Zabieram dzieci w podróż do przeszłości

Zabieram dzieci w podróż do przeszłości

Nie jestem bardzo stara. To  znaczy nie byłam do wczorajszego poranka, kiedy próbowałyśmy z mamą ustalić, kiedy w szkole, w mojej rodzinnej miejscowości zaczęła pracować moja wychowawczyni w klasach IV-VIII. Tak od słowa do słowa doszłyśmy do tego, że musiałam być wtedy w wieku Zygmunta. To było ćwierć wieku temu.Brzmi strasznie. A przecież świat wcale się tak bardzo nie zmienił.




Ćwierć wieku temu podbierałam mojemu bratu komiks z Lucky Luckiem, oglądałam Muminki na dobranoc i zaśmiewałam się z Asteriksa. Niby ćwierć wieku temu, a jednak wczoraj. Dosłownie. Tylko towarzystwo mam inne. Ta paczka z Egmonta rozgrzała nas do czerwoności. Bo oto każdy znalazł coś dla siebie!

Komiksy, nie tylko z historią


Ale od tych zacznę. Bo Gal Asteriks, to jest taki koleś, którego lubią wszyscy. Kiedyś w niedzielne przedpołudnia oglądaliśmy jego przygody z Tatą i Bratem, teraz siadam przed telewizorem z chłopakami. Bawi tak samo, jak kiedyś. Na szczęście nie tylko mnie.

"Przygody Gala Asteriksa" R. Goscinny, A.Uderzo

Asteriks wraca z okazji swoich 60(!) urodzin. Pierwszy zeszyt z przygodami mieszkańców jedynej galijskiej wioski, której nie sięgnęły rzymskie ramiona. Ale co Wam będę opowiadać,pewnie znacie tę historię. Czemu więc warto sięgnąć po ten zeszyt? Bo twórcy tych legendarnych postaci z okazji okrągłej rocznicy dorzucili tu swoje dwa grosze. Na końcu zeszytu znajdziecie historię powstania tej bajkowej legendy, szkice, notatki i wspomnienia. Koniecznie trzeba wejść w posiadanie tego zeszytu. Choćby w celach kolekcjonerskich, a że teraz jest 25 proc. tańszy, to żal nie kupić.




"Córka Wercyngetoryksa" R.Gościnny, A. Uderzo

Wiecie jak to jest. Wieś spokojna i wesoła,wolna od Rzymian, cisza, spokój i nagle zjawia się Adrenalina - córka Galijskiego wodza, którą chcą porwać wrogowie, ale pod opieką Asteriksa i Obeliksa może bezpiecznie i spokojnie czekać na statek do Brytanii. Dobra, może by mogła, jakby nie była zbuntowaną nastolatką. Umówmy się imię Adrenalina nie jest przypadkowe. Uprzedzam - płacze się ze śmiechu.

"Kajko i Kokosz Cudowny lek"

Nie mogłam sobie odmówić zamówienia tego komiksu. Bo jeśli Kajko, Kokosz i Miluś ruszają we wspólną wyprawę po wodę ze źródła Pochwista, żeby ocalić dotkniętych tajemniczą chorobą ziomków, to już wiadomo, że nie będzie nudno! Mamy wersję rosyjskojęzyczną, więc mam dodatkową motywację do przypomnienia sobie tego języka. Może przy okazji zarażę nim Zygmunta? Ale spoko, istnieje też wersja po polsku.





"Kubatu. Ani mi się śni"

A to już taka świeżynka, bo nie znałam Kubatu, ale byłam go bardzo ciekawa. To komiks dla młodszych dzieci z elementami science fiction. W całym mieście znikają przytulanki. Jest to bardzo poważna sprawa, bo przecież wiele dzieci rozpacza z tego powodu.Na szczęście Kaj, wraz z papugą Kubatu i robotem strażnikiem oraz panem inżynierem nie zamierzają tak zostawić tej sprawy. Zagadka musi zostać rozwikłana.





Ale nie tylko komiksem żyją dzieci! 


Każdy kto mnie zna, wie, że Mała Mi to ja!Mała, trochę wredna z ciętą ripostą i zdecydowanie szczera do bólu.Wcale mnie więc nie zdziwiło, że ta bohaterka szybko skradła też serce Teodora, który, jak wiadomo jest moją reinkarnacją za życia. To głównie z nim czytaliśmy tę książkę.  Pamiętam Muminki ze swojego dzieciństwa, w czasach, kiedy nikt nie widział nic zdrożnego w wierszyku u Murzynku Bambo czy wiecznie naspidowanych sokiem Gumisiów, jakoś nie przyszło mi do głowy, że jest to opowieść mroczna. Dziś widzę, że trochę jednak tego mroku w niej siedzi. Ale jeśli mój wrażliwy sześciolatek się wkręcił i nie bał się, to myślę, że dla dzieci nadal ta opowieść jest bajeczna.

"Opowieści z Doliny Muminków" 

W pierwszym opowiadaniu Muminek i Mamusia przemierzają mroczny las w czasie wielkiej ulewy. Szukają nowego miejsca do zamieszkania, tatuś Muminka zaginął i nigdzie nie widać słońca... Na szczęście, powoli wszystko się układa, Muminki poznają życzliwe stworzenia,które pomagają im przetrwać trudne chwile i odnajdują Tatusia. Razem trafiają do niesamowitej Doliny, która zostaje ostoją sympatycznej rodziny troli i ich przyjaciół.

W książce jest pięć historii, każda z nich nie tylko przeniesie młodego czytelnik a do magicznego świata, ale też będzie świetnym punktem wyjścia do rozmów na ważne tematy. Wydanie jest piękne i z radością podaruję taką książkę zaprzyjaźnionym dzieciakom. Bo Muminki nie mają daty ważności.







Dodatek do świątecznego (i nie tylko) obiadu

Dodatek do świątecznego (i nie tylko) obiadu

To danie jest tak banalne w wykonaniu, że poradzi sobie z nim sprawnie operujący nożem kilkulatek, bo najtrudniejsze jest właśnie krojenie. A efekt sprawi,że na pomarańczowe korzonki już nigdy nie spojrzycie, jak na dodatek do zupy. Te marchewki mogą być dodatkiem do dania głównego, ale też nic nie stoi na przeszkodzie,żeby zaserwować je jako gwiazdę obiadu,np w towarzystwie ryżu.




Tworząc ten smak inspirowałam się przepisem opublikowanym na blogu Filozofia Smaku. Koniecznie do nich zajrzyjcie, bo mają mnóstwo pomysłów na lunchboxy i przepiękne zdjęcia. Marchewka jest słodko-ostra, chrupiąca i pyszna. To co, robimy?

Składniki


1 kg marchewki, użyłam kolorowej, ale może być i pomarańczowa
1/2 posiekanej papryczki chili
3 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
2 łyżki miodu
1 łyżka sosu sojowego
łyżka oleju
kilka igiełek rozmarynu
3 łyżki sezamu uprażonego na suchej patelni

Robimy


Marchewki obrałam i pokroiłam w słupki. Na miseczce wymieszałam olej, sos sojowy, miód, czosnek, papryczkę, posiekany rozmaryn. Zalałam marchewkę na naczyniu do zapiekania i obsypałam całość uprażonym sezamem. Wymieszałam.

Piekarnik nagrzałam do 200 stopni. Piekłam 25 minut. Dzięki temu osiągnęłam efekt chrupiących warzyw. Jeśli wolicie miękkie, pieczcie 40-45 minut, pamiętając o mieszaniu od czasu do czasu.

Danie można przygotować również na patelni, wtedy warto pokroić marchewki cieniej, np zrobić najpierw plasterki obieraczką do warzyw, ale ja wtedy nie porywam się na kilogram, raczej na 2-3 sztuki.

Tym razem swoje marchewki podałam z indykiem a'la gyros i risotto z borowikami





Okiem Żywiciela: Czy dzieci powinny uczyć się o drugiej wojnie światowej?

Okiem Żywiciela: Czy dzieci powinny uczyć się o drugiej wojnie światowej?

Od jakiegoś czasu pojawiają się różne koncepcje i opinie na temat nauki o IIWŚ i Holocauscie. Ostatnie,które pamiętam to: "Nie powinniśmy uczyć o holocauście żeby nie uprzedzać dzieci do Niemiec " i "Nie powinno się uczyć małych dzieci o wojnie ,bo to zbyt mocny temat". Myślę,że obie te wypowiedzi w Polsce nie znajdą zbyt wielu sympatyków ale myślę, że warto się nad nimi troszkę zastanowić szczególnie, że ten temat, co jakiś wraca i myślę, że na Zachodzie w końcu znajdzie wystarczającą ilość sprzymierzeńców, żeby zyskać akceptację.


pixabay

Czy przyszłe pokolenia powinny się uczyć o II WŚ?


W kwietniu 1945 roku Eisenhower specjalnie pojechał do obozu koncentracyjnego zabierając ze sobą dziennikarzy i fotografów, żeby móc osobiście świadczyć o istnieniu takich miejsc, bo obawiał się, że ktoś kiedyś zarzuci mu, że te obozy to tylko wymysł propagandy. Myślę, że wykazał się wielką przenikliwością w tym temacie. Czy za 100 lat powinno się uczyć o tej wojnie? Myślę, że tak, skoro uczymy się o wojnach, które były 500 lat temu to czemu ta wojna miałaby być wyjątkiem?

Czy powinniśmy nienawidzić dzisiejszych Niemców?


Nie, uważam, że nie mamy ani jednego powodu więcej do nienawiści w stosunku współczesnego młodego Niemca niż do Anglika czy Francuza. Spójrzmy prawdzie w oczy. Ostatnie 300 lat było po prostu bardzo niełaskawe dla naszego kraju. Niestety ten czas, a szczególnie ostatnie 100 lat to błyskawiczny rozwój technologiczny, a przez to znaczne "zmniejszenie" się naszego globu. Większość z europejskich państw ma wiele krwi na rękach i Niemcy nie są tu wyjątkiem niestety. Wystarczy przypomnieć sobie okres kolonializmu albo poczynania Napoleona.

Czym jest nowoczesny patriotyzm?


Dzisiaj patriotyzm jest dużo trudniejszy niż 200 lat temu. Już nie wystarczy nosić odpowiednich kolorów i tłuc się z każdym, kto nosi inne. Wiele państw wspiera swoje firmy i stara się je chronić przed zbyt silną konkurencją zewnętrzną, jednocześnie starając się pozyskiwać jak najwięcej dla siebie, a wszystko to z uśmiechem i frazesami o wspólnocie narodów i globalizacji wyrównującej szanse na ustach. Dzisiejszy zdrowy patriotyzm można porównać do bycia na festiwalu muzycznym, masz się dobrze bawić, poznawać nowych ludzi i czerpać jak najwięcej z tego, że przyjechałeś, a jednocześnie musisz pilnować portfela i dbać o to, żeby nogi były suche.

Moim zdaniem uczenie o II Wojnie Światowej jest słuszne, ale szczególnie w Polsce powinniśmy uczyć nie tylko o tym. Bardzo duża część materiału z historii to nasze porażki, zaczynamy potopem szwedzkim, potem rozbiory, wojna ,okupacja i na koniec komunizm. Wyłania się z tego mocno ponury obrazek, z którym nasze dzieci wychodzą na świat. Ja wiem, że to trzeba im opowiedzieć ale starajmy się szukać wynalazków, osiągnięć, rekordów w końcu tego też mamy sporo. Dajmy naszym dzieciom powody do dumy z bycia Polakami. W końcu dał nam przykład Małysz jak zwyciężać mamy... :)


Ciąża rozgrzewa do czerwoności

Ciąża rozgrzewa do czerwoności

Z czasów, kiedy pisałam rubrykę plotkarską w jednym z tygodników, mam takie "zboczenie", że do porannej kawy odpalam Pudelka. Teraz już nie każdego dnia, walczę z tym paskudnym nawykiem, ale jednak zdarza mi się. Z każdym tygodniem, który spędzam w domu, zamiast w redakcji, na portalach plotkarskich znajduję dla siebie mniej atrakcyjnych treści. Coraz mniej "gwiazd" kojarzę. 


pixabay

Ale teraz, jak wchodzę do tego świata, tak powiedzmy raz w tygodniu, wtedy materiału wystarcza na kubek kawy. Taką plotkarską ucztę odbyłam wczoraj. Tak odkryłam, że świat się zmienił, jak nie patrzyłam. Moja ulubiona strona wyglądała mniej więcej tak: ciąża, ciąża, prawie nagie zdjęcia w ciąży, ludzie, których nie znam, ludzie, których nie znam, kobieta, której nie znam związała się z aktorem, którego kojarzę po tym, jak rozstała się z kimś kogo nie znam, modelka urodziła, ciąża, nie znam, itd....

Produkt Narodowy się rozmnaża


Jeśli macie radio, telewizor, albo komputer, pewnie nie udało Wam się uniknąć informacji o tym, że nasza duma narodowa będzie miała drugie dziecko. Przyznam szczerze, że informacja nawet mnie trochę zaciekawiła i bynajmniej wcale nie z powodu rosnącego (podobno) brzucha Ani Lewandowskiej, ani nazwiska, ale odkryłam, że poprzedniego dnia odbył się jakiś mecz, w którym Robert strzelił gola. Miałam nadzieję, że w Reprezentacji, ale not this time. Trudno. Pod artykułami o nowym potomku naszego strzelca wyborowego, a było ich z siedem (na jednym portalu) setki, jak nie tysiące komentarzy. Różnych. Od "kogo to obchodzi" do "młodzi, piękni i bogaci, to niech się rozmnażają". Te drugie są bliższe mojej filozofii życiowej, ale jednak zastanawiają mnie bardziej te pierwsze. No bo tak czysto teoretycznie, jak widzisz tytuł: jak pozbyć się pcheł u doga niemieckiego, a nie masz i nigdy nie chciałeś mieć psa, to klikniesz? Po co? Żeby napisać, że masz to gdzieś, bo nie lubisz psów? Nie wiem, co tymi ludźmi kieruje, ale ok.


Prawie naga w ciąży
Nie, nie Ania, tym razem Joanna Moro. Kliknęłam, bo mój mózg odrzucił imię i myślałam, że chodzi o Odetę, zaintrygowało mnie,że dziennikarka wrzuciła do sieci półnagie zdjęcia w ciąży, bo jakoś mi to do niej nie pasowało. Zorientowałam się, że to nie ta kobieta, co początkowo sądziłam, kiedy doszłam do jej wieku, bo pamiętam, jak Odeta opowiadała o dojrzałym macierzyństwie, a tu 34 lata. Znów zjechałam do komentarzy i znów gównoburza. Bo aktorka, całkiem atrakcyjna zresztą wrzuciła do sieci swoje zmysłowe zdjęcia w ciąży na SWOJE konto na Instagramie. No i czytam, jaka to z niej ladacznica. Aktorka, w bieliźnie, faktycznie, wstyd. A nie, jednak nie. Przynajmniej w moim odczuciu. Czasem nie podobają mi się treści publikowane przez innych w sieci. Ale czy robię im syf? Nie, używam takiego magicznego przycisku "Przestań obserwować" i już, magia!


Jego mama nie chce, żeby wychowywał własne dziecko
Yyyyy, sorry, what?! Jarosław Bieniuk, ceniony sportowiec, który od kilku lat w mediach przedstawiany jest wyłącznie jako wdowieć po pięknej aktorce, Ani Przybylskiej. Ojciec trójki dzieci, człowiek, który pięć lat temu przeżył tragedię i z lepszym lub gorszym skutkiem stara się ułożyć sobie życie na nowo. Znów zostanie ojcem. Jego partnerka (chyba chwilowo była) jest w ciąży. Jeden z uroczych tygodników pisze, że piłkarz tego dziecka wychowywać nie chce, bo mama mu nie pozwala.Nie wiem, czy trzeba dodawać coś więcej. Czuję się nieco zażenowana, że ktoś grzebie w takich sprawach, ale aż za dobrze wiem, że takie tematy sprzedają gazety. Na tym się zarabia, bo ludzie chcą to czytać, że inni mają gorzej, a jak jeszcze sprawa tyczy się kogoś ze świecznika, to tym lepiej. Komentarze, nawet nie będę przytaczać, bo wiadomo - bagno.

Szczęśliwe rozwiązanie


Dobrnęłam jeszcze do "newsa" chyba z soboty, że Joanna Krupa urodziła. Artykuł taki laurkowy - dla odmiany. Ale to mnie nie dziwi, Joasie media lubią. Jest ładna, sympatyczne, chętnie współpracuje zarówno z fotografami na imprezach, jak i dziennikarzami, nie robi problemów, chętnie bierze udział w akcjach charytatywnych i ekspresowo autoryzuje wywiady, nieomal bez poprawek. Niby nic takiego, ale to jednak rzadkość. Jednak modelka wie co mówi i jak daleko wpuścić do swojego świata dziennikarzy, więc nie musi tego potem pisać na nowo. Ale do brzegu, na zdjęciach Asia z malutką córeczką, mamą i siostrą. Landrynkowo i miło się na to patrzy. Ale w komentarzach,poza gratulacjami, awantura, o nagie zdjęcia, zazdrościsz, boś pasztet, stara baba, fajnie że pokazała dzieciaka, a nie chowa, jak... ten swój mały pasztet. Jad, ludzie i nienawiść. Aż smutno.


Ciąża i narodziny dziecka to zawsze hit
Nie tylko w celebryckim świecie. W naszym szarym życiu też ciąża budzi ciekawość i wzbudza skrajne emocje. Bo albo za długo się w ciążę nie zachodzi, albo zaszło się za szybko, albo ciąż było za mało, albo za dużo, albo dziecko się nie takie jak trzeba urodziło, bo powinna być parka, a tu drugie tej samej płci.... Mogłabym tak wymieniać do wieczora. Taka mnie naszła refleksja, że jeszcze się takie nie narodził, co by wszystkim dogodził. Zawsze znajdzie się ktoś, Kto zarzuci, że Ania Lewandowska chowa się w ciąży pod luźnymi ciuchami, tylko po to, żeby potem napisać, że Joanna Moro w ciąży odsłoniła się za bardzo. Będzie i taki co Napisze, że Biebniuk ma za dużo dzieci, tylko po to, żeby trzy minuty później powiedzieć, że Krupa za późno zdecydowała się na dziecko, przez co wychowa pewnie jedynaczkę (a co w tym złego, też nie kumam). Będą i tacy, co napiszą, że Krupa lansuje się pokazując dziecko i przyczepią się do Lewandowskich, że córki nie pokazują.

Ludzie są dziwni, bywają zawistni i zwyczajnie podli. Kiedy słyszycie takie biadolenie i hejtowanie, dla zasady zacytujcie Juliana Tuwima "Całujcie mnie wszyscy w dupę". Nie dajcie się wciągać w tą dziwną grę. Ciężarnym się gratuluje i zapytuje z troską o samopoczucie, a nie obrabia tyłek. Nawet jeśli są znani. Nie robi się tak. Bądźmy życzliwi <3
Biblioteczka maluszka. Całkiem inne książeczki z okienkami

Biblioteczka maluszka. Całkiem inne książeczki z okienkami

Jak byłam dzieckiem, mieliśmy w domu "Zwierzyniec" Jana Brzechwy. Zresztą do tej pory mam tą książkę. Wtedy byłam szczerze zachwycona tym, jaka jest kolorowa, jakie ma piękne obrazki. Byłą zupełnie inna niż wszystkie, które mieliśmy. Dziś wiem, że książkę wydano na cienkim papierze w miękkiej okładce, kiedy patrzę na nadszarpnięte zębem czasu, nieco pożółkłe strony, nadal się uśmiecham. Ale kiedy kupuję kolejne książki dla moich dzieci, wiem, że ja o takich nawet nie mogłam marzyć.




Teraz książeczki są nieco inne. Jako rodzice stając w księgarni często nie wiemy, w którą stronę spojrzeć, bo i to nęci, i to kusi. Dziś przychodzę do Was z książeczkami, na które warto zwrócić uwagę. Seria trzech książeczek z okienkami, ale nieco innymi.

Mówimy tu o trzech książeczkach "W oceanie", "Na farmie, "W Arktyce". Książeczki są bardzo fajnie wydane i od tygodnia dzielnie towarzyszą Kazikowi w roli sparingpartnerów w codziennej zabawie. Grube strony, zaokrąglone rogi i porządnej jakości folia, pozwalają im trwać w niezmienionym kształcie, mimo usilnych prób dwulatka, żeby ten stan rzeczy zmienić.

Na każdej stronie książeczki środek wykonany jest z grubej folii, na której nadrukowane są kolejne warstwy obrazu, dzięki temu książeczka sprawia wrażenie trójwymiarowej. Obrazki są ładne, kolorowe, a jednocześnie pięknie oddają faktyczny kształt zwierząt, bo to one są gwiazdami książeczek.

Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie ilość gatunków przedstawionych w tych książeczkach, sama wiele z nich widziałam po raz pierwszy w życiu. Zaskoczyła mnie chociażby czeczotka tundrowa. Bardzo przyjemnie się to ogląda, choć muszę przyznać, że przy wielu zwierzątkach na pytanie "co to?" odpowiadam Kazikowi "ptaszek". Bo choć książeczki na pierwszy rzut oka wydają się być dedykowane dla jego grupy wiekowej, to z tekstem już trochę gorzej.

Wiem, wiem, czepiam się. Ale moim zdaniem ktoś zdecydowanie nie przemyślał słownictwa, które znajduje się w tej książeczce, bo ona za nic w świecie nie pasuje do dwu - trzy latka. Nie ma tu wierszyków, ok, ale czy "majestatyczne długopłetwowce" to słowa, które dwulatek zrozumie? Mam wątpliwość. Mamy zwyczaj rozmawiania z dziećmi bez "ciuciania i pieszczenia" ale jednak uważam, że słownictwo dla kilkulatka powinno być nieco prostsze. Powiecie, że może książeczka jest dla starszych dzieci? No może i jest, ale czemu wobec tego jest na grubych stronach?

Niezależnie od mojej opinii, co do tekstu i tak uważam, że książeczki warto kupić, bo są po prostu piękne, a umówmy się, że dwulatkowi ostatecznie ich czytać nie musicie, wystarczy je razem pooglądać, odpowiedzieć, poudawać te zwierzaki. Bawić się razem!

Książeczki kupicie TUTAJ








Pomysł na świąteczny obiad: Kaczka pieczona wpomarańczach

Pomysł na świąteczny obiad: Kaczka pieczona wpomarańczach

Trochę bałam się tego dania, bo kaczkę wcześniej piekłam może dwa razy w życiu, nigdy w pomarańczach. A to nie było miejsca na pomyłki. Danie musiało wyjść perfekcyjnie, bo zaplanowałam je na przyjęcie niespodziankę z okazji 60tych urodzin mojej mamy. 




Powiem Wam już teraz, że spokojnie możecie korzystać z tego przepisu, bo wstydu nie było i to mówiąc delikatnie. Moim zdaniem (i innych biesiadników też) była prawdziwa petarda. Co ciekawe, smaczne było nie tylko mięso, ale też owoce, w pierwszej chwili sama nawet doszłam do wniosku, że gwiazdą tego dania były jabłka :)

Składniki  


kaczka moja ważyła 2 kg
3 słodkie jabłka, u mnie malinówki
4 dojrzałe pomarańcze
1 cebula
żurawina do mięs (w słoiku)
łyżeczka pieprzu cayene
2 łyżki majeranku
3 ząbki czosnku
2 łyżki soli, łyżka pieprzu
1/2 cytryny
rozmaryn świeży 1 gałązka
2 łyżki oleju
kawałek kory cynamonu
łyżka owoców jałowca
łyżka goździków

Robimy!


Kaczkę trzeba zacząć głaskać dobę przed podaniem. Umyłam i dobrze osuszyłam ptaka, przy okazji dokonując retuszu skubania, bo plecki miał nieco zarośnięte. Z przeciśniętego przez praskę czosnku, soli, pieprzu, pieprzu cayene, majeranku, oleju i posiekanego rozmarynu przygotowałam "pastę". Natarłam kaczkę na zewnątrz i troszkę od środka też. Pozwoliłam jej nocować w lodówce.

Pomarańcze wyszorowałam i wyparzyłam, cytrynę obrałam, jabłka umyłam. Jabłka pokroiłam w ósemki i usunęłam gniazda nasienne, pomarańcze pokroiłam na ćwiartki, cytrynę w plasterki. Jedno jabłko i plasterki cytryny włożyłam do środka. Pozostałe owoce ułożyłam w brytfannie obok kaczki. Na wierzch tu i ówdzie niczym siała baba mak rzuciłam półplasterki cebuli, goździki, jałowiec i korę cynamonu. A kaczkę posmarowałam jeszcze z wierzchu kilkoma łyżkami żurawiny.

Kaczkę piekłam w sumie 2 godziny w piekarniku nagrzanym do 180 st. Półtorej godziny pod przykryciem, ostatnie 30 min bez, tak, żeby skórka się zarumieniła.

Podana z puree ziemniaczanym i owocami z którymi się piekła w towarzystwie żurawiny kaczka okazała się hitem. Pyszna, soczysta, lekko słodka. Fantastyczny świąteczny obiad! A świąteczny zapach zawładnął domem na trzy dni.





Za nami piękny październik

Za nami piękny październik

Ten rok ucieka mi wyjątkowo szybko, nie wiem, czy to już ten wiek, kiedy każdy dzień jest krótszy od poprzedniego, czy nawał zajęć. Ale prawda jest taka, że dopiero świętowaliśmy roczek Kazika, a już zaczynamy myśleć o jego drugich urodzinach. Zet z małego chłopczyka stał się nagle dużym chłopcem z trzeciej klasy, a Ted pisze coraz lepiej. Tylko my wciąż piękni i młodzi.


Żeby zachować choć trochę wspomnieć zaczynam coraz częściej myśleć o podsumowaniach kolejnych miesięcy, bo w całym tym zamieszaniu zapominam, co kiedy robiłam. Dlatego przygotowałam małe podsumowanie października, który w  tym roku był wyjątkowo piękny i łaskawy pogodowo. A działo się sporo.

Po pierwsze spotkania


Zacznę od tego, że w październiku zaliczyłam trzy bardzo fajne wyjścia. Po pierwsze premiera kosmetyków do pielęgnacji twarzy Arganicare. O samym evencie pisałam Wam TUTAJ. Dziś po miesiącu ich stosowania śmiało mogę powiedzieć, że to preparaty warte polecania i z pewnością nie są to ostatnie słoiczki, które znalazły się w mojej łazience. Poza tym, co tu dużo mówić: spotkanie z dziewczynami też było super!

Lili_arisza

Drugie fajne wyjście, to był pokaz mody dziecięcej w Hulakula. Okazja była szczególna, bo razem z ANETĄ  na wybiegu oglądałyśmy podopiecznych Fundacji Spełnionych Marzeń. To mali pacjenci onkologiczni, którzy swoją energią mogliby zasilić w prąd Nowy Jork. Więcej o pokazie przeczytacie TUTAJ


Trzecie spotkanie to były warsztaty z marką Always, bardzo fajna atmosfera, super dawka wiedzy, a więcej przeczytacie TUTAJ

Rodzinnie


Byliśmy tak zajęci sobą, że prawie nie robiliśmy zdjęć. Ale coś tam mam.














Bardzo, bardzo dużo gotowałam


Tutaj chyba nie będę pisać nic więcej, część tych przepisów znajdziecie już na blogu, inne czekają na realizację ;)














Mam nadzieję, że listopad będzie równie łaskawy, bo oczekiwania mam wobec niego wielkie. ;) A jutro zapraszam Was na post z przepisem na kaczkę pieczoną w pomarańczach. To już listopadowy smakołyk ;)

Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger