może i nudnawy dla rodzica, ale stabilny. Nasze dzieci aż podskakiwały w fotelach, a my poszliśmy raczej jako osoby towarzyszące, więc w sumie spoko. Lemingi, jak i w pierwszej części, tak i tu robią robotę.


Junior zupełnie znika w drugiej, znacznie dłuższej części filmu, podobnie jak Nowy Jork, więc polski tytuł umówmy się mógłby być szczęśliwiej dobrany, a tak, jest zwyczajnie mylący. Ale cóż, po "Szklanej pułapce" powinniśmy być przyzwyczajeni ;)
Film ma ładne, choć wyłożone łopatologicznie przesłanie. Warto grać dla drużyny, przedkładać dobro ogółu ponad własne, jeśli sprawa tego wymaga. W czasach, kiedy wielu ludzi żyje w przekonaniu, że są pępkami świata, warto sobie przypomnieć, że czasem trzeba schować ambicje do kieszeni.


Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger