Krem z borowików wersja minimum

Krem z borowików wersja minimum

 Sezon na grzyby czas start. Jest bardzo sucho, więc niestety grzybów nie ma tyle, co w tamtym roku, a i robaczywych trafia się sporo, ale są! Ostatnio wybraliśmy się na chwilę do lasu razem z dziećmi i w przeciągu godziny zebraliśmy cały kosz. Tradycyjnie pierwszym daniem, które w sezonie przygotowuję z borowików, bo to głównie je zbieramy jest zupa grzybowa, tym razem w ruch poszedł krem z tych aromatycznych grzybów. Nie przedłużając, zrobiłam dosłownie dwie porcje:




Składniki:

4 ziemniaki

1 marchewka

3 cm pora

2 łodygi selera naciowego

2 szklanki oczyszczonych i pokrojonych borowików

2 łyżki śmietany kremówki

sól

pieprz

tymianek


Do dzieła

Wyszło mi leniwie i prosto, bo miałam pokrojoną marchewkę pora i selera w zamrażarce, właśnie na taki szybki obiad, kiedy nie wyrabiam na zakręcie. Zagrzałam w rondlu dwie łyżki oleju, zeszkliłam na nim pora, selera i marchewkę. Dodałam pokrojone grzyby, chwilę smażyłam, dodałam sól i pieprz. Zalałam wodą i dodałam pokrojone w kostkę ziemniaki. Całość gotowałam do miękkości ziemniaków. Zmiksowałam i już na talerzu polałam kremówką, do tego odrobina natki do dekoracji i już!

Jak dzieci zarobiły 400 zł w dwa dni

Jak dzieci zarobiły 400 zł w dwa dni

 Wakacje już za nami, ale jeszcze jakiś czas będziemy wspominać beztroskie chwile, zwłaszcza, że wrzesień zaskoczył chyba wszystkich. Nagła jesień wcale nie chce zapisać się w naszej pamięci jako ta piękna i złota. Choć na kalendarzu jeszcze lato, to na zewnątrz bywa różnie, rano zakładamy kurtki i czekamy, że może po południu się wygrzebie, żeby jeszcze pójść na spacer. My raz w tygodniu będziemy tej jesieni i zimy spacerować z psami ze schroniska ale pozwólcie, że opowieść swoją zacznę od słów: a to było tak...




W któryś sierpniowy poranek Zygmunt zgramolił się z łóżka i oświadczył, że otwiera stoisko z lemoniadą. Teodor szybko podłapał pomysł i już zaczynali snuć marzenia o dalekich podróżach i nowej elektronice, na które będzie ich stać po całym dniu sprzedaży, kiedy zapytałam: chłopaki, a może zrobimy to dla piesków? I tak ruszyła lawina, której się nie spodziewaliśmy.


Gdzie tu stanąć

Pewnie większość z Was już wie, że trzy lata temu wyprowadziliśmy się na wieś, taką, że wtedy nie było tu nawet nazw ulic tylko numery. A że mieszkamy dosłownie na jej końcu, to mało ludzi się tędy przechadza. Zdecydowaliśmy więc, że zapytamy o pozwolenie na sprzedaż pod sklepem. Właścicielka sklepu, zaangażowana wolontariuszka pobliskiego schroniska od razu przyklasnęła pomysłowi. Zapadła decyzja, będziemy zbierać na karmę dla Pomiechowskich bezdomniaków. 


Zakupy

Ruszyłam więc do miasta, kupiłam kilogram cytryn, brązowy cukier, dwa słoje z kranikiem, papierowe kubki i słomki, sąsiad dał mi naręcze mięty, serio, w życiu nie dostałam takiego bukietu. Żeby nie było, że tylko się przechwalamy, dam Wam przepis na lemoniadę ;) 

4 cytryny wyparzone i obrane przepuściliśmy przez wyciskarkę wolnoobrotową

6 łyżek brązowego cukru rozpuściliśmy w gorącej wodzie, 

do jednego ze słoi wrzuciliśmy sporą garść świeżej mięty

sok i syrop cukrowy rozlaliśmy po równo do dwóch pięciolitrowych słoi i wypełniliśmy je przefiltrowaną wodą, dodaliśmy sporo lodu, bo dzień był upalny.







Stoisko

Kilka palet ustawionych jedna na drugiej nakryliśmy czyściutką ceratą ustawiliśmy słoje, ułożyliśmy miętę i cytryny, żeby było ładnie, postawiliśmy skarbonkę fundacji, chłopcy zrobili plakat reklamowy. Kilka zdjęć dodanych na lokalnej grupie na facebooku zdecydowanie przyczyniły się do rozpropagowania idei. Lemoniadę chłopcy sprzedawali za "co łaska". Nie mam wątpliwości, że ich urok osobisty i zdolności negocjacji się przydały, po dwóch godzinach po 10 litrach lemoniady nie było śladu, a komentarze tych, którzy nie zdążyli dotrzeć nie dawały nam spokoju, dlatego następnego dnia powtórzyliśmy akcję. W sumie udało im się zebrać blisko 400 zł! To przekroczyło nasze najśmielsze oczekiwania, bo we wsi mieszka niewiele ponad 200 osób. Kasa wystarczyła na trzy wielkie i ciężkie kartony specjalistycznej karmy, którą kilka dni później zawieźliśmy do schroniska. Opiekunki zwierząt byli pod wrażeniem.






Wspólnota

Chyba jeszcze większe wrażenie niż ilość kupujących zrobiło na mnie zaangażowanie mieszkańców naszej wioski, to, że Paulina nie tylko pozwoliła chłopcom stać pod sklepem, ale też doglądała ich i wspierała ich nie tylko dobrym słowem, to że Mirek narwał taki wiecheć tej mięty, że Kasia zaproponowała, że następnym razem upiecze ciasto, żeby je też mogli sprzedawać w ramach wolontariatu, że Monika przywiozła swoich gości, tylko po to, żeby wesprzeć chłopców. To że ludzie wracali, chwalili inicjatywę, że dawali tyle kasy (były trzy czy cztery banknoty 50 zł). Dumna jestem z chłopaków,że nadal myślą, jak tu jeszcze rozkręcić akcję i jak zebrać więcej, żeby pomóc. Bo o egzotycznych podróżach przestali wspominać bardzo szybko. Za to temat psa pojawia się coraz częściej. Myślę, że w najbliższych tygodniach trochę ich wyprowadzimy, bo zapał jest, ale zanim zdecydujemy sie na przygarnięcie własnego czworonoga, zdecydowanie musimy wszyscy nauczyć się, że pies to wielka odpowiedzialność na długie lata i nie może to być decyzja pochopna, bo nie można go ,,trochę oddać", kiedy stanie się przeszkodą np. do wyjazdu.










Z pamiętnika nie całkiem młodej matki epizod 3

Z pamiętnika nie całkiem młodej matki epizod 3

 Zasadniczo nowy, trochę dziwny rok szkolny zaczął się już dwa tygodnie temu, więc fajnie byłoby się już ogarnąć, ale cóż mogę powiedzieć. Jeszcze nie doszłam do takiego stanu rzeczy. Pod wieloma względami ten rok jest dla nas wyjątkowy. Po raz pierwszy bowiem wrzesień dotyczy całej naszej trójki. Kazik poszedł do przedszkola, Teodor do pierwszej, a Zygmunt do czwartej klasy. Wszystko jest nowe, zaskakujące i niekoniecznie po naszej myśli. 





Reżim sanitarny dotyczy nas wszystkich, więc zrobię co w mojej mocy, żeby się na nim nie skupić. Ale pamiętajcie, że wdepnęliście w rubrykę nieco bardziej prywatną, więc obiecać nie mogę. Nie mogę powiedzieć, żebym tak jednoznacznie nie mogła się doczekać, aż dzieci pójdą po półrocznej przerwie do placówek, bo bym skłamała. Jasne, że miałam już dość kłótni, zdalnego nauczania, konieczności organizowania im czasu 24h/d, ale z drugiej strony: Kazik jest mały i bez covida często nam choruje, Teodor ma astmę, a Zet w domu był znacznie spokojniejszy. Ale nastał pierwszy września.


Przedszkole

I w tej magicznej dacie nie wydarzyło się w przedszkolu nic, bo Kazik już 31 sierpnia wstał z katarem i jasne było, że póki co nigdzie się nie wybierze. Do placówki dotarł tydzień później. Cały czas powtarzał, że idzie do dzieci, że w przedszkolu będzie się bawił i jadł, że chce do dzieci. Pierwszego dnia faktycznie wkroczył tam śmiało, pomachał mi i poszedł. Kolejne dni były raczej z tych średnich. Zakładałam, że przy rozstaniu będzie płakał, nic mnie nie zaskoczyło, no może tylko to, że po pięciu dniach znów został w domu z katarem. Liczyłam, że pochodzi trochę dłużej. Ale to są właśnie te momenty, kiedy cieszę się, że nie pracuję na etacie, że nie muszę się gibać, żeby załatwić mu opiekę. Musi zostać, zostaje, trudno. 


Pierwsza klasa

Teodor poszedł na rozpoczęcie i... następnego dnia obudził się już z bólem gardła, to mnie trochę zaskoczyło, przyznaję, ale po kilku dniach kurowania powrócił na łono matki edukacji i radzi sobie z tym nowym miejscem zaskakująco dobrze. Lubi nauczycielkę, znaczna część dzieci z przedszkolnej grupy wylądowała w jego klasie. Emocjonalnie poradził sobie świetnie, ale przyznaję, zakręcony jest tak, jak go nie podejrzewałam. Sam się pakuje, sam odrabia lekcje, ale np. notorycznie dziwi się, że w plecaku nie ma jakiejś książki, której akurat potrzebuje. Pani pozwala zostawiać te, które akurat nie są potrzebne w szkole, więc Teodor z lubością zostawia wszystkie. Mimo moich próśb i błagań uparł się jeździć autobusem i jako uczeń w końcu zdecydował, że będzie do szkoły brał kanapki z warzywem, do czego wcześniej za nic nie dawał się przekonać. Dojrzewa, jak nic! W końcu dziś skończył 7 lat.



Czwarta klasa

W związku z tym przypadkiem podejrzewam, że rubryka "Z pamiętnika..." będzie się na blogu ukazywać znacznie częściej niż do tej pory... Zet mówi, że w szkole jest spoko, że nauczyciele fajni, koledzy ci sami co w poprzednich latach, więc też ok. Ale... Że będzie cyrk i problem to było wiadomo już od dawna, pisałam już, że jestem zbulwersowana postawą organów zarządzających, że moje dziecko zamiast nauczyciela wspomagającego na wszystkich 27 lekcjach tygodniowo wsparcie owego posiada przez  godziny... Przepychanka trwa, dyrektor mówi, że kasa jest, ale Urząd Gminy w Pomiechówku staje mu okoniem, bo nie chcą wyrazić zgody na odpowiednią ilość godzin, gmina twierdzi, że wina leży po stronie dyrektora i tak piłeczka lata, wspomagania nie ma. Zet do szkoły chodzi dwa tygodnie a efekty zamieszania widać już od początku. Tam gdzie jest nauczyciel, wszystko zapisane pod linijkę, dziecko wie co się działo i zasadniczo brak zadań do domu. Tam gdzie nauczyciela wspomagającego nie ma, dobrze jak jest temat w zeszycie i generalnie nie wiadomo co się działo. Do szkoły wejść nie można, bo pandemia, z nauczycielami kontakt wyłącznie przez dziennik. Rozumiem to wszystko, ale czy naprawdę nauczyciele w całym tym zamieszaniu znajdą czas, żeby odpisać każdemu rodzicowi oddzielnie? Rozmowy twarzą w twarz i tak nic nie zastąpi, a w tym roku nie będzie u nas nawet zebrań.

Skoro Gmina twierdzi, że winny jest dyrektor, który samodzielnie podjął decyzję krzywdzącą dzieci, a szkoła, że dyrektora zmuszono, napisałam pismo do Wójta, aby uchylił absurdalną decyzję dyrektora, która jest niezgodna z orzeczeniem, którego podważyć nie mają i prawa i co? Minęło półtora tygodnia, odpowiedzi brak. Do wójta dostać się nie można bo pandemia, ale czemu nie bywa od marca w pracy, to nikt nie wie, odbijam się ciągle od ścian. Dyrektor może zmienić swoją decyzję, ale odpowiednie organy muszą ją przyklepnąć. Pytanie brzmi, czy jeśli wcześniej kazano mu zmniejszyć ilość godzin wspomagania wszystkim dzieciom z orzeczeniem, to teraz zostanie to podpisane? Liczę na rozsądek władz. Ten ostatni raz. 

Do tego Zet strasznie przeżywa zamieszanie, buntuje się kłóci z nami i generalnie kontakty z nim są utrudnione. W swojej ludzkiej naiwności liczę, że jeszcze uda się to wszystko poukładać, nim włączy mi się agresja. 


Trzymajcie kciuki.

Czas na naukę czytania!

Czas na naukę czytania!

 Z nauką czytania jest tak, że każdemu dziecku przychodzi inaczej. Zygmunt literki jakoś tak znał od początku. W czasie zajęć w LOGOS, Pani Psycholog podsuwała mu książeczki do nauki czytania globalnego, odkąd skończył cztery lata. W efekcie jako pięciolatek czytywał samodzielnie książeczki. Stawialiśmy na proste kolorowe bajki, a także książki z pierwszego poziomu Czytam sobie. Czytanie spodobało mu się tak bardzo, że w wieku sześciu lat czytał od deski do deski każdą encyklopedię dinozaurów, jaka wpadła mu w ręce. Dziś książka 120 stron zajmuje mu góra dwa wieczory i codziennie, kiedy idzie do łóżka muszę mówić, proszę Cię tylko już nie czytaj po ciemku.



Oczywiście ma to swoje plusy, bo trudno dostępną lekturę pożycza od kolegi na jeden dzień i czyta ją jednym tchem. I to nie jest tak, że przez nią przelatuje, bo on czyta ze zrozumieniem i nawet po dwóch latach jest w stanie opowiedzieć każdą przeczytaną historię. Szkoda, że tak dobrze nie zapamiętuje tabliczki mnożenia, albo tego, że trzeba posprzątać pokój, ale o tym innym razem. Jak wiecie, Teodor właśnie zaczął naukę w pierwszej klasie. Tu już z czytaniem nie idzie tak łatwo. Jego oczy nie poruszają się płynnie i ciężko mu jest pochłonąć na raz większą partię tekstu. W czasie izolacji, kiedy to my robiliśmy za nauczycieli naszych dzieci zaczęłam drukować dla Teodora proste czytanki zaznaczając mu kolorami kolejne sylaby w tekście i BUM! Zaskoczyło. Choć o płynnym czytaniu nie ma jeszcze mowy, to i tak bez wątpienia sytuacja znacznie się poprawiła.


Czas na samodzielność


W naszym domu książek jest dużo, dla dzieci w każdym wieku, bajek, encyklopedycznych pozycji, powieści dla człowieka w każdym wieku i każdy możliwy gatunek. Choć często twierdzę, że nie kupię, nie przyjmę więcej, póki na miejsce każdej nowej dwie nie pójdą w świat, to jakoś mniej wychodzi niż przychodzi. Kiedy przychodzi pora na wieczorne czytanie chłopcy sami wybierają po co sięgną. Ale coraz częściej Teodorowi radzimy, aby wybierał to, co przeczyta sam. Żeby miał tu jak największy wybór, znów sięgnęłam po serię "Czytam sobie" od wydawnictwa HarperKids. 


Szeroki wybór

Te książeczki są cienkie, lekkie, można je spokojnie zabrać do szkoły i poczytać na przerwie, albo trzymać pod poduszką, co Teodor czyni z lubością. Fenomenem tej serii jest bez wątpienia szeroka tematyka, bo każde dziecko znajdzie tu coś dla siebie. Jest edukacja ekologiczna zawarta w fabularnych historiach, są dzieje człowieka, ale i książki, które po prostu czyta się dla przyjemności. Seria jest podzielona na poziomy. W pierwszym poziomie znajdziecie pozycje, w których tekstu jest niewiele, litery są duże słowa proste, a obrazki kolorowe. Te książeczki zawierają do 200 słów złożonych wyłącznie z podstawowych głosek. Do tego mimochodem w tekście są ćwiczenia wspierające naukę sylabizowania. Drugi poziom to już około 900 słów, historie składają się z bardziej złożonych zdań, wyraźnie widać, że Czytelnik przechodzi już na wyższy etap. Poziom trzeci jest już dla połykaczy stron. Żeby dobrnąć do końca opowieści trzeba przeczytać blisko 3000 słów, w tekście są już wszystkie głoski, a trudniejsze słowa można odszukać w alfabetycznym słowniku.


Dla kogo 

Seria Czytam sobie dedykowana jest dzieciom w wieku 5-7 lat, które rozpoczynają swoją przygodę z czytaniem. Zdecydowanie, obok szkolnej czy przedszkolnej edukacji jest to sposób na rozwój tej umiejętności, ale także na rozkochanie dzieci w czytaniu. Bo czytanie jest fajne, pozwala oglądać świat z zupełnie innej perspektywy, pobudza wyobraźnie i wspiera naukę ortografii oraz sprawia, że stajemy się bardziej elokwentni. Wybitni polscy autorzy i ilustratorzy dołożyli wielu starań, żeby ta seria faktycznie zachwyciła dzieci. Polecam ja i Biblioteka Narodowa. 









Chce zajrzeć do Twojego snu. Gra karciana

Chce zajrzeć do Twojego snu. Gra karciana

Lubimy gry karciane, jedną z nich chciałabym Wam dziś polecić. Znalazła się w paczce z zamówieniem z Naszej Księgarni, które zrobiliśmy już jakiś czas temu. Wyciągnęliśmy ją z pudełka w pewien deszczowy dzień, kiedy Zet był u babci, a Kazik spał. Teodor okropnie się nudził i pomyśleliśmy, że może dla odmiany nie będzie się złościł, kiedy przegra nie z bratem. 



Gra ,,Sen" miała spore szanse na powodzenie, bo na obrazkach są kotki, a Teodor lubi kotki. Czego chcieć więcej? Ale po kolei.

Opakowanie


Bajeczna rybka na pudełku a do tego fantazyjna czcionka zachęcają, żeby tę grę postawić na honorowym miejscu, tak, żeby goście mogli ją zobaczyć. W pudełku poza instrukcją znajdziecie 54 karty z różnych krain snów, a także notes i ołówek, żeby łatwiej było zliczać punkty. Karty są przepiękne, nawet te mroczne. Są piękne koteczki wylegujące się na pięciolinii, latające wyspy, przepiękne ryby, podwodne miasta, bajeczne zegary, to do czwórek, a potem robi się bardziej mrocznie, dziwnie porośnięte domostwa, chińskie smoki, wilki, suche lasy i wreszcie kruki. Każda z tych kart, to obraz... jak ze snu. A jak wiadomo, nie każdy sen jest piękny, są i takie mroczne i tak dokładnie jest na kartach tej gry. 

Rozgrywka


Każdy z graczy dostaje cztery karty, ale ich nie oglądamy. Kładziemy na stole przed sobą obrazkiem do dołu. pozostałe karty kładziemy w stosie również tak, aby były nie widoczne, odkrywamy jedną i kładziemy ją obok, jako początek stosu odkrytego. Teraz każdy z graczy może obejrzeć dwie ze swoich kart. Ale tylko zerknijcie i postarajcie się zapamiętać, co zobaczyliście, bo ta wiedza się przyda, tylko nie zdradzajcie swoją miną czy karta jest dobra czy zła, bo pozostali gracze mogą wykorzystać wasze sny przeciw wam! W czasie gry w kolejności od najmłodszego bierzecie kartę ze stosu zakrytego i oglądacie, jeśli Wam się opłaca wymieniacie swoją i odkładacie ją na stos odkryty, jeśli nie ląduje tam karta, którą wyciągnęliście ze stosu zakrytego. Kolejny gracz może zabrać odłożoną przez Was kartę albo wziąć kolejną. Dzięki kartom specjalnym można wykonywać inne ruchy, zamieniać karty, brać dwie, itd. Zasada jest taka, że wygrywa ten, kto ma najmniej punktów. Jeśli wiesz, że wymieniłeś wszystkie kruki na kotki krzyczysz ..pobudka". Wszyscy gracze odsłaniają swoje karty i liczycie punkty. Gramy, póki ktoś nie przekroczy 100 punktów.

Nasza opinia


Po pierwsze jesteśmy oczarowani szatą graficzną tej gry. Po drugie aktualnie to ulubiona gra Michała. Jest bardzo fajna i z pewnością długo nie odłożymy jej na półkę. Jak mam się czegoś czepiać, to karty są za duże, co utrudnia tasowanie, zwłaszcza dzieciom. W samej grze to nie przeszkadza, bo karty w końcu leżą na stole. Bardzo na plus, zdecydowanie polecam, grę kupicie TUTAJ.






Nie znam się, to się wypowiem

Nie znam się, to się wypowiem

 Będę trochę smęcić i politykować, więc ostrzegam. Cały weekend walczyłam ze sobą, czy ruszać ten temat, bo przecież g... się nie rusza, ale z drugiej strony, czy to, że piszę bloga lifestylowego zwalnia mnie z odpowiedzialności społecznej, myślenia i głośnego sprzeciwiania absurdom?


Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, dlaczego ten rok jest dziwny, ba, wyjątkowy. Wszyscy mamy oczy i uszy, a skoro to czytacie, to macie też dostęp do internetu, więc wiecie co się dzieje. Za dwa tygodnie stojąc przy desce do prasowania i szykując dzieciom koszule na rozpoczęcie roku szkolnego nadal będę się bić z myślami, czy posłać ich do placówek, ale to tylko jeden z dylematów, które toczą się w mojej głowie.


Szkolnictwo Dzieci

Kiedy w marcu dziennie notowano po kilkanaście zachorowań na covid 19 w skali kraju, Panowie dość spontanicznie zdecydowali o zamknięciu szkół. Bez żadnego przygotowania do tej sytuacji dzieci, nauczycieli i rodziców, którzy z dnia na dzień niezależnie od kwalifikacji i predyspozycji musieli stać się nauczycielami, często nadal pracując na etacie. Dziś kiedy liczby są bliższe tysiąca premier Mateusz Morawiecki i minister zdrowia Łukasz Szumowski mówią, że luz, spoko, fajnie, pandemia w odwrocie, dzieci do szkół. Przepraszam, może ja czegoś nie załapałam, ale czy mógłby mi ktoś wytłumaczyć, w którą stronę się ten wirus odwrócił? Bo mam wrażenie, że uśmiechniętą szeroko mordką do nas. Rozumiem, że rodzice nie mogą siedzieć dwa lata w domu i zajmować się dziećmi, bo ktoś musi pracować, ale jakoś nie czuję tego odwrotu, więc po co to chrzanienie głupot? Pomyślicie, matko, jaka wariatka, o co jej chodzi, tak źle i tak nie dobrze! Bo trochę tak jest. Uważam, że szkoły nigdy nie powinny zostać zamknięte na pięć spustów, ani w marcu, ani pół roku później. Bo sami powiedzcie, czy nie byłoby rozsądniej, jakby umożliwić zdalną naukę dzieciom, które są w grupie ryzyka, albo ktoś z ich najbliższych jest? Czy nie można postawić kamerki w klasie, żeby ci dla których wirus stanowi największe zagrożenie oglądali lekcję, która odbywa się w klasie? Tak tylko pytam.


Szkolnictwo Nauczyciele

W poprzednim roku szkolnym mieliśmy strajk nauczycieli, który w pełni popierałam, pisałam wtedy, że jak młodzi nie dostaną pieniędzy, to pójdą sobie do pracy w dyskoncie, mniejsza odpowiedzialność, a najlepiej u zachodniego sąsiada, albo jeszcze dalej i zarobią pieniądze, które pozwolą im godnie żyć. Wtedy wylało się na mnie wiadro oburzenia. A dziś widzimy, że kolejne uczelnie likwidują wydziały pedagogiczne, wielu moich znajomych nauczycieli zmienia branże, a w szkołach zostają emeryci pracujący na pół etatu. Bo nie ma kto uczyć dzieci. Wyobraźcie sobie panią Halinkę, uczy 35 lat historii w tej samej szkole, od pięciu lat na emeryturze, ma chorobę wieńcową, jest po przeszczepie nerki. Myślicie, że przyjdzie pierwszego września? Nie sądzę. A takich pań Halinek w polskich szkołach pracuje wiele, ile nikt dokładnie nie wie, bo to dane drażliwe i nikt ich nie gromadzi, ale mówi się, że nawet 30% polskich nauczycieli przekroczyło wiek emerytalny. Albo Ewelina, Ewelina ma powiedzmy 40 lat, ale ma córkę z poważną wadą serca, za nimi dwie ciężkie operacje, jak myślicie, czy Ewelina przyjdzie powitać pierwszaki w przyszły wtorek? Ja bym nie poszła. Więc kto będzie uczył? 


Polski biznes Drobni Przedsiębiorcy

Kosmetyczka zamknięta, fryzjer, gabinet stomatologiczny, dietetyk, wszyscy musieli zamknąć biznesy na kilka miesięcy. Ci którzy nie zamknęli: szewcy, krawcowe, pan co dorabia klucze i tak nie mieli komu świadczyć usług, bo społeczeństwo nie wychodziło z domu. Przy niskim odsetku zachorowań w skali kraju zabrano wielu ludziom źródło dochodu, dla wielu z nich tarcza antykryzysowa była fikcją. W maju rozmawiałam ze znajomą, która w gastronomii zatrudnia kilkadziesiąt osób, pierwsza pomoc z państwa przyszła do nich pod koniec kwietnia, otrzymała ją jedna osoba, która współpracowała z nią jako jednoosobowa firma, reszta, cóż, dobrze, że gastronomia, to szefowa wyciągnęła jedzenie z zamrażarki i chociaż tak mogła im pomóc. Ci którzy przetrwali dziś nadal nie mają łatwo, bo obostrzenia ograniczają im ilość obsłużonych klientów, a koszta utrzymania lokalu, pracowników nie maleją. Wiele osób straciło pracę. Dużo, serio. Wiele osób ma obcięte (zgodnie z prawem) dochody i czas pracy. 


Enklawy bez wirusa

Słyszeliście przez ostatnie pół roku, żeby zamknęli jakiś dyskont albo market wielkopowierzchniowy? Żaby szukali klientów Auchan, bo kasjerka zakażona? Nic z tych rzeczy! Pracowali po 24 h na dobę, sfrustrowani klienci nie raz forsowali pleksi, ściągali maseczki, kasłali na pracowników sklepów i co? I nic! Wszyscy zdrowi. 3 tysiące Biedronek, 670 Lidlów, blisko 100 Auchan, 213 Kauflandów, 900 Carefour i nikt, żaden, ,,ani jedyn" pracownik nie zachorował. Czujecie to? Jak szukacie pracy, to polecam, tam dzieją się cuda! Ale osiedlowy fryzjer siał zarazę gdzie popadnie, malutkie sklepiki to siedlisko zła. Tak, te polskie biznesy...


Wisienka na torcie

Kraj w ruinie, wołają z mównicy, trzeba dzieci puścić do szkoły, bo rodzice muszą iść do pracy, zarabiać, płacić ZUS, podatki. Od piątku nie mam wątpliwości do czego te podatki są jeszcze bardziej potrzebne niż do tej pory. Widzieliście listę podwyżek parlamentarzystów i całej reszty? No mistrzostwo. Od kilkudziesięciu do ponad 100 proc. podwyżek. Można? Najwyraźniej tak. Ale wiecie co mnie wkurzyło najbardziej? To, że to głosowanie udowodniło, jak iluzoryczną mamy w tym kraju opozycję. Nie ma ich, wystarczy im pomachać odrobiną kasy pod nosem i już - ramię w ramię od prawa do lewa. Tylko 33 osoby w całym sejmie nie zagłosowały za podwyżkami pensji. Tylko 33 osoby ruszyło sumienie. Ręce mi opadły, tu ratujmy gospodarkę, a tu ratujmy własne tyłki. Ani jedna z tych osób, które poparły podwyżki nie powinna mieć prawa wystartować ponownie w wyborach. Powinni wstać, wyjść, przeprosić i oddać wszystko co dotąd na pracy polityków zarobili. Jedna z posłanek opozycji  napisała na swoim koncie na Facebooku, że te podwyżki im się należały i że są elementem walki z korupcją, bo jak poseł za mało zarabia, to można go kupić za 2 tysiące łapówki... Serio. Może powinni udostępnić oficjalny cennik ile komu za co trzeba dać, żeby zagłosował jak trzeba, coś wydeptał. Nosz ku...wa! Aż mi kokardka z wrażenia spadła. 


Tygodniowe obiady dla całej rodziny. Smaczne i szybkie

Tygodniowe obiady dla całej rodziny. Smaczne i szybkie

Kiedy pytają mnie, co gotuję na obiad, odpowiadam "co się nawinie". Ale nie do końca jest to prawda, zawsze planuję posiłki z wyprzedzeniem, listę zakupów trochę modyfikuję w sklepie, bo jeśli np zaplanowałam zupę kalafiorową, a kalafiora brak, to nie jeżdżę po całym mieście w poszukiwaniu, tylko biorę np. kalarepkę, jeśli jest ładna. Mięso kupuję takie jakie wpadnie mi w oko i z niego kombinuję co zrobić. Ponieważ robię regularny przegląd spiżarni to dokładnie wiem co mam, a co ewentualnie muszę dokupić.


Smutek wielki towarzyszy mi z zupami, bo Zet zje każdą, jaką dacie, ale pod warunkiem, że będzie zmiksowana. Ted i Michał w zasadzie nie jedzą zup, poza kilkoma wuyjątkami, więc nie ma że boli, dania muszą być dwa. Zwykle gotuję tak, żeby było na dwa dni, drugiego dnia dogotuję jakieś ziemniaki czy ryż i z głowy. Ponieważ pytania o nasze obiady powracają jak bumerang, zrobiłam zdjęcia z tygodnia, może coś Was zainspiruje, a jeśli jakimś cudem będziecie poszukiwać przepisów, to chętnie się z Wami podzielę, zresztą nie wykluczam, że coś z tych dań już jest na blogu. No to do dzieła


Poniedziałek

Po weekendzie u rodziców uzbrojona w botwinkę nie mogłam inaczej, na zdjęciu oczywiście jest moja i Michała porcja, stąd skwareczki ;)

Na drugie schab duszony w sosie pomidorowym ziemniaczki i klasyka gatunku fasolka z bułką.



Wtorek

Zupa ta sama, więc daruje sobie powtórkę zdjęcia, na drugie był makaron z sosem bolognese, mięso zawsze smażę oddzielnie i dodaję na końcu, dzięki  temu Zet ma swoją wege porcję z samym sosem. Do sosu walę ile wejdzie warzyw i blenduję, udaje mi się tak uniknąć hałasu, że nie chcą, że nie lubią...


Środa

Zupa z selera korzeniowego i borowików, ona po prostu daje radę, koniecznie musicie spróbować, podałam z natką i prażonymi nasionami konopi. Rewelacyjna <3


Na drugie na prędkości odmroziłam mięso, które kiedyś wyjęłam z rosołu, pokroiłam i dorzuciłam paczkę mrożonych warzyw chyba grecka mieszanka to była, do tego ziemniaki i gotowe.


Czwartek

Zet był kilka dni u babci, więc mogliśmy przeżyć bez zupy. Upiekłam żeberka, na które przepis wrzucałam na bloga w zeszłym tygodniu. Fajna rzecz. 


Piątek

W piątek była powtórka z poprzedniego dnia, Jakimś cudem zostało, ale te żeberka to jest wypas i jeśli nie próbowaliście to polecam spróbować.

Sobota

W sobotę oczarowały mnie te ziemniaki, pieczone po uprzednim obtoczeniu w mące z przyprawami, do tego mielone i tzatzyki, szybkie, mało roboty i bardzo smaczne.


Niedziela

Zupa z pieczonej papryki zawsze jest hitem, jest słodka, aromatyczna i moim zdaniem znacznie przyjemniejsza niż pomidorówka, choć przypomina ją z wyglądu. Na drugie gar kuchnia wydała tagliatelle z kurczakiem w sosie śmietanowym z pomidorkami. 



Mam nadzieję, że trochę Was zainspirowałam. Żadne z tych dań nie jest szczególnie skomplikowane, ale u nas nawet latem obiady je się na ciepło i raczej na słono, kompot to my możemy wypić, owoce zjeść na deser. W upały jestem zbyt leniwa, żeby tak po prostu stać przy garach, stąd wjeżdżają dania, które robi się szybko. 
Bon Turystyczny skąd go wziąć i jak pozyskać dodatkowe środki dla dziecka z orzeczeniem o niepełnosprawności

Bon Turystyczny skąd go wziąć i jak pozyskać dodatkowe środki dla dziecka z orzeczeniem o niepełnosprawności

 Bony turystyczne budzą u mnie skrajne emocje, bo oczywiście fajnie jest dostać coś za darmo, ale nie jestem przekonana tak do końca, czy to uczciwie wobec innych branż, że właśnie turystykę się ratuje. Przecież nie tylko ona dostała po tyłku. No ale w myśl powiedzenia ,,jak dają to bierz, jak biją to uciekaj" odebrałam nasze bony. Miało być banalne klik klik, było tak prawie ;) A tak poza tym to dla wielu dzieci ten bon to pierwsza szansa w życiu, żeby gdzieś wyjechać. Warto z niej skorzystać.



Tak czy inaczej uzyskanie swojego bonu jest w sumie łatwe, ale po wejściu w niego rodzicom dzieci z niepełnosprawnością może się zrobić słabo, bo mówili, że dadzą na te dzieci 1000 zł, a tu 500, ale spokojnie, tak ma być. Trzeba po prostu więcej poklikać. Co w sumie jest dziwne, bo ZUS powinien wiedzieć, że dziecko ma orzeczenie i z automatu przyznawać wyższą kwotę, no ale nie przyznaje.


Po pierwsze podpis

Nie byle jaki, bo elektroniczny, ale nie mieliśmy go wcale, więc któregoś pięknego dnia Michał złożył o niego elektroniczny wniosek, dostał SMS, że ma sobie jechać do starostwa i go potwierdzić, co uczynił, a po powrocie do domu odkrył, że bonów nie widzi, bo to ja składałam wnioski na 500+, do których bon jest przypisany. Usiadłam więc, zrobiłam to samo co Michał i... SMS nie przyszedł. Pojechałam do starostwa i tam miła pani powiedziała, że mojego wniosku nie widzi... Ale okazało się, że jest znacznie łatwiejszy sposób na zdobycie go, wystarczy zalogować się przez stronę banku, o ile macie konto w jednym z tych z obrazka. Wchodzicie na www.pue.zus.pl i tam znajdziecie zakładkę logowanie, zaloguj się przez bankowość elektroniczną, jest to o tyle wygodne, że wtedy niczego już nie musicie potwierdzać, bo bank ma wszystkie potrzebne dane.



Kiedy się zalogujecie Waszym oczom ukaże się wybór banków




Po zalogowaniu widać różne zakładki, bon znajdziecie po lewej stronie na dole.




Po kliknięciu w niego zobaczycie nazwiska dzieci z numerami PESEL oraz przyznany Wam bon podstawowy. Na górze strony jest informacja do kiedy bon jest ważny oraz jego numer i przycisk aktywuj. Możecie go aktywować od razu, nawet jeśli wybieracie się na wycieczkę za jakiś czas.



Do aktywacji bonu niezbędne jest podanie nr telefonu i adresu email. Jeśli tak ja my z tytułu niepełnosprawności dziecka macie prawo do wyższego bonu, po aktywacji klikacie kropeczkę przy nazwisku uprawnionego dziecka i poniżej ramki zobaczycie przycisk "Złóż wniosek o dodatkowe świadczenie". Na tym etapie przyda się Wam adres zamieszkania, informacja o stopniu niepełnosprawności (spektrum autyzmu to stopień lekki) i zdjęcie orzeczenia o niepełnosprawności. 




Po załączeniu plików klikacie wyślij i wybieracie sposób potwierdzenia tożsamości, w moim przypadku podpis elektroniczny i gotowe. Miła Pani na infolinii Bonu powiedziała, że w godzinach pracy urzędu środki przyznawane są nieomal od razu, ja swój wniosek wysłałam o 17:02, więc mam nadzieję, że jutro otrzymam potwierdzenie przyznania dodatkowych środków. 

Gdzie zapłacisz Bonem Turystycznym


W hotelu, ośrodku wczasowym, na kempingu, za kolonie dziecka, ale tylko tam, gdzie bony są honorowane, pełną listę obiektów znajdziecie TUTAJ, możecie wyszukać je po nazwie lub miejscowości. Generalnie płacimy bonem za nocleg, za wyżywienie tylko wtedy, jeśli jemy tam gdzie śpimy. Żeby skorzystać z bonu, może to dziwnie zabrzmi, ale trzeba mieć ze sobą dziecko, do którego jest przypisany. Jeśli obiekt oferuje nocleg dla małych dzieci za darmo, spokojnie można zapłacić nim za opiekuna. Czas na realizację bonu macie do 31 marca 2021 r. 

Skorzystaliście już bonu?
Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger