Podstawy codziennej pielęgnacji, czego używam

Podstawy codziennej pielęgnacji, czego używam

Co roku przed urodzinami nachodzi mnie taka refleksja, że młodsza już nie będę. Niby wiadomo, czas płynie, każdy z nas powinien to wiedzieć i być gotowy na kolejne zmarszczki, siwe włosy, itd. Ale jednak, jakoś coraz trudniej mi się z tym pogodzić, chciałabym zatrzymać czas. A przynajmniej procesy starzenia.




Z tym wiekiem to jest jeszcze jeden problem, bo jakoś nie przeszkadza mi, że dzieci rosną. Chłonę każdą chwilę z ich dzieciństwa, bo wiem, że nie wróci, ale optymalnie byłoby, jakby oni rośli, a ja nadal miałabym 25 lat. Ale niestety nie da się. Staram się więc, żeby aż tak bardzo nie było widać tej mojej metryki. Opowiem Wam dziś o mojej codziennej pielęgnacji.

Podstawy


Kiedy byłam w ciąży z Zygmuntem przez chwilę pracowałam w gazecie typowo urodowej. W tamtym czasie dowiedziałam się o pielęgnacji i makijażu chyba więcej niż na wszystkich kursach kosmetycznych, jakie skończyłam. Tam nawet grafik miał większą kosmetyczkę niż ja. Naczelna, kobieta niezwykle elegancka o nieokreślonym wieku dbała o to, żeby pracownicy używali dobrych kosmetyków i co najważniejsze robili to regularnie. Ta praca wyglądała trochę książkę i film "Diabeł ubiera się u Prady". Tyle, że nie tylko zakładało się szpilki, kiedy szefowa zbliżała się do redakcji, ale jeszcze wszyscy zaczynali się czymś smarować. Był to bardzo zabawny i przyjemny epizod w moim życiu.

Oczyszczanie


Dziś zostały mi już tylko wspomnienia z pracy w tym niesamowitym miejscu i kilka dobrych nawyków. Rano i wieczorem swoje kroki kieruję do łazienki, tam zaczynam swój rytuał. Nieważne, czy właśnie wstałam, czy dopiero się kładę. Nalewam mleczko do demakijażu na dłoń i opuszkami palców dokładnie masuję nim twarz. Zawsze kolistymi ruchami ku górze. Górną powiekę od nosa do zewnątrz, dolną od zewnątrz w kierunku nosa, tak układają się mięśnie, tak najmniej rozciąga się skóra i wreszcie, tak mam pewność, że nie wcisnę kosmetyku do oka. Ścieram mleczko przy pomocy zmoczonej ściereczki muślinowej lub wielorazowego wacika.Jedno i drugie regularnie piorę i wyparzam. Potem myję twarz delikatną pianką albo żelem micelarnym, w tej chwili używam tego drugiego, ale nie jestem raczej szczególnie wierna kosmetykom, rzadko zdarza mi się kupić po raz kolejny ten samo produkt, a przynajmniej "z rzędu". Podobno skóra się przyzwyczaja i przestaje reagować. Na koniec oczyszczania przemywam skórę płynem micelarnym, żeby mieć pewność, że pozbyłam się wszystkich zanieczyszczeń.



Mój poranny rytuał wygląda dokładnie tak samo, mimo że śpię przecież bez makijażu (latem nie maluję się na co dzień), ale przecież moja skóra w nocy pracuje, produkuje sebum, nakładam też wieczorem krem, zwykle bogatszy niż na dzień, moja twarz dotyka poduszki, w domu, choćby było turbo czysto lata kurz. To wszystko trzeba starannie zmyć.

Nawilżanie


Wbrew pozorom większość rodzajów skóry potrzebuje właśnie nawilżania. Na dzień używam lekkiego kremu, który szybko się wchłania i nie powoduje błyszczenia. Ostatnio jestem wielką fanką kremu... Cien z Lidla.Trafiłam na niego przypadkiem, stałam przy kasie i miałam strasznie suche ręce, a on stał na standzie. Kosztował jakoś koło 4 zł i był do skóry wrażliwej, wrzuciłam go do koszyka z zamiarem zużycia go do rąk, ale potem jakoś wylądował na mojej twarzy i szczerze mówiąc bardzo pozytywnie zaskoczył. Na noc nakładam w tej chwili jakiś śluz ślimaka.Obawiam się, że mogę być ignorantką w tej kwestii, bo nie mam pojęcia, ile ten kosmetyk kosztuje. Dostałam go od przyjaciółki w prezencie, orzekła, że jak zacznę go używać, to nie będę chciała już żadnego innego i faktycznie muszę przyznać, że zachwyca. Na mojej twarzy często pojawiają się mikro strupki, bo taka jestem wrażliwa. Krem ze śluzem ślimaka rozprawia się z nimi w jedną noc. Wrzucę Wam zdjęcie, to możecie sobie poszukać, czy w Polsce można to kupić, mój słoiczek przyjechał z Holandii.



Pozbywanie


Moja skóra jest wrażliwa, sucha, ma skłonność do uwidaczniania naczynek, które są płytko osadzone i bardziej inwazyjne zabiegi oczyszczające nie wchodzą w grę. Mam taki peeling, któremu jestem wierna od lat, to chyba jedyny kosmetyk, który jak mi się skończy to faktycznie kupuję ponownie. Chociaż jest tak wydajny, że nie dzieje się to zbyt często. Ziaja Pro peeling enzymatyczny. Nakładam go przynajmniej raz w tygodniu, a czasem i dwa. Generalnie, żeby wszelkie mazidła działały jak trzeba, musimy pozbywać się zrogowaciałego naskórka i ten preparat to załatwia. Od czasu do czasu zetrę się też mechanicznie, ale tylko naturalnymi preparatami z delikatnymi drobinkami. W tej chwili moją tareczką jest arbuzowy peeling od Nacomi. Pachnie tak, że chce się go zjeść.






Maseczki


Tu mogłabym napisać elaborat i przegląd wszystkiego, co dostępne jest wdrogeriach w małych opakowaniach. Ale wspomnę tylko o trzech preparatach, które ostatnio królują. Pierwsza rzecz to maseczki z zieloną glinką od Dermaglin, serio spróbujcie, jeśli tego nie robiliście, są też w wersji dla facetów, skóra po nich jest obłędnie gładka, jakby wszystkie toksyny wyssało aż od pięt, a kosztuje to grosze. Druga rzecz jest niestety znacznie droższa, ale mam to opakowanie już długo to MM System maseczka z witaminą C. Moje naczynka ją kochają, buzia jest natychmiast 5 lat młodsza. Moje nowe odkrycie, którego nie ma na zdjęciach, bo akurat zużyłam ostatnią to maseczka ze śluzem ślimaka z L'biotica. Do tego oczywiście dochodzą jeszcze maseczki prosto z kuchni.



Niekoniecznie drogo


Jak popatrzycie na zdjęcia to zobaczycie, że moje kosmetyki wcale nie kosztują milionów, a stan mojej skóry jest zadowalający, jak to możliwe?Systematyczność! To jest klucz, bo nawet najdroższy i najbardziej wypasiony preparat nie uczyni Cię młodszą, gładszą i piękniejszą jeśli będzie się kurzył na półce. Żaden kosmetyk nie zdziała też cudów, jeśli nie będziesz się zdrowo odżywiać i nawadniać organizmu. To wszystko razem działa jednak cuda, więc warto się wysilić.



7 powodów, dla których weekend z przyjaciółką jest lepszy niż... wszystko

7 powodów, dla których weekend z przyjaciółką jest lepszy niż... wszystko

Jako matka wielodzietna mogę śmiało głosić takie teorie, oczywiście trochę żartem, a trochę serio. Nie będę Wam tu opowiadać, jaka to ja jestem uciemiężona na co dzień, bo nie jestem, ale umówmy się, że mając troje dzieci, z czego jedno półtoraroczne, do najbardziej wypoczętych na tej planecie też nie należę. Dlatego, kiedy zadzwoniła do mnie Aneta z podobnymi przemyśleniami poczułam okazję, która może się nie powtórzyć. - Wyjedźmy razem! - rzuciłam i maszyna ruszyła.



Nieomal natychmiast nadarzyła się okazja, której się nie spodziewałam voucher z Prezentu Marzeń na wyjazd do SPA dla dwojga, zamieniłyśmy na wyjazd z przyjaciółką. Bo czasem tak jest lepiej, bo czasem warto zatęsknić, żeby spojrzeć na swoje codzienne życie z innej perspektywy. A poza tym, od dawna wychodzę z założenia, że najfajniejsze co można dać komuś w prezencie to przeżycia. A to przecież idea Prezentu Marzeń. Resztę mogę kupić sobie sama.

1. Pitu-pitu o niczym


Mąż jak cudowny by nie był, nie umie gadać o "dupie Maryni", a koleżanka tak! Ona (a nie niepijący kawy mąż) zareaguje z uśmiechem na propozycję postoju na kawę. To ona będąc gościem w Twoim samochodzie nie będzie zbliżać swoich rąk do odtwarzacza muzyki. Tak to można jechać i dwa dni. Ale jechałyśmy krócej, bo zdecydowałyśmy się na wypoczynek w Ciechocinku w TeoDorka SPA&Med. To zaledwie 2,5 godziny od Warszawy.

2. Kosmetyki i buty wszędzie


Nikt Ci nie pitoli nad głową, że zajęłaś całą półkę w łazience. Co prawda łazienka w hotelu była na tyle duża, że zmieściłyśmy się obydwie, ale przynajmniej miałam poczucie, że ekspansja terytorialna była równa. Podobnie z podziałem miejsca w szafie. Dałyśmy radę i nasza relacja na tym nie ucierpiała.

3. Wspólne sprawy


Koleżanka nie będzie marudzić, że już zrobiła Ci 30 zdjęć przy tężni, a Ty chcesz jeszcze jedno, bo Twoja skóra na szyi ułożyła się źle. Ona też robi w Instagramy, więc znała mój ból. Dodatkowa godzinka w jakuzzi? Nie ma problemu, w końcu hotel zapewnił taką rozpustę, więc możemy i tam gadać o głupotach.




4. Możesz liczyć na podziw


Jeśli w czasie posiłku Twoja porcja będzie choć odrobinę większa niż jej możesz spodziewać się, że usłyszysz, jakie to fajne, że tyle jesz i nie jesteś słoniem. Facet przy posiłku co najwyżej ochrzani Cię, że wyjadasz mu frytki.

5. Nie pogania Cię


Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto powie kobiecie w szpilkach, żeby szła szybciej. Poleciały kamienie od facetów. Koleżanka, która też ma buty na obcasie będzie spokojnie dreptać przy Twoim boku.



6. Uratuje Twój wizerunek


Zapomniałaś eyelinera? Nie martw się, pożyczy, prostownica też się znajdzie w jej walizce. Kobieta kobiecie nie musi być wilkiem, może być wsparciem.

7. Zrozumie Cię w bólu


Słyszałaś, żeby facet się przejął, bo nie umie czegoś wyłączyć? Nie umiałam wyłączyć klimatyzacji w pokoju, ona się nie śmiałą, też nie umiała. Kibicowała mi w magicznym tańcu przy panelu sterowania, który nie miał guziczka "wyłącz".

O voucherze


Pakiet, który wybrałyśmy na Prezent Marzeń obejmował dwa noclegi, dwa śniadania, dwie obiadokolacje, dwie godziny w strefie wellness, masaż, zabieg na twarz i nielimitowany czas na siłowni. Szkoda, że żadna z nas nie wzięła stroju do ćwiczeń. Gapy z nas i tyle.



Miejsce


Hotel TeoDorka jest położony w pięknych okolicznościach przyrody na pięknej 7 hektarowej działce, która dochodzi do wału wiślanego. Mimo to do centrum Ciechocinka można spokojnie dojść pieszo w kilkanaście minut i taką formę polecam, bo w centrum ciężko zaparkować. Pokoje w hotelu są przestronne, jasne i dobrze zaplanowane. Swobodnie można się w nich mijać nie trącając się łokciem. W naszym pokoju były dwa łóżka, duża szafa, biurko z fotelem, stolik kawowy z dwoma fotelami, woda mineralna, szklanki, w łazience znalazłyśmy mygło i żel pod prysznic, oczywiście nie zabrakło też ręczników i telewizora. Do tego balkon z pięknym widokiem. Trzeba być jednak gotowym na to, że o takie rzeczy, jak żelazko czy zestaw do czyszczenia butów trzeba poprosić w recepcji. Nie znajdziecie też w pokoju lodówki i telefonu stacjonarnego. Nie jest to duży problem, ale jakoś mnie zaskoczyło. Jeśli chodzi o szlafroki w SPA trzeba być gotowym na dodatkowy koszt, lub wziąć własny. (Ludzie przestańcie kraść w hotelach, to straszna obora).





Ludzie


Recepcjoniści, chętnie udzielają pomocy wszystkim, nawet bardzo wymagającym gościom. Kelnerzy i pokojowe również są pomocni i wyrozumiali, a co najważniejsze bardzo sympatyczni. Masażystki Pani Katia i Pani Marta, świetnie znają się na swoim fachu i po dwóch dniach z nimi moje plecy przestały być sztywne i Kazik już mnie nie przedrzeźnia, kiedy rano sprzątam zabawki ;) Sercem tego obiektu jest właścicielka - Pani Basia. I to serce faktycznie w hotelu czuć, bo ta kobieta niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zjawia się natychmiast, kiedy jest potrzebna. Do tego to osoba ciepła i gościnna. Napiszę Wam o niej więcej już niedługo, bo Pani Basia to wulkan, kobieta pełna pasji, pomysłów. Dziś wspomnę tylko, że w dniach 25-29 lipca, będzie bardzo zajęta, ponieważ jej Fundacja Pro Omnibus organizuje XXIII Międzynarodowy Festiwal Piosenki Młodzieży Niepełnosprawnej.

Wrażenia


Po pierwsze jestem pewna, że powtórzymy z Anetą ten wyjazd. Żartowałyśmy, że będziemy jeździć w rocznicę tego weekendu, ale nie sądzę, że wytrzymamy aż tak długo. Prezent Marzeń faktycznie spełnił nasze oczekiwania, dostałyśmy przeżycia, piękne wspomnienia i dużą dozę relaksu. Wielką i pozytywną niespodzianką byłą tu osoba właścicielki TeoDorki, która bezsprzecznie mnie oczarowała. Nie tylko swoją głową pełną pomysłów i gościnnością, ale przede wszystkim swoim zaangażowaniem. Tym, że znała historią każdego pracownika, że opowiadała nam do późna o Festiwalu, o swoich znajomych i historię swojego pojawienia się w Ciechocinku. To jest chyba moje największe przeżycie tego weekendu.





7 pomysłów na wakacyjną rozrywkę bez wydatków

7 pomysłów na wakacyjną rozrywkę bez wydatków

Nasz wakacyjny wyjazd ciągle jeszcze jest pieśnią przyszłości. A żyć jakoś trzeba i robić coś trzeba. Żeby nie zwariować wymyślamy sobie różne aktywności, a że lato to dla nas czas wzmożonych wydatków, to nie ukrywam, że więcej tu nakładów czasu i kreatywności, niż finansów.


pixabay

Wszyscy mówimy, że pracujemy więcej, żeby zapewnić dzieciom to, co najlepsze. Pamiętam, jak moi rodzice tak mówili i ciągle byli w pracy. Kocham ich najmocniej na świecie i wiem, że wierzyli w to, że tak trzeba, ale prawda jest taka, że czasem zamiast prezentów człowiek wolałby pobyczyć się z mamą i tatą na trawniku.

1. Leżymy


Pamiętasz jeszcze ile przyjemności daje leżenie i nic nie robienie? Wiem, wiem, trzeba posprzątać, ugotować, wyprasować, też muszę. Ale jak czasem zjemy wczorajszy obiad, nic się niestanie. Zwykle staram się gotować na zapas, a czego nie zjemy w dwa dni, mrożę, za tydzień zjedzą z przyjemnością. Zamiast stać przy garach kładę koc na trawniku, albo wchodzimy na trampolinie, leżymy, gapimy się w chmury. Wymyślamy do czego są podobne, czasem jest to pies babci, czasem smok, a innym razem zamek Gandalfa. Ogranicza nas tylko wyobraźnia. Nie masz trawnika? Nie szkodzi, na pewno masz w okolicy park, łąkę albo plac zabaw. Jak mieszkaliśmy w bloku, praktykowaliśmy to na przestrzeni publicznej i zawsze dołączały do nas obce dzieci.

2. MasterChef level pizza


To jest hit hitów, jak już w zamrażarce jest pustka zarządzam na obiad pizzę, albo jak wczoraj gofry na kolację i wtedy mam trzech radosnych pomocników. Ted kroi, Zet miesza, Kazik próbuje. Wszystko idzie taśmowo. Wiadomo sprzątania jest więcej niż jakbym zrobiła to sama. Ale czy tak nie smakuje lepiej, czy nie fajnie pobawić się we wspólne gotowanie, wymyślanie nowych nazw dla przypraw i składników? No bo kto inny na świecie jadł makaron ze skrzydełkami nietoperza i kwiatem paproci?

3. Lecę na księżyc, kto ze mną?


U nas na księżyc lata się odkurzaczem, tylko trzeba nałapać gwiezdnego pyłu do zbiornika, po posiłkach najwięcej jest go pod stołem w kuchni, a po zabawie w piachu... wszędzie. Paliwa starczy dla wszystkich. Także trzy, dwa jeden odpalamy! Wycieranie blatów może być przecież zbieraniem śladów duchów, albo wróżek. Tylko Was fantazja może Wam powiedzieć stop. Zet -nasz największy domowy bałaganiarz stwierdził ostatnio, że on w zasadzie pokochał sprzątanie.

4. 500 punktów za muchę


Nie wiem, jak u Was, ale u nas latem drzwi wejściowe ciągle zapominają się zamknąć, albo tak jak dziś, ja siedzę i piszę ten tekst, a dzieci bawią się na zewnątrz, drzwi muszą być otwarte, żebym miała ogląd sytuacji. Much nam przez to włazi do domu tyle, że aż trudno uwierzyć. Michał wymyślił ostatnio grę dla Zeta. Packa na muchy i łowy. Za każdą upolowaną sztukę 500 punktów,za upolowaną i sprzątniętą 700. Zajęcia na godzinę, zabawy po pachy, do wygrania lody.

5. Rzuć to!


Do zabawy przyda się kilka wiaderek, albo misek, do tego małe piłki, albo, jak wczoraj zorganizował to Zet drewniane klocki. Ustawił wiaderka, przyczepił do nich kartki z ilością punktów i każdy rzuca po kolei. Zabawa tym bardziej zajmująca, że trzeba gonić Kazika,który ucieka z wiaderkami :D

6. Nocowanki


Dzieci uwielbiają zwykle odwiedzać kolegów, gorzej z wychodzeniem od nich. A jakby tak czasem nie musiały? Przecież to nic nie kosztuje. Wystarczy kołdra czy materac na podłodze, miska popcornu, bajka obejrzana wieczorem. Wspólne czytanie, albo snucie opowieści, a jeśli pogoda pozwoli, może nocowanie w namiocie i kiełbaski z ogniska na kolację.

7. Obiad w plenerze


Na tym kocyku co oglądaliście chmury można też przecież zjeść obiad i tu nie chodzi o superwypasiony piknik z designerskim koszykiem w tle. Przecież makaron z owocami czy pizzę też da się tak zjeść, a może zaskoczysz dzieci już od rana i podasz śniadanie na trawie?

Dzieciakom wcale nie potrzeba dużo, żeby dobrze się bawiły. Odrobina uwagi, odłożenie telefonu, czasem pomysł od dorosłego, który w dziecięcej głowie rozrośnie się tak, że przemieni się w prawdziwą przygodę.Przecież dzieckiem jest się tylko raz.
Okiem Żywiciela: Przedświąteczny poradnik prezentowy

Okiem Żywiciela: Przedświąteczny poradnik prezentowy

Ja zdrowy na ciele i umyśle przedstawiam Wam mój przedświąteczny (i nie tylko) poradnik prezentowy. Zastanówcie się, jesteście na urlopie, zaczynacie się nudzić, albo jest zbyt gorąco, żeby robić coś wymagającego ruszania się i klikacie bez sensu na telefonie. To jest ten moment, kiedy warto zacząć działać.


pixabay

Czasem wybór rewelacyjnego prezentu dla kogoś, może być sporym wyzwaniem dlatego, jeśli klient jest trudny, to należy dać sobie czas i rozpocząć rozpoznanie oraz delikatną inwigilację, ale nie zawsze jest tak trudno.

Często ludzie mówią o tym, czego by chcieli i wystarczy ich słuchać. Matka Żywicielka wiele lat temu nieraz opowiadała o tym, że chciałaby się nauczyć grać na gitarze, wiecie to marzenie o śpiewaniu przy ognisku przy akompaniamencie gitary. Co prawda gitara, którą jej wtedy kupiłem dalej jest praktycznie nieużywana, ale i ja i Ona twierdzimy, że to był dobry prezent.

Jeśli jest odpowiednio wcześnie, można dość bezpiecznie rozpocząć rozmowę o tym, co dana osoba chciałaby dostać, jeśli teraz popytamy to w grudniu prawie nikt nie będzie tego pamiętał, a my możemy to zapisać, ustawić w telefonie notatkę z przypomnieniem na połowę listopada i sprawa z głowy. Potem tylko zamówienie czegoś z wyprzedzeniem, żeby nas kolejki u kurierów nie zaskoczyły, jak zima drogowców.

Czy prezent powinien być praktyczny?


Może taki być, ale nie powinno to być główne kryterium. Dla osoby praktycznej, albo majsterkowicza na pewno to dobry pomysł (nie istnieje zbyt duża ilość ścisków stolarskich), ale dla wolnej artystycznej duszy, będzie bardziej liczył się ładunek emocjonalny i kreatywność.

Sobie mógłbym kupić dobry strug i cieszyłbym się jak dziecko, ale jeśli szukałbym czegoś dla mojej Mamy to zrobiłbym ładne drewniane pudełko i na warstwie soli ułożyłbym bursztyn, bo ona kocha morze.

A mojej żonie kupiłbym... nie, nie ma głupich Ona to pewnie przeczyta.

Czy prezenty muszą być niespodzianką?


Niespodzianka może wynikać z tego, że prezent w ogóle dajemy, albo z tego co dajemy.
Prezent dany bez okazji, jest zawsze bardzo miły i wtedy wcale nie musi być wypasiony, czasem ktoś po prostu uwielbia marcepana, a nie zawsze ma śmiałość wrzucać go do koszyka na wspólnych zakupach (wiecie o kim mowa?). Ciężko jest zaskoczyć kogoś prezentem na Boże Narodzenie prezent wymyślony samemu, zawsze niesie za sobą dodatkową wartość. Chyba, że kupicie kobiecie wagę jak ostatnio w "Na Wspólnej" (żona ogląda). 

Dzieci...


Teoretycznie sprawa jest prosta, bierzesz największe, najbardziej kolorowe pudełko najlepiej z gębą stwora, którego widziałeś na ekranie, jak dziecko oglądało jakąś bajkę i już.

Jeżeli kogoś naprawdę nie lubicie, to kupcie jego/ich dziecku cymbałki, perkusję, młotek, względnie dwa miecze dla rodzeństwa i rozkoszujcie się spektaklem.

Osobiście uważam, że kupowanie czegoś z małymi elementami jest raczej bez sensu przynajmniej do 12 roku życia. Dowodem na to jest "Mega Komora Transformacji BEN 10, która stoi na honorowym miejscu w pokoju Zeta i się kurzy, bo kawałki się pogubiły. Używać się nie da, a wyrzucić szkoda...

Z tego, co zauważyłem na wszelkiego rodzaju imprezkach urodzinowych dla dzieci, zawsze jest ten jeden PREZENT GWIAZDA, przeważnie jest to coś, co kupili rodzice albo była zrzutka na tą jedną wymarzoną rzecz, nie ma sensu z tym konkurować, ani się obrażać, że nasz prezent nie jest gwiazdą, dobra książka (robią teraz książki o grach komputerowych, przez co te leniwe gnomy zaskakująco często je przeglądają), coś czym można się bawić we dwójkę, prosta gra, która sprawdzi się w podróży to rzeczy, które nie błysną na urodzinach, ale często się okazuje, że w ciągu roku są częściej używane, niż prezent gwiazda, który po tygodniu zachwytów trafił na stertę sobie podobnych przelotnych miłości.

Tablet, komórka dla dziecka?? Pewnie, czemu nie, ale po konsultacji z rodzicami.

Kiedyś poznałem człowieka, który dużo podróżował i opowiadał, że zawsze jak znajdzie coś ciekawego w podróży, to to kupuje i jak przychodzi czas dawania prezentów, to zawsze ma parę ciekawych, zaskakujących drobiazgów w zanadrzu. Więc może warto, tak o tym pomyśleć, kiedy będziecie zwiedzać świat podczas urlopów?

Z pamiętnika (nie całkiem) młodej matki, epizod 2

Z pamiętnika (nie całkiem) młodej matki, epizod 2

Siedzę sobie, patrzę na ten biały ekran i zastanawiam się całkiem poważnie, co tu napisać, pomysłów mam kilka, ale żaden z nich nie obędzie się bez robienia zdjęć, których już teraz nie zrobię. Jest czwartek, 21:40. Ciemno na zdjęcia. Dom już śpi, a ja z Magdą Gessler w tle zastanawiam się, czy sobie nie odpuścić i nie pójść spać. Ale nie idę. Dużo tych pojedynczych dni już było, kiedy to sobie odpuszczałam, za dużo. A przecież blog miał być moją namiastką pracy, żeby nie wypaść z rytmu regularnego tworzenia.




Więc zdecydowanie nie będzie tu mazania. Będzie pisanie. Ale nie takie mądre, tylko takie człowiecze. Bo czasem ja też jestem człowiekiem, takim ze słabościami. Dobra jest tak dość często. Powiedziałabym, przez większość czasu, a jednak, jak większość internetowych twórców daję Czytelnikowi tylko część siebie, tą wygodną dla mnie i bezpieczną

A przecież nie zawsze jest różowo


Daleka jestem od polewania swojego obrazu lukrem i zasypywania go brokatem. Jednak prawda jest taka, że rzadko zdarza mi się uzewnętrzniać, kiedy mi nie idzie. A tym razem nie idzie mi od dobrego miesiąca. No jakoś nie mam serca do tego wszystkiego. I zanim napiszecie, że to wina wakacji i dzieci w domu, to zaprzeczę nie tylko z przyzwoitości, nie wiem co bym robiła, jakby ich nie było. Tak przynajmniej się nie nudzę.

Dość mazania


Mogłabym oczywiście wziąć kocyk, wiaderko na łzy i pochlipać chwilę w kąciku, ale nie chcę. Szukam więc sobie zajęć. Gotuję w ilościach niemożliwych do zjedzenia dla statystycznej rodziny. Cóż przynajmniej będziemy mieć zapasy w zamrażarce. Rozgrzebałam projekt plaża, ale ponieważ w deszczu niewiele mogłam robić na zewnątrz, to równocześnie rozgrzebałam projekt pokoik Kazika (serio pokoiczek 4m2 na razie będzie musiał wystarczyć). Mój mąż z lekkim przerażeniem w oczach jeździ po kolejne porcje palet. Na widok logo Pinteresta troszkę zaczyna mieć tiki nerwowe. Ale cierpliwie to wszystko znosi. Mam nadzieję, że uda mi się to wszystko zgrabnie w lipcu skończyć.

Własny bat


Zawsze jak jest mi gorzej skupiam się na tym, żeby wymagać od siebie więcej, nie tylko pisać, nie tylko robić zdjęcia, prowadzić dom i zajmować się dziećmi, ale też dołożyć sobie coś ekstra. To zajmuje moją głowę i wyciąga z tego marazmu, nie pozwala się w nim zagłębiać. To nie jest czas na czytanie książeczki w wygodnym fotelu, to raczej taki moment, kiedy zaczynam kosić trawę, bo jak się zmęczę, ale tak produktywnie, a nie na bieżni patrząc na telewizję muzyczną w fitness klubie, to mi jakoś łatwiej się robi.

Sorry za to "jękopisanie", chciałam inaczej, ale jakoś to mi wypadło. Sens przekazu miał być taki, że nie wierzcie we wszystkie lukrowane historie. Każdy, nawet największy optymista czasem ma się gorzej. Metody są dwie, albo usiąść i płakać, albo wziąć dupę w garść i zrobić wszystko, co w Twojej mocy, żeby wyjść z dołka. Powiem Wam, że ćwiczyłam obydwie metody i ta z działaniem, jakoś lepiej się u mnie sprawdza.
Zdradzę Wam mój wstydliwy sekret

Zdradzę Wam mój wstydliwy sekret

Ponarzekało się na upały? Przyznać się komu nie pasowało? Osobiście nie narzekałam, lubię spać przy wiatraku. A wierzcie, mi miałabym prawo narzekać. Bo lato, choć kocham , jak żadną inną porę roku, to mam z nim ciężkie relacje. Nie dość, że mam uczulenie na słońce, które nie reaguje na leki i filtry, to jeszcze on. Mój wróg.


Pixabay

O krępujących sytuacjach, kiedy mierzyłam się z nadmierną potliwością mogłabym napisać książkę. Spódnica z plamą na tyłku, bo usiadłam w autobusie, pot dosłownie kapiący z czoła, bo szłam... Ja nawet spod prysznica wychodzę spocona. W saunie ludzie nie zdążą poczuć, że im ciepło, a podemną jest kałuża. Zrobiłam wszystkie możliwe badania, dla pewności kilka razy, jestem zdrowa, jak ryba. Jak to stwierdził, któryś kolejny dermatolog, cóż, taki już mój wątpliwy urok.

Próbowałam już wszystkiego


W moim przypadku antyperspirant nie załatwia sprawy, bo problem dotyczy całego ciała. Testowałam chyba wszystkie możliwe żele pod prysznic, które miały zmienić moje życie. Zmieniały głównie zasobność portfela (strasznie są drogie) i zwykle tak przesuszały moją skórę, że nawet ukochany balsam sobie z nią nie radził. Żarłam te wszystkie tabletki z reklam i co? I mogłam je popijać potem zgromadzonym tylko na świeżo wydepilowanym wąsie. Nic, ale to nic nie pomagało. Nadal się pocę, często bardziej niż statystyczna Polka, ale mniej niż kiedyś. Okazało się, że z pomocą przychodzi mi natura.

Szałwia? Nie teraz


Szałwia jest super jeśli chodzi o zmniejszanie potliwości (szczególnie nocnej, ale mi pomagała także za dnia) szałwię pije się w ilości dwie filiżanki naparu dziennie. Ale uwaga, nie wolno pić szałwii w ciąży, w czasie karmienia piersią, ani jeśli choruje się na epilepsję. Ale pamiętajcie, że szałwii nie zalewa się wrzątkiem. Dwie łyżeczki suszu, zalewamy litrem zimnej wody i doprowadzamy do wrzenia. Szklaneczkę wypijamy od razu po przestudzeniu, a resztę popijamy w ciągu dnia. Teraz jednak szałwia u mnie odpada.

Sucho i spokojnie


Działanie przeciwpotne ma również melisa, ją zalewamy wrzątkiem i parzymy 10 minut pod przykryciem. Wypijamy taki napar dwa razy dziennie i nie tylko mniej się pocimy, ale i znacznie mniej rzeczy będzie w stanie nas wkurzyć. Wiadomo, meliska trochę wycisza, także lepiej nie przesadzić, żeby się za bardzo nie zdystansować. Na mnie melisa działa mniej niż szałwia, zdarzało mi się mieszać napar z melisy z wywarem z szałwii, wtedy działanie było najlepsze.

Bez potu za to z pazurem


Dobra, aż tak pięknie nie będzie, bo pokrzywa, która jest kolejnym ziołem dla osób z problemem nadmiernej potliwości, ale ona skupia się raczej na usuwaniu nieprzyjemnego potu. Więc najlepiej pomieszać ją z (uwaga będzie szok) szałwią. Ale teraz nie mogę, więc lubię sobie wypić pokrzywę. Herbatka z pokrzywy pita regularnie dodatkowo zaprocentuje pięknymi włosami i mocnymi paznokciami. Dodatkowo pokrzywa wspomaga detoksykację organizmu i odchudzanie. Ostrożnie jednak w upały, pokrzywa jest moczopędna i można się odwodnić. Kurację pokrzywą po miesiącu przerywamy, co najmniej na tydzień.

Też się przydadzą


Pomocne mogą się też okazać herbatki z innych ziół. Mięta pieprzowa, dodatkowo wspomoże trawienie, podobnie jak rumianek, skrzyp, mimo że też może pomóc może w kontakcie ze słońcem może powodować podrażnienia, a nawet przebarwienia.

A jakie Wy macie doświadczenia? Zmagaliście się kiedykolwiek z nadmierną potliwością? Może macie jakieś sposoby, których nie przetestowałam na sobie. Wiecie, to latoma wrócić. A szczerze mówiąc nie mogąc korzystać z szałwii, szukam godnego zastępstwa ;)
Książki (nie tylko) na deszczowe wakacje

Książki (nie tylko) na deszczowe wakacje

Już jakiś czas temu na Istagramie szumnie zapowiadałam, że lada moment pokażę Wam kilka fajnych książek, które ostatnio wpadły nam w ręce. Problem z napisaniem tego tekstu był taki, że nijak nie szło zrobić zdjęć, bo jedna z nich ciągle była w użyciu. Bynajmniej czytały ją nie tylko dzieci.




Niby oboje z mężemm jesteśmy już całkiem duzi. Szkołę skończyliśmy już dawno, sporo czytamy i jesteśmy ciekawi świata. Jednak niezmiennie, za każdym razem, jak wybieram nowe książki dla dzieci, to okazuje się, że my również mamy co poczytać. Nie wiem, może to dlatego, że współczesne książki z encyklopedyczną wiedzą pisze się nieco inaczej, niż w czasach naszego dzieciństwa?

321 superciekawych faktów, które trzeba poznać, zanim się skończy 13 lat


Szczerze żałuję, że nie było takiej książki kiedy ja byłam dzieckiem. To prawdziwa kopalnia wiedzy, takiej trochę... "kosmicznej", bo bo skąd człowiek ma wiedzieć (nawet dorosły) w jakiej pozycji sikają pandy? Jak pachnie kwiat, który cuchnie najgorzej na świecie? Albo ile włosów rośnie na ludzkim ciele? Ale w książce znajdziecie wiele więcej, bo na blisko 300 stronach są ciekawostki ze świata zwierząt, ludzkiego ciała, sportu, historii, sławnych ludzi, nauce, jedzeniu i ogólnie rzecz biorąc otaczającym nas świecie. To jest taka książka, którą można trzymać w miejscu dostępnym dla wszystkich, bo każdy po nią chętnie sięgnie, nim zagotuje się woda na herbatę można się czegoś nauczyć. Wiedza ta pozwoli nie tylko błysnąć w towarzystwie czy na lekcji, ale przede wszystkim obudzi w młodym czytelniku żądzę poszerzania jego wiedzy. Jak to powiedział Zet: "Zamów cały karton, będziemy wszystkim dawać na urodziny, bo taką książkę powinni mieć wszyscy." Jeśli już mieliście urodziny, albo nie planujecie nas zapraszać, to sami sobie kupcie. Np. TUTAJ








Czaple, kury i głuptaki, czyli o bogactwie ptasiego świata


Ta książka porwała nas przede wszystkim przez wzgląd na piękne ilustracje, bo są one naprawdę bajeczne. Alenie zabrakło też faktów z ptasiego świata. Znajdziecie tu nie tylko porównania wielkości i koloru jaj wielu gatunków ptaków, ale też zajrzycie do świata egzotycznych gatunków i poznacie tych ptasich przyjaciół,którzy żyją za Waszym oknem, również w mieście. Będziecie zdziwieni, mnogością świata pingwinów i wieloma innymi faktami. Kazik jednak mówi, że najważniejsze w tej książce jest to, że jest też "koko". Kolejna świetna pozycja do dziecięcej biblioteczki, którą kupicie TUTAJ.







Kto wymyślił wakacje?


Kolejna książka w encyklopedycznym typie, ale znów bardzo wciągająca. Osobiście jestem zauroczona ilustracjami. Ale nie tylko nimi. Książka, poza odpowiedziami na pytanie tytułowe i skąd się wzięło określenie na wymarzony odpoczynek odpowiada też na wiele innych. Dowiecie się z niej, jak się organizuje podróż dookoła świata, skąd się wzięły szachy i z czego pleciemy makramy. Moim zdaniem jednak największym plusem tej książki jest to, że jest pełna inspiracji i podpowiedzi, gdzie w Polsce znajdziemy naprawdę fajne miejsca. Jest o świetnym placu zabaw w Lublinie, największej europejskiej pustyni, grach miejskich, tworzeniu spacerownika i wiele naprawdę świetnych pomysłów na zabawy. Do tego Autorki kładą duży nacisk na to, żeby mały podróżnik zadbał o swoje bezpieczeństwo. Czytamy z dużą przyjemnością. Też chcecie? To kupcie sobie o TUTAJ.




Gotowa na wszystko! Mój niezbędnik na weekend w SPA

Gotowa na wszystko! Mój niezbędnik na weekend w SPA

Już półtora miesiąca temu zarezerwowałyśmy termin w hotelu, nasi mężowie wzięli wolny piątek w pracy, dzieci były przygotowane (przynajmniej w teorii), że mamy nie będzie. Czekałam, niecierpliwie czekałam, aż nadejdzie ten dzień. Mimo podekscytowania, w końcu jechałyśmy do SPA, czułam też lekki niepokój. No bo wszystko fajnie, znamy się z Anetą już ładnych parę lat, nasze dzieci są w tym samym wieku i po drodze spotykałyśmy podobne problemy, ale...





No właśnie, prawda jest taka, że widujemy się głównie na kawie, czasem na jakiejś konferencji, ale co innego spędzić z kimś 2-3 godziny, a co innego spędzić 3 dni w tym samym pokoju. Szczerze (sorry, Aneta) trochę się bałam. Aneta czasem przysyła mi zdjęcia, jak jest na zakupach i prosi o odzieżową poradę, czy coś kupić. Często mi się te rzeczy podobają, a czasem... niebardzo ;) Towarzyszył mi więc delikatny niepokój, jak to będzie.

Nie lubię stresu w podróży


Jeśli chodzi o towarzystwo, pozostała mi tylko nadzieja, że wszystko pójdzie tak, jak zaplanowałyśmy, ale na inne rzeczy miałam realny wpływ. W podróży wiadomo, różnie bywa, nie zawsze jest gdzie stanąć po kawę, dlatego w zasadzie nie zdarza mi się wsiadać do auta bez termo-kubka z ulubionym czarnym płynem, zawsze biorę też butelkę wody, najlepiej bogatej w magnez. Tak czuję się pewniej. Pod ręką zawsze mam też chusteczki odświeżające, albo wodę termalną, dzięki nim zawsze mogę przetrzeć twarz. Fajnie też mieć zdrowe przekąski i płytę z ulubioną muzyką. Nie raz już mi się zdarzyło, że jedyne radio, jakie odbierało w trasie, to to, którego nie znoszę.

Nie lubię zaskoczeń na miejscu


Zdarzyło mi się kiedyś w latach studenckich, że daleko od domu dowiedziałam się, że za ręczniki i pościel muszę dopłacić ekstra. No nie jest to miła niespodzianka. Od tamtej pory zawsze przeglądam stronę obiektu, do którego jadę, żeby takich niespodzianek uniknąć. W hotelach zwykle znajdziemy mydło, żel pod prysznic czy suszarkę do włosów. Osobiście nigdy z nich nie korzystam, biorę własne. Mam sprawdzony żel pod prysznic, o którym wiem na 100%, że mnie nie uczuli, suszarkę też jakoś lubię własną, a że jeżdżę minivanem, to na upartego mogę wziąć wszystko, czego ewentualnie mogę potrzebować.

Zakupy przed wyjazdem


Mój osobisty mąż na dzień przed wyjazdem zabrał mnie na mały shopping, do apteki. Jego zdolność przewidywania "nieprzewidywalnych" sytuacji nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Tabletki przeciwzapalne przydały się już pierwszego wieczoru, bo dojechałam z bólem gardła. Plastry, te które kupiłam na miejscu wymieniłam na żelowe (tak mam nowe buty), musiałam też pamiętać o tamponach, mimo że nie miałam miesiączki i globulkach Gynauxil. Dlaczego? Ano jechałyśmy do SPA, wiedziałam, że moje leniwe ciało będzie niczym magnes lgnąć do jakuzzi. A woda, zwłaszcza ciepła, to bardzo sprzyjające środowisko do rozwoju grzybicy i innych nieprzyjemnych infekcji intymnych. Tuż przed wyjazdem byłam u ginekologa, który stwierdził, że skoro wyjeżdżam do hotelu, to choćby był najpiękniejszy, muszę pamiętać o zabezpieczeniu swojego zdrowia. Na kąpiele w jakuzzi miałam zakładać tampon, żeby zminimalizować ryzyko przeniknięcia szkodliwych drobnoustrojów, a zaraz po wyjściu z jakuzzi czy basenu używać globulki z kwasem mlekowym, kwasem hialuronowym. Gynauxil ma dodatkowo specjalne podłoże, które przyspiesza namnażanie dobrych bakterii.

Niespodzianka na miejscu


Kiedy dotarłyśmy na miejsce, zaczęłyśmy się rozpakowywać. Aneta nie miała suszarki, tylko prostownicę, ja spakowałam sukienki blisko ciała, ona oversize, w mojej kosmetyczce znalazła się matowa pomadka, w jej błyszczyki. No i powiem Wam szczerze, że zadrżałam, tak leciutko. No bo skoro tak się różnimy... Ale szybko okazało się, że tak, jak się różnimy, tak i wiele mamy ze sobą wspólnego. Mimo że się nie zgadywałyśmy obydwie miałyśmy torebki tej samej marki, Gynauxil, identyczne termo-kubki i dobry humor. Powiem Wam, że wyjazd był bardzo udany. Szczegóły już niedługo ;)






Tekst powstał we współpracy z firmą Polski Lek, właścicielem marki Gynauxil.
Okiem Żywiciela: Weekend bez Mamy

Okiem Żywiciela: Weekend bez Mamy

Udało się!!! W końcu po wielu namowach, tłumaczeniach, nocnych rozmowach mąż postawił na swoim. Żona spakowała manatki i pooojechała. W końcu, bo jej się należało, w końcu, bo nieraz mówiła, że zmęczona, że potrzebuje odmiany i co? I jakoś tak dziwnie się nie składało, bo co dzieci powiedzą, co ja biedny zrobię, jak komuś rączki odpadną i inne różne takie straszki większe i mniejsze.



 

Tym razem żona wpadła we własne sidła i dzięki Prezent Marzeń oraz TeoDorka Med&SPA pojawił się termin, miejsce i towarzystwo w osobie Anety i tym sposobem 90% powodów przeciw wyjazdowi zostało usuniętych. Teraz było już z górki.

Dramat w trzech aktach i czterech osobach?


Piątek


Około 13 pożegnaliśmy rzewnymi łzami Matkę Żywicielkę i wróciliśmy do swoich zajęć. Największą obawą była noc z Kazikiem, ponieważ jest jeszcze na piersi i śpi bardziej z Nami niż sam. Starsi chłopcy przez bite trzy godziny katowali żołnierzyki (tak te małe plastikowe jakimi bawiłem się ja) i z pomocą lego tworzyli nowe rozdziały historii podboju świata, a dokładnie jednego z pokoi w domu we wsi w centralnej Polsce (od czegoś trzeba zacząć). Potem przestało padać więc bluzy, spacer i łapanie Pokemonów, kolacja, kąpiel i pierwszy dzień z głowy. Z premedytacją wziąłem ich na spacer przed snem, bo wiedziałem, że to spowoduje, że Kazik zasnąłby nawet na furmance jadącej w rajdzie Paryż - Dakar. Budził się w nocy 3 razy szukając Mamy (tego należało się spodziewać) ale trochę spokojnego głosu i bujania dało radę go uspokoić (Zygmunt pomagał go ugadać).

Sobota


Zaczęliśmy od ulubionego sportu Polaków czyli zakupów (nieduże i bez mrożonek) i łowy na Pokemony w nowym siedlisku w okolicach Twierdzy Modlin. Rano nie ma komarów, więc można było sobie na to pozwolić. Po obiedzie w końcu zebrałem się do jakichś prac domowych (zmywarka, pralka i odkurzacz - święta trójca). Chłopcy rysowali plany maszyn bojowych i zmuszali naszego gościa do oceny przydatności miotacza podgrzewanej piany na festynie z okazji dnia dziecka. Potem kąpiel, zasypianie w objęciach Taty i można zerwać kolejną kartkę z kalendarza.

Niedziela


2.40 nad ranem Kazio budzi się w poszukiwaniu Mamy (standard) idąc za nim trafiamy do pokoju Zygmunta gdzie okazuje się, że najstarszy wyrasta na nocnego marka, bo w najlepsze ogląda YouTube'a. Poprosiłem żeby poszedł spać, poszedł, a raczej wyciągnął z półki książkę z wierszami dla dzieci i położył się. O 6 rano była druga i ostatnia wędrówka Kazika w poszukiwaniu Mamy (więc postęp, bo z 3 zeszliśmy do dwóch). Rano się trochę pobawiliśmy, potem święta trójca, około 13 z pokoju wytoczył się Zygmunt, po 14 z naszej sypialni wytoczył się Ted (zaprosiłem go tam, po tym jak znalazłem go o 9 śpiącego w salonie, chociaż jeszcze o 2 nad ranem spał u siebie). Dostali obiado-śniadanie i już około 16 wróciła Mama. Radościom nie było końca.

I co?


I nic. Po prostu normalnie żyliśmy przez te trzy dni korzystając z tego, że ja mam urlop, a Oni wakacje. Nie było to nic nadzwyczajnego, ani niezwykłego. Nie były potrzebne żadne Babcie, Teściowe ani inni pomocnicy jak sugerowali niektórzy. To były po prostu kolejne trzy dni z tysięcy jakie za Nami i przed Nami.

Dlaczego poszło tak gładko? Jakbym miał powiedzieć tak w skrócie to:
Słuchaj dzieci, szanuj dzieci i wymagaj tego samego od nich.
Hajnid - dziecko, które potrzebuje więcej

Hajnid - dziecko, które potrzebuje więcej

Kiedyś w czasie rozmowy z koleżanką  usłyszałam termin "hajnid". Szczerze mówiąc trochę było mi wstyd, bo zupełnie nie wiedziałam o co chodzi. Na szczęście "umiem w google", to sobie znalazłam. High Need Baby, to dziecko z większymi potrzebami, wymagające większej uwagi.W miarę czytania definicji, coraz szerzej uśmiechała mi się twarz. 




W pierwszym odruchu widząc, że hajnid lubi być noszony, przytulany i jest bardzo intensywny jeśli chodzi o wyrażanie uczuć pomyślałam, że ktoś po prostu napisał definicję dziecka. Bo w sumie wszystko pasowało do tego co widuję na co dzień w domu. Heheszki się skończyły, jak trafiłam na porównanie "hajnid vs. inne dzieci". Nie wiedziałam, że są inne.

Bajka o zasypianiu


Owszem, owszem słyszałam opowieści o dzieciach, które w czystej pieluszce i z pełnym brzuszkiem ludzie odkładają do łóżeczka i one sobie zasypiają. Ba, nawet nasz Zet tak miał na początku, w nocy budził się tylko dwa razy, o 3 i o 6, a potem spał do 9.Potem mu przeszło i dość szybko zapomniałam o tym procederze, bo kolejne miesiące już takie różowe nie były. Ted był dzieckiem nieodkładalnym od początku, tak jak Kazik. Był czas, że zaczęłam wierzyć w to, że może coś robię źle, bo inne mamy opowiadały, jak to ich dzieci do zaśnięcia potrzebują jedynie flanelowej pieluszki przy twarzy. Ileż to razy słyszałam, że trzeba dziecko przyzwyczajać do spania w rytmie normalnie funkcjonującego domu. Bez szeptania i chodzenia na palcach. No jakoś nam to nie wyszło. Maluchy od samego początku swojego życia poza brzuchem spały wyłącznie na rękach z cycem w buzi, a wybudzić potrafił je komar przelatujący przez duży pokój. Trzy domy dalej. Nie mówiąc już o wypuszczeniu z ust piersi! Smoczek? Zapomnij. Chyba, że lubisz odnosić porażki.

Wszystko mocniej


"Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat" mawiał Janusz Korczak, ja powiedziałabym, że cały świat, aż trzęsie się ze śmiechu, a otoczenie może podziwiać nie tylko migdałki delikwenta, ale nawet pięty od środka. Kiedy któryś z moich synów płacze, sąsiedzi wyglądają, żeby sprawdzić gdzie jedzie ta straż pożarna, bo syreny słychać blisko. Fali uderzeniowej nie zatrzyma nawet wyższy próg w łazience, a basen na podwórku można w trzy minuty napełnić słoną wodą. Bo czego, jak czego, ale intensywności w okazywaniu emocji hajnidowi odmówić nie można. I nie myśl sobie, że "weźmiesz go na przeczekanie". Przeczekać to można burzę. Ale jeśli dziecko płacze, bo chce się przytulić, to odwlekanie tego momentu w oczekiwaniu aż samo się uspokoi, przyniesie odwrotny efekt. Skoro łóżeczko czy fotelik parzą go w tyłek, to weź swe pacholę na ręce ilulaj, bo inaczej zatraci się wtej histerii i cały proces wydłuży się do pół dnia.

Zawsze razem


Kiedyś na szczepieniu szukałam wsparcia duchowego u pielęgniarki. Na początku mojej macierzyńskiej drogi bardzo chciałam wierzyć, że moment, kiedy karmienie będzie się odbywać co trzy, no dobra, chociaż co dwie godziny. W przerwach będę mogła położyć dziecko i zająć się czymś innym. Pielęgniarkę (pozdrawiam Pani Justyno) ogarnął pusty śmiech. - On (wtedy to chyba był Teodor) je jak moja córka - raz dziennie - powiedziała pielęgniarka. - Zaczyna rano i kończy, kiedy śpi obok pani. Niektóre dzieci tak mają, minie mu, jak przestaniecie się karmić. Mniej więcej tak wyglądał pierwszy rok życia Teda, potem byłam niezbędna już tylko w nocy. Kazik też śpi z nami, zdarzają się oczywiście noce, jak ta kilka dni temu, że ululany ląduje w łóżeczku i śpi tam do 3. Ale jest ich niewiele. Kiedy tylko zaczął pełzać towarzyszy mi ciągle, jeśli znikam z oczu na 30 sekund płacze i krzyczy, bo on musi czuć bliskość.

Zmienność to nasza stałość


To, że nasza codzienność zmienia się jak w kalejdoskopie, to chyba jedyna wspólna cecha naszych wspólnych dni. Bo to, że dziecko jednego dnia było zadowolone siedząc na spacerze w chuście, wcale nie oznacza, że jutro da się zamotać. Fakt zjedzenia dziś pysznej pomidorówki nie oznacza, że on ją lubi, jutro będzie nią pluł, a jedynym słusznym posiłkiem okaże się sucha bułka. Jeśli dziś da się ululać w rytm "Pieski małe dwa", to jutro, jak tylko pomyślę, że znów zaśpiewam i stojąc w tym samym kamiennym kręgu będę się identycznie bujać, usłyszę głośne i stanowcze "NIE". Zupełnie, jakby poprzedniego dnia poczuł się przechytrzony i nie chciał dać się zrobić na ten sam numer drugi raz. To że dziecko padnie o 19 wcale nie oznacza, że jest to jego stała pora zasypiania, następnego dnia będzie hasać do 23 albo nie dotrwa do kąpieli. Pory drzemek? Zapomnij. Śpi, jak jest zmęczony, a nie wtedy, jak zegar wybija 12. Zet spał na spacerach, Ted spał jak się wkurzył, a Kazik śpi wtedy, jak... nie wiem. Nie ma żadnej prawidłowości, jedyna stała to moja ręka pod jego głową, jeśli spróbuję ją wysunąć obudzi się.

Nadejdzie jeszcze dzień


Ile to potrwa? Nie wiem. Ted przestał do nas przychodzić w nocy jak skończył cztery lata. Mniej więcej wtedy zaczęli mieć z Zetem swoje sprawy. Rozmawiać za zamkniętymi drzwiami, ale nadal są momenty, kiedy któryś z nich przychodzi, siada obok i żąda stuprocentowej uwagi. Bardzo mocno reagują na zmiany w otoczeniu i atmosferze w domu. Tak mają i już. Kazik jest mały i jego półtoraroczne życie kręci się głównie w bliskim kontakcie z nami. Jutro wyjadę na weekend sama. Pierwszy raz Michał zostanie na trzy dni z całą trójką. Wiem,że sobie poradzi, jest mądrym i odpowiedzialnym facetem, ale myślę, że jak wrócę, to będzie potrzebował kilku godzin sam ze sobą, bo troje wymagających dzieci na jednego dorosłego (w dodatku bez mleka w piersiach) to spory wysiłek.  Nie wiem, czy moje dzieci idealnie wpisują się w definicję hajnida, wydaje mi się, że granica jest płynna. Ale bardzo podoba mi się w niej jedna rzecz. Jest świetnym wytłumaczeniem (dla samych rodziców, bo opinia reszty świata nie powinna Was obchodzić), że nie robisz nic źle. Trafił Ci się egzemplarz wymagający i już, ważne, że ogarniasz. Myślę sobie, że ta uwaga włożona w ich codzienność, to przytulanie, noszenie i głaskanie w przyszłości zaprocentuje, bo jednak inwestujesz w dziecko czas, bo z nim rozmawiasz, skoro już tak siedzicie przytuleni 24 odziny na dobę.
Jak minął czerwiec?

Jak minął czerwiec?

Pierwsza połowa roku za nami. Mierzę czas, bo jestem stara. Przedwczoraj zamówiłam już opał, w moim wieku w lipcu myśli się o zimie, trzeba wszystko zaplanować. Ale zanim rzucę się w wir kupowaniu dzieciom wyprawki do szkoły zobaczmy co się działo w czerwcu.




Generalnie był to u nas leniwy miesiąc, niewiele się ruszaliśmy z domu, chyba, że do babci. Pochłonęły nas zakończenia roku i planowanie różnych zmian w najbliższym otoczeniu. Ale co Wam będę mówić i tak wiem,że wolicie oglądać zdjęcia :)

Świętowaliśmy dzień Dziecka


Zeszło nam z tym świętowaniem chyba ze trzy dni, ale warto było miny tych trzech kolesi, ich uśmiechy, warte były nakładów każdej pracy.




Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Marta Lewandowska (@matka_zywicielka)



 Oddawaliśmy się przyjemnościom gastronomicznym


We wczorajszym wpisie znajdziecie kilka naszych ulubionych dań czerwca.






Podziwialiśmy zachody słońca i nie tylko

To była totalna magia, to co rysowało się na naszym niebie <3





Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Marta Lewandowska (@matka_zywicielka)

Byliśmy na świetnych warsztatach kulinarnych


All About Life, jeszcze raz dzięki za zaproszenie <3








Dużo się chłodziliśmy i byliśmy razem


To akurat żadna nowość z tym byciem razem, ale niezmiennie mnie rozczula, jak chłopaki dzielą się lodami <3









Robiliśmy mnóstwo zdjęć


Ba ja nawet byłam człowiekiem-kręglem :D Większość "przy okazji, ale część perfidnie planowałam.



To jest "surowe" zdjęcie HDR nam zgłupiał :D










Ruszyły dwie aranżacje, jedna w domu i jedna w ogrodzie


Oczywiście, jak to mam w zwyczaju, dwa projekty są rozgrzebane, żaden nie skończony, czekam na detlajny :D one najlepiej mnie motywują ;)






A no i zbiliśmy dwa wyświetlacze w moim telefonie. A u Was co ciekawego wydarzyło się w czerwcu?
Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger