Uwaga, odczyniam detoks!

Uwaga, odczyniam detoks!

Uwaga, będzie kontrowersyjnie. Od jakiegoś czasu jestem apatyczna, wiecznie zmęczona, kawę popijam kawą. Nie szczególnie przykładam się też do tego, co ląduje na moim talerzu, jem to, co akurat wpadnie mi w ręce lub dosłownie wypadnie na mnie z lodówki. Efekt jest taki, że z osoby, która budziła się o 6 rano, zmieniłam się w leniwego zwierza kanapowego, który śpi po 10 godzin i wstaje nieprzytomny. Zbuntowało się nie tylko moje samopoczucie, ale też moja skóra, która obsypała się wykwitami dosłownie gdzie się dało. Zaczęło się od ranki w nosie, potem poszło na plecy, czoło i policzki.


fot. Pixabay


Po teleporadzie (a jakże!) lekarz ogłosił, że to prawdopodobnie uaktywnił się gronkowiec złocisty, który lubi stres i spadek formy psychicznej nagrodzić wysypem. Nosicielem gronkowca jest ponoć ok. 70% społeczeństwa, nie jest to kwestia życia w brudzie, raczej kilku pechowych zbiegów okoliczności, które przypłacamy zostaniem nosicielem. U niektórych nie uaktywni się nigdy, u innych od czasu do czasu wraca. Czasem jako zapalenie oskrzeli, innym razem zapalenie błony śluzowej nosa czy gardła, a jeszcze u innych, jak u mnie, w formie paskudnych ranek. Tak czy inaczej biorę antybiotyk, silny lek przeciwhistaminowy, smaruje każdą zmianę olejem konopnym i postanowiłam (za radą lekarza) przeprowadzić trzydniową dietę oczyszczającą. 


Przygotowanie

Przeczytałam całe internety i podpytałam mądrych ludzi. Wystartowałam, nie na wariata. Na spokojnie. Dwa - trzy dni przed rozpoczęciem detoksu należy odstawić to, co najbardziej zalega w organizmie, ponoć to zmniejszy kryzys. Przygotowanie polega na odstawieniu kawy (tego bałam się najbardziej), alkoholu, słodzonych napoi (również tych bez cukru tylko ze słodzikami), chipsów, czerwonego mięsa i nabiału. Przez te dwa dni (jestem niecierpliwa, więc do rzeczy przeszłam po dwóch, a nie trzech dniach) zaczynałam poranek od dużej szklanki wody z cytryną, codziennie starałam się spacerować, między posiłkami też będę pić wodę z cytryną, ewentualnie z cytryną i miodem na ciepło. 


Trzy dni

Dzień pierwszy

Po szklance wody z cytryną na śniadanie zdecydowanie bez opychania: świeżo wyciskany sok z trzech marchewek i dwóch pomarańczy, do tego sałatka 2 pomidory,  trzy ogórki kiszone i pół czerwonej cebuli. 

Na II śniadanie sok z trzech marchewek i jabłka zmiksowany z bananem i dwoma mielonymi orzechami włoskimi.

Obiad, Zupa z zielonego groszku i włoszczyzny i i zmiksowany podany z pestkami dyni. Na drugie danie surówka z białej kapusty, marchewki i pora z jogurtem, na deser jabłko.

Podwieczorek mus z jabłka i garści malin, doprawiony sokiem z cytryny.

Na kolację szklaneczka soku z kiszonych buraków (nie znalazłam takiego w sklepie, więc wzięłam sok z buraków i połączyłam z sokiem z kiszonych ogórków). Na zagryzkę surówka z selera i jabłka  z orzechami i kiwi.


Dzień drugi

Śniadanie: surówka z kiszonych ogórków i cebuli z koperkiem, podana z gotowanym kalafiorem, na deser pomarańcza.

II śniadanie: pieczone jabłko z cynamonem i orzechami włoskimi

Obiad:bigos jarski, surówka z białej rzodkwi z jabłkiem i kiwi

Podwieczorek smoothie z banana i jagód z siemieniem lnianym

Kolacja: Zupa krem z pieczonego jarmużu z nasionami słonecznika, sałatka z czerwonej kapusty i pieczonych buraków, świeżo wyciskany sok jabłkowo-marchewkowy.

    

Dzień trzeci 

Śniadanie surówka z sałaty, pomidora, ogórka i rzodkiewek. Sok z kiszonego buraka (patrz wyżej), jabłko

II śniadanie: koktajl malinowo-bananowy z orzechami. 

Obiad: Zupa jarzynowa i pieczona papryka faszerowana włoszczyzną i pomidorami oraz grejpfrut.

Podwieczorek: Pieczona marchewka, cukinia i bakłażan

Kolacja surówka z kapusty pekińskiej z papryką i koperkiem, do tego sok z kiwi i szpinaku.


Jadłospis bezwzględnie ściągnęłam z poradnikzdrowie.pl.


Co jeszcze i od czego startuję

Powinnam wypijać minimum dwa litry niskosodowanej niegazowanej wody, w razie kryzysu, do wody z cytryną dodawać imbir i miód, ewentualnie pić zieloną herbatę.

Pisałam ten tekst w czwartek (7.01.2021) wieczorem. Rano ważyłam 65,5 kg. Spałam 9,5 godziny, wypiłam cztery kawy i wiadro coli. Moja twarz wyglądała, jak na zdjęciu poniżej - bez filtra, bez makijażu. 

Nie rób tego w domu!

Nie spodziewam się wielkiej rewolucji, traktuję to raczej jako eksperyment, nikogo do tego nie zachęcam, a już na pewno, nie bez konsultacji z lekarzem. Jak wspomniałam na początku, właśnie od rozmowy z medykiem zaczął się pomysł, żeby spróbować pozbyć się toksyn z organizmu przy pomocy oczyszczającego jadłospisu. Niezależnie od Waszych wyborów raczej nie powinno się też takiej detoksykacji prowadzić dłużej niż 3 dni i nie powinno się jej powtarzać za często, ale jak już wspomniałam, wszystko powie Wam Wasz lekarz.


Trzeciego dnia trochę sobie pofolgowałam, pojechaliśmy do moich rodziców, to wiadomo, u mamy samej kapusty nie zjesz na obiad. Ale generalnie nieźle się trzymałam. Jeśli chodzi o moje obserwacje, to do tej pory nie piję porannej kawy, wygląda na to, że ciepła woda z cytryną na dobre zajęła jej miejsce. Generalnie zdarzają się takie dni, kiedy kawy nie piję wcale. Zdecydowanie bardziej pilnuję się, żeby przy każdy,m posiłku na moim talerzu połowę miejsca zajmowały warzywa. Przeprosiłam się też z zieloną herbatą, której wielką fanką nie była, kupiłam całkiem fajną z dodatkiem suszonych owoców i w ciągu dnia jest to mój pierwszy wybór. W czasie tych trzech dni znacząco spadł mi brzuch, po przywróceniu mięsa i pieczywa, znów stał się większy. Ewidentnie coś mi szkodzi z tych rzeczy, bo mam wrażenie, że jestem spuchnięta. Podejrzewam pszenicę i ją w pierwszej kolejności wykluczą, żeby potwierdzić swoją tezę. 

Waga spadła natycmiast i w poniedziałek rano, mimo obiadu u mamy pokazywała 61,8 kg. Zauważyłam, że jestem jakaś milsza. Znacznie trudniej wyprowadzić mnie z równowagi. a twarz? porównajcie sami. Do ideału daleko, ale w obliczu ostatnich wybryków uważam, że nowy jadłospis się spisał.




6 rytuałów, czyli jak znaleźć równowagę w życiu w 30 minut

6 rytuałów, czyli jak znaleźć równowagę w życiu w 30 minut

 Często w poradnikach dla młodych rodziców czytamy, że niemowlęta i małe dzieci potrzebują rutyny, aby czuć się pewniej. Dzięki pewnym ustalonym rytuałom, czynnościom następującym jedna po drugiej są w stanie przewidzieć w jakim momencie dnia się znajdują i co wydarzy się za chwilę. Szczególnie duży nacisk kładzie się na kolejność wykonywania czynności wieczorem, kąpiel, masaż, przytłumione światło, kołysanie przez rodzica, sen. (Oczywiście tak to wygląda w naszych marzeniach, z rzeczywistością już bywa różnie). Z czasem zatracamy te rytuały, ale czy to właściwe podejście? 





My - dorośli mamy tendencje do stawiania całego świata ponad sobą i swoimi potrzebami. Dzieci mają być czyste, najedzone, zaopiekowane i wybawione, dom uporządkowany, szef zadowolony a obiad w pudełku, które zabieramy do korpo idealnie zbilansowany. A gdzie w tym wszystkim my? Nasz komfort psychiczny i fizyczny, to coś na co składają się małe rzeczy, takie, o których istnieniu nie myślimy. A stworzenie pewnej własnej rutyny, niekoniecznie z Netflixem na kanapie, może mieć zbawienny wpływ na nasze samopoczucie. Warto zastanowić się nad tym, co włączyć do własnej rutyny, bo możemy się poczuć błogo, jak niemowlę i to będzie z dużą korzyścią nie tylko dla nas samych, ale też dla otoczenia.


Bez spiny

Od tego zacznijmy, bo ja sama mam tendencje do przesady. Jeśli narzucimy sobie za dużo na raz, to możemy szybko okazać się pokonani przez własne pomysły. Bo jeśli podejdziemy do rytuałów ,,wszystko albo nic", to zapewniam, szybko będzie nic. Ustalmy więc, że dla lepszego samopoczucia warto jest uznać, że naprawdę dobrze, jak uda Ci się zrealizować choćby jeden punkt na liście. Bo to znaczy, że znalazłaś aż pięć minut tylko dla siebie. Brzmi rozsądnie, prawda?


1. Szczotka w ruch

Ten zabieg taki prosty, a zbawienny dla skóry w ostatnich kilka lat podbił serca wszystkich fanek pielęgnacji. Potrzebujesz szczotki z naturalnego włosia i 3 do 5 minut czasu. Zabieg wykonujemy na suchej skórze najlepiej tuż przed prysznicem i nie chodzi o jakieś niesamowite pieszczoty. Podejść do tego należy, jak do... zamiatania, bo właśnie takie ruchy powinnaś wykonywać, zaczynamy od dolnych partii nóg i zmierzamy w kierunku serca. Zabieg pobudza krążenie, ujędrnia i uelastycznia skórę, pomaga pozbyć się toksyn, a do tego zapobiega wrastaniu włosków po depilacji i powstawaniu rozstępów, wspiera też nierówną walkę z cellulitem. Pięć minut, a tyle korzyści.


2. Bądź wdzięczna

Każdego dnia poświęć chwilę, żeby zapisać, albo przynajmniej świadomie pomyśleć o tym za co jesteś wdzięczna. Nie ważne czy to będzie mała rzecz, jak to, że ktoś wpuścił Cię na skrzyżowaniu, czy coś bardziej ogólnego, jak wdzięczność za kochającą rodzinę. Zrób to, bo to jest dobre dla Twojego zdrowia. Ponoć ludzie, którzy prowadzą trening wdzięczności są bardziej zrelaksowani, lepiej śpią i mają lepszą odporność. A w dzisiejszych czasach każda z tych rzeczy się przyda. Mało tego osoby skupiające się na wdzięczności są bardziej empatyczne i częściej określają się mianem ludzi szczęśliwych. Umiejętność doceniania drobiazgów znacznie ułatwia radzenie sobie z trudnościami, które stają nam na drodze. 


3. Znajdź minutę życzliwości

To jest coś co robimy dla innych, ale z korzyścią dla siebie. Każdy dobry uczynek jaki wykonamy nasz mózg nagradza wystrzałem oksytocyny, czyli hormonu szczęścia. To mogą być drobiazgi, wsadzenie karteczki z miłym słowem do śniadaniówki dziecka, wysłuchanie bez przerywania, co ma do powiedzenia koleżanka z pracy, czy przepuszczenie kogoś w kolejce w sklepie. Takie drobiazgi potrafią uratować czyjś dzień, a nam zapewnić trochę dobrej naturalnej chemii. 


4. Chwila samoopieki

Zwykle po południu zaczynamy czuć spadek energii, wtedy warto wyłączyć komputer, wyciszyć telefon i na pięć minut usiąść wygodnie i zamknąć oczy. Jeśli możesz wyjdź na krótki spacer, choćby wokół bloku. Sama zwykle, jak jadę po Kazika do przedszkola, staram się zaparkować kawałek dalej i spokojnie przespacerować w ciszy, a jeśli pogoda nie dopisuje siedzę chwilę w aucie. Taki regularny odpoczynek nie tylko skutecznie oczyszcza umysł, ale też znacznie zwiększa kreatywność i wydajność. Warto to rozważyć.


5. Ścielenie łóżka

Zanim wypełzniesz z sypialni, zanim sprawdzisz wiadomości i social media, popraw poduszki, potrząchnij kołdrą, narzuć narzutę. Taki drobiazg daje poczucie, że skończył się etap odpoczynku i ruszasz do realizacji kolejnych wyzwań. Zostawianie po sobie porządku, kiedy wychodzimy z pomieszczenia daje poczucie ładu i sprawia, że przyjemniej się potem do niego wraca. Dajemy naszemu mózgowi sygnał, że mamy kontrolę, nie zostawiamy niezałatwionych spraw. A to mniej niż pięć minut.


6. Przed kawą energetyk

To moje nowe uzależnienie i wcale nie zamierzam Cię namawiać do picia niebieskiego napoju z puszki z rana (najlepiej wcale ich nie pij, bo to straszny syf). Od jakiegoś czasu staram się nieco zmienić moje nawyki, napiszę o tym niedługo, ale to z czego jestem najbardziej dumna to już nie piję 5-6 kaw dziennie, ba bywają takie dni, kiedy nie piję ich wcale. Dzień zaczynam od wody z sokiem z cytryny i miodem, warto dodać też imbir. Woda z cytryną pobudza trawienie, działa antyoksydacyjnie, odkwasza organizm, nawadnia i wspomaga odchudzanie, ta z miodem dodatkowo działa jak naturalny antybiotyk. Łyżeczkę miodu zalewamy wieczorem zimną wodą, rano wyciskamy do tego sok z połowy cytryny i uzupełniamy ciepłą wodą. i pijemy na czczo.


Każda z tych rzeczy zajmie Ci nie więcej niż pięć minut. Jeśli zapragniesz zrealizować wszystkie, ,,stracisz" pół godziny w ciągu doby, a ile zyskasz? Mnóstwo. Te zdrowe nawyki, rytuały pozwolą Ci na znalezienie spokoju i zbudowanie poczucia bezpieczeństwa. Nawet jeśli nie zrealizujesz wszystkich, a będą i takie dni, kiedy nie zrobisz żadnego z nich, nie wyrzucaj sobie, bo równowaga nie znosi samobiczowania. A działania, które maja na celu poprawienie Twojego samopoczucia, nie mogą być odbierane, jak bat nad głową. Zwyczajnie - warto pomyśleć o sobie i zrobić coś dla siebie


Może Cię też zainteresuje:

Dlaczego warto pić więcej wody <KLIK>

7 sposobów na skuteczniejszą realizację postanowień <KLIK>

Pomysły na piękne zimowe zdjęcia + jak obrabiam moje zdjęcia w Lightroom

Pomysły na piękne zimowe zdjęcia + jak obrabiam moje zdjęcia w Lightroom

Zimowe zdjęcia zalały media społecznościowe, patrzymy wszyscy i zastanawiamy się, jak to możliwe, że na tych fotach śnieg nie jest szary, ani niebieski, tylko pięknie biały, ludzie weseli i jakoś tak przyjemnie się na to wszystko patrzy, a to co widzimy w swoim telefonie już takie piękne nie jest. Sprzedam Wam kilka moich patentów na to, żeby zdjęcia były piękne, jasne, w miarę ostre i przede wszystkim dynamiczne.





Twój przyjaciel, to SI aparatu. Większość nowszych smartfonów dysponuje takim wynalazkiem. On rozpoznaje lepiej lub gorzej co chcesz sfotografować, pokażę Ci przykład z jedzeniem. Obydwa zdjęcia poniżej są zrobione w tym samym świetle, na tym po lewej wyłączyłam SI, a po prawej włączyłam i telefon rozpoznał, że na obrazku jest jedzenie. Zdjęć nie obrabiałam w żaden sposób. 


Podobnie zrobiłam zdjęcie główne, Teodor na sankach, mój aparat rozpoznał, że fotografuję śnieg i tadam! Warto też pomyśleć o tym, jak się ubieracie wychodząc na śnieg, jeśli założysz czarną kurtkę automat z aparatu albo przepali to co jasne, czyli śnieg, żeby rozjaśnić to co ciemne, albo będziesz czarniuteńka. To drugie akurat spoko, da się to uratować, z przepalonym zdjęciem już nic nie da się zrobić. To znaczy da, ale nie będzie to dobrze wyglądać, bo trzeba podłożyć kolor, a to już grzebanie. Tego robić nie chcesz. Na początek podpowiem kilka pomysłów na kadry, potem pokażę Wam, jak obrabiam moje zdjęcia. 

1 Bitwa na śnieżki


Gdyby chłopaki mieli czarne obrania nie byłoby tak różowo, ale na szczęście ubrali się dość kolorowo. Zaczęli się rzucać śnieżkami, strzelałam sporo zdjęć, dzięki temu udało mi się złapać kilka razy śnieżki w locie, nie tylko te rzucane, ale też odpadające od ubrań, zwróćcie uwagę na czapkę Zeta i tyłek Michała. No i tu zdecydowanie tło robi robotę, gdybym stanęła z drugiej stronie miałabym na zdjęciu parking, a tak załapała się magia.



2. Sanki!


I to nie tylko w czasie jazdy. Sanki jako ławeczka też robią robotę, nasze mają kolorowe elementy, a niektóre są całkiem żarówiaste, nie tylko z powodu swojej fotogeniczności, ale też ze względu na lepszą widoczność na drodze, kiedy idziemy na spacer. Tu akurat nie mam zdjęcia z parującą herbatą, ale fajnym akcentem na zimowych zdjęciach jest też termos. 



3. Kopanie i sypanie


Najlepiej to się sprawdza, jak śnieg jest dobrze zmrożony i sypki, kop śnieg w stronę obiektywu, albo zdmuchnij go z dłoni, zdjęcia w ruchu zawsze wychodzą fajniej, niż pozowane.



Wykorzystaj też śnieg na drzewach, stań pod jakimś i potrząchnij gałęzią, taki zimny prysznic potrafi zdziałać cuda, nie da się nie uśmiechać! Zobacz co zrobił mi Michał, stanęliśmy pod drzewem do selfie i tuż przed kliknięciem szarpnął gałąź.






4. Znajdź sobie kolegę


Śniegowego oczywiście. Każdy, kto mówi, że źle się czuje przed obiektywem, niech zacznie od pozowania z zajętymi rękoma, zimą załóż bałwanowi szalik, albo czapkę, przytul się do niego, takie zdjęcia od razu budzą sympatię.




5. Wejdź w krzaki!


To się zawsze sprawdza, o każdej porze roku. Zimą szukamy oczywiście tych najbardziej zaśnieżonych i patrzymy rozmarzonym wzrokiem w dal ;)


6. Rusz się


Jak już wcześniej wspomniałam ruch jest spoko, jak dobrze się bawisz i jesteś wyluzowana to te zdjęcia po prostu przyjemniej się ogląda, bo pewnych rzeczy nie da się udawać. Podskocz, wsiądź na sanki, albo ciągnij na nich dzieci, naturalny krok wygląda najlepiej. 




7. Kawka na mrozie zawsze spoko


Tu chyba nie trzeba nic dodawać, no może poza ciepłym swetrem, który dodaje okolicznościom przyrody nieco miękkości.



Obróbka.


Zdjęcia obrabiam na telefonie, w darmowej aplikacji na telefon nazywa się Lightroom. Zrobiłam sobie kilka własnych pressetów, czyli ustawień wstępnych, które potem klikam i mam zdjęcie obrobione zgodnie z moją estetyką. Ale szybko Wam pokażę, jak można łatwo naprawić zbyt ciemne zdjęcie. Stanęłam na nim plecami do słońca, dzięki czemu moja twarzy była praktycznie nierozpoznawalna. Kliknęłam więc słoneczko, gdzie zwiększyłam ekspozycję, czyli ilość światła na zdjęciu. Podniosłam też kontrast, co jeszcze rozjaśniło śnieg i ,,wyciągnęło" gałązki, pociągnęłam też prześwietlenia, co ujęło szarego odcienia.

  

Rozjaśniłam też cienie, ale ujęłam delikatnie bieli, żeby śnieg nie był fluorescencyjny, suwaczek od czerni pociągnęłam w lewo, żeby jeszcze mocniej podkreślić elementy kontrastowe.

Poszłam też do tego termometru, który odpowiedzialny jest za temperaturę zdjęcia, nacisnęłam ,,mieszaj", tam selektywnie mieszałam w kolorach, delikatnie rozjaśniłam i nasyciłam błękity.
 
  

Ujęłam za to pomarańczu, bo przeszkadzał mi na twarzy, zrobiłam to ostrożnie, żeby nie pozbawić koloru sanek. Potem jeszcze wyostrzyłam szczegóły. Korekcja profilu obiektywu daje pewność, że kolory nie będą mdłe.

  

Efekt obróbki widać poniżej. Ufff, ale się napisałam, mam nadzieję, że ten wpis Wam się przyda. Jeśli uważacie, że z tych porad może skorzystać ktoś jeszcze, koniecznie podzielcie się linkiem na swoim facebooku. To fajna nagroda za moją pracę. 




Weekend w Polsce: Byliśmy w raju. Kaszubska Szwajcaria

Weekend w Polsce: Byliśmy w raju. Kaszubska Szwajcaria

Ponieważ istnieje szansa, że nie wyglądaliście przez okno, chciałabym powiedzieć, że w końcu przyszła zima. :) Jednak kiedy zbliżał się drugi tydzień ferii, a u nas było zielono, jak na wiosnę, doszłam do wniosku, że szanse dzieci na zobaczenia śniegu są raczej mikre, zrobiłam więc coś strasznego. Zaczęłam dzwonić po rozsianych po Polsce znajomych pytając czy mają śnieg. Dodzwoniłam się do Iwony, której nie widziałam, hmmm kilkanaście lat. Iwona wcale się nie broniła, tylko stwierdziła, że śniegu jest mnóstwo i natychmiast mamy przyjeżdżać, bo nie wiadomo, jak długo się ten stan utrzyma. 




We wtorek zapakowaliśmy do auta sanki i dzieci i popędziliśmy na Kaszuby. Pierwszy raz w życiu. I choć po drodze czytaliśmy, że okolica, do której się wybieramy nosi miano Kaszubskiej Szwajcarii, tego, co zobaczyliśmy na miejscu się nie spodziewaliśmy. Iwona zapomniała bowiem wspomnieć, że zamieszkamy całkiem sami. Iwona buduje swój dom, więc zaprosiła nas do domku dla gości, który normalnie rozchwytywany byłby przez turystów, ale wiadomo, jak jest. Wszystko zamknięte. Więc domki stoją puste. Ale kiedy będzie można wyjechać, polecam Wam tę lokalizację.


Gdzie byliśmy

Wieś nazywa się Kolano (strasznie mnie to rozbawiło, że z Wymysłów jedziemy do Kolana). Zlokalizowana około 40 km od Trójmiasta zupełnie różni się od tego, co znajdziecie w okolicach Zatoki Gdańskiej. Otoczona jeziorami, na pagórzastym terenie, bardzo blisko stadniny i kilka kilometrów od wieży widokowej na Wieżycy. Latem można się kąpać w jeziorze, zimą jest gdzie pojeździć na sankach, blisko na kulig. Serio - bajka.




Domki

Iwona ma w sumie trzy domki dla gości. Wszystkie urządzone w stylu skandynawskim (ok, Ikeą stoją, ale bardzo gustownie) W środku nie znajdziecie żółtej sosny, do jakiej przywykliśmy na kempingach, wnętrze domków zabezpieczono poprzez bielenie desek. Domek choć ma zaledwie 35 m2 swobodnie pomieści do sześciu osób, które nie będą musiały siedzieć sobie na głowie. Niewielka sypialnia z wygodnym małżeńskim łóżkiem gwarantuje prywatność, podobnie jak antresola, którą wyposażono w wygodny dwuosobowy materac oraz kilka półeczek. Na dole znajduje się salon z aneksem kuchennym, stołem, telewizorem i piecykiem na pellet, w którym widać ogień (dwa domki), w jednym z domków znajduje się klasyczna koza na drewno. W salonie jest duża wygodna rozkładana kanapa.  Łazienka z prysznicem została dodatkowo wyposażona w grzejnik elektryczny, który przydaje się, żeby wysuszyć ręczniki, bo piecyki spokojnie radzą sobie z ogrzewaniem domku, kiedy tam weszliśmy w środku było 29 stopni, mimo że na dworze padał śnieg i mocno wiało.










Co tam robić

W Kolanie byliśmy zaledwie dwie noce, nie chciałam nadużywać gościnności Iwony, ale spokojnie byłoby co tam robić przez tydzień. Pierwszego dnia poszliśmy rozejrzeć się po okolicy, z racji na lokalizację, tam drogowcy nie walą solą na lewo i prawo, spokojnie więc można było wsadzić dzieci na sanki od razu po zejściu z werandy. Jak wspomniałam teren jest pagórzasty, więc mało uczęszczana droga, przy której znajdują się Domki w Dolinie Wieżycy <KLIK> okazała się być świetną trasą saneczkową. 







Był kulig

Na końcu drogi znajduje się stadnina koni. Można pojeździć w siodle pod czujnym okiem instruktorów w czasie oprowadzanek, bardziej doświadczeni jeźdźcy mogą wyruszyć w teren, ale też zimą skorzystać w atrakcji takich, jak kulig. Pierwszego dnia się nie załapaliśmy. Udało się to nazajutrz. Za kulig dla naszej piątki zapłaciliśmy 150 zł, wzięliśmy opcję bez ogniska, bo nie wiedzieliśmy, jak Kazik zniesie tę atrakcję. Razem z nim i Teodorem siadłam w dużych saniach, Zygmunt i Michał zdecydowali się na dopięte saneczki. Fajnie, bo z racji pandemii nie ma łączenia grup, więc jechaliśmy sami w tempie odpowiednim dla debiutantów, tylko Michał wcześniej był na kuligu. Ognisko zrobiliśmy sobie sami wieczorem w wiacie znajdującej się przy domku i do tego celu przystosowanej. 






Stok narciarski

Ostatniego dnia pojechaliśmy sprawdzić jak wygląda pobliski stok narciarski, co prawda orczyk nie działa, ale z górki na sankach nikt nie broni zjeżdżać, co z wielką przyjemnością robiliśmy, Zygmunt biegał na samą górę, żałuję, że na zdjęciach nie widać, jak bardzo wysoko musiał wejść, żeby zjeżdżać. Normalnie na tym terenie działają pokoje gościnne, kawiarnia, wypożyczalnia nart i przynajmniej dwie restauracje. Będąc na stoku wykupicie też całodniowe ubezpiecznie, na miejscu jest też bankomat i toalety, a także przestronny parking. Górki są dwie, większa i mniejsza. W ubiegłym roku właściciele zakupili też nowoczesne armatki do naśnieżania stoku. Aż smutno, że stoją nieużywane. Ale śniegu akurat nie brakowało, choć trzymam kciuki, żeby w przyszłym roku mogli wystartować z normalną działalnością.













Wieżyca

Tuż przed wyjazdem podjechaliśmy też pod Wieżycę, bo grzechem byłoby tego nie zrobić, niestety na sam szczyt nie doszliśmy, bo zachodziło ryzyko, że nie zdołamy wrócić przed zmierzchem, ale tamtejsze widoki dosłownie mnie oczarowały. Już po drodze odkryłam, że w życiu nie widziałam takiej zimy. Jakbym oglądała przepiękną ekranizację Królowej lodu. Wszystko białe, piękne drzewa, pochylone tak, że tworzą tunel nad drogą, w swoich śnieżnych przebraniach zupełnie skradły moje serce, choć podejrzewam, że i latem robią wrażenie. Sama ścieżka na szczyt też wywołała u nas ochy i achy. W dół Zet z połowy góry zjechał na sankach. Był zachwycony. 








Zdecydowanie zabrakło nam czasu, żeby wejść na sam szczyt, ale wieża widokowa i tak jest tymczasowo zamknięta - to jedna z tych rzeczy, do których musimy wrócić. Nie starczyło nam też czasu na zobaczenie domu do góry nogami, który znajduje się kilkaset metrów od Domków w Dolinie Wieżycy, nie dotarliśmy do Gdańska, choć bardzo na to liczyłam. Latem warto wybrać się też nad jezioro Ostrzyckie. W okolicy znajdziecie mnóstwo knajpek, tras spacerowych i innych atrakcji. A widoki są niesamowite. Ta Kaszubska Szwajcaria jest wcale nie przesadzona. Bajeczne miejsce.

Obiad zamówiliśmy w Malinówce, gdzie przemiła Pani podpowiedziała nam co warto wybrać, a wybory okazały się trafne, porcje ogromne tak, że z jednego obiadu starczyło nam na dwa :) Niezły wynik dla pięciu osób za 104 zł. Malinówka oferuje też własne przetwory. 














Polecam.

Pamiętajcie, jak tylko poluzują obostrzenia i będziecie chcieli gdzieś wyjechać, to drogą S7 z Warszawy jedzie się do Kolana zaledwie 4 godziny, a zupełnie zmienia się krajobraz. Domki Iwony są czyściutkie, mieszkacie sami, nie narażając się na niepotrzebne kontakty z nieznajomymi. Doskonale wyposażony aneks kuchenny daje możliwość podgrzania czy wręcz przyrządzenia jedzenia na miejscu.  Wiata, a właściwie zabudowana altana to doskonałe miejsce, w którym ani wiatr, ani deszcz nie pokrzyżują Wam planów, jeśli zapragniecie zrobić ognisko. Latem, jesienią czy zimą dzwońcie do Iwony i rezerwujcie już teraz, bo latam ma zawsze pełne obłożenie. Mam nadzieję, że w następną zimę zostawicie też wolny domek na dwa, trzy dni dla nas. ;)


W następnym poście pokaże Wam kilka sprawdzonych pomysłów, na piękne zdjęcia w zimowej scenerii, żeby nie przeoczyć zaobserwuj blog na Facebooku <KLIK> wtedy nic Ci nie umknie.

Copyright © 2014 Matka Żywicielka , Blogger