(Lakto) wegetariańskie carpaccio z buraka

(Lakto) wegetariańskie carpaccio z buraka

Tak jak pisałam Wam wczoraj - powoli wracam na właściwe tory. Zaczęłam znów rozpisywać plany działania, bo tak żyje mi się znacznie bardziej komfortowo. A i jedzenia mniej się marnuje, bo lepiej planuję wykorzystanie tego, co mam w domu.




Chłopcy lubią zupę krem z buraków pieczonych, a jak nie chce mi się upiec, to kupuję w Lidlu takie gotowane. Małe oszustwo, które bardzo ułatwia życie. Ale ile zupy może zjeść dwóch małych chłopców (jedzą ją tylko Zet i Kazik). A buraczków w paczce miałam pięć. Dwa wykorzystałam do zupy, a trzy pozostałe...

Składniki


2-3 gotowane, albo pieczone buraczki czerwone
1/3 kostki sera sałatkowego typu greckiego
garść pestek słonecznika
ocet balsamiczny
olej tłoczony na zimno (użyłam konopnego, ale może być np oliwa lub olej z pestek dyni, coś ze smaczkiem)
świeżotłuczony pieprz czarny

Zróbmy to!


Buraczki (ostudzone) kroję ostrym nożem w bardzo cienkie plasterki i układam na płaskim naczyniu, tak, żeby delikatnie na siebie zachodziły. Pokrusz ser na buraczki (im twardszy i bardziej słony tym smaczniej, czasem używam koziego). Skrapiam obficie octem i olejem, obsypuję pestkami i oprószam pieprzem. Do dekoracji można dodać kiełki, bardzo fajnie sprawdziły się u mnie kiełki buraka.

Jak upiec buraki


Czasem zdarza się tak, że mam w domu surowe buraki i chęć na takie carpaccio. Jeśli u Ciebie też się tak trafi, można to łatwo załatwić. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni, buraczki owijamy folią aluminiową (pojedynczo) i wkładamy na blaszce do pieca na 30 minut. Wyciągamy, studzimy obieramy i mamy buraki do zupy-krem lub na pyszne carpaccio właśnie. Smacznego ;)
Się wzięło i rozjechało

Się wzięło i rozjechało

Należy Wam się słowo wyjaśnienia, czemu ostatnio jest nas tu mniej. Nie wydarzyła się żadna tragedia. Zachłysnęliśmy się jesienią. Wiecie, zbieramy dynie, jabłka, spacerujemy, gotujemy... Jakoś straciłam kontrolę nad planowaniem.


pixabay

Bo nie wiem, czy wiecie, ale ja wszystko planuję. Taka ze mnie spontaniczna sztuka, że jak nie mam planu to tonę i to właśnie nastąpiło teraz. Ostatnio Kamila z Olomanolo opowiadała na story, jak udaje jej się zapanować nad chaosem dnia codziennego i ja doskonale wiem, o czym mówiła. Bo ja bez planu nie istnieję. Teraz jestem w takim niebycie. Ale wezmę się w garść.

Jedzenie dla stada


Raz w tygodniu robię większe zakupy, nigdy na spontanie, zawsze z listą, jako bazę traktując to, co już mam w domu. W ten sposób udaje mi się uniknąć niespodzianek typu "zabrakło makaronu", albo "muszę wyrzucić śmietanę". Przechadzam się po domu z notatnikiem, patrzę co jest, co jest na granicy daty przydatności i uznaję to za bazę najbliższych obiadów, zapisuję co muszę dokupić i jadę do sklepu. Gotuję zawsze na dwa dni, ale codziennie. Jakim sposobem? Jeśli dziś gotuję zupę, to jutro robię drugie i tak na zakładkę. Jeśli zostaje jakaś samotna porcja - mrożę. Ponieważ ostatnio zaczęłam się bawić się fotografią foodową, to z tym gotowaniem schodzi dłużej. No bo jak już ugotuję, to muszę przygotować plan, ustawić światło, itd... Plan się rozjechał. A wystarczyło kilka spontanicznych wypadów na sklepy i na grzyby (taki mały jesienny nałóg).

Niekończąca się sterta prania


To najczarniejszy punkt jesieni. Brudzą się jeszcze bardziej niż latem, zwłaszcza w deszczowe dni, więc z każdego człowieka mam każdego dnia spodnie, t-shirt, bielizną a często i bluzę. A schnie to... Na dworze już nie bardzo a w domu jeszcze nie bardzo, bo piec pracuje raczej symbolicznie. Czyli ciuchów więcej, schnie wolniej i jak bumerang wraca temat suszarki bębnowej. A kiedy trafi się ładny dzień piorę jak szalona i suszę na zewnątrz, zaniedbując inne czynności, bo potem prasowanie składanie... Trochę to schodzi.

Spotkania i szkolenia


Ostatnio tak się złożyło, że trafiło się parę nieplanowanych wcześniej spotkań, które żal było odpuścić, więc zaczęło się jeżdżenie, łażenie i nic nie robienie, chyba nie muszę mówić, jak to się przekłada na taką prozę życia, jak regularne sprzątanie? Dobra, nie ważne i tak warto, bo wiele z tych okazji mogło się nie powtórzyć, jak choćby Akademia Always - oczywiście opowiem Wam o niej niedługo w szczegółach. Ale to jeszcze nie dziś.

Zdrowotne perypetie


Niby nic, a jednak. Położyło mnie zapalenie zatok, nie pierwsze, ale chyba najgorsze, jakiego doświadczyłam. Trafiłam do lekarza z twarzą bolącą tak, jakbym wdała się w potyczki pseudokibiców w lesie. Musiałam prezentować się wybitnie, bo lekarz na mój widok aż się skrzywił i poza antybiotykiem zapisał całkiem bogaty wybór leków przeciwbólowych. Poza tym trochę czasu podkradło nam snucie się po różnych specjalistach i gabinetach pobrań z Teodorem, tak się złożyło, że chłopaka trzeba porządnie przebadać. Ale to akurat polecam każdemu, tak przynajmniej raz w roku, warto wiedzieć co w trawie piszczy.

Cele


Przede wszystkim planuję ogarnąć ten chaos. Nie będzie to łatwe,ale dam radę, zacznę dziś od spokojnego zaplanowania posiłków na resztę tygodnia, będą więc zakupy i gotowanie w międzyczasie korzystając z pięknej pogody wypiorę pościele. Więcej sobie dziś na głowę nie wezmę, bo jak się przeładuję, to polegnę na starcie. Ale najważniejsze - zapiszę wszystko i podzielę REALNIE na dni. Wtedy  przyjdą sukcesy. Pięknego wtorku.
Rodzeństwo 5 powodów do kłótni i próba ich załagodzenia

Rodzeństwo 5 powodów do kłótni i próba ich załagodzenia

Jest piątek, więc będzie trochę lżejszy kaliber. A może nie? Pewnie część z Was wie, że mam starszego brata. Między nim a mną jest trzy lata różnicy, dokładnie tyle, co między Zetem a Tedem. Nasze relacje były też podobne do tych, które łączą chłopców.Od miłości do nienawiści w ułamku sekundy.




Rodzeństwo, choć nie każdemu jest dane, to pierwsza szkoła życia. Tu nie ma miękkiej gry. Rodzeństwo to pierwsze relacje społeczne (bez głaskania po główce, jak ze strony rodziców) z jakimi mamy do czynienie. Tu zawierają się pierwsze sojusze i tu rodzą się pierwsze konflikty. O co kłócą się nasze dzieci?

1. On wziął moje


Nie ważne co, kluczowe jest tu słowo MOJE. Jedyna słuszna metoda poradzenia sobie w tej sytuacji, to wydrapanie mu oczu. Dlatego drogi rodzicu, niech Cię nie kusi wchodzenie w ten konflikt. Wiadomo, że oni się tymi zabawkami wymieniają co chwila i nie ma szansy, żebyś doszedł do tego czyj w tym momencie jest ten smok. Póki nie leje się krew każ im się dogadać.

2. Bo on wszedł do mojego pokoju


A Ty byłeś w jego. Bo tak są Legosy, bo tam mieszkają rybki, itd. Nie idź tą drogą. Oni wieczorem i tak będą kombinować, jak tu iść spać razem. Jeśli sytuacja jest krwawa, powiedz, że ok, niezależnie od pobudek wprowadzasz zakaz wchodzenia do pokoju brata. U nas zwykle działa.

3.Bo on śpiewa


Tu temat jest ciężki, bo poza Żywicielem wszyscy ciągle śpiewamy. Nikt z nas nie powinien. Z jednej strony masz ochotę wziąć stronę uciemiężonego, bo uszy Cię bolą, ale z drugiej... Sama przecież śpiewałaś jeszcze przed chwilą. Zaproś śpiewaka na spacer i tam się wyżyjcie wokalnie.

4. Bo on mówi!


Noooo. Cały czas. Tak samo jak jego dwaj bracia. Tak to już u nas jest, że ciągle ktoś coś mówi. Najgorzej, jak zaczną się spierać o jakąś głupotę, nikt nie pamięta po minucie, o co poszło. Ale to nie przeszkadza im przez godzinę mówić -nie! -tak! w kółko. Póki nie pociągniesz porządną groźbą, kłócą się bez opamiętania dla samej przyjemności pokrzykiwania. Może to miłość do tembru własnego głosu?

5. Ostatni serek


Jogurt, paczka ciastek, łyk soku... No kurka, najlepszym się zdarza. Próba dojścia do ładu czyja jest ostatnia porcja, to stąpanie po ostro naćkanym polu minowym. Nie ma szans, na odkrycie prawdy, najlepiej pożreć to samemu, przynajmniej zjednoczą się w nienawidzeniu Ciebie, zamiast szarpać się między sobą.

Spokojnego, rodzinnego weekendu.
Krem z borowików w skandynawskim stylu

Krem z borowików w skandynawskim stylu

Grzybów co prawda coraz mniej, ale nadal są, wiem, bo sprawdziłam nie dalej jak wczoraj. Powiem Wam, że W życiu nie nazbierałam tylu grzybów, co w tym roku, dwie szuflady w zamrażarce i mnóstwo ślicznych słoiczków. Uwielbiam, mogę jeść codziennie. Nie robię tego tylko dlatego, że oszczędzam na zimę ;) Dziś przychodzę do Was z przepisem, który uzależnia.



Ta zupa to jest torpeda, w połączeniu z sałatką stanowi absolutnie idealną sytuację gastronomiczną, no mówiąc wprost wstydu nie będzie, nawet na niedzielnym obiedzie. Zupa borowikowa z sałatką z wędzonym kurczakiem. Od dziś Wasza ulubiona.

Składniki

ZUPA
Kawałek pora - biała część
Kilka podgrzybków (im więcej tym lepsza zupa, ale z nami jadł Zet, więc oszczędnie
100 ml białego wytrawnego wina
5-6 ziemniaków
2 marchewki
korzeń pietruszki
seler korzeniowy
sól
pieprz
majeranek
natka pietruszki

SAŁATKA
Sałata (użyłam tych trzech w doniczce)
wędzona pierś z kurczaka
pół czerwonej cebuli
kilka orzeszków ziemnych
miód
ocet winny
olej

Robimy


6 cm białej części pora kroimy w półplasterki i szklimy. Dodajemy podgrzybki, 6 sporych grzybów wystarczy, smażymy chwilę i zalewamy odrobiną białego wytrawnego wina, a kiedy odparuje zalewamy wodą.

Dorzucamy obrane i pokrojone w kostkę ziemniaki (5-6 sztuk), marchewkę (2 sztuki), korzeń pietruszki (1), seler korzeniowy (mały), doprawiamy solą, pieprzem i szczyptą majeranku i zostawiamy w spokoju, niech się gotuje.

Sałatę myjemy i rwiemy listki na mniejsze kawałki

Wędzona pierś kurczaka kroimy w cienkie paseczki

Czerwoną cebulę kroimy w piórka (tak z pół tej cebuli sałatki robię od razu na miseczkach -tyle ile ma być porcji

W małym słoiczku mieszam 2 łyżki oleju, łyżkę octu winnego i łyżkę miodu.

Z zupy do ozdoby wyciągam kilka kawałków grzyba i marchewki, resztę bestialsko blenduję

Zupę nakładam do miseczek, dekoruje grzybkiem, marchewką i świeżą natka pietruszki.

Podaje z porcjami sałatki polanymi sosem i obsypanymi orzeszkami ziemnymi.

Padnięcie jakie dobre. Danie inspirowane kuchnia skandynawska.
Nowa torpeda pielęgnacyjna (Dużo zdjęć)

Nowa torpeda pielęgnacyjna (Dużo zdjęć)

Jeśli kiedyś zastanawialiście się, co w wolnych chwilach robi pełnoetatowa matka, to zgodnie z obiegową opinią, a właściwie stworzonym przez internetowe mamuśki mitem powinnam napisać, że matka nie ma wolnego czasu. Ja jestem dziwna, bo mam. Sporo. Kiedy tylko nadarza się okazja, korzystam z tej wolności. Ostatnio nawet wybrałam się spotkać z koleżankami do Warszawy.





Okazja była niebanalna, bo umówmy się, nie co dzień zapraszają Cię na śniadanie prasowe z okazji premiery kosmetyków pielęgnacyjnych. Trochę jak stereotypowa baba, a trochę ze zboczenia zawodowego lubię takie spotkania. Lubię śliczne słoiczki, pachnące mazidła, eleganckie przekąski i towarzystwo innych, podobnych do mnie kobiet. W końcu to zawsze fajna okazja, żeby poplotkować.

Co to za cuda?


Z marką Arganicare po raz pierwszy spotkałam się w maju, kiedy to bez pamięci zakochałam się w ich linii do pielęgnacji włosów. Pisałam Wam o tym. Do dziś poza krótkimi romansikami pozostaję im wierna. Dlatego, kiedy marka, za pośrednictwem All About Life zaprosiła mnie do Vienna House, żeby pokazać swoje nowe cudeńka nie zastanawiałam się nawet chwili. Co jest w nich takiego wyjątkowego? To, że są oparte na odpowiednio przygotowanych olejach szlachetnych, a ich skład jest zaprojektowany jest tak, żeby zmotywować skórę do samodzielnej walki o młodość i jędrność. Jak zapewne się domyślacie, nie jest to opis naukowy, ale raczej literacki, który ma na celu zobrazować Wam co możecie osiągnąć ;)

Podbiły serca blogosfery


Patrząc na listę nazwisk, które zjawiły się na premierze nowej linii kosmetyków Arganicare, można się spodziewać, że te produkty zamieszają bardzo mocno na rynku kosmetycznym. Ambasadorką marki została Magdalena Antosiewicz, czyli Thirtyfashionblog, ale nie zabrakło też takich nazwisk, jak Beata Tadla czy Anna Oberc, ale zjawiła się też cała śmietanka blogerów urodowych i lifestylowych. W sali, gdzie zaprezentowano kremy, sera, emulsje do mycia i inne preparaty dało się słyszeć same słowa uznania oraz zachwyty nad zapachem i konsystencją.

Moje wrażenia


Nie będę Wam pisać, jak te kremy zmieniły moje życie, bo w końcu to tylko kremy,poza tym używam ich od tygodnia. Odstawiłam wszystkie inne preparaty po to, żeby zobaczyć, jak działają te. Trzeciego dnia regularnego stosowania zauważyłam, że moja skóra jest wyraźnie gładsza, tak, jakbym dobrym filtrem z Lightrooma zmniejszyła sobie widoczność porów. Widzę też poprawę napięci skóry pod oczami i uwaga - od tygodnia nie pojawił się żaden nowy pryszcz. Tak się złożyło, że ostatnimi czasy trochę zachorowała, a jak mam katar, moja skóra na nosie natychmiast staje się niemożliwie sucha i schodzi płatami, starałam się więc pamiętać, żeby co 2-3 godziny posmarować obtarcia kremem Arganicare, problem rozwiązał się po dwóch dniach, zwykle zostaje ze mną dłużej niż infekcja.

Czy poleciłabym te kosmetyki?


Tak, tak tak i jeszcze raz tak. Mają świetne składy (poczytajcie na stronie producenta, nie będę Wam przeklejać), są mega wydajne (szampon mam od maja cały czas ten sam, a myję włosy codziennie) kremu używamy oboje z Michałem i nie widać za bardzo zużycia, ma gęstą a mimo to lekką konsystencję, dzięki czemu wystarcza odrobinka. No i cena. Wiem, że można kupić krem do twarzy za 10 czy 15 zł (sama mam jeden taki za 5 zł, który się czasem przydaje), ale jakie są w nich stężenia substancji aktywnych, skąd pochodzą? Może lepiej nie wiedzieć? Zapewniam Was też, że wydajność takich preparatów jest też znacznie mniejsza niż tych z wyższej półki. Ale do rzeczy, Cena kremu to około 60 zł. Jakość, jak za 200 zł. Warto.
















Okiem Żywiciela: Co warty jest uśmiech?

Okiem Żywiciela: Co warty jest uśmiech?

Jak się okazało po poprzednim tekście papierów rozwodowych nie dostałem, przynajmniej jeszcze nie. Całe szczęście MŻ ma poczucie humoru.


archiwum prywatne

Ostatnio Marta jest chora, niemiłosiernie dokuczają jej zatoki i dopiero w piątek skapitulowała i poszła do lekarza ,bo moja żona jak każda Matka (stereotypowa) woli cierpieć za miliony. Cały tydzień chodziła obolała i cierpiąca łudząc się, że samo przyszło samo pójdzie, zresztą nie mogę tak do końca jej potępiać, bo ja często robię podobnie.

W tym trudnym czasie rozumiem, ile dla mnie znaczy jej dobry humor. O ile wszystko jest łatwiejsze jak się uśmiecha i większym optymizmem patrzy w przyszłość. Mam wrażenie, że czasem nie zdaję sobie sprawy z tego, jak ważny jest dla mnie jej uśmiech. W sumie to najlepiej jest, jak wszyscy się uśmiechamy.

Nastrój kogoś w domu wpływa na nastrój wszystkich, dlatego czasem warto zrobić komuś drobny upominek nawet, jeśli w portfelu jest pusto albo zamiast myśleć "przejdzie mi" i męczyć się 10 dni z chorobą, iść do lekarza i poczuć się dobrze już po czterech czy pięciu.

Podobno skwaszona mina to nasza cecha narodowa, tak jak mówił Linda w Szczęśliwego Nowego Jorku mamy mordy nienawykłe do uśmiechu, więc może dziś na przekór sobie uśmiechnijmy się. Co za różnica, kto jutro okaże się zwycięzcą i co się stanie dalej. Uśmiech Ci w twarz kartoflu jeden, może uda się zakląć tą rzeczywistość i będzie dobrze. Czego sobie i Wam życzę.
Pięć czarnych stron macierzyństwa

Pięć czarnych stron macierzyństwa

Są takie momenty,kiedy wcale nie mam ochoty być rodzicem moich dzieci. I nie chodzi o to, że chcę ich spakować i oddać, tylko sama mam dość zakazów i nakazów, które tu i ówdzie pojawiać się muszą. Czasem chcę być ich kumpelą, towarzyszem, ale normy społeczne są jakie są i na niektóre zachowania zgodzić się nie mogę. 


pixabay

Tak, tak mamy przed sobą poważną historię. Kazik za dwa i pół miesiąca kończy dwa lata i chyba nadszedł czas na rozstanie z cycem. To nie jest łatwy moment, ani dla niego, ani dla mnie, ale czuję, że przyszedł ten czas. Część z Was pewnie pomyśli, że i tak bardzo długo. Może i tak, dla mnie tak w normie. Ale takich momentów w życiu rodziny jest więcej. Począwszy od błahostek...

Nie dla kałuży


Nie wiem jak Wy, ale ja całkiem niedawno miała 6 lat. Byłam blondyneczką z niebieskimi oczami i uwielbiałam skakać po kałużach. Kiedy po deszczu wychodzą z domu aż się trzęsą, żeby wbiec z impetem w kałużę, bardzo bym chciała móc im zawsze na to pozwalać, ale jeśli akurat idziemy na szkolny autobus... Muszę im zabraniać, nie mogą dotrzeć do placówki brudni i mokrzy. Strasznie jest pozbawiać ich z rana szansy na uśmiech.

Dość tych słodyczy


Sama bym czasem opracowała pół blachy ciepłego sernika, albo całe pięterko ptasiego mleczka, ale no nie można. A może czasem by tak pozwolić? Przekroić to ciasto na pół i zjeść z dzieciakiem, aż mu się znudzi? Przecież nie codziennie. Ale ten raz na jakiś czas to jednak mało. A jednak częściej trzeba zabraniać.

Załóż koszulę


To zmora Zeta. Zet nie lubi gryzących swetrów, metek w majtkach i innych tego typu rozrywek. Ale czasem trzeba, no nie ma wyjścia. Oczywiście, jakbym się uparła to święta przejdą, ale np szkolne uroczystości już niekoniecznie, koszulę trzeba założyć, np. dzisiaj z okazji akademii na Dzień Edukacji Narodowej. Nie ma bata, trzeba się dostosować do zasad. Nie lubię tych momentów, bardzo, bo wiem, jak mu źle.

Koniec z cyckiem


Tu sprawa jest śliska. Bo ja już nie chcę karmić, ale on nadal chce pić. Zet sam się odstawił, Teda odstawiliśmy tuż przed drugimi urodzinami, ale on z matczynego bufetu korzystał tylko przed snem. Nawet dzienną drzemkę ogarniał bez piersi. Kazik tak nie ma, on może cały czas wisieć na mnie, jak niemowlak, upomina się kilka razy w ciągu dnia i w nocy. Jesteśmy już po pierwszych krzykach i spazmach, na razie mam takie marzenie, żeby chociaż w dzień nie korzystał, ale nie chcę żeby płakał i cierpiał, wiem też, że jutro nie będzie łatwiej zacząć, więc cierpię razem z nim.

Nie możesz jechać do babci


Dziecko chce jechać, babcia by wzięła,ale szkoła, zajęcia, lekarz, fryzjer. Jutro on może być już za duży i nie chcieć z babcią spędzać czasu. A dziś nie możesz go puścić, bo obowiązki są ważne.I serce Ci pęka, bo dziecko płacze i znów wychodzisz na tą złą, ale musisz go tego wszystkiego nauczyć. Taka niechlubna rola.

Czasem trochę odpuszczam, w wyjątkowych okolicznościach, pozwalam i sobie pobyć dzieckiem, tak ciut, żeby lepiej ich zrozumieć.
Jeden składnik - pięć posiłków. Jogurt naturalny

Jeden składnik - pięć posiłków. Jogurt naturalny

Dziś mam dla Was coś niecodziennego. Jeden składnik i pięć posiłków, kompletny jadłospis na cały dzień zainspirowany czymś tak prostym i banalnym jak jogurt naturalny? Da się uwierzcie. Pomyślałam sobie, że od czasu do czasu będę takie właśnie jadłospisy szykować. Dlaczego? Żeby nie zostawało. Banał, a jednak jadę do tego sklepu, mam chęć na twaróg ze szczypiorkiem dajmy na to, ale co ja z całym pęczkiem zrobię przecież potrzebuję tylko troszkę... A ja nie lubię jak zostaje i się marnuje. Dążę może nie do zero waste, bo aż tak ambitna nie jestem, ale z dumą mogę powiedzieć, że dziś już prawie nie wyrzucamy jedzenia, rzadko się zdarza. Pokażę i Wam, jak to robię.




Tak jak wspomniałam w leadzie, dziś na tapetę wjeżdża jogurt naturalny. Nie byle jaki, bo pamiętam, jak pisałam jeszcze o zdrowiu i urodzie, bywałam na różnych mądrych konferencjach i wtedy bardzo mi utkwiło w głowie, że dobry jogurt jest rzadki, bo jest bliżej natury, bez żelatyny i innych takich. Dlatego, kiedy w mojeje kuchni pojawił się jogurt Dodaj co lubisz! od OSM Krasnystaw, pierwsze co zrobiłam, to nim pomachałam. Chlupie, jest dobrze. No to lecimy pięć posiłków z jednej listy zakupów!

Pierwsze śniadanie - szybkie płatki owsiane na słodko (1 porcja)


8 winogron
1/2 banana
3 łyżki płatków owsianych górskich
2 łyżki musli z owocami
łyżka dżemu



Oczywiście możecie wymienić owoce, darować sobie dżem i tak dalej. Chcę Wam sprzedaż patent. U mnie to wygląda tak, że wrzucam świeże owoce do szklanki, potem płatki i trochę musli, na to jogurt i tak warstwami,  a na koniec z kosmosu na to wszystko łyżeczka dżemu. Banalnie proste, super szybkie, mega pożywne i bardzo chętnie zjadane, bo słodkie z różnymi konsystencjami. Śniadanie na słodko? Bardzo proszę!

Drugie śniadanie - szybkie chrupanie w pracy (1 porcja)


1 marchewka
1/2 ogórka szklarniowego
3 łodygi selera naciowego 6 pasków papryki
2 ząbki czosnku
1.4 pęczka koperku
sól i pieprz do smaku



Czosnek, pełna pasji przecisnęłam przez praskę ignorując fakt, że nadal ma na sobie skórki, łupinki czy jak je zwą. Bo kto ma czas to obierać, jak praska radzi sobie bez? Koperek siekam na tyle, na ile oko porannie zaspane mi pozwoli. Koperek też siekam raczej z grubsza, bo nie będę się wysilać, walnę trochę soli, ja tu lubię dać różową sól himalajską, bo wygląda zjawiskowo, trochę pieprzu i mieszam. Warzywa kroję w słupki, żeby ładnie wyglądało. Cała trudność polega na tym, żeby znaleźć odpowiedni rozmiar słoika w domu, żeby Michał sobie ten sos jogurtowy do pracy zabrał. Jemy maczając warzywa w sosie.  Jak ktoś bardzo potrzebuje na ten posiłek węglowodanów, może wziąć np. paluszki grisini do warzyw. Świetna przekąska, również na wieczór z filmem.

Lunch w pracy - zupa z selera naciowego i fenkuła z jogurtowym kleksem (4 porcje)


8 cm białej części pora
2 łyżki oleju rzepakowego
1 duża marchewka
1 pietruszka
seler naciowy (to co zostało z drugiego śniadania
fenkuł
30 g kaszy jaglanej (suchej)
2 ziemniaki
kurkuma
sól
pieprz
natka pietruszki (hoduję na parapecie więc nie wiem jaka to część pęczka)
1 łyżka czarnego sezamu
odrobina płatków chili



Jeśli byliście już na moich zupach, to wiecie, że wszystkie zaczynają się tak samo. Jeśli nie to koniecznie nadróbcie, wpiszcie w blogowej wyszukiwarce "zup" i zobaczycie co już gotowałam. Olej do garnka, na to pokrojony w półplasterki por, szklimy, zalewamy wodą (tak 2 litry), dodajemy marchewkę pietruszkę i ziemniaki pokrojone w kostkę,wsyp kaszę jaglaną, nie płucz, taka jest ok, trzeba to razem zagotować i przyprawić solą i pieprzem. Seler i fenkuł kroimy w kawałki i dajemy do gara. Zostawiamy na małym ogniu tak ze 20 minut (czyli drzemkę Kazika). Na koniec sypiemy kurkumę i zdejmujemy z ognia. Blendujemy, ciapiemy na każdą porcję po dwie łyżki jogurtu, posiekaną natkę pietruszki, czarny sezam i ciut płatków chili. Dla profanów, takich jak moje dzieci można podać jeszcze groszki ptysiowe, ale uwierzcie mi - nie są potrzebne.

Obiad z rodziną - turecko, grecko i miodowo


5 marchewek
5 pietruszek
5 łyżek oleju
2 łyżki miodu
1 1/2 główki czosnku
przyprawado ziemniaków
10 ziemniaków
500 g mięsam ielonego z indyka
przyprawa do gyrosa
6 ogórków kiszonych
pół ogórka szklarniowego
sół
pieprz
koperek



Tu będzie powieść w częściach, bo mnie trochę poniosło.Można to pewnie uprościć, ale po co, jak ja tak lubię mieszać w garach?

Marchewka i pietruszka w miodzie


Obieram marchewki i pietruszki, kroję w 6 cm słupki. Wrzucam do naczynia żaroodpornego. W kubeczku mieszam 3 łyżki oleju, dwie łyżki miodu, dużą szczyptę soli himalajskiej, świeżo mielony pieprz i posiekany rozmaryn. Główkę czosnku kroję w poprzek na pół, kładę koło warzyw, całość zalewam zawartością kubeczka i  wstawiam do pieca.

Pieczone ziemniaki


To to łatwizna, lecimy trochę gotowcem. Ziemniaki sobie obieram, tak z dziesięć sztuk, kroję to w takie niezobowiązujące frytki i wrzucam do zimnej wody, jak się zagotują wsypuję łyżeczkę soli i gotuję pięć minut, odlewam, wrzucam do naczynia żaroodpornego i skrapiam olejem słonecznikowym i osypuję przyprawą do ziemniaków. wrzucam do pieca.

"Tureckie" mielone


Piszę w cudzysłowie, bo znów włączam gotowiec. Sięgam po przyprawę do gyrosa. Wybierajcie takie z sensownym składem, to nie zaczniecie świecić w ciemności.  Uwaga, sztuka wyższa. Mięso wyciągam z lodówki i zasypuję obficie przyprawą, jak tylko wsadzę ziemniaki do pieca. Mieszam i po 20 minutach rozgrzewam patelnię grillową. Formuję podłużne niewielkie kotleciki i smażę z obu stron.

Tzatzyki inaczej


Ogórki i świeże i kiszone kroję w kostkę, siekam koperek tak 1/4 pęczka, przeciskam przez praskę 2 ząbki czosnku, dodaję jogurt i doprawiam do smaku solą i pieprzem. Mieszam i gotowe.

Kolacja -ryżowa sałatka z kurczakiem


2 wędzone uda z kurczaka
6 plastrów ananasa z puszki
1 puszka kukurydzy
1/4 słoika  selera w zalewie
100 g ryżu
pęczek szczypioru
1/4 czerwonej cebuli



Tu nie ma wielkiej filozofii, ryż gotuję, kurczaka, cebulę i ananasa kroję w kostkę, siekam szczypiorek, seler przekładam do miski. Dodaję jogurt i przyprawiam do smaku. Podaję z grzankami, albo bez, zależy jak się nawinie.

Bonus


Jeśli chcecie zrobić coś miłego dla swojej skóry, poza jedzeniem tych wszystkich pyszności, jogurt możecie też dziabnąć sobie na twarz. Dwie łyżki płatków owsianych zalewacie gorącą wodą, żeby spęczniały,dodajecie łyżkę miodu i dwie łyżki jogurtu naturalnego, nakładacie na twarz na 20 minut, raczej trzeba leżeć i pachnieć, bo spływa z twarzy, ale warto. Odżywienie, nawilżenie i przywrócony blask gwarantowane.
Ze wsi do miasta i z do miasta na wieś, rzecz o zmianach

Ze wsi do miasta i z do miasta na wieś, rzecz o zmianach

Byłam wczoraj w mieście. Nic ekscytującego. Przecież mieszkałam w Warszawie ponad 11 lat (sic!). Ale tak sobie pomyślałam, że napiszę Wam o tym parę słów, ale spoko, nie będzie relacji minuta po minucie co robiłam. Do zwierzeń nakłoniła mnie jedna malutka refleksja. 





Kiedy w maju 2006 roku stanęłam na Dworcu Centralnym w Warszawie z jedną torbą, w której był koc,kilka ciuchów, sto złotych i pasta do zębów, byłam przerażona. Nawet nie bardzo ogarniałam, w którą stronę mam pójść. Wychowałam się na wsi. Nigdy się tego nie wstydziła, przeciwnie, byłam z tego dumna. Moi rodzice zatroszczyli się o to, żebym nie miała na tym punkcie kompleksów, żebym umiała się wszędzie odnaleźć.

Rok rozpaczy


Tak to z grubsza wyglądało. W każdy możliwy wolny dzień wsiadałam do PKSa i jechałam do rodziców, całą drogę powrotną do Warszawy płakałam. Tęskniłam. Bardzo. Nie umiała się odnaleźć, miała fajną pracę, fajnych znajomych, wygodne mieszkanie,ale nie była szczęśliwa. Czułam się nie na miejscu i ciągle gubiłam się w podziemnych korytarzach pod Centralnym. To był dla mnie bardzo ciężki, wyczerpujący i intensywny rok. Potem zaczęłam się spotykać z Michałem i jakoś z dnia na dzień było mi łatwiej tam być.

We have a dream...


Nie będę Wam tu opowiadać o moich kolejnych etapach akceptacji życia w metropolii, ale fakt jest taki, że z czasem w Warszawie zrobiło mi się wygodnie. Mieliśmy jednak z Michałem wspólne marzenie - mały biały domek na wsi. Spełniliśmy je po 10 latach wspólnego życia. Byłam w trzeciej ciąży, nasze 40 metrowe mieszkanie od dawna było zbyt ciasne, więc kiedy bank zgodził się nam pomóc, stanęliśmy w progu naszego domu. Dobrze mi tu. Nam. Kiedyś Wam to wszystko opowiem, ale dziś napiszę o czymś innym.

Ja dzisiaj


Nie maluję się codziennie, bywa, że cały dzień chodzę w dresach, teraz, kiedy dzieci jeżdżą do placówek autobusem bywa, że moje jedyne wyjście w ciągu dnia kończy się na terenie posesji. Pamiętam, jak Kazik miał może pół roku, po dłuższej przerwie wybraliśmy się do Warszawy. Podróż Trasą Toruńską w godzinach szczytu była dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Jakoś dużo tych samochodów i to tak blisko... Michał śmiał się, że mam lęk urbanizacyjny. A przecież dosłownie kilka miesięcy wcześniej tą samą drogą jeździłam codziennie do pracy, cóż zmieniło mi się. Wysiadłam wczoraj na tej samej Centralnej, co 13 lat temu z pociągu. Odstawiona, jak szczur na otwarcie kanału, wśród ludzi pędzących w garniturach do pracy czułam się dziwnie i znów zaplątałam się w tych podziemiach... Umówiłam się na hali głównej z koleżanką i nie mogłam tam dojść :D w końcu dotarłam.

Co robi matka


Wypiłyśmy kawę w eleganckiej kawiarni, zjadłam ciastko tak ładne, że mogłabym je postawić na komodzie, jako dekorację, przespacerowałam się Krakowskim Przedmieściem i pojechałyśmy na śniadanie prasowe do eleganckiego hotelu na Mokotowie, gdzie prawie, jak za dawnych czasów, kiedy pracowałam w gazetach posłuchałam o nowościach kosmetycznych, zjadłam fajne jedzenie i napiłam się pysznej kawy, a co najważniejsze, spędziłam czas z bardzo fajnymi dziewczynami.



Te Laseczki to Aneta ze Świata Karinki i Gosia z Lili_Arisza

I gdzie ta refleksja?


Otóż refleksja polega na tym, że chociaż wychowałam się na wsi i ponad dekada w mieście była dla mnie bardzo wymagająca, to trochę za tym miastem tęsknię. Tak każdego dnia, jest mi tu lepiej, wiecie, trawnik, plaża, zdrowsze powietrze, las za płotem, dzieciaki zadowolone, miejsca więcej, te plusy mogę wymieniać dwa dni. Ale prawda jest taka, że gdybym częściej miała z kim zostawić Kazika (wczoraj została z nim moja mama, parę wcześniejszych razy Michał), to chętnie bym się częściej do stolicy bujnęła, żeby całkiem nie zdziczeć, tak po prostu.

Obie ja, to ja


Ostatnio nawet podłączyłam się do takiej fajnej akcji na Instagramie. Sprawa tyczyła się pewności siebie. I tak od razu przyszło mi do głowy, że pewność siebie to zdolność do pokazywania siebie w makijażu i bez, z uśmiechem i ze sutkiem wypisanym na twarzy. Dla mnie pewność siebie, to również po tygodniach chodzenia w dresie założenie czegoś innego, zrobienie makijażu i stanięcie twarzą w twarz z tymi wszystkimi pięknymi dziewczynami. A dla Ciebie?





Czym jest dla Ciebie pewność siebie? Dla mnie pewność siebie to pokazywanie siebie. Bez makijażu, czasem bez uśmiechu, pokazywanie prawdziwego swiata. Czasem ta prawda to ja z czerwoną szminka, w kapeluszu, sukience, a czasem ta prawda to bałagan i pryszcze. Żadna z tych wizji mnie nie definiuje, żadna nie jest falszywa. Prawda, pewność siebie, to świadomość swojej wartości niezależnie od okolicznosci. Każdy TO ma. Tylko trzeba zajrzeć do srodka. Dać sobie prawo do przezywania porażek i swietowania sukcesow. Do bycia czlowiekiem. I ociekania zajebistoscią też 😂 i nie wstydź się mówić o tym głośno. Masz prawo być z siebie dumna i masz prawo o tym mówić. Bądź pewna własnej wartości, zawsze. Kiedy zobaczyłam post na @allaboutlife.pl że jest akcja do zrobienia i jeszcze można wygrać udział w super warsztatach (sprawdźcie u dziewczyn, szczegóły pod repostowanymm od @jestrudo zdjęciem), wiedziałam, że w to wejdę. Zrobię więcej. Zaprosze do zabawy, chociaż nie trzeba, fajne dziewczyny. Kilka, bo nie dam rady wszystkich. Jeśli chcesz, też dołącz. Masz te moc! Zapraszam @lili_arisza @monia_mamita i @polska_blondynka 💜💜💜 Pamiętajcie o hashtagach #alwayssensitive #akademiaalways _____ #womanstyles #modnapolka #modnakobieta #stylovepolki #instakobieta #dziendobry #instamama #instamatki #nomakeup #bezmakijazu #bezmakijazujestempiekna #bezmamkeupu #nomakeup #nomakeupDay #nomakeupselfie #nomakeuptoday #naturalme #itsjustme #justme #ohhey #nomakeupchallange #withoutmakeup #nakedface #naturalface
Post udostępniony przez Marta Lewandowska (@matka_zywicielka)




Okiem Żywiciela: NIEZGODNIK MAŁŻEŃSKI CZ Właściwa

Okiem Żywiciela: NIEZGODNIK MAŁŻEŃSKI CZ Właściwa

Jak może niektórzy pamiętają ostatnio moja Najukochańsza z Żon postanowiła w sposób niezwykle delikatny i uroczy wymienić kilka moich mniej przez Nią lubianych cech lub przyzwyczajeń. Ponieważ jestem już doświadczonym małżonkiem i wiem czym mogłoby się skończyć podobne działanie z mojej strony to od razu zaznaczam:


Wszystkie postacie i wydarzenia opisane w tym artykule są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących jest przypadkowe.


pixabay

Nie wiem i Nie da się


Dwie najbardziej znienawidzone przeze mnie towarzyszki mojej żony to: "Nie wiem" i "Nie da się" - "Nie wiem" jest najlepsza przy wyborze wszelakim, jedzenia, filmu czy podejmowaniu innych decyzji. Uprzejmie przygląda się, kiedy produkuje kolejne pomysły i wymieniam kolejne tytuły. Uwielbiam ją, "Nie da się" często kroczy tuż za nią szczególnie, jeśli rzecz wymaga zachowania niekonwencjonalnego lub wykracza poza, na przykład techniczną wiedzę mojej drugiej połówki. Ona nie pyta czy to można,  jak to zrobić Ona wie. Nie da się. Dzięki nim obu mam ubytki szkliwa od zgrzytania zębami.

Reszta to już detale i drobiazgi, takie jak Żagielek


Moje słońce Peru czasami podczas snu podciąga jedną nogę i trzyma ją zgiętą w kolanie, a stopa stoi na prześcieradle, w miarę zwiotczania się mięśni, które towarzyszy zapadaniu w głębszy sen nogą opada na bok i zaraz jest podrywana do góry (podejrzewam,że podrywanie wywołuje uczucie spadania podczas snu), skutkuje to tym, że jestem w nocy rytmicznie uderzany, aż do momentu, kiedy się obudzę i już teraz nie bawiąc się w żadne konwenanse podcinam stopę, żeby noga spoczęła płasko na łóżku i tak do następnego razu.

Poranny Morderca


Dlaczego nie próbuję mojej cudowności budzić i prosić, rozmawiać? To proste, rozmowa z moją żoną tuż po obudzeniu przypomina obudzenie niedźwiedzia w połowie snu zimowego, kiedy jest już głodny i wściekły. Po prostu tego się nie robi. Najpierw kawa potem, potem druga kawa i już można nieśmiało, na razie neutralnymi pytaniami sprawdzać czy niedźwiedź trochę wyluzował ale delikatnie.

Walczę o 5 miejsce z lodówką


Czasem jest tak, jak w tym starym dowcipie, najpierw jest królowa kawa, potem kontrola stanu odziania dzieci, następni jesteście Wy, czyli cały ten wirtualny świat, który powoduje ,że najczęściej widzę czubek głowy mojej żony,bo twarz pochyla się w stronę telefonu, kontrola stanu lodówki i dopiero wtedy wchodzę ja - cały na biało.

Mógłbym jeszcze pisać o zmywaczach do paznokci, które magicznie pojawiają się w tak zaskakujących miejscach jak blat w kuchni, stolik w salonie, szafka w sypialni chociaż oczywiście w łazience czeka na nich setka towarzyszy w różnych flakonikach i buteleczkach.

Na tym kończę i odezwę się, jak dostane papiery rozwodowe.
Nowoczesny obiad (nie tylko) na Wielkanoc

Nowoczesny obiad (nie tylko) na Wielkanoc

Nadal nie podjęłam ostatecznej decyzji, co będę robić, jak będę dorosła. Ciągle się miotam. Z jednej strony marzy mi się poważne dziennikarstwo, jak kiedyś, praca w korporacji, chodzenie w butach na obcasie dalej niż na przystanek po dzieci wracające ze szkoły. Ale z drugiej lubię to moje leniwe wiejskie życie. Codzienne czynności, które mocno osadzają mnie tu i teraz, pozwalają się pochylić nad prostymi rzeczami.


Matka Żywicielka na IG


Kiedyś miałam takie marzenie, żeby otworzyć małą knajpkę, miejsce, do którego będą przychodzić stali klienci. Ludzie, z którymi będę gadać, pytać czy to co zawsze i podsuwać im maleńkie próbki nowości. Albo gospodarstwo agroturystyczne, w każdym razie w w tych marzeniach stałam przy garach. Lubię gotować. Wymyślać, mieszać i łączyć nieoczywiste składniki. Najczęściej inspiracją do takich ekscesów są jakieś wspomnienia,smaki gdzieś raz spotkane siedzą we mnie i cichutko wołają "odtwórz mnie, powtórz, podkręć". Miałam kiedyś nawet całkiem fajne konto na Instagramie z gotowaniem, ale wziął mi ktoś ukradł i nie mogę się zalogować. Trudno. Czasem coś wrzucę na żywicielkowe. Dziś kolejna zupa.

Kilka słów wyjaśnienia


Po pierwsze moja babcia robiła takie zupy, barszcz musztardowy, chrzanowy. Lubiłam je, były inne od rosołu czy pomidorówki. Pewnego dnia zaczęły za mną chodzić. Często robię sos musztardowy do pulpetów, bo Teodor bardzo go lubi,a chrzan, jakoś tak po macoszemu traktuję, mimo że go lubię, bo tylko ja w naszym domu go jem, ale postanowiłam zaryzykować. Jeśli już kiedyś gotowaliście ze mną jakąś zupę, to wiecie,że większość tych historii zaczyna się tak samo, więc bez spiny, nie macie dejavu, Tak to u mnie wygląda. To co, startujemy?

Lista składników


mały słoiczek chrzanu
3 ziemniaki
biała część pora
łyżka masła
korzeń pietruszki
mały seler
śmietanka 30 proc.
sól
biały pieprz

Dodatkowo


jajka - tyle ile porcji, najlepsze byłyby przepiórcze, ale sama użyła kurzych
rzodkiewka
cebulka prażona
olej tłoczony na zimno (dałam konopny, ale może być lniany, dobra oliwa, lub z pestek dyni)
kilka listków świeżej mięty

Do dzieła


Masło roztopiłam w garnku z grubym dnem i zeszkliłam na nim pokrojonego w półplasterki pora. Zalałam 2 litrami wody (tak na oko). Ziemniaki, pietruszkę i selera obrałam i pokroiłam w kostkę, dorzuciłam do garnka, po zagotowaniu doprawiłam solą i pieprzem. Kiedy warzywa zmiękły dodałam chrzan (prosto ze słoika) i śmietankę. Wyłączyłam i usmażyłam jajka sadzone do dekoracji.

Jeszcze gorącą zupę zmiksowałam i nałożyłam na miseczki. Na każdej porcji położyłam jajko, kilka cienkich plasterków rzodkiewki i posiekaną miętę. Posypałam odrobiną prażonej cebulki i skropiłam olejem. Jedli, aż im się uszy trzęsły, więc chyba źle nie było :D

Naszła mnie taka refleksja, że ta zupa świetnie sprawdzi się w roli wielkanocnego obiadu, wiecie jajka, chrzan, nowalijki. Tylko trochę inaczej. Zamiast żurku z torebki. Może być, prawda? No i wtedy zamiast plasterków rzodkiewki można dodać kiełki rzodkiewki, albo rzeżuchy. Hmm, niezłe. Na pewno sprawdzę i powiem Wam za jakiś czas czy pasuje, bo akurat wczoraj sialiśmy z chłopakami kiełki. Zobaczymy co z nich wyrośnie. Z kiełków, nie z dzieci, bo tego, to nikt nie przewidzi.

Home&Kitchen Garden/InfluencersTop2019

AllAboutLife/InfluencersTop2019
A może chcesz zobaczyć inne moje zupy?

Mam dwie super jesienne, które zaczynasz od nagrzania piekarnika (KLIK)

I jeszcze pięć rozgrzewających, które od razu pokochasz (KLIK)

Ale spoko, dam Ci przepisy na następne. Daj znać, jak wypróbujesz i powiedz mi czy Ci smakowało. Możesz tutaj albo na Facebooku, a jeszcze lepiej na Instagramie, tam na story możesz podejrzeć, np. co gotuję dzisiaj.
Niezgodnik małżeński cz 1

Niezgodnik małżeński cz 1

Małżeństwo to dżungla. Walka o przetrwanie, poduszkę, ostatnią kapsułkę z kawą. A co najgorsze sami sobie to chomąto zakładamy na szyję, doczepiamy do niego kamienie  i tak brniemy. W parze, w tandemie z dybów. Żeby nie paść tu trupem z powagi przyjrzyjmy się małżeńskim waśniom. Choć może to za wielkie słowo. 


Pixabay

Każdy, nawet w tak cukierkowym świecie jak nasz, ma swoje straszne momenty. Te dramaty zdarzają się co dzień, przychodzą podstępnie z partyzanta, kruszą lukier, wyrywają leje w gładkim jak lustro asfalcie ornamencie związku. Dobra dość poetyki do rzeczy.

Chcesz kawę?


Zaczyna się niewinnie, doczołguję się rano do czajnika, przez półprzymknięte powieki widzę guziczek, naciskam i rzucam w kierunku sypialni: Chcesz kawę? Nigdy nie chce, cholera, nigdy. Ale ryja w mojej to macza, mało tego, jak się odwrócę na dłużej, to całą potrafi wyżłopać. Jak zrobię mu oddzielną, to znajdę ją utkaną gdzieś w kącie za dwa dni. Nigdy nie pije swojej. Tylko moją.

Tykanie


No niech pierwszy rzuci kamieniem, kto lubi być tykany. Paluchem. Ruchem dźgającym. Celem obudzenia. Wszystko się we mnie gotuje, już oczy otwieram wściekła. A jeszcze niedawno głaskał, szeptał czule słówka. "kochanie, Kochanie" - mówił. Po policzku smyrał czy po pleckach i czekał. Teraz tyka. Paluchem. Bo kluczyków znaleźć nie może, a do pracy jedzie, bo budzik mój dzwoni. A weź se pan ten palec wiesz gdzie wsadź.

Idź do wanny


Matko! Czy istnieje na tym świecie inna metoda rozwiązywania problemów? Boli mnie głowa "idź do wanny", chcę uciec na bezludną wyspę "idź do wanny. No ludzie! Ja nie znoszę leżeć w wannie, do wanny to ja mogę iść ją umyć. Może on chce, żebym się utopiła? W końcu wie, że nie umiem pływać.

Ścierka niezgody


Świeżutka, wyprana i wyprasowana. Wisi na piekarniku, tradycyjnie złożona na cztery. Wchodzi na trzy sekundy do kuchni. Wchodzę ja. Ścierka zmięta i uwalona niczym mop z publicznej toalety wciśnięta byle jak na swoje miejsce. Podobno nie ruszał, stał się cud, albo kataklizm poza Jego świadomością. Nie wiem, może ścierka się zawstydziła i sama postanowiła się sponiewierać?

Co mówisz?


To jest hit ostatnich dni. Wpadłam w grzybowy szał, kiedy tylko mogę biegam do lasu, jak wybieram się do większego zapraszam na tą wycieczkę Męża. Idzie z nami Kazik. Chociaż idzie, to za dużo powiedziane, bo dość szybko Kazik wymięka i każe się nosić. Małżonek bierze go na barana i na każdą moją wypowiedź kwituje słowami "Nie wiem, czy zauważyłaś, ale mam nad głową roztańczony narodowy".Co ciekawe zauważyłam, że używa tego argumentu również wtedy, gdy w okolicy nie ma żadnego dziecka. Węszę podstęp.

To tylko kilka pierwszych przykładów, wierzcie mi mam ich mnóstwo, ale mam też korektę kilku tekstów do zrobienia, więc zostawię Was tutaj i wrócę z tematem :D

Szukam i opowiadam. Książki wspomagające rozwój dzieci

Szukam i opowiadam. Książki wspomagające rozwój dzieci

Już myślałam, że tego postu nie napiszę. Wszystkie znaki na niebie i ziemi były przeciwko mnie.Zamówione w Naszej Księgarni książki szły do mnie chyba z miesiąc. Kurier się nie popisał. Potem nawał lektur szkolnych skutecznie blokował nam czytanie relaksacyjne, do tego mój rotawirus, słabe światło do zdjęć i jeszcze rot u Kazika. 




Jest 23:16 zaczynam pisać. Kazika odkładałam chyba z siedem razy, bezskutecznie. Zdjęcia ostatecznie zrobiłam w biegu wykorzystując moment. Muszą wystarczyć, bo szkoda nie pokazać tych książek. Obydwie są fajne i obydwie warte polecenia.

Pucio umie opowiadać


Jeśli znacie już Pucia, to nie wiem, czy trzeba mówić coś więcej niż  to że jest nowa książka z tą postacią? Tym razem Pucio zostanie starszym bratem, a my będziemy towarzyszyć mu od początku, od informacji, że mama jest w ciąży. Przeżyjemy razem pojawienie się bobasa, pierwszą kąpiel, odrobinę zazdrości i pierwsze zabawy z młodszym bratem. Co Wam dużo będę mówić, jako mama trójki od początku miałąm wiele lęków, nie tylko o Zeta, jego pozycja w domu zawsze była mocna i miał tego świadomość. Ale Ted? Tyle naczytałam się o tym, jak środkowe dzieci czują się pokrzywdzone, odsunięte, że chyba przeżywam tą historię bardziej niż Pucio. Książkę polecę Wam nie tylko w sytuacji, kiedy rodzina się powiększa, to także okazja, żeby powspominać z dzieckiem pierwsze chwile jego życia. Kazik póki co skupia się na tym, gdzie jest piesek, a gdzie kotek, ale starszaki chętnie zadają pytania, które sugeruje książeczka. Fajną opcją jest też historyjka obrazkowa na dole strony. To na ich podstawie dziecko ma opowiedzieć historię, którą właśnie usłyszało. Bardzo fajna pozycja dla tych, którzy chcą rozwinąć u swojego dziecka nie tylko umiejętność snucia historii, ale też wesprzeć funkcje poznawcze i opowiedzieć jak to było u Was.





Detektywi z Tajemniczej 5, Zagadka zbuntowanego robota


To zdecydowanie opowieść dla nieco starszych dzieci. Zet i Ted odnaleźli się w niej doskonale. Zacznę od tego, że opowieść osadzona jest bardzo mocno w znanych im realiach, bo w Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. Chłopcom to miejsce bardzo się spodobało, więc kiedy usłyszeli, że Piotrek,Jaga i Anka tam zaczną swoją przygodę z ukochaną przez Zeta robotyką słuchali jak zaczarowani. Piotrek i Anka interesują się robotami i programowaniem, więc zaplanowana przez tatę Piotrka wycieczka wydaje się im być mocno atrakcyjna. Jaga młodsza siostra Piotrka postanawia się na niej nudzić. Swoją wizytę w Centrum ta czwórka zaplanowała zacząć od przedstawienia na podstawie "Bajek robotów" Lema wystawianej przez robothespiany czyli roboty - aktorów. Jaga od razu zakłada,że będzie się nudziła, jednak podczas przedstawienia następuje awaria prądu, a kiedy światło się zapala, jeden z aktorów znika. Czy się odnajdzie i jak potoczą się losy bohaterów, tego Wam oczywiście nie zdradzę, bo bardzo chciałabym, żebyście przeczytali tę książkę razem ze swomi dziećmi. Bardzo-warto.



Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger